Up
naamloos-1010066-3-2

 

Macham do was kochani z Zanzibaru :) Jesteśmy, dotarliśmy cali i zdrowi…bez niespodzianek się oczywiście nie obyło :) ale po kolei…

Ponieważ wylot mieliśmy dość wcześnie, bo o 6:00 rano, o 2:15 czyli totalnie w środku nocy obudził nas budzik…i całe szczęście, bo miałam jakiś terrorystyczny koszmar….nie wiem, czy to w wyniku przeżywania podróży, czy skutek uboczny tabletek na malarię…ale byłam przeszczęśliwa, że budzik wyrwał mnie z tego strasznego snu…Przed 4:00 byliśmy już na lotnisku, zwarci i gotowi na kolejną przygodę :) Po dojściu do odpowiedniej bramki, co zajmuje na Schipholu ponad pół godziny, spotkała nas pierwsza niespodzianka, a mianowicie rozmiary naszego samolotu. Zwykle na takich dystansach, latają Boingi 747, na nas czekał malutki 737, czyli taki którym nawet godzinny przelot potrafi być męczący, a co dopiero kilkunasto…ech…no ale tak to jest jak się szuka najtańszych biletów i nie czyta jakim samolotem będą nas transportować…mamy nauczkę na przyszłość, ale wizja 15 godzin, w tym czymś do najprzyjemniejszych nie należała. No i wyjaśniło się też dlaczego tak długo musimy lecieć, to małe gówienko musi przecież w drodze zatankować, w związku z czym czekało nas  międzylądowanie w Jordanii…po wejściu na pokład okazało się, że nie siedzimy obok siebie :( tzn siedzieliśmy, tyle że po dwóch stronach przejścia…ałć…nie spodobało mi się to do końca, bo nie dość, że długi lot, miejsca mało, to jeszcze nie miałam sobie na kim głowy wesprzeć. Tzn, pewno bym i mogła, na starszym panu obok, ale jego towarzyszce mogłoby się to nie do końca spodobać :) więc wolałam na wszelki wypadek nie ryzykować :) Na szczęście dzięki wąskiemu przejściu mogłam czasami potrzymać Marcela za rękę :) Lot się troszkę dłużył…ale mieliśmy całkiem sympatyczne towarzystwo obok, co prawda większość leciała do Kenii…(tak, tak czekało nas jeszcze jedno międzylądowanie w Mombasie :)) ale było bardzo wesoło :) Zrobiło się troszkę mniej, kiedy podczas dyskusji na temat szczepień, pojawił się przed moimi oczami obraz, dwóch żółtych książeczek leżących w szafce…pot oblał mnie z góry na dół, i pomimo złudnego przetrząśnięcia całej torebki ( licząc na jakiś cud, może się tam same przetransportowały :)) niestety…nie znalazłam ich…leżą sobie pewno wygodnie tam gdzie je położyłam, a nas pewno na Zanzibar nie wpuszczą i będziemy nocować na lotnisku…

Po wylądowaniu na Zanzibarze, modliłam się, żeby jakoś udało się z nimi dogadać…żebyśmy z powrotem do domu nie musieli lecieć…stojąc w kolejce po wizę, układałam sobie w głowie, jak to najlepiej rozegrać…no i tutaj spotkała nas kolejna niespodzianka, okazało się, że w ogóle nie sprawdzali żółtych książeczek..yupppi…udało się nam :)

Przy wyjściu z lotniska czekał na nas sympatyczny Mambo z kartką z naszymi imionami, od razu wskoczyliśmy do samochodu i wyruszyliśmy do naszego hotelu.

Ponieważ było już całkiem ciemno, za wiele po drodze nie zobaczyliśmy, jedyne co dość mocno zapadło mi w pamięci, to unoszący się zapach palonego drewna. Nie wiem, czy to tylko moje skojarzenie, ale ten zapach pozostanie moich zapachem Zanzibaru :) Jedni kojarzą Zanzibar z wanilia, inni z cynamonem…a dla mnie będzie to palone drewno :) Być może jest to spowodowane faktem, że wzdłuż drogi, która przemierzaliśmy, stało pełno straganów, budek z jedzeniem, grillami a nawet ogniskami, przy których skupiały się grupki Zanzibarczyków. Poza tym ciemność, lewostronny ruch, brak poboczy, którymi spacerowali muzułmanie, których osobiście w tej ciemności ledwo dostrzegałam skojarzyło mi się z dużą ilością wypadków i potraceń, co jak się okazało w rozmowie z naszym szoferem, wcale prawdą nie było. Droga do hotelu trwała coś koło godzinki, po dotarciu, zostaliśmy bardzo mile przywitani w Bellevue Hotel, i po szybki zapoznaniu się z miejscem padliśmy w łóżku jak muchy…Poranek przywitał nas piękną, słoneczną pogodą, śpiewającymi ptakami i zapachem smażonych naleśników.  Mmmmm…:) Mogłabym się tak budzić codziennie :) Kilka słów o samym hostelu. Bardzo klimatyczny, kameralny ( zaledwie 8 domków) …właściwie powiedziałabym wręcz rodzinny klimat. Niestety nie jest położony przy samej plaży, trzeba się przejść ze 100 metrów, co oczywiście nie jest żadnym problemem, ale widoków na morze z domków niestety nie ma…jest osadzony jakby troszkę w buszu. Bardzo czyste, przyjemne pokoje, które dzięki dużym dachom w ogóle się nie nagrzewają. Spaliśmy bez klimy i nie było w ogóle duszno. Obsługa przesympatyczna :)

A tak wyglądała nasza gliniana chatka :)

Zniecierpliwiona widokiem morza o poranku, wyciągnęłam jak najszybciej Marcelinka z łóżka, na szczęście bardzo nie protestował :) Chyba sam był ciekaw :) A to co zastaliśmy po wyjściu na plażę :)

Po 10 minutach podszedł do nas Mambo przedstawiają się jako rodowity Masaj, z intencją sprzedaży jakichś koralików. Ja tam takich rzeczy nigdy nie kupuje, ale Marcello lubi czasami coś sobie powiesić na szyi, i za kilka dolarów kupiliśmy od Masaja, jego własne koraliki, bo spodobały nam się najbardziej :) Ponieważ musieliśmy wrócić do hotelu po kasę, wypożyczyliśmy od razu rowery i ruszyliśmy wzdłuż  plaży :) Nigdy nie jeździłam rowerem po plaży, ale muszę przyznać, że to było jedno z piękniejszych przeżyć w moim życiu :)

Wspaniała pogoda, cudowne plaże, piasek niewiarygodnie biały i taki miły w dotyku, niemal jak mąka :) Do tego lekki wiaterek…i co nas najbardziej zdumiewało, pustka, totalna pustka, żadnych turystów…tylko my…czasami przejeżdżają na rowerach tubylcy…

Ewentualnie kobiety pracujące przy algach…niestety nie mamy zbyt wielu fotek, bo niezbyt chętnie pozowały do zdjęć, wręcz robiły się agresywne, jeśli tylko zauważyły że podchodzę za blisko z aparatem…także mamy kilka z ukrycia, albo z daleka, ale na portrety niestety nie było szans…

Tak mięciutkiego piasku, moje stopy jeszcze nigdy nie doświadczyły, dlatego pozwoliłam im stąpać…i stąpać…bez końca…:)

Te patyczki poniżej to specjalne tyczki do hodowli alg…

Tutaj algi w pełnej okazałości…tak naprawdę to było coś co strasznie chciałam zobaczyć i sfotografować…niestety moje wyobrażenia o pięknych portretach pracujących tam kobiet  legły w gruzach…ale kto wie, może jeszcze gdzieś spotkamy poletka algowe…

Po drodze napotkaliśmy sympatyczną parę, która pstryknęła nam wspólną fotkę, czyli coś co jest u nas rzadkością :)

I pędzimy dalej w stronę Jambiani na rowerach :) Mam nadzieję, że uda nam się zdążyć przed przypływem, bo jak to nie będziemy musieli wracać drogą….której oczywiście nie znamy :)

Spieszymy się zatem, żeby jak najwięcej zobaczyć :)

Jednak wspaniałe widoki i ciągłe zatrzymywanie się na ich uwiecznienie, nie sprzyjało szybkiej jeździe :) ale co tam :) cieszylśmy oczy ile się tylko dało :)

Jedni z nielicznych tubylców, którzy nie mieli nic przeciwko fotkom :)

Plaża Paje…To tutaj zatrzymaliśmy się na na colę :) Widoki niesamowite :)

Miałam wrażenie, że im dalej jedziemy, tym piękniejsze plaże, bez wodorostów…coraz wspanialszy kolor morza…achhhh….cudownie…

Niestety w pewnym momencie poziom wody zaczął tak gwałtownie się podnosić, że w obawie przed zalaniem plaży…postanowiliśmy zawrócić…

W drodze powrotnej spotkaliśmy kolejnego Masaja, albo raczej Beach Boya, który podawał się za Masaja i był przemiły, pozował z uśmiechem do zdjęć, aż do momentu kiedy próbował nam sprzedać kolejne koraliki, a za które podziękowaliśmy. Od razu, kazał nam wykasować wszystkie zdjęcia :) I przegonił kijem :) udało się nam jednak ocalić dwie sztuki :)

Tak minął nasz pierwszy dzień :) widoki o których zawsze marzyłam zostały uchwycone, zdecydowanie jeden z piękniejszych dni w moim życiu :) jestem pod takim wrażeniem, że aż ciężko mi wyrazić uczucia :)

Wieczorem wybraliśmy się jeszcze raz na plażę, tym razem w drugą stronę od hotelu…tym razem spotkaliśmy innego Mambo, z którym zrobiliśmy fajnego deala na jutrzejsze Blue Safari :) Już się nie mogę doczekać…:)

Pozdrawiam wszystkich moich czytelników :)

Na koniec kilka praktycznych informacji dotyczących cen:

-bilety lotnicze na Zanzibar – 700 euro – choć ostatnio widziałam kilka fajniejszych promocji :)

-wiza, którą wyrabia się na lotnisku – 50$

-taksówka : Lotnisko – Bellevue Hotel – 50$

-nocleg w Bellevue Hotel – 80$ za domek ze śniadanami

-obiad w Bellevue – 10-15$

-świeży sok – 2-3$

-piwo – 3-4$


ABOUT THE AUTHOR

Maryla

Fotografka, podróżniczka, miłośniczka pięknych wnętrz oraz dobrego i zdrowego jedzenia. Kilka lat temu rzuciła nudną pracę bankowca, aby robić to co kocha w życiu najbardziej. Uwielbia zmiany, to one nadają jej życiu sens. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami oraz inspirującymi ludźmi. Nie traci czasu dla tych, którzy nie mają czasu dla niej i żyje tak, jakby jutra miało nie być.

    KOMENTARZE (32)

  1. Filipek 70

    ()

    matko a ja myślałam że nic mnie już mocniej od naszych gór zachwycić nie może …tam jest cuuuuuuuuuuuuuuuuuuudownieeeeeeeee ……a zdjęcia są po prostu best of the best i w sumie to mnie tak zatkało że już nie wiem co ci tu napisać …kurcze gdybym się tam znalazła to byłoby ryzyko że mnie rozerwie ze szczęścia …uwielbiam takie miejsca i jeszcze do tego rowerkiem ………boskoooooo buziaki

    Beantwoorden

  2. Ania

    ()

    OMG!!! aż nie wiem, co z wrażenia napisać. Jestem zakochana w Zanzibarze od czasu, gdy przeczytałam książkę o Polce tam mieszkającej. Tak chyba musi wyglądać (i pachnieć: cynamon, wanilia, drewno…)w raju…Przyjemności!

    Beantwoorden

Skomentuj