Up
naamloos-1189-3

Trzeci dzień w Serengeti i zarazem ostatni. Po wrażeniach z dnia poprzedniego, od samego śniadania zastanawialiśmy się co dziś ciekawego nas spotka. Pierwszy raz kiedy nie musieliśmy wstawać jeszcze przed wschodem słońca. Dziś opuszczamy Serengeti i jedziemy do Krateru Ngorongoro. Długa droga znowu przed nami, trzeba zjeść porządne śniadanko. Nasz kucharz jak zawsze staje na wysokości zadania, serwując nam pyszne naleśniki. Ogólnie to do jedzonka nie mamy żadnych zastrzeżeń. Jest dużo, nawet bardzo dużo, nie jesteśmy w stanie zjeść nigdy wszystkiego co zostanie podane na stół. Wybór zawsze taki, że każdy znajdzie coś dla siebie. Nasz kucharz złapał dziś mimo wszystko dużego minusa. Od wczoraj chodzi w tym samym podkoszulku, upał niemiłosierny, a co za tym idzie mały smrodek…tzn, nie mały duży smród. Już jak nam podawał śniadanie, ciężko było tego nie poczuć. Oczywiście wszyscy od razu zaczęli robić sobie z tego żarty, ale mi do śmiechu wcale nie było, bo przed nami kilka godzin jazdy, a ja siedzę centralnie za nim w samochodzie…ehhh…no nic, mamy jeszcze cały czas nadzieję, że przed wyjazdem wskoczy pod prysznic i założy świeży podkoszulek. Nawet szepnęliśmy Armaniemu dwa słowa na ucho, może by mu coś delikatnie zasugerował. Chłopaki poskładalii namioty. Zapakowali samochód. I możemy ruszać. Niestety, nasz kucharz, w tym samym podkoszulku…matko jak ja przetrzymam cały dzień z tym smrodkiem w samochodzie…dobrze, że miałam jakąś próbkę Chanel, zpsikałam sobie chustkę, założyłam na nos i w drogę…

Ponieważ przed nami kilka godzin jazdy, nie robimy safari, oglądamy tylko to co napotkamy na drodze. Nie będę was już zanudzać tysiącem zdjęć, wybrałam tylko kilka najfajniejszych…

Lista życzeń na dziś to gepardy, hieny i nosorożce, choć Armani od razu nas sprowadził na ziemię i powiedział, że na nosorożce to nie mamy co dziś liczyć. Może jutro w kraterze, uda się nam jakiegoś spotkać. Jak będziemy mieć szczęście oczywiście. Niestety ani hien, ani gepardów nie widać. A Marcel tak liczył na to, że jakiś gepardzik wskoczy nam na samochód, i będzie mu pstrykał fotki :) Spotykamy za to kolejne ogromne stado zebr. Jeszcze większe niż wczoraj. Były ich setki tysięcy, dosłownie wszędzie. W pewnym momencie znaleźliśmy się w środku tego stada. I dosłownie gdzie by nie patrzeć, tam widać było pasiaste stworzenia. Widoki nie do opisania, nie do uwiecznienia na zdjęciach, ani nawet nie do sfilmowania. To trzeba po prostu zobaczyć na żywo. Poczuć na własnej skórze….usłyszeć…ten cudowny dźwięk jaki one wydają, jest po prostu niesamowity. Marcel był pod takim wrażeniem, że ach zadzwonił do rodziców, żeby mogli tych odgłosów posłuchać przez telefon :) Tak, mnie też zaskoczyło, że jest tam zasięg :)

Najprawdopodobniej były to stada po migracyjne. W tym roku zwierzęta dużo wcześniej niż zwykle przeszły przez rzekę Marę. Po zebrach spotkaliśmy jedno z większych stad słoni. Cała rodzinka, małe, duże i jeden olbrzym :)

Jedziemy sobie dalej, nagle czuję, jak mnie coś upierdzieliło w nogę. A mnie jak coś ugryzie, to mam taki odruch, że to coś od razu zabijam. Ból od ugryzienia był taki, że aż zakrzyczałam. Armani się od razu zatrzymał, bo nie wiedział co się dzieje. Okazało się, że to mucha, pokazałam mu ją od razu, bo była jakaś mega wielka. Temu miana nagle spoważniała, patrzy na mnie i mówi: Ale to nie ta mucha cię ugryzła mam nadzieję. No to mi też mina spoważniała, i mówię, no ta, bo ją od razu zabiłam. A ten jeszcze bardziej poważnie: no to mamy problem….pytam co to za mucha, a on mi mówi, że CC i że musimy szybko jechać do szpitala…No to mi już serce zaczyna walić jak zwariowane, usiadłam sobie, i już mam wizje swojej śmierci na Safari….no to zajebiście…zaraz zapadnę w śpiączkę i tak się skończy moja wielka przygoda…już mi powoli łzy zaczynają do oczu napływać, a ten nagle zaczyna się śmiać i mówi, że to żart i że na pewno nic mi nie będzie…o matko…myślałam, że go tam gołymi rękami uduszę! Pffff…niestety nie mogłam się długo na niego dąsać, bo właśnie ktoś z tyłu krzyczy: Chita’s! Chita’s!

Uradowana widokiem gepardów szybko zapomniałam o ugryzieniu przez muchę. Ale na wszelki wypadek od razu nałożyłam dodatkową warstwę Deeta. Co prawda on jest teoretycznie na komary, ale miejmy nadzieję, że na muchy też będzie skutkował. Mieliśmy ze sobą pięćdziesiątkę. Ponoć to najsilniejszy środek przeciwko komarom. Można kupić też wyższe stężenie, ale podobno na 50 żaden komar nie siada. Te wyższe mogą powodować podrażnienia skóry. Niestety ja nie spotkałam w Taznzanii ani jednego komara, więc ciężko było go przetestować. Sporo komarów było wieczorami na Zanzibarze, ale tam mieliśmy jeszcze jakieś pozostałości płynu z Tajlandii. Wyjeżdżając już niemal z Serengeti spotkała nas pożegnalana niespodzianka, przy samej drodze, pod drzewkiem wylegiwał się pan lew…i nie tylko…mieliśmy niecodzienną okazję podglądać…hmm…sami zobaczcie co :)

Kochanie wstawaj, mam ochotę na szybki numerek :)

No wstawaj proszę, nie drocz się ze mną :)

Mrauuuu…tak pięknie pachniesz :)

No chodź do mnie :) Przecież wiem, że lubisz jak cię skubię po szyi :)

Mrauuu…i za uszkiem :)

I jeszcze drugie uszko…:)  O tak :)

No i po numerku :) wszystko trwało nie całą minutę…i działo się 5 metrów od nas :)

A tak wygląda zadowolony lew “już po” :) Niesamowite przeżycie :)

Przy bramie wyjazdowej z Serengeti zatrzymaliśmy się przy grupie Masajskich kobiet, które spotkaliśmy w drodze do parku. Daliśmy im obiecaną wodę. Zostało nam 7 butelek, daliśmy im więc wszystkie. Uśmiech tych ludzi – bezcenny :) Po kilku męczących godzinach jazdy, szczególnie dla mnie…najgorzej było jak kucharz wystawiał sobie łokieć za szybę, wtedy powiewało mi smrodkiem w samą twarz…nawet Coco Noir nie pomagał…ehh…cali w kurzu, dotarliśmy na brzeg krateru, skąd rozciągał się wspaniały widok. Miałam cichą nadzieję, że właśnie w tym miejscu będziemy nocować, i tak właśnie się stało…to była nasza kolejna przystań :) Zdecydowanie najpiękniejsza sceneria ostatnich dni!

Na polu namiotowym było jeszcze dość pusto, mogliśmy sobie wybrać miejsce na rozbicie namiotu. Od razu wybraliśmy punkt najbardziej oddalony, przy samym brzegu, z dala od reszty namiotów. Czy to był dobry wybór dowiecie się już w kolejnym poście :)


ABOUT THE AUTHOR

Maryla

Fotografka, podróżniczka, miłośniczka pięknych wnętrz oraz dobrego i zdrowego jedzenia. Kilka lat temu rzuciła nudną pracę bankowca, aby robić to co kocha w życiu najbardziej. Uwielbia zmiany, to one nadają jej życiu sens. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami oraz inspirującymi ludźmi. Nie traci czasu dla tych, którzy nie mają czasu dla niej i żyje tak, jakby jutra miało nie być.

    KOMENTARZE (17)

    • Maryla

      ()

      Jesli przestrzega się się wszystkich zasad, to nic niebezpiecznego nie może się wydarzyć…najważniejsze żeby nie wychodzić z samochodu, to tyle….jest to surowo zabronione…poza tym te zwierzaki zupelnie nie intersują się ani toba ani samochodem, prawie jakby w ogóle go nie było…jedynie co to zebry patrzyły w naszym kierunku, i reagowaly na jakieś odgłosy…lwy i inne zwierze nie reagują na ludzi wcale…

      Beantwoorden

  1. Gadget

    ()

    Od zdjęć z zebrami można się zahipnotyzować 😉 a historia miłosna lwów rozłożyła mnie na łopatki 😀 To musiało być niesamowite zobaczyć dziką naturę z tak bliska. Zdjęcia są przepiękne, te kolory, ten klimat – ach! Kiedy pokażesz kominek, bo jestem niesamowicie ciekawa efektu? 😛 pozdrawiam cieplutko :*

    Beantwoorden

Skomentuj