Up
naamloos-0198-2

Safari, dzień drugi…i długi jednocześnie. Pobudka o 6:00 rano, śniadanko w miłym towarzystwie Australijczyków. Krótka pogawędka z Francuzem, którego dzień wcześniej poznaliśmy. I rozwiązanie zagadki: co robi młody, przystojny facet na 5 tygodniowym Safari z dwójką dzieciaków. Odpowiedź bardzo smutna, próbuje się pozbierać po tym jak kilka tygodni temu zmarła jego żona…Straszne to musi być przeżycie, ale może właśnie taki wyjazd, takie odcięcie się od świata i rzeczywistości, choć trochę pomoże im w tych trudnych chwilach…

Ekipa zwarta i gotowa na kolejną przygodę :) Od prawej ja, Mitch, Sue, kucharz i kierowca. Plan na dziś jest taki, że przejeżdżając przez Krater Ngorongoro przemieszczamy się do Parku Serengeti. Do pokonania mamy ok 350 km, tak więc spory odcinek. Chłopaki pakują nasze namioty i ruszamy w drogę.

Droga do Serengeti trwała 5 godzin. Ale czasu na nudę nie było. Armani zabawiał nas śmiesznymi historiami. Za oknem też dużo się działo. Szczerze mówiąc jadąc tutaj byłam przygotowana, na brak asfaltowych dróg, a tutaj drogi lepsze niż w Polsce. Szerokie i bez dziur :) Spektakularne krajobrazy w okolicach Parku Ngorongoro przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Zobaczcie sami:

Po drodze mijaliśmy liczne wioski Masajów. W jednej z nich mieszkał Masaj rekordzista z 30 żonami z którymi ma 137 dzieci i 145 wnuków :). Zastanawialiście się kiedyś jak by to było, bycie żoną takiego Masja. Żyło w maleńkiej wiosce, jak poniżej, z 29 innymi żonami męża. Aż dziwnie to brzmi :) I do tego wkoło biegające dziesiątki dzieciaków, wszystkie jednego mężczyzny :) Zapytałam od razu Armaniego, czy te dzieci się później dalej rozmnażają w tej wiosce, ale na szczęście nie…choć na pewno przypadki się zdarzają.

Tak sobie jedziemy i myślę sobie, że fajnie byłoby się zatrzymać gdzieś na chwilę, żeby porobić fotki…już miałam poprosić Armaniego, żeby znalazł jakiś wygodny punkt widokowy, a ten właśnie zjeżdża na bok. Okazało się, że złapaliśmy gumę, więc przystanek obowiązkowy :) I to jaki przyjemny :) Nawet udało się nam porozmawiać z kilkoma Masajami. Wiecie, że oni wszyscy całkiem dobrze mówią po angielsku? Zaskoczona byłam bardzo!

Asfaltowa droga dawno temu się skończyła, już od dłuższego czasu jedziemy wyboistą drogą z kamieniami….za nami kłęby kurzu…temperatura wciąż rośnie. Najgorzej jechać za jakimś innym samochodem. Wtedy nie ma dosłownie czym oddychać. Chustki w tym momencie bardzo się przydają. Dojeżdżamy w końcu do długo wyczekiwanej bramy Serengeti. Zatrzymujemy się na moment. Dookoła rozpościera się kamienista nicość…z błękitnym niebem…horyzontu nie widać…przed nami cudowna nieskończoność…Już wiemy dlaczego Park nazwano Serengeti – co oznacza właśnie nieskończoność. Otaczają nas od razu Masajki próbując sprzedać nam biżuterię hand made. Nic nie kupujemy, ale oddajemy im swój lunch i kilka butelek wody dzięki czemu dostajemy przyzwolenie na kilka fotek :) Armani, obiecuje im, że jak będziemy wracać to zostawimy im całą wodę jaka nam zostanie. Dobry chłopina z niego…

O i jakaś biała Masajka się tutaj zaplątała…aż straszy swoją bladością  :)

Za bramą zatrzymujemy się na chwilkę, Armani zapewne musiał zapłacić za park, my korzystając z przystanku robimy siku, i wychodzimy na niewielkie wzgórze skąd rozpościerał się taki oto widok:

Jedziemy dalej i krajobraz znowu się zmienia. Niesamowite! Od razu widać, że za magicznym słowem Serengeti coś się kryje…po kamienistej prerii zaczyna robić się zielono,  pojawiają się pierwsze zwierzęta, najpierw niewielkie grupki, później większe…w końcu widzimy całe stada…na horyzoncie pojawiają się pierwsze kępy akacji…i pierwsze żyrafy…:)

W związku z tym, że większość dnia spędziliśmy w podróży, czasu na Safari Game nie zostało nam dużo. Mimo wszystko doświadczyliśmy wspaniałych grup przeróżnych zwierzaków. Nie będę wam wszystkich fotek wrzucać, bo znów się będzie post zacinał :) Jednym słowem Serengeti mnie oczarowało swoim klimatem, ilością zwierząt, przepięknymi krajobrazami. Na koniec kilka fotek przed zachodem słońca.

Po dotarciu do naszego obozu troszkę się rozczarowaliśmy.  Ilość namiotów rozłożyła nas na łopatki, było ich całe mnóstwo…a zamiast odgłosów dzikich zwierząt słyszeliśmy jedynie przekrzykujących się ludzi. Dużo młodzieży. Miałam wrażenie, że całe wycieczki szkolne nastolatków. Kolejki do pryszniców, o dziwo z ciepłą wodą. Problem z naładowaniem baterii, kontakty działały tylko dopóki świeciło słońce. Sue bolała strasznie głowa, to pewno przez te długą podróż. Po pysznej kolacji dość szybko poszliśmy spać…jutro musimy wstać o 5:00. Robimy game safari przy wschodzie słońca. Mam nadzieję, że zobaczymy więcej lwów albo może nawet gepardy…

Staram się zasnąć, ale ludzkie odgłosy skutecznie mi to utrudniają…w końcu udało się…śpię…i śnię o biegnącym w moją stronę stadzie zebr…biegną dosłownie na mnie, jakby nie w ogóle nie widziały…kucam, zakrywam się rękami, jakby to miało mnie przed nimi ochronić…budzę się, słyszę jak otwiera się zamek w naszym namiocie…skacze na równe nogi…to tylko Marcel…idzie siku…ech…to jak się już obudziłam, to idę z nim. Dziwnie cicho, wszyscy śpią. Jedyne co słychać to chrapanie dochodzące z namiotów…szybko do WC…wracamy…i nagle widzimy w odległości 3-4 metrów dwie pary świecących się oczu…patrzących prosto na nas…od razu łapię za rękę Marcela…zwalniamy kroku…nie wiemy czy stać, czy uciekać…a w ciemności nawet nie mamy pojęcia czyje to oczy…Nagle oczy znikają…uciekły…pffff…chyba jeszcze szybciej niż one, zwialiśmy do namiotu. Następnego dnia przy śniadaniu dowiedzieliśmy, że mieliśmy w obozie gości – hieny! Czyżby to było spotkanie w cztery czy z hienami? Wolę o tym nie myśleć….


ABOUT THE AUTHOR

Maryla

Fotografka, podróżniczka, miłośniczka pięknych wnętrz oraz dobrego i zdrowego jedzenia. Kilka lat temu rzuciła nudną pracę bankowca, aby robić to co kocha w życiu najbardziej. Uwielbia zmiany, to one nadają jej życiu sens. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami oraz inspirującymi ludźmi. Nie traci czasu dla tych, którzy nie mają czasu dla niej i żyje tak, jakby jutra miało nie być.

    KOMENTARZE (26)

  1. Monika

    ()

    O matko! Ale historia z tymi hienami.. aż mi troche krew w żyłach zmroziło. Zawału bym dostała na miejscu. Ale wspaniałą przygodę przeżyliście. A z tymi Masajami i ich angielskim to naprawdę się nie spodziewałam. Może dlatego, że moje pojęcie o Masajach pochodzi jedynie z książki "Biała Masajka", którą się zaczytywałam w początkach gimnazjum… Pozdrawiam 😉

    Beantwoorden

  2. aschaaa

    ()

    uwielbiam Twoje zdjecia. teraz muisisz mi zdradzic co to za sprzet i czy Wy macie jakies studio fotograficzne czy to talent wrodzone? a moze da sie tego nauczyc? cudownie!
    a motyw francuza z dwojka dzieci wzruszyl mnie najbardziej :(

    Beantwoorden

  3. Ala

    ()

    Dotrwałam do końca bez zacięć, następnym post w kolejce niestety się zacinał…
    Szkoda tego faceta, no i w związku z tym nie da się ukryć, że ich wyjazd jest na pewno dobrą formą terapii po stracie żony.
    Właśnie opowiedz, jak to jest z robieniem zdjęć innym ludziom, mieszkańcom danego regionu, rozumiem że w większości przypadków pytacie się o pozwolenie i jakie są reakcje?

    Ten Armani to rzeczywiście ewidentny Armani :)

    Beantwoorden

Skomentuj