Up
thailand-2250135-2

Plan był ambitny żeby wstać o 8 rano, ale nie było szans. Zwykle nie mamy problemów z Jetlag-iem ale tym razem łatwo nie było. O 12 w południe udało nam się wreszcie wygrzebać z łóżka. Prysznic szybciutki, plecaczki na plecy i wyruszamy.

Choć planu zupełnie nie mieliśmy, no bo skoro dziś wszystko zamknięte to nie za bardzo wiedzieliśmy co robić. Na szczęście Tajowie dbają o swój biznes i jak nie wiesz co robić zawsze ci coś doradzą. Ledwo wyszliśmy z hotelu. Zaczepił nas jeden i oczywiście mówi ,że dziś święto Buddy i że większość świątyń jest zamknięta dla turystów. Ale on zna oczywiście takie, które są otwarte, więc jeśli mamy ochotę to możemy wskakiwać to tuk-tuka i on nas obwiezie za 20 THB po tych wszystkich miejscach, pokazując jednocześnie na mapie. Cena nas trochę zastanowiła, ale coś zaczął mówić, że w związku z tym że dziś urodziny buddy państwo płaci za benzynę, a te 20THB jest dla kierowcy tuk-tuka. Powiedzmy, że nas przekonał. Ruszyliśmy zatem! Po kilku minutach byliśmy już w pierwszej świątyni, była zupełnie pusta, ani jednego turysty, jakiegoś ogromnego wrażenia na nas nie zrobiła, ale obfociliśmy wszystko co się dało i pojechaliśmy dalej. Druga świątynia, szczęśliwego buddy i uśmiechniętego buddy, też całkiem pusta, ani żywej duszy. Jedynie jakaś Tajka modląca się w kąciku. Przepiękny widok tak na marginesie. Przy wyjściu spotkaliśmy parę sympatycznych polaków, też podróżowali za 20 THB, trochę pogadaliśmy, ale widać było zniecierpliwienie tuktukowca, więc się pożegnaliśmy i pojechaliśmy dalej.

Po tej świątyni nasz tuktukowiec mówi, że zabierze nas do fabryki ubrań, gdzie można bardzo tanio uszyć garnitur na miarę . Nie do końca mieliśmy ochotę, bo nas takie rzeczy nie interesują, ale prosił nas żebyśmy to zrobili dla niego, że za to dostanie darmową benzynę. Strasznie dziwne nam się to wydawało, no ale skoro tak prosił, zgodziliśmy się. Powiedział ,że wystarczy, że będziemy tam 5 min, i wcale nie musimy nic kupować. Fabrykę garniturów, a raczej zakład krawiecki obeszliśmy w mig. Nie do końca rozumiem, jak mogą mu płacić za benzynę jeśli tam nic nie kupiliśmy, no ale mniejsza z tym. Później pojechaliśmy do świątyni Wielkiego Buddy. Tam dla odmiany było bardzo tłoczno, ale to głównie za sprawą Tajów i już wątpliwości nie mieliśmy, co do dzisiejszego święta. Trochę nam tam zeszło, bo było co fotografować. Modlący się Tajowie, padający do nóg Wielkiego Buddy, składający mu dary, głównie kwiaty i picie, tak picie, w dodatku ze słomkami. Wrzucający monety do glinianych miseczek, co wg ichniejszych wierzeń ma zapewnić im szczęście. Na karteczkach zapisują prośby i przyklejają w przeznaczonym do tego miejscu ufając, że się spełnią. Tajowie sprzedający ptaszki w klatkach, które można kupić i wypuścić na wolność. Wszędzie zapach kadzidełek i kilka straganów z różnymi pamiątkami. Strasznie mi się tam podobało i chętnie zostałabym dłużej, no ale musimy jechać dalej.  Wracamy do naszego tuktukowca, a ten do nas, że teraz zabierze nas do sklepu z przepiękna biżuterią. Stanowczo odmówiliśmy, ale znowu nas prosił, wręcz błagał, więc mu powiedzieliśmy że to ostatnia tego typu wizyta i że później zwiedzamy już tylko to co nam pokazał na mapie, bo nie umawialiśmy się na zwiedzanie sklepów tylko świątyń.

Wizyta w sklepie skończyła się po minucie, bo właśnie zamykali, więc się nam upiekło. W drodze do kolejnej świątyni, zauważyliśmy, że Tajowi popsuł się humor. Jechał jak szalony, o mało nie wypadliśmy na zakręcie. Kolejną świątynie jaką nam zafundował był Wat Chana Songkram. Już nie było tak tłoczno jak przy wielkim buddzie, ale też sporo modlących się Tajów. I tutaj spotkała nas niespodzianka. Przychodzimy z powrotem do tuktuka, a tuktuka nie ma (???) Zwiał. Najnormalniej w świecie zostawił nas. A najlepsze jest to, że nawet nie dostał tych 20 THB, bo płaci się zawsze na końcu. Chyba po prostu nie był zadowolony, że nie chcemy z nim jeździć po sklepach :) No nic, trudno, jego strata. Poszliśmy coś zjeść. Chyba była to mało turystyczna okolica, bo nikogo białego nie było. Z menu nie wiele można było się wyznać. Wszystko po Tajsku. Zamówiliśmy coś, ale nie wiedzieliśmy do końca co. Jedzonko najgorsze nie było, ale co nam do picia dali nie mam pojęcia. Okropne to było. Marcel miał jakieś zielone cuś, co wyglądało śmierdziało jak wodorosty, a ja dostałam coś brązowego, co przypominało smakiem zupę fasolową i było zdecydowanie niepijalne. Brrrr…

Wyszperałam gdzieś mapę z plecaka, którą dostaliśmy od spotkanych polaków. Wynikało z niej, że znajdujemy się w pobliżu rzeki. Poszliśmy więc w jej kierunku, bo chcieliśmy sobie przepłynąć łódką przez Chao Phraya. Na brzegu od razu zaproponowano nam rejs tajską łodzią, za bagatela 1000 THB, od razu podziękowaliśmy. Poszliśmy do przystani. Tam można było popłynąć turystyczną łodzią z całą grupą za 40 THB, lub zwykła łodzią z Tajami za 15 THB. Oczywiście wybraliśmy tę drugą opcję. Było dość tłoczno, ale bardzo sympatycznie. Dopłynęliśmy do ostatniej przystani i od razu kupiliśmy bilet powrotny, wysiadając przy China Town. Tzn prawie przy China Town, bo wysiedliśmy jedną stację za wcześnie i musieliśmy się trochę przejść. Przechadzka była dość emocjonująca, bo szliśmy takimi slamsami, że aż strach było się bać. Ale miało to też swoje plusy, bo zobaczyliśmy prawdziwe życie Bangkoku na ulicy. Spotkaliśmy też kolejnego życzliwego Taja, który po wypytaniu skąd jesteśmy itd, zaczął nam wymieniać po kolei najpierw polskich prezydentów, później holenderskich polityków, aż nam szczęka opadła do ziemi. Powiedział nam, że niestety China Town jest dziś zamknięte, ale że w związku ze świętem buddy, możemy zobaczyć za darmo king-boxing. Jak Marcello to usłyszał, to tylko buźka mu się uśmiechnęła i już siedzieliśmy w tuk-tuku, w drodze do miejsca, które nam wskazał życzliwy Taj.

Niestety po przyjeździe okazało się, że jest zamknięte. Nie wiem czemu wcale mnie to nie zdziwiło. Mało tego, pod wskazanym miejscem stało kilku turystów, którzy mieli wykupione bilety na seans, którego jak się okazało w ogóle nie było. Ehhh. Kazaliśmy się zatem podrzucić na Golden Mountain. Przepiękny widok, a do tego w związku z całym tym świętem buddy, całe tłumy Tajów z pięknymi lampionami przewijały się tam i z powrotem. Poszwendaliśmy się troszkę po okolicy i poszliśmy do hotelu na piechotę, bo jak się okazało byliśmy bardzo blisko. Przed hotelem postanowiliśmy skorzystać z tajskiego masażu. Pół godziny za 120THB choć w pewnym momencie zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie dopłacić, żeby tylko przestali nas masować. Ból był niemiłosierny, nie wspominając o tym, że poprzestawiali mi wszystkie kości w kręgosłupie, co zapewne wyjdzie mi tylko na dobre, ale odgłos chrupiących kości mało przyjemny. Do tego Tajka, która mnie masowała, cały czas gadała z Tajem, który masował Marcela i cały czas śmiali się wniebogłosy. Już sobie wyobrażam, że na pewno nabijali się z nas, że nie dość, że zadają nam ból to jeszcze im za to płacimy :) Jeśli tak ma wyglądać ten słynny tajski masaż, to ja dziękuję bardzo :) Zmęczeni Bangkokiem i życzliwością Tajów padliśmy jak mrówki.

————————————————————————————————————————————————————-

Zoveel verschillende nationaliteiten er in Bangkok ronddwalen, zoveel tempels met Buddhas zijn er ook! In alle soorten en maten en in alle standen. De happy Buddha, de Sleepling Buddha, de Black Buddha, de grote, de kleine, waar je maar kijkt kun je ze zien. Op deze dag is het feest in Bangkok en echt een mooi moment om alle pracht en praal eens van heel dichtbij te bekijken.

We gaan te voet om te kijken waar we zoal heen kunnen. Het is onze tweede dag, we moeten nog veel leren over de manier waarop men hier om gaat met toeristen. Iedereen is vriendelijk maar je komt er snel achter dat ze altijd zullen proberen om iets aan je te verdienen. Als je een Tuk Tuk neemt dan betaal je altijd te veel en ze zullen proberen om tussenstops te maken bij Tourist agencies of suit factories. Als jullie 10 minuten kijken dan krijg ik gratis benzine. Gun me dat alsjeblieft! Zo gaat dat hier maar we kunnen er ergens ook wel om lachen.

We kiezen ervoor om een Tuk Tuk te nemen en de jonge chauffeur zegt ons naar de verschillende buddhas te rijden voor slechts 20 bath. Klinkt bijna te mooi om waar te zijn want dat is omgerekend net geen 80 ct. Hij zegt dat het vanwege de verjaardag van Buddha een promotie van de regering is maar we geloven er niets van. In ieder geval reizen we in Bangkok style naar de tempels en zien mooie Buddhas. Overal schittert het bladgoud je tegemoet en ruik je de wierrook. Het is heel bijzonder om alle feloranje kaalgeschoren monniken te zien. Bangkok is wat dat betreft één grote filmset.

Na wat bezoeken aan verschillende buddhas worden we geditched door onze Tuk Tuk chauffeur. Hij is waarschijnlijk gepikeerd door het feit dat we niet blij waren met de tussenstop bij de suit factory. We deden even mee met het spel maar toen we daarna vertokken verdween ook de glimlach. We hadden hem nog niet betaald dus echt onder de indruk waren we er niet van.

Nadat we toch wel erg veel Buddhas hebben gezien besluiten we om een klein tochtje te maken met een boot. Gewoon een enkele reis, we zien we waarnaar toe. Voordat we op de boot stappen lopen we over een soort markt (die heb je hier ook in grote getale) en ik bestel wat eten. Het is zo vreselijk lekker dat ik het bijna niet geloof. Ik raak in gesprek met een Duits stel die een wereldreis van 14 maanden (!) maken. Prachtige verhalen van mensen die hun droom waarmaken.

Na het eten springen we op de boot om Bangkok vanaf het water te aanschouwen. Het is een drukke maar gezellige boot, vooral met Thaise bevolking. Alles aan die boot rammelt maar dat hoort ook zo. Na een klein uur varen belsuiten we om aan boord te blijven en 4 aanlegplaatsen terug naar China Town te gaan. We komen terecht in smalle steegjes waar werkelijk geen toerist te bekennen is. Iedereen is aan het werk aan motoren van auto’s, motorfietsen of boten, het lijkt hier wel één grote smeerput. We lopen door en worden aangesproken door een vriendelijke oudere meneer. Hij was leraar (maar dat is iedereen die je hier aanspreekt) en lijkt oprecht. Op zijn advies moeten we kijken bij het kickboxen wat volgens hem op die dag gratis is vanwege Buddha. Achteraf blijkt dat dus een onzin verhaal maar we kunnen er om lachen.

Het is inmiddels bijna donker en we besluiten om The Golden Mountain te gaan bekijken. Overal lopen hier monniken rond en kun je bloemen en kaarsen kopen. Het is hier erg druk vanwege de Buddha feestdag maar dat heeft ook wel wat. We moeten een flinke steile trap beklimmen om boven op de berg te komen maar het is het uitzicht waard. Prachtig om alle lichtjes te zien. Boven in de tempel is het minder spectaculair maar toch de klim waard. Marylka heeft door de inspanning en de warmet last van hoofdpijn en we belsuiten om terug naar beneden te gaan. Bij een Seven-Eleven hale we fris water en een aspirine en binnen een paar minuten gaat het weer goed. We lopen terug en gaan even op een bankje zitten in een parkje om uit te blazen. We ontmoeten daar een gezette Thaise man die met zijn zoontje ook even aan het uitblazen is. We hebben een heel leuk oprecht gesprek en legt ons uit waar we op moeten letten als je niet afgezet wil worden en waar we zeker niet aan mee moeten doen. Ondertussen loopt zijn zoontje door het parkje te rennen en plukt hij bloemen voor Marylka. We belsuiten om terug te gaan in de richting van ons hotel en de man wijst ons de weg en zegt dat we het prima kunnen lopen. Dat doen we en we gaan terug de drukte in.

In de buurt van ons hotel bestellen we nog iets te eten en drinken. Je kunt het beste gaan zitten op een plek waar de Thais zelf ook eten, dan heb je iets meer zekerheid dat het ook nog goed is wat je eet. Weer geniet ik van het eten en mijn Heineken Import. Na een lange warme dag gaan we terug naar ons hotel. Morgen staan er weer bezienswaardigheden op het programma, een beetje nachtrust is belangrijk.


ABOUT THE AUTHOR

Maryla

Fotografka, podróżniczka, miłośniczka pięknych wnętrz oraz dobrego i zdrowego jedzenia. Kilka lat temu rzuciła nudną pracę bankowca, aby robić to co kocha w życiu najbardziej. Uwielbia zmiany, to one nadają jej życiu sens. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami oraz inspirującymi ludźmi. Nie traci czasu dla tych, którzy nie mają czasu dla niej i żyje tak, jakby jutra miało nie być.

    KOMENTARZE (6)

Skomentuj