Up
naamloos-2247-2

Tym razem udało nam się wstać o założonej porze, czyli o 8:00. Mięśnie od wczorajszego masażu mam całe obolałe. Ałććć…Mamy napięty grafik, więc żeby zdążyć z wszystkim nie możemy sobie pozwolić na błogie lenistwo. Plan na dziś jest taki, że zwiedzamy Grand Palace, Wat Phre Kaeo, Wat Pho – leżący budda, Wat Arun, później musimy podjechać do agencji gdzie kupiliśmy bilety, żeby je odebrać, jakiś wieczorny targ zaliczyć no i na końcu drink na dachu hotelu Lebua.

Od razu wskoczyliśmy w długie spodnie i koszulki zakrywające ramiona, inaczej nie można wejść do Pałacu. Tzn, można też w spodenkach i spódniczkach, ale muszą zakrywać kolana. I faceci muszą mieć zakryte stopy, wiec zabraliśmy buty do plecaka, żeby Marcello nie roztopił mi się w tym upale. W przyhotelowej restauracji usiedliśmy, żeby zjeść szybciutko śniadanie. Tyle ile się na nie wyczekaliśmy to chyba mogliļyśmy zjeść pięć razy w każdym innym miejscu. I nie żeby było jakieś wyszukane. Marcel zamówił kanapkę, a ja owoce z jogurtem. Kanapka przyszła po 10 min, a na owoce czekaliśmy ponad pól godziny. Kelnerki ruszały się jak muchy w smole i miały takie grymasy na twarzy jakby pracowały za karę. Także zdecydowanie nie polecam Angielskiego Breakfastu no chyba, że macie dużo czasu i cierpliwości. Ponieważ Pałac znajduje się nie daleko naszego hotelu, wybraliśmy się na piechtę. Już za pierwszym rogiem natrafiliśmy na pierwszego życzliwego Taja, który nam powiedział, że Pałac jest czynny dopiero po południu, i że on może nas zabrać do jakiejś superowej świątyni..blablabla…oczywiście nawet się nie wdawaliśmy w rozmowę, bo już gdzieś czytałam, że wpychają ludziom takie kity, żeby tylko zarobić. Poszliśmy dalej. Za kolejnym rogiem, podeszła do mnie kobieta, wcisnęła mi do ręki paczkę kukurydzy, próbowałam jej oddać, mówię, że nie chce, a ona mi mówi że to za darmo, i żebym wysypała ją gołębiom, które były w pobliżu. Dalej próbuje jej oddać te kukurydzę, a ta potrząsa i wysypuje ją na ziemię, zlatują się oczywiście gołębie, już się odwracam, żeby sobie pójść z tego dziwnego zamieszania, a tu nagle podbiega do mnie inna baba i mówi, że muszę za tę kukurydzę zapłacić, bo ją wysypałam gołębiom (????) I normalnie zatrzymuję mnie siłą, ciągnie za rękaw i mówi, że mnie nie puści dopóki nie zapłacę. W tym samym czasie inne osoby były zajęte Marcelem. Ogólnie takie sytuacje działają na mnie jak płachta na byka więc tak się na nią wydarłam, że aż odskoczyła i uciekła. Pfffff. No takiej akcji się nie spodziewałam. Normalnie ciśnienie mi się podniosło na 200 chyba. Ale dobra zdegustowani idziemy dalej. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy. Podchodzi kolejny Taj i znowu bajeruje nas, że Pałac jest zamknięty. W milczeniu przechodzimy, szkoda czasu marnować na takie dyskusje. Dotarliśmy wreszcie do bramy. Przynajmniej tak nam się wydawało. A tam faktycznie ani jednego turysty. Podchodzi do nas Taj w stroju jakby strażnika, i też mówi że Pałac zamknięty. Powoli zaczynałam w to wierzyć, choć z drugiej strony, myślę sobie, że przecież Pałac jest otwarty codziennie. Za bramą zobaczyłam dwóch innych strażników, idę w ich kierunku, ten pierwszy mnie niemal siłą powstrzymuje krzycząc, że nie mogę wejść za bramę, ale widzę że tych dwoje pokazuje mi, że mam iść w prawo. I dopiero wtedy domyśliłam się, że pewno jest jeszcze jedno wejście. Idziemy zatem dalej i proszę, za rogiem było główne wejście i Pałac był czynny. Mój mózg nie jest w stanie pojąć jak pałac, czy też rząd mogą pozwolić na takie przekręty. Przecież założę się, że połowa tych turystów im uwierzy i zrobią sobie rundkę zamiast po Pałacu to po jakichś małych świątyniach nikomu nie znanych. No ale tak, pewno wrócą tutaj tak czy inaczej. Przed bramą całe tabuny turystów. Kupiliśmy bilety za 600 THB od osoby. I weszliśmy do środka. Tłumy były takie, że myślałam, że nas stratują. Myślę, że lepiej byłoby zacząć zwiedzanie jeszcze wcześniej, zaraz jak tylko otwierają, albo całkiem po południu, może byłoby luźniej.

Grand Palace sam w sobie faktycznie piękny. Bajecznie kolorowy, bogaty, zdobiony dużą ilością złota, tzn. czymś co wyglądało przynajmniej jak złoto. Najważniejszym obiektem jest tutaj świątynia Wat Phra Kaeo z jadeitową figurką Szmaragdowego Buddy. Posąg jest symbolem religijnym, królewskim i narodowym. Ma ogromne znaczenie dla każdego mieszkańca Tajlandii. Ma zaledwie 75 cm wysokości i trzeba mocno zadzierać głowę, żeby dojrzeć go na wysokim tronie. O każdej porze roku król wspinając się niemal pod kopułę świątyni przystraja figurkę w inne szaty. Zielony skarb pochodzi z XIV wieku i był ukryty we wnętrzu innego kamiennego posągu. Przewędrował pół Tajlandii, był porwany do Laosu, zanim ostatecznie trafił na ołtarz Wat Phra Kaeo. Zwiedzanie niestety jest ogromnie męczące, my byliśmy w samo południe. I mimo, że niebo było lekko zachmurzone było niemiłosiernie gorąco. Koniecznie zabrać ze sobą coś na głowę. Na zwiedzaniu zeszło nam prawie trzy godziny, więc trochę tego jest. Nie będę wam dokładnie opisywać co widzieliśmy, bo można to znaleźć wszędzie w internecie. Zresztą fotki lepiej pokarzą :) Wychodząc z Pałacu zauważyliśmy ogromną tablicę z napisam ” The Grand Palace is open everyday. Do not trusty wily strangers” :)

Po wizycie w Grand Palace udaliśmy się do świątyni Leżącego Buddy. Na mapie wygląda, że jest zaraz obok, ale szliśmy tam chyba z 20 min, albo nawet więcej. Pytaliśmy co chwilę czy dobrze idziemy, bo jakoś ta droga strasznie długa nam się wydawała. Szliśmy wzdłuż marketu jakichś dziwnych staroci i różnego rodzaju kamyczków, miniaturek wszelkiej maści posągów buddy. Ale był to chyba market dla Tajów głównie, bo biegali tam z lupkami, przeglądali te miniaturki z każdej strony. Nas zainteresowała figurka mnicha, która była tak zrobiona, że wyglądał on jak żywy. Majstersztyk normalnie.  Od zakupu powstrzymała nas jedynie jego wielkość i fakt, że jeszcze będziemy trochę w podróży. Ale jeśli trafimy na takiego pod koniec podróży to na pewno kupimy. Dotarliśmy wreszcie do wielkiego buddy. 46-metrowy posąg ze złota jest umieszczony w najstarszym kompleksie świątynnym Wat Po. Olbrzyma wykonano z cegieł, warstw gipsu i niezliczonej ilości płatków szczerego złota. Pozycja Buddy symbolizuje jego przejście w stan nirwany. Perłowe linie na stopach przedstawiają 108 pomyślnych znaków. Za posągiem stoi 108 mis z brązu, do których wierni wrzucają monety, aby zapewnić sobie szczęście. Na terenie kompleksu znajduje się 91 pięknie zdobionych chedi i cztery wihrany czyli budynki z posągami Buddy, w których podobno modli się sam król. Wstęp kosztuje 100 THB i zdecydowanie warto się tam wybrać i zobaczyć go. Naprawdę robi wrażenie.

Kolejny cel to Wat Arun, który znajduje się po drugiej stronie rzeki. Wzięliśmy tuk-tuka, żeby nas podrzucił, bo niby nie było daleko, ale słońce tak prażyło, że ledwo staliśmy, nie wspominając o poruszaniu się. Tuk-tuk w pierwszej kolejności zawiózł nas do przystani gdzie można było zrobić sobie turystyczną rundkę po rzece, ale nas interesowało jedynie przeprawienie się na drugi brzeg, więc grzecznie poprosiliśmy, żeby nas zawiózł do właściwej przystani. Tam wrzuciliśmy coś na ząb, ja coś ala sajgonki z dziwnym słodkawym sosem, nie polecam. Marcel miał więcej szczęścia i zjadł coś bardziej smakowitego. Siedzieliśmy przy stole z taka niemiecką parą, która była w podroży od roku, zwiedzając całą Azję, Australię itd. To dopiero wyprawa. Nie to co nasza :) Trzytygodniowa:) Przeprawa łódką na drugą stronę kosztowała całe 1,5 THB. Świątynia Świtu Wat Arun swoim stylem nawiązuje do architektury khmerskiej. Składa się z pięciu wież pokrytych kolorowymi skorupami ceramicznymi, które najpiękniej wyglądają w promieniach zachodzącego słońca. Najlepiej oglądać ją z łodzi bujającej się łagodnie na falach Chao Praya River. Żeby ogarnąć wzrokiem rozległą panoramę Bangkoku trzeba koniecznie wspiąć się pionowymi schodami na najwyższą wieżę, skąd widać jak na dłoni Wielki Pałac, osiedle slumsów nad rzeką, a na horyzoncie drapacze chmur nowoczesnej dzielnicy Sukhumvit.  Wstęp 50 THB.

Po przeprawie promem z powrotem, rozpoczęliśmy poszukiwanie tuk-tuka, który zabierze nas do agencji gdzie kupiliśmy bilety. No i się trochę zdziwiliśmy, bo nikt nas tam nie chciał zabrać. Pokazywaliśmy pokwitowanie za bookowanych pociągów, bo tam był podany adres i wszyscy pytali czy już kupiliśmy te bilety, jak tylko powiedzieliśmy, że tak to do razu mówili, że nie wiedzą gdzie to jest. Pewno gdyby jeszcze nie były za bookowane dostaliby prowizje za to, że przywieźli klientów. Oczywiście zawieźli by nas pewno chętnie jakbyśmy zapłacili z 300 THB, ale chcieliśmy za 50-80 więc od razu odmawiali. No i oczywiście, chcieliśmy jechać tam bezpośrednio bez odwiedzania jubilerów i innych badziewnych sklepów. W końcu jeden się zgodził i zawiózł nas uwaga, oczywiście do innej agencji, normalnie ręce opadają. Kazaliśmy mu pojechać dokładnie pod ten adres, był zdecydowanie nie pocieszony. Ale cóż takie życie. W agencji załatwiliśmy wszystko szybko, choć trochę żałuję, że wszystko tak od razu za bookowaliśmy, bo teraz to już musimy się trzymać ściśle planu.

Kolejny punkt dnia, to jakiś targ. Najpierw pojechaliśmy do Siam Market. Obeszliśmy go wkoło, ceny były całkiem niskie, ale nie znaleźliśmy tego czego szukaliśmy. Więc pojechaliśmy kolejnym tuk-tukiem na Patpong Market. O i tam znalazłam to czego szukałam :) Czyli torebkę i portfel LV za całe 2000THB. Oczywiście po ostrych negocjacjach, bo cena wyjściowa była 3800THB. I uwierzcie mi, nie różni się niczym, ale to dosłownie niczym od oryginału :) Po zakupach zrobiliśmy sobie przerwę na Fish Massage. Genialna sprawa. Musicie koniecznie sobie zrobić, bo to zajefajne uczucie! Na początku strasznie łaskocze i śmiechu mieliśmy co nie miara:) a pani widząc nasze podekscytowanie przedłużyła nam o kolejne 10 min, uwaga za darmo! Normalnie niesamowite. Acha, 15 min kosztuje 120 THB.

Zrelaksowani, wzięliśmy tuk-tuka do naszego ostatniego celu dzisiejszego dnia. Hotel Lebua Tower. Jeśli ktoś oglądał Kac (Vegas ) w Bangkoku, na pewno rozpozna to miejsce, bo właśnie tam był między innymi kręcony. Wchodząc od razu skierowaliśmy się do windy. Tym razem pani oceniająca nasz wygląd, tzn ubranie :) nie miała żadnych zastrzeżeń. Ufff…Wyjechaliśmy na 64 piętro, gdzie znajduje się drink bar i od razu przy windzie przywitała nas sympatyczna pani, która stwierdziła, że nie możemy wejść z moja torba z zakupami i plecakiem, w który mieliśmy sprzęt fotograficzny. Musieliśmy jej wszystko oddać, co nie do końca nam się podobało, no ale zaufaliśmy jej, zabierając jeden aparat, żeby focić oczywiście. No i powiem wam tylko tyle, jak weszliśmy na taras widokowy, zatkało mnie. To był zdecydowanie najpiękniejszy moment całego pobytu w Bangkoku. Widok nocą na Bangkok z tego miejsca jest po prostu niesamowity. Niesamowity do tego stopnia, że się poryczałam ze szczęścia, że mogłam tam być! Ehhh…nawet jak to pisze, to mi się łza w oku kręci, a ci co mnie znają wiedzą, że nie wzrusza mnie byle co :) Spędziliśmy tam z jakaś godzinkę, zapłaciliśmy wprawdzie największy rachunek w życiu za dwa drinki ( mohito + pina colada = 1500 THB) ale i tak było warto! Nawet gdyby te drinki kosztowały dwa razy tyle! I tym cudownym akcentem zakończyliśmy nasz ostatni dzień w Bangkoku.

———————————————————————————————————————————————————-

We zijn erin geslaagd om rond 08:00 uur op te staan. We hebben een strak schema om alles te zien dus we kunnen uitslapen wel even vergeten. Het plan voor vandaag is dat we the Grand Palace, Wat Phre Kaeo, Wat Pho bezoeken – liggende Boeddha, Wat Arun, daarna moeten we nog onze kaartjes voor het vervolg van de reis ophalen bij het reisbureau. Daarna willen we nog een nachtmarkt bezoeken en aansluitend willen we ook nog naar het Lebua hotel om te kunnen genieten van een adembenemend uitzicht.

Omdat je in de tempels als vrouw een lange broek aan moet en als man dichte schoenen moet dragen gaan we volgens die kledingvoorschriften op stap. We belsuiten om eerst bij het hotel een klein snel ontbijtje te doen maar het duurt heel lang en is ook nog stevig aan de prijs. Het personeel heeft geen enkele interesse dat is dan ook meteen de laatste keer. Ietwat teleurgesteld maar wel met een volle maag stappen we op en besluiten om de trip naar The Grand Palace te voet te doen. Het is niet heel ver en er is veel te zien. Tijdens de wandeling worden onze handen plots volgestopt met mais om te voeren aan de duiven, vervolgens mag je betalen. Daar doen we niet aan mee en lopen zonder verder nog om te kijken door. Dat is wel iets wat je moet weten als je naar Bangkok gaat, iedereen zal proberen om iets aan je te kunnen verdienen. Op zich kun je er ook wel om lachen.

We komen aan bij de laatste bocht voordat we bij het paleis zij en daar gebeurt het weer. Een mannetje zegt dat het paleis gesloten is vanwege een feestdag en je die tijd goed kunt besteden met een tripje naar een ander paleis en een boottocht. Marylka was hierop voorbereid, op internet wordt hier veel voor gewaarschuwd. We lopen dus gewoon door naar de poort van het paleis en zelfs daar staan mannetjes op je te wachten met het verhaal dat het paleis dicht is. 1 meter verder zie je de mensen gewoon in een rij naar binnen gaan, toch zullen er nog mensen zijn die er in geloven. Op de achtergrond kun je in verschillende talen horen dat je niemand aan de poort kunt vertrouwen maar omdat ze gekleed zijn als official zou je kunnen twijfelen.

We gaan naar binnen en we zijn duidelijk niet de enigen die dit idee hadden. Veel mensen uit verschillende landen staan in een rij om een kaartje te kopen. We zijn toch vrij snel aan de beurt en lopen daarna naar binnen. Alles is hier echt prachtig. Wit, rood, groen goud, hoge beelden, glimmende daken met drakenkoppen. Indrukwekkende gebouwen en echt zeer de moeite waard om van dichtbij te zien. Het is erg warm maar gelukkig kun je overal water drinken. Het is een enorm terrein en uiteindelijk besteden we ongeveer 3 uur.  Op de foto’s krijg je een indruk van wat er zoal te zien is maar je moet er echt heen als je in Bangkok bent.

Na het paleis gaan we verder naar de liggende Buddha. We nemen ook hier het besluit om te gaan lopen dat duurt ongeveer 20 minuten. We gaan over een Thaise markt en komen niet veel toeristen tegen, de schaduw van de bomen voelt aangenaam. We hebben inmiddels 3 liter water gedronken, je zweet het bijna net zo snel uit als je het opdrinkt. Uiteindelijk komen we aan bij een enorm beeld van de liggende Buddha, dat is prachtig om te zien. Dit beeld is een heel bekende Buddha en echt de moiet van het bekijken waard.

We zetten onze trip voort met een bezoek naar Wat Arun, een tempel aan de andere kant van de rivier. We nemen een Tuk Tuk en vragen om ons naar de haven te brengen voor een oversteek, hij neemt ons echter mee naar een haven waar je een boottrip kunt maken voor 2 uur. We stappen weer in en zeggen hem duidelijk om ons naar de andere aanlegplaats te brengen. Met een tegenzin en valse grijns brengt hij ons. We hebben inmiddels honger gekregen en gaan voordat we de oversteek maken nog even snel iets eten en drinken. Het eten is super! We raken tijden het eten in gesprek met een Duits koppel die op wereldreis zijn. Ze gaan 14 maanden op stap en hebben er inmiddels 8 opzitten. Echt iedereen die we hier treffen is weg voor een langen tijd. 2 maanden, 4 maanden, een half jaar, we voelen ons bijna lullig met maar drie weken.

Na het eten stappen we op de boot voor de oversteek en bezoeken Wat Arun. Het is hier niet zo druk en we hebben mooie gelegenheden om foto’s te maken. Wat Arun heeft een hoge toren en je kunt naar boven. Je moet dan wel een trap beklimmen die vreselijk steil is. Je moet je vast houden aan de reling anders val je naar beneden. Ondertussen hoop je dat degenen die je voorgaat zich ook vasthoud. Het is hier mooi en bijzonder maar niet heel groot. ons bezoek duurt niet heel lang en we gaan weer verder. We willen nu naar het reisbureau voor de kaartjes en zoeken een Tuk Tuk om ons te brengen. We lieten aan de chauffeur zien waar we heen wilden maar natuurlijk gaan we eerst naar een ader bureau. Daar wordt je dus niet blij van maar als we aandringen brengt hij ons. We zeggen dat hij niet op ons hoeft te wachten en verlaten uiteindelijk met tickets het reisbureau.

We gaan verder naar de Siam Market. Het is een modern warenhuis en het enige wat hier mooi is, is de airco. We koelen 5 minuten af en lopen wee naar buiten om daar de markt te bezoeken. Het zijn allemaal straatjes en steegjes waar je vooral veel zonnebrillen, horloges, tassen en kleding kunt kopen. Marylka koopt bril en zo hoort het ook. Na wat slenteren over de markt gaan we terug en gaan toch eens proberen om onze voeten in een waterbak met vissen te steken. Lekker de toerist uithangen. Dat is echt lachen en moet je werkelijk een keer gedaan hebben. We hebben een leuk gesprek en proberen ondertussen meer toeristen te verleiden om hun voeten in de bak te steken. We zitten uiteindelijk 2 x de tijd zonder bij te betalen. Met schoon geknaagde voetjes lopen we over de volgende markt waar ik een horloge koop en Marylka een tas. Tijdens het kopen van de tas krijg ik een les in onderhandelen en Marylka gaat weg met een tas voor een derde van de prijs. Onderhandelen is een must, je weet dat je teveel betaald als je het niet doet.

Het is inmiddels donker en we gaan naar Lebua tower. Met lange broek kunnen we naar boven, onze rugtassen worden bewaakt. op 64 hoog komen we in een skybar met een geweldig uitzicht. We bestellen een cocktail en lopen door naar de tweede bar waar echt een prachtig uitzicht over de stad is. Overal zie je lichtjes en mooie reflectie op het water van bootjes. Hoe langer je kijk, hoe meer je ziet. Dit punt is een echte must see mocht je ooit naar Bangkok gaan. Na onze drankjes gaan we moe maar voldaan terug naar het hotel.

 


ABOUT THE AUTHOR

Maryla

Fotografka, podróżniczka, miłośniczka pięknych wnętrz oraz dobrego i zdrowego jedzenia. Kilka lat temu rzuciła nudną pracę bankowca, aby robić to co kocha w życiu najbardziej. Uwielbia zmiany, to one nadają jej życiu sens. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami oraz inspirującymi ludźmi. Nie traci czasu dla tych, którzy nie mają czasu dla niej i żyje tak, jakby jutra miało nie być.

    KOMENTARZE (6)

  1. Ala

    ()

    Piękne zdjęcia, aż mi się czytać odechciewa 😀 Nie nie, jak tylko mi się egzaminy pokończą, to zasiadam do Ciebie i nadrabiam tajlandzkie zaległości, a tymczasem – wypoczywaj Moja Miła i pozdrów towarzysza podróży!!!

    Beantwoorden

    • Maryla

      ()

      No bo już się zaczęłam zastanawiać gdzie się podziewasz moja droga, no ale jeśli to nauka cię tak wciągnęła, to wyjaśnia twoją nieobecność :) Mam nadzieję, że wszystko szybko wchodzi do główki, i wszystkie egzaminy beda zadane na piątkę. Powodzonka!

      Beantwoorden

Skomentuj