Up
MARIA-5-2

Piąty i zarazem ostatni dzień naszego safari. Zanim jednak przejdę do opisu dnia, to jeszcze kilka słów o wieczorze i nocy. Po kolacji stwierdziłam, że pójdę pod prysznic. Ponoć była ciepła woda, ale przed kolacją już się na nią nie załapałam. Dlatego zaraz po jedzonku chwyciłam za ręcznik, latarkę, bo już oczywiście ciemno było i poszłam do łazienki.Idę sobie, przyświecam pod nogi, żeby przez coś nie przepaść, już skręcam w stronę drzwi od prysznica, kiedy czuję nad sobą jakiś dziwny cień…podnoszę głowę i najpierw widzę dużą nogę, potem jeszcze większe uszy, długie kły….i trąbę podkradającą właśnie wodę ze zbiornika…krok do tyłu to był pierwszy odruch…potem myśl, cholera czemu ja nie mam przy sobie aparatu….no i przebłysk, że może 3 metry od kilkutonowego zwierza to jednak mało rozsądna odległość…tak więc kolejne dwa kroki w tył, w końcu sprint na miejsce gdzie reszta załogi dojadała kolację, krzyczę, że słonia mamy koło prysznica…oczywiście wszyscy pobiegli go zobaczyć…ja w tym czasie biegiem do namiotu po aparat, no i wróciłam…ale słonia już nie było…ponoć ktoś tam zaczął głośniej gadać i słonia spłoszyli….ech no i nici ze zdjęcia…ale spotkanie w cztery oczy ze słoniem i tak było bezcenne :)

W końcu udało mi się wziąć ciepły prysznic. Zapakowałam się w gruby dres, bo zimno jak cholera…zaledwie 5 stopni…chyba pierwszy raz użyłam grubego śpiwora no i staramy się z Marcelem jakoś zasnąć…sprawa jednak nie jest prosta i to wcale nie za sprawą słonia, a za sprawą wiatru, który wydawało się, że zaraz porwie nas razem z namiotem…od razu zaczęłam żałować, że rozłożyliśmy się przy samym brzegu. Nie przewidziałam takiego silnego wiatru, który telepał całym namiotem. Był tak głośny, że nie było szans zasnąć. Nawet stopery do uszu nie pomagały. Wiatr ucichł dopiero nad ranem, i dopiero wtedy udało mi się zmrużyć oko. Ehhh…

Po ciężkiej nocy, przyszła jednak nagroda. Majestatyczny wschód słońca nad kraterem wynagrodził nieprzespaną noc :)

Po pysznym śniadanku, ruszamy w głąb krateru. Tym razem nasz kucharz wziął prysznic i nawet założył czysty podkoszulek. I całe szczęście, bo już się zastanawialiśmy czy nie podarować mu jakiegoś w prezencie. Najpierw rzut okiem na krater z góry. Zatrzymaliśmy się żeby umieścić opłatę za park. Zaraz później zjeżdżamy powoli w dół krateru. Żyjące tutaj zwierzęta nie mają możliwości wyjścia poza krater, co powoduje, że rozmnażają się w tych samych grupach. A to powoduje w efekcie końcowym, osłabienie genów, a w przyszłości być może problemy genetyczne.

Temperatura nadal dość niska. Wszyscy w bluzach i długich spodniach. Jednak zwierzątek jak na lekarstwo. Nie wiem, czy jeszcze śpią, czy się gdzieś pochowały, ale spodziewałam się ich tutaj zdecydowanie więcej. Tym bardziej, że wszyscy mówili, że ostatni park jest najpiękniejszy i w związku z niewielką powierzchnią skupia wszystkie zwierzęta. Hmmm…no piękny jest to prawda. Biorąc pod uwagę krajobrazy, zdecydowanie jest najbardziej malowniczy…no ale zwierzyny mniej, niż w każdym innym parku, który do tej pory widzieliśmy.

Od samego początku safari molestowałam Armaniego o flamingi. Strasznie ale to strasznie chciałam je zobaczyć i to najchętniej w dużych ilościach. Niestety w związku ze zmianą planów na samym początku i pominięciu Lake Manyara, szanse za zobaczenie flamingów niemal znikły. Ponoć tylko tam można je zobaczyć, choć nie jestem pewna czy z bliska. Dziś Armani powiedział, że postara się spełnić moje marzenie o flamingach, i być może przy odrobinie szczęścia będę mogła je zobaczyć. I udało się, zobaczyłam, ale z takiej odległości, że moje pragnienie nie zostało zaspokojone…nie można było bliżej podjechać…o podejściu też nie było mowy…buuuu…

Były za to duże ilości lwic, które przechadzały się koło samochodów, zupełnie nie zwracając na nie uwagi. No właśnie, jak wiecie, z samochodu nie można wychodzić pod żadnym pozorem, a mi od prawie samego początku chciało się siku. Nie robiłabym z tego powodu problemu, gdyby nie fakt, że chciało się coraz bardziej, a zimno jeszcze pogarszało sprawę. Nie mogłam się już nawet skupić na oglądaniu zwierząt, bo cały czas myślałam, że muszę siku. Hehhh…W końcu powiedziałam Armaniemu, że mamy mały problem, no i mój problem okazał się większy niż mały, bo lwy co kawałek. Do tego samochodów, też sporo, ciężko było pobyć gdzieś na uboczu, bo ciągle ktoś przejeżdżał. Na szczęście nie byłam sama, moja towarzyszka miała ten sam problem. W dwójkę zawsze raźniej :) W końcu udało się nam zatrzymać w ustronnym miejscu, wyskoczyłyśmy z samochodu i z miną najszczęśliwszego dziecka pod słońcem oddałyśmy co trzeba :) Faceci tymczasem obserwowali, czy nie czai się gdzieś w trawie jakiś głodny lew :)

Po lunchu i krótkim odpoczynku nad uroczym jeziorkiem wracamy do Moshi. Przed nami kilka godzin w podróży i ciąg dalszy podziwiania krajobrazów i życia Tanzańczyków na ulicy.

 

 W drodze do Moshi zatrzymaliśmy, żeby obfocić Kilimandżaro. Ponieważ bardzo często kłębią się wokół niego chmury i często nie widać wierzchołka korzystaliśmy z okazji.

Zmęczeni ale szczęśliwi dotarliśmy po 7 godzinach do Moshi. Sandra czekała już na nas z kolacją. Pożegnaliśmy się z Armanim i z kucharzem. Aż łezka się w oku zakręciła. Spędziliśmy razem pięć dni. Pięć pięknych dni pełnych niezapomnianych wrażeń. Na pewno będziemy je wspominać do końca życia, a może nawet jeden dzień dłużej :)

Następnego dnia wieczorem wylatujemy z powrotem na Zanzibar. Mamy zatem jeszcze cały dzień w Moshi. Dzięki pomocy Sandry będziemy podglądać życie u stóp Kilimandżaro :)


ABOUT THE AUTHOR

Maryla

Fotografka, podróżniczka, miłośniczka pięknych wnętrz oraz dobrego i zdrowego jedzenia. Kilka lat temu rzuciła nudną pracę bankowca, aby robić to co kocha w życiu najbardziej. Uwielbia zmiany, to one nadają jej życiu sens. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami oraz inspirującymi ludźmi. Nie traci czasu dla tych, którzy nie mają czasu dla niej i żyje tak, jakby jutra miało nie być.

    KOMENTARZE (30)

  1. Barbarossa

    ()

    Z wielką przyjemnością zobaczyłam zdjęcia i przeczytałam komentarze. Wyobrażam sobie, że spotkanie słonia musiało być bardzo ekscytujące. No i dalsza wyprawa także. Przepiękne te zdjęcia wschodu słońca. Dziękuję za tę piękną podróż. Tam raczej nigdy nie dotrę. Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie.

    Beantwoorden

  2. Aleksandra Rychlik

    ()

    Hej! Super blog, o Tanzanii i Zanzibarze przeczytałam wszystko i jestem zachwycona! :) Dzięki!
    My też wybieramy się do Zanzi i Tanzanii – wylot już 31 stycznia. Mam jeszcze parę bardziej szczegółowych pytań, możesz mi podać swojego maila?
    pozdrawiam i życzę wszystkiego naj w 2014!

    Beantwoorden

Skomentuj