Up
naamloos-8655-2

Dzień drugi przywitał nas tak samo piękną pogodą jak dzień pierwszy…Jak tylko otwarłam oczy to od razu patrzyłam czy przez szparę od drzwi przebija słońce…:) Szybko zjedliśmy śniadanko, bo o 8:30 byliśmy umówieni z naszym beach boyem Ally, który o dziwo przyjechał bardzo punktualnie. Aż się zdziwiłam, bo jestem przyzwyczajona do tego, że w Afryce to wszyscy mają czas i wszędzie się spóźniają. Ledwo weszliśmy do samochodu, a Ally pyta nas czy mamy dla niego pieniążki, bo benzyna w samochodzie się kończy i musimy najpierw zatankować. Ok, żaden problem dałam mu 50$, niestety musieliśmy najpierw podjechać do wioski i je wymieć na szylingi bo na stacji benzynowej $ zapłacić nie można. Dzięki temu, wjechaliśmy do wioski, do której chyba raczej turyści nie zaglądają, bo była ona z dala od głównej drogi. W sumie chyba nie chciałabym znaleźć się tam bez opieki przewodnika…widok, no cóż smutny…chciałam zrobić dla was kilka fotek, ale niestety Marcel mi surowo zabronił. Stwierdził, że to naruszanie ich prywatności. Ehhh…no to muszę wam zatem opisać co widziałam…bieda…bieda…straszna bieda. Domki lepianki…a przy nich biegające na bosaka dzieci…Aż serce się kroiło, kiedy widziałam te malutkie nóżki, całe brudne, w podartych ubrankach…Roczne dziecko, którego nikt nie ma czasu nakarmić, więc siedzi sobie z butelką w ręce i karmi się samo…kobiety ubrane w pięknych kolorowych sukniach…w chustach na głowie, jak to nakazuje ich religia. Życie toczy się na ulicy, widać, że Ally zna tutaj wszystkich. Kiedy w końcu udało się nam wymienić dolary, udaliśmy się na stację…a tu niespodzianka, na stacji skończyło się paliwo…a my już tak od dobrej pół godziny na oparach…ale nasz uśmiechnięty Ally woła Hakuna Matata – czyli no problem :) wróciliśmy znowu do wioski, tym razem w poszukiwaniu benzyny…sprzedają, ja po prostu na litry…zastanawiacie się po co? Po pierwsze do motorów, których tam całkiem sporo się porusza, po drugie codziennie regularnie koło 20:00 w wiosce, oraz w naszym hotelu, wyłączają prąd, a wtedy w ruch idą agregaty, i to właśnie dlatego w kilku miejscach można kupić benzynę na litry. W końcu udało nam się zatankować…tzn…wlać do baku 5litrów :) Mogliśmy zatem ruszyć spokojnie dalej. Co prawda myślałam, że zaraz dotankujemy na najbliższej stacji, ale tak się nie stało, wywnioskowałam więc, że chyba lubią jeździć na oparach :) Do naszego celu, czyli do portu z którego musieliśmy wyruszyć było około godzinkę drogi. Spodziewałam się jakiejś plastikowej łódki i przynajmniej 20 towarzyszy wycieczki, jak to zwykle bywa na takich imprezach, a tutaj niespodzianka, czekała na nas prawdziwa rybacka łódź z drewnianym masztem i całkiem kameralna grupka :) Wskoczyliśmy od razu na pokład i wyruszyliśmy. Trochę wiało i bujało tą skorupą, ale jakoś udało nam się dotrzeć na miejsce…

A miejscem docelowym była wysepka, albo raczej płachta pięknego białego pisku, na którym zrobiliśmy sobie piknik, nakarmiono nas pysznymi soczystymi arbuzami, ananasami, pomarańczami i kokosami, napojono, poopalaliśmy się…no i napstrykaliśmy jak zawsze mnóstwo fotek :)  Piasek był bielutki, mięciutki i czysty…a kolor wody…sami zobaczcie :)

Kolejnym naszym punktem docelowym była rafa i snurkowanie, ja zostałam na łodzi i pstrykałam fotki, ale Marcello mówił, że jakiegoś szału nie było, więc chyba nie wiele straciłam…

Później udaliśmy się na inna wysepkę, na lunch. To była dopiero uczta. Nie dość, że widoki zapierające dech w piersiach, to jedzenie iście po królewsku. Najpierw na stół wjechały krewetki, ośmiornice, rybki i inne owoce morza, najedliśmy się tak, że brzuszki mało nam nie popękały…później homary i owocki na deser :) ja tam co prawda  zwolenniczką homarów nie jestem, ale u większości towarzyszy wywołały one nie lada zachwyt…:)

Po obiadku z pełnymi brzuszkami udaliśmy się w głąb wyspy, nasz Ally pokazał nam piękne stare, przewrócone drzewo, które pomimo tego, że było przewrócone, korzenie nadal tkwiły w piasku, i drzewo nadal żyje…bardzo ciekawy widok :) szczególnie biorąc pod uwagę jego rozmiary :)

Zaraz obok drzewa, stała wieża widokowa, na którą od razu się wspięliśmy. Wyzwanie było nie lada, bo chyba była baaardzo stara, belki łamały się pod nogami, no ale wyszliśmy, ponapawaliśmy się widokami, zeszliśmy i żyjemy, więc to najważniejsze :)

Na końcu małe zakupy, żeby wesprzeć finansowo sprzedające tam kobietki…zresztą sukienek, torebek i chust nigdy za wiele :)

Czas na wyspie dobiegł końca…buuu…wskoczyliśmy z powrotem do naszej łajby i na otwartych żaglach ruszyliśmy do naszego portu. Wiało mocno, bujało, ale było cudownie :) Po powrocie od razu umówiliśmy się z naszym Allym na jutro. Zabierze nas do Stone Town i na wyspę Prison Island :) Już się nie mogę doczekać :) A tutaj macie zdjęcie najsympatyczniejszego uśmiechu Alliego :)

Z praktycznych informacji:

– Safari Blue u Alliego – koszt 50$ od osoby, cena hotelowa 90$

– podróż do miejsca wypłynięcia łodzi – ok 1h

ABOUT THE AUTHOR

Maryla

Fotografka, podróżniczka, miłośniczka pięknych wnętrz oraz dobrego i zdrowego jedzenia. Kilka lat temu rzuciła nudną pracę bankowca, aby robić to co kocha w życiu najbardziej. Uwielbia zmiany, to one nadają jej życiu sens. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami oraz inspirującymi ludźmi. Nie traci czasu dla tych, którzy nie mają czasu dla niej i żyje tak, jakby jutra miało nie być.

    KOMENTARZE (18)

  1. Ala

    ()

    Błękit to chyba stanie się moim ulubionym kolorem dzięki tym zdjęciom! Mam nadzieję, że się dobrze bawicie, bo jakoś zamilkłaś, ale spokojnie, ja cierpliwie czekam, mnie się nie spieszy 😀

    Beantwoorden

Skomentuj