Up
naamloos-3518-2

Spotkanie z tygrysami w Tiger Temple. No właśnie, chyba każdy kto słyszał o tym miejscu ma mieszane odczucia. My przygotowując się do podróży, też nie do końca byliśmy przekonani czy chcemy tam jechać. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tej świątyni od razu wpisałam ją na listę must see. Ale im więcej szperałam na ten temat, tym większe nachodziły nas wątpliwości. Był nawet moment, że wykreśliliśmy ją z naszego planu.

Świątynia Tygrysów prowadzona przez buddyjskich mnichów to jedno z nielicznych miejsc na ziemi gdzie można stanąć oko w oko z tygrysem, ba można je nawet dotknąć, pogłaskać, a nawet przytulić jeśli ktoś ma na tyle odwagi :) Jak powstała świątynia tygrysów? Otóż kilkanaście lat temu bud­dyjscy mnisi znaleźli dwa małe tygrysy w dżungli. Zwierzaki krę­ciły się wokół swo­jej nieży­wej matki. Ponieważ koty nie były w stanie przetr­wać w dżungli bez jej pomocy bud­dyści zabrali tygryski do świą­tyni i opiekowali się nimi niczym kotami domowymi. Karmione reg­u­larnie i nien­auc­zone polowa­nia trak­towały mnichów niczym swoich rodz­iców i przy­jaciół. W pewnym momen­cie świątynia zaczęła zapraszać turys­tów. Mnisi mieli nadzieje, że pieniądze zaro­bione w ten sposób pomogą im wybu­dować sztuczną dżunglę dla tygrysów, gdzie następne pokole­nie kotów urod­zonych w świątyni nauczyło by się polować. Oczywiście w internecie krąży wiele opinii na ten temat. Jedni się zachwycają, są pełni podziwu dla mnichów inni twierdzą, że tygrysy są faszerowane narkotykami, są ospałe, źle traktowane i że to jedna wielka maszynka do zarabiania pieniędzy. W ostateczności postanowiliśmy, że przekonamy się na własne oczy jak to wygląda i wyrobimy sobie na ten temat własne zdanie. 

Plan był taki, żeby być tam o 7 rano, żeby zjeść śniadanie z mnichami i towarzyszyć im w myciu i karmieniu małych tygrysków. Niestety, po przybyciu do naszego guest house dowiedzieliśmy się, że świątynia tak naprawdę jest otwarta dla turystów dopiero od 12, a ten program z myciem i karmieniem jest tylko dla ograniczonej grupy osób, najczęściej trzeba zrobić wcześniej rezerwacje i cała ta przyjemność kosztuje bagatela 5000 THB od osoby. Do tego był problem z dostaniem się na miejsce o tak wczesnej porze, bo to ok 65 km od Kanchanaburi. Postanowiliśmy więc skorzystać z usługi naszego guest house i wybrać się tam w południe taxówką za 120 THB od osoby. Dzięki temu mogliśmy się wreszcie spokojnie wyspać i zrelaksować w naszym domku na wodzie.

O 13:30 przyjechała po nas taksówka, w której już siedziała grupka osób. Ruszyliśmy zatem w międzynarodowym składzie na spotkanie z tygrysami. Droga minęła nam jak z bicza strzelił, dzięki miłemu towarzystwu :) Niesamowite ilu ciekawych ludzi można poznać podczas takiej podróży. To chyba najfajniejsza sprawa w podróżowaniu na własną rękę, ciągle spotyka się nowych ludzi, słyszy niesamowite historie. Jedna rzecz, która mi się w tym mniej podoba to fakt, że niemal każda napotkana osoba podróżuje po Azji kilka miesięcy, zdarza się, że podróżują nawet rok. Więc, my z naszymi trzema tygodniami, wypadamy raczej blado na ich tle :) Co ciekawe, spotykamy ogromną liczbę bardzo młodych osób, takich po 18-20 lat, którzy skończyli szkołę i wybrali się w długą podróż. Kiedy ja miałam tyle lat, to nawet moje marzenia nie sięgały tak daleko, a co dopiero, żeby były możliwe do urzeczywistnienia. Ehhh…

Ale wracając do tygrysów, w związku z tym, że to świątynia, co jakoś mi umknęło, wymagane były odpowiednio długie spodenki, do kolan, lub spodnie i zakryte ramiona. Oczywiście, moje spodenki okazały się za krótkie, ale na szczęście nasz taksówkarz był dobrze przygotowany i dostałam od niego długie spodnie, to nic ze do jednej nogawki wchodziłam cała i wyglądałam jak clown :) Kupiliśmy bilety za 600 THB od os i weszliśmy na teren świątyni. Pierwsze wrażenie było raczej negatywne, wszędzie łaziło pełno zwierząt: kozy, bawoły, dzikie świnie i nie wyglądały niestety na zadbane. Wręcz wygłodzone i strasznie brudne. Do tygrysów doszliśmy bardzo szybko. Tłumów jakichś wielkich nie było. Przed bramą trzeba było zostawić plecaki, torebki, okulary i nakrycia głowy. No i jak się okazało nie mogliśmy sami robić zdjęć, tylko dawało się aparat jakby swojemu opiekunowi i to on robił zdjęcia. Nie do końca nam się to spodobało, no ale cóż, nie było innego wyjścia. Wyglądało to tak, że jedna osoba bierze cię za rękę i podprowadza po kolei do wszystkich tygrysów, jest ich tam chyba z dziesięć, a druga robi zdjęcia. Oczywiście możecie sobie wyobrazić, że jakość tych zdjęć na kolana nie powala, poucinane ręce, nogi, nie mówiąc już o ostrości.

Samo spotkanie z tygrysami było dość emocjonujące, w końcu to dzikie zwierze, przy pierwszym tygrysie usiadłam z tyłu zachowując spory dystans. Kiedy moja dłoń zanurzyła się w jego futrze, okazało się, że jest ono bardzo szorstkie, czego w sumie można było się spodziewać. Nie wiem czemu mnie to zaskoczyło. Głaszcząc go delikatnie, poczułam nagle mocne uderzenie w głowę, odskoczyłam od razu na kilka metrów, wydając chyba dość głośny dźwięk, bo nagle wszyscy zaczęli patrzeć w moją stronę, a opiekunka od razu chwyciła mnie za rękę i odciągnęła jeszcze dalej. Chyba nie spodobało mu się moje głaskanie i postanowił mnie odgonić ogonem, jak muchę co najmniej :) Późniejsze spotkania odbyły się bez większych niespodzianek, obeszłam wszystkie dzielnie, ale na przytulanie się nie odważyłam :) Po odwiedzeniu tygrysów, można było sobie jeszcze połazić po posiadłości mnichów. Dotarliśmy też do jednego małego kociaka, ale akurat nadszedł czas na karmienie i zabrali go, więc nie zdążyłam się z nim przywitać :( 

Ogólne wrażenia po tej wizycie mamy niestety nadal mieszane. Na pytanie czy tygrysy są karmione jakimiś narkotykami czy innymi uspakajającymi środkami nie odpowiemy, bo tego chyba nie wie nikt. Choć rozmawiając z jednym z wolontariuszy, który akurat był Holendrem, usłyszeliśmy, że to jeden wielki stek kłamstw wymyślony przez osoby przeciwne tej działalności. Tygrysy nie jedzą żywego mięsa, w związku z czym wcale nie mają na nie ochoty. A to, że podczas wizyty turystów większość z nich sobie drzemie jest spowodowane faktem, że chwilę wcześniej są karmione, a po jedzeniu zawsze robią sobie sjestę. Na ile to jest prawda, nie wiem. Jednak fakt, że w tym miejscu zarabia się kupę pieniędzy na każdym miejscu trochę zniesmacza. Do każdej świątyni można wejść w bluzce na ramiączkach, jeśli tylko ma się np szal zakrywający ramiona, a tutaj nie. Trzeba kupić T-shirt za kilkaset batów. Każde dodatkowe zdjęcia, z małymi tygryskami, czy też ich karmienie, kąpanie wiąże się z dodatkową opłatą i to dość sporą. A tymczasem, widzi się wychudzone konie, czy bawoły. Jakby na to nie patrzeć, to jest to jest to jednak całkiem spora maszynka do zarabiania pieniędzy.

Po wizycie u Tygrysów wróciliśmy do naszego hostelu. O 19:30 mieliśmy busa do Bangkoku. Noc spędziliśmy z tym samym hotelu co wcześniej.

Taka ostatnia rada na sam koniec. W razie gdyby ktoś planował zwiedzanie Pływającego Marketu i Świątyni Tygrysów, chyba bardziej opłaca się kupienie zorganizowanej wycieczki z Bangkoku. Bo można zrobić te dwa miejsca spokojnie w jeden dzień, zahaczając nawet o most na rzecze Kwai. My poświęciliśmy na to dwa dni, bo chcieliśmy w obu miejscach być wcześnie rano, ale jak się okazało nie udało nam się ani w jednym ani w drugim, wiec patrząc z perspektywy czasu, można było spokojnie zaoszczędzić jeden dzień i przeznaczyć go na coś innego.

——————————————————————————————————————————————————–

Vandaag gaan we naar de tigertemple 65 km vanaf Kanchanaburi. Het is een warme dag. We kunnen een beetje uitslapen want onze taxi vertrekt pas rond 13:00. Het is ongeveer een uurtje rijden in een halfopen taxi. We eten eerst nog wat bij het hotel voor we weg gaan, het smaakt bijzonder goed!

De taxi komt vrij stipt en we stappen in. We zijn de laatse pick -up, dat is wel lekker. In de taxi zitten 2 franse dames, een franse jongen en twee engelse meiden. We maken direct contact en hebben een geweldig gesprek. Ik vind dit het allerbeste van onze trip. Je ontmoet zoveel mensen en zoveel verhalen, dat maakt deze manier van reizen zo bijzonder. Voordat we er erg in hebben komen we aan bij de tigertemple. Het is niet bijzonder druk en zeer warm. Marylka trekt de thaise lange broek aan die ze van de chauffeur heeft gekregen en bedekt haar schouders. Het is immers een tempel en daar geldt voor vrouwen een kledingvoorschrift. We gaan naar binnen, op zoek naar tijgers!

In het park is een soort vallei en daar liggen zo’n 10 flinke tijgers. Er staan 30 toeristen te wachten om met deze geweldige dieren op de foto te gaan. Het verhaal gaat dat deze dieren hier met drugs kalm gehouden worden maar ik geloof dat niet. Er werkt een nederlandse jongen en ik bespreek dat met hem en zijn australische collega. Zij kenden de verhalen ook en hebben het zelf uitgezocht. De tijgers die hier liggen zijn allen met de hand grootgeberacht en zeer bekend met mensen. Ze krijgen een aangepast dieet met vooral gekookte kip om ziektes te voorkomen. Er lopen veel assisten om de toeristen heen om in te kunnen grijpen mocht er iets mis gaan. De tijgers liggen overigens aan een stevig verkankerde ketting. Aggressie is er niet, als een tijger iets zou doen dan is dat speels gedrag. Maar als zo’n grote kat je een speelse klap voor je kop geeft dan ligt die er wellicht wel half af. Er gelden daarom regels. Je zonnebril moet af tegen de spiegeling, je rugzak moet achterblijven, je mag niet hurken en de tijgelmalleen aanraken waar ze dat vanuitnde leiding toestaan. Een medewerker maakt foto’s, dat is jammer maak begrijpelijk. Als jan de toerist maak ik dus een rondje om om op de fote te gaan met deze indrukwekkend dieren.

Na deze fotoshoot lopen we verder door het park en het is voornamelijk warm. We komen aan bij een soort waterval waar een Nederlandse jongen een tijgerpup aan het publiek toont. Tsja daar wordt je gewoon verliefd op. Ik ben nog net in staat om een foto te maken, het jong moet terug naar zijn verblijf voor voeding. Niet heel veel later komen er medewerkers aangelopen met losse tijgers. Deze dieren zijn 3 jaar oud en qua omvang volwassen. Ze worden vergezeld door een thaise monnik die vanwege een documantaire op National Geographic een beroemdheid is. Ik herken hem direct en maak een foto van hem met Marylka. aanraken mag je hem niet en er moet voldoende ruimte zijn tussen hem en Marylka. Na deze foto’s verlaten we het park en keren terug naar ons guest house omdat we ’s avonds een rit terug naar Bankok moeten maken. We blijven daar een nachtje om direct verder te reizen naar Ayutthya, de oude hoofdstad van Thailand, beroemd om de vele oude tempels.

Over ons bezoek van de tijgers kun je op veel manieren denken. Je kan zeggen dat de dieren worden geëxploiteerd vanuit zuiver winstbejag, ik geloof echter dat het ook ten goede komt aan de kleine nog levende tijgerpopulatie in het wild. Uiteindelijk houd ik er gemengde gevoelens aan over maar ben toch blij dat ik zo dichtbij geweest ben. Niet voor de foto’s, ik had ze liever gemaakt zonder dat ik er zelf op sta, maar omdat ik dit èèn van de mooiste dieren vind die we nog hebben op onze planeet.

Terug bij het guest house maken we ons klaar voor de terugrit naar Bangkok en we nemen afscheid van de mensen die we er ontmoet hebben. Sommigen komen we later op onze reis weer tegen op echt heel andere plekken. Groot land, kleine wereld!


ABOUT THE AUTHOR

Maryla

Fotografka, podróżniczka, miłośniczka pięknych wnętrz oraz dobrego i zdrowego jedzenia. Kilka lat temu rzuciła nudną pracę bankowca, aby robić to co kocha w życiu najbardziej. Uwielbia zmiany, to one nadają jej życiu sens. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami oraz inspirującymi ludźmi. Nie traci czasu dla tych, którzy nie mają czasu dla niej i żyje tak, jakby jutra miało nie być.

    KOMENTARZE (24)

  1. PlANTOFELEK

    ()

    Mam Cię w obserwowanych i jak wskoczyła mi ikonka z postem to pomyślałam skąd tu moje zdjęcie;) Hehe. No ja właśnie też do dziś się zastanawiam czy te tygrysy są nafaszerowane narkotykami, niby nigdy nie dostawały surowego mięsa i to dlatego…ale…dla mnie tak czy inaczej było to ogromne przeżycie, zwłaszcza że na niektórych zdjęciach widzieliśmy póżniej że niektóre z tgrysów były bez łańcucha. Poza tym nie chcę myśleć co by było gdyby któryś machnął łapą…Ale widać że Ty byłaś dzielna:):)

    Beantwoorden

  2. Mo.

    ()

    Co do Świątyni Tygrysów to miałam te same odczucia co Ty, też długo się wahałam czy tam jechać.Ostatecznie pojechałam, przy okazji zahaczając o most na rzece Kwai.Echh, i też byłam w Tajlandii 3 tyg. a większość poznanych osób to byli Ci co skończyli szkoły i udali się w roczną podróż po Azji, albo tacy, którzy rzucili wszystko i postanowili spędzić część życia na podróżowaniu. I do dzisiaj podróżują.A ja im zazdroszczę:)

    Beantwoorden

    • Maryla

      ()

      Dokladnie tak samo mielismy :) i jak tam bylismy i gadalismy z tymi ludzmi to czulam taki niedosyt, ze im zostaly jeszcze 2 lub 3 miesiace a nam 2 tygodnie :) ale jak sie tak nad tym dluzej zastanowilam, to stwierdzilam, ze chyba jednak bym tak nie chcala. Bo owszem spotkalismy osoby ktore byly w podrozy caly rok, na ktora oszczedzali ostatnie 7 lat, nie wyjezdzajac nigdzie, wroca i beda kolejne 7 oszczedzac na kolejna podroz. Chyba jednak wole moje 3 tygodnie, ale za to dwa razy w roku, i ciagle mozesz czekac na cos nowego, a tak, siedem lat oszczedzania? nie wyobrazam sobie. No ale wiadomo kto co lubi :)

      Beantwoorden

  3. Julita Natalia

    ()

    Świetnie się czyta Twój blog, cieszę się, że tu trafiłam!
    Taka podróż mi się marzy, aczkolwiek nie wiem, czy odważyłabym się na przebywanie z tygrysami w tej świątyni. Nawet jeśli wiedziałabym, że jest nikła szansa na atak z ich strony. Ale za to jakie masz zdjęcia – nie mogę się napatrzeć. Coś niesamowitego.
    Pozdrawiam,
    Ruda Frela

    Beantwoorden

  4. jolik2000

    ()

    Marylko, ty jakby mniejszego miałaś stracha od Marcela :-))Przynajmniej fotki dają takie wrażenie, hahaha
    będę zaglądać, oczywiście, któregoś dnia nadrobię zaległości
    powiem nieprzyzwoicie, chciałabym w przyszłym wcieleniu być tobą

    Beantwoorden

Skomentuj