Up
thailand-1533-2

Juuuupi!!! Wylądowaliśmy :) Podróż minęła nam bardzo sympatycznie, Linie Eva Air, mimo że nigdy wcześniej o nich nie słyszałam poza atrakcyjną ceną biletów maja także całkiem dobry serwis. Naprawdę nie ma czego się przyczepić, sprawne wejście na pokład, start o czasie, bardzo dobre jedzonko jak na warunki w samolocie, TV z filmami, muzyczka, poduszka, kocyk, kapcie i całkiem sporo przestrzeni na nogi.

Po kolacji obejrzeliśmy Kac Vegas i cały lot, aż do śniadania przespaliśmy. Śniadanko było mniej smakowite, ale nie ma co wybrzydzać. Ponoć w samolocie w związku z bardzo niską wilgotnością powietrza, wszystko traci 30 procent smaku. Tak więc jakby kiedyś ktoś szukał taniego przelotu do Bangkoku i było mu po drodze do Amsterdamu to linie Eva Air są naprawdę godne polecania :) 

Wylądowaliśmy o czasie, nasze bagaże nie zaginęły więc pora na rozpoczęcie przygody:)

Odprawa na lotnisku bardzo sprawna. W związku z tym, że wiza dla Polaków została zniesiona w 2011 roku, wbijają tylko stempel w paszporcie i możemy przez kolejne 30 dni przebywać w Tajlandii. Po kontroli wymieniliśmy 50 euro na tajskie baty, żeby mieć na taxi (w mieście jest lepszy kurs, ale jakaś zawrotna różnica to to nie jest) od razu udajemy się na postój taksówek (schodami ruchomymi w dol) tam sympatyczna pani pyta nas do jakiego hotelu jedziemy. Podałam jej nazwę i zaraz zapytałam o koszt, żeby później nie było niemiłych niespodzianek, powiedziała ze 450 THB z opłatami za autostradę. Czytałam gdzieś na forum, ze właśnie pomiędzy 350 a 450 THB to normalna cena, wiec ruszyliśmy do taxówki. W zasadzie nie mieliśmy jeszcze okazji poczuć Bangkokijskiego klimatu, bo przeszliśmy z klimatyzowanego lotniska, do klimatyzowanej taksówki. Jadąc rozglądaliśmy się na prawo i lewo, szukając tych wszystkich kolorów Tajlandii o których wszyscy piszą. Nie wiem czemu myślałam, że już w drodze z lotniska będę mogła się nimi rozkoszować. A tu nie dość, że kolorów brak to jeszcze stalowe niebo pogarszało sytuację. Spodziewałam się się pięknego błękitnego nieba, no nic może jutro. Co kawałek spoglądały na nas olbrzymie portrety ichniejszego księcia, większość z nich z czasów kiedy był jeszcze młody i piękny :) 

Podróż minęła nam dość szybko i bez większych korków, chyba w pól godzinki byliśmy pod naszym hotelikiem. Jakby komuś były potrzebne informacje odnośnie cen za autostradę, to widziałam ze taksówkarz płacił 2 razy po 45THB. Po wyjściu z taxowki doznaliśmy małego szoku termicznego, miałam wrażenie, że mam ogień na całym ciele, ale na szczęście to uczucie nie trwało długo. Przy zameldowaniu w hotelu, Rambuttri Village Plaza pani zaczęła coś kręcić nosem i strasznie kiepską angielszczyzną tłumaczyć, że pokoje z podwójnym łóżkiem się skończyły i że może mi dać z dwoma pojedynczymi. No to też zaczęłam kręcić nosem i mówię jej, że zabookowaliśmy hotel 3 miesiące temu, wtedy były wolne i taki chciałabym dostać. Coś tam pomamrotala pod nosem do koleżanki i jakimś cudem znalazła dla nas właściwy pokój, tzn. wcale się nie skończyły :) Za nocleg płaci się z góry wraz z kaucją, którą oddają przy wymeldowaniu. W sumie 4000THB od pokoju za 3 noce w tym 1000THB kaucja. Niestety okazało się, że nie można płacić kartą, wiec Marcello musiał pójść wymienić kasę, na szczęście kantor był od razu za rogiem. Pokój, który dostaliśmy był bardzo przyjemny, jak za tę cenę to nie ma się czego przyczepić. Czysto, schludnie, klima, TV. Więcej nam do szczęścia nie potrzeba. 

Po szybkim prysznicu udaliśmy się na miasto. Już wystawiając jedną nogę zza hotelu można kupić dosłownie wszystko, łącznie z zamówieniem garnituru na miarę. Nie uszliśmy daleko, kiedy zaczepił nas “sympatyczny” Taj, który po kilku pytaniach oznajmił nam, że jutro jest Dzień Wielkiego Buddy i wszystkie świątynie, sklepy i targi są pozamykane. No to się nam plan trochę sypnął, ale cóż święta buddy przecież nie przesuniemy :) Taj nam poradził, żebyśmy dziś kupili bilety jeśli zamierzamy gdzieś na północ się udać, bo jutro tez tego nie załatwiamy. Zatrzymał nam Tuk Tuka, wytłumaczył gdzie chcemy jechać, ustalił cenę 50 THB i wyruszyliśmy. Pojechaliśmy do wskazanej agencji gdzie troszkę nam zaszło, bo się musiałam z panią potargować. Mieliśmy kupić tylko bilety do Damnoen Saduak, ale kupiliśmy cały pakiet za sprawą mojego męża, który zdecydowanie nie wie na czym polegają Tajskie sztuczki. I pewno będzie mu jeszcze potrzeba kilku dni żeby do tego dojsć. No ale nic, kupiliśmy zatem bilety na pływający tag, później stamtąd do Kantchanaburi, nocleg w Kantchanaburi i powrót do Bangkoku. Dalej bilety do Ayuttaya na dzień następny, z Ayuttaya do Sukothai tam kolejny nocleg, bilet na autobus do Chiang Mai z dwoma noclegami i 2 dniowym trekkingiem. Za wszystko zapłaciliśmy 3800 THB. Czy to dużo czy mało to nie wiem i już nie chce się nawet nad tym zastanawiać. Najważniejsze, że mamy to z głowy i po przyjedzie do następnego miejsca nie będziemy musieć się martwić czy będziemy mieć gdzie spać. Po załatwieniu biletów, pojechaliśmy tym samym tuk-tukiem do hotelu Lebua, żeby zobaczyć z niego widok.  Niestety okazało się, że nie możemy wejść, bo byliśmy w krótkich spodenkach. No cóż, zdarza się. Wrócimy tam jutro. Zabraliśmy kolejnego tuk-tuka i wróciliśmy do hotelu. Oczywiście z tuk-tukowacami trzeba się mocno targować, bo zaczynają od 400THB a później jadą za 100THB albo i mniej. Jak nam pierwszy nie chce zejść z ceny to zawsze warto podejść do drugiego lub trzeciego. 

Przyjechaliśmy na Khao San, głodni jak wilki i już na samą myśl, że zaraz skosztuję tej wspaniałej Tajskiej kuchni moje kubki smakowe podskakiwały z zachwytu :)  Za radą podróżników postanowiliśmy zjeść na ulicy standardowy Pad Thai z kurczakiem. Byłam tak podjarana, że nie przeraził mnie fakt, że wok w którym smażony już pewno po raz setni dziś makaron, zawierał przypalone resztki, ale jak zobaczyłam, że moje Pad Thai zostało przyprawione jedynie sosem sojowym, to entuzjazm mi troszkę opadł. Kiedy już udało nam się usiąść na skraju najbrudniejszego stolika, przy którym kiedykolwiek siedziałam zabraliśmy się do konsumpcji. Już sam zapach nie wydał się obiecujący, a po pierwszym kęsie przyszło pierwsze rozczarowanie. To nie miało żadnego smaku, nie wspominając o tym którego się spodziewałam. Nawet doprawianie wszystkimi możliwymi przyprawami na niewiele się zdało :( No cóż, moje kubki smakowe, nie zostały zaspokojone.  Popijając arbuzowego szejka, który uratował dzisiejszą kolację, przyglądaliśmy z lekkim przerażeniem systemowi zmywania naczyń. Pan miał dwa wiadra, jedno z bardzo brudną wodą, drugie z niewiele czystszą, najpierw wkładał talerz do pierwszego, później do drugiego, na końcu przetarł go szmatką, którą za pewno przecierał je cały dzień i…następny klient proszę. Odchodząc, zastanawialiśmy się czy oby na pewno dożyjemy jutra….

————————————————————————————————————————————————————-

Ok eerste dag(deel), prima vlucht gehad! Op het vliegveld in Thailand liepen veel meer mensen dan op Schiphol maar de paspoort controle en bagage pick-up verliepen vlotjes. Snel een taxi genomen en binnen no-time ingecheck in ons hotel. Overigens ook gelijk het enige hotel wat we geboekt hebben, de rest zien we wel.

Op de kamer even snel een frisse douche en daarna lekker op de teenslippertjes naar buiten. De rust van Schiphol is hier ver te zoeken. Gezellig veel mensen op straat van allerlei nationaliteiten. Veel geuren en kleuren. Van de vele streetfood tentjes krijg je gelijk trek!

We lopen ons hotel uit en komen na wat steegjes uit bij een grote weg. We worden aangeschoten door een mannetje en binnen 5 minuten zitten we in een tuk tuk. Omdat er morgen een feestdag is vanwege Boedha, hebben we besloten om naar een touristoffice te gaan voor de verschillende tickets die we nodig hebben voor de reis richting het noorden. Marylka is een stevige onderhandelaar en na een dik uur (!) komen we weer buiten. De tuk tuk coureur heeft op ons gewacht en rijd ons terug. Onderweg wil hij nog stoppen bij een maatpakken winkel, je kunt hier om de 100 meter een pak laten aanmeten. Dat is voor zijn commissie zegt hij. We zijn daar snel weg en reizen verder naar een uitzicht over de stad. We kunnen daar echter niet naar binnen vanwege een dresscode waar we nu net niet aan voldoen. We moeten terug naar het hotel om daar ergens iets te gaan eten.

Na een wilde Tuk Tuk rit komen we uiteindelijk aan in de buurt ons hotel. Het is hier erg gezellig op straat. We halen lekker wat Thaise noodles met kip en ei en lopen verder door het straatje. Marylka wil een Thaise massage. We betalen een paar centen en laten ons pijn doen. Ondertussen babbelen die masseurs in hun eigen taal tegen elkaar, waarschijnlijk lachen ze zich een breuk om het feit dat ze ons betaald pijn mogen doen. Na de pijnbank gaan we teug naar ons Hotel. Het is hier nog vrij vroeg maar door de reis zijn we toch moe. Morgen gaan we uitgerust weer verder.

* Nederlandse deel is door mijn man gestrijven. Dus ook een andere point of view:)


ABOUT THE AUTHOR

Maryla

Fotografka, podróżniczka, miłośniczka pięknych wnętrz oraz dobrego i zdrowego jedzenia. Kilka lat temu rzuciła nudną pracę bankowca, aby robić to co kocha w życiu najbardziej. Uwielbia zmiany, to one nadają jej życiu sens. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami oraz inspirującymi ludźmi. Nie traci czasu dla tych, którzy nie mają czasu dla niej i żyje tak, jakby jutra miało nie być.

    KOMENTARZE (9)

Skomentuj