Up
MMP_0262-2

Drugi dzień w Marsylii zaczynamy w piekarni, u sympatycznej pani, która dzień wcześniej dzielnie tłumaczyła nam drogę do metra. Zaopatrzyliśmy w kroasanty, bagietkę i mega wielką bezę, na której widok już od dnia poprzedniego ciekła mi ślinka :)  Do zamówienia dostaliśmy kilka francuskich ciasteczek w prezencie :) Takiego przejawu gościnności nie doświadczyliśmy nigdzie indziej na świecie…Francja podoba nam się coraz bardziej :)Po zakupach jedziemy do oddalonego o ok 100 km Arles. Teraz dopiero mam czas przyjrzeć się dokładniej Marsylii. Widać duże różnice. Sporo zniszczonych budynków. Odrapanych, bez dachów, albo częściowo wyburzonych. Rzuca się nam też w oczy ogromna ilość śmieci wzdłuż drogi, na trawnikach i na chodnikach. Ale jakby nie zmienia to faktu, że naprawdę bardzo nam się w Marsylii podobało. Bardzo możliwe, że gdybyśmy spędzili tam więcej czasu to zmienilibyśmy zdanie, ale na szczęście byliśmy jeden dzień i bardzo prawdopodobne, że jeszcze kiedyś tam wrócimy :) W Arles byliśmy sporo przed południem i pierwotny plan był taki, że najpierw jedziemy nad jezioro Camargue, a później poszwendamy się po mieście, ewentualnie jak nie zdążymy do zrobimy sobie wycieczkę po mieście na drugi dzień. Ale ponieważ nie mieliśmy ze sobą ręczników, stwierdziliśmy, że pojedziemy najpierw do hotelu, zameldujemy się, zostawimy bagaże i dopiero pojedziemy do Camargue. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy, w hotelu jednak nie mogliśmy się zameldować, bo była dopiero 11:00, zostawiliśmy zatem walizki w przechowalni i pojechaliśmy do miasta. Ogólnie będąc we Francji trzeba liczyć się z porą sjesty, kiedy to wszystkie sklepy, urzędy, a i czasami nawet muzea są zamknięte. Sjesta trwa od 12:00 do 14:00, wtedy to wszyscy Francuzi mają przerwę w pracy i udają się na lunch ( bardzo często w tych godzinach nie trzeba płacić za parking w mieście). Warto w tym czasie też się posilić, ponieważ od 14:00 do 19:00 bardzo często w restauracjach nie serwują posiłków, można jedynie czegoś się napić.

A teraz słów kilka o Arles. To urocze miasteczko, w którym tworzyło wielu znanych malarzy, w tym Vincent Van Gogh. Namalował tam ponad 200 dzieł, a co ciekawe, żadne z nich w tym mieście nie zostało. Weszliśmy na starówkę i od razu zaskoczył nas ogólny spokój. Mimo iż była niedziela, pora lunchu, na ulicach nikogo nie było. Spodziewałam się tam chociażby turystów, a tutaj taka cisza. Kupiliśmy bilety do amfiteatru i poszliśmy sobie zwiedzać. Tam też zaskoczyły nas pustki, ale chyba znaleźliśmy rozwiązanie zagadki. Obok znajdował się teatr rzymski z którego dobiegała muzyka i oklaski. Ciekawi tego cóż tam za wydarzenie, obeszliśmy amfiteatr pooglądaliśmy wszystkie możliwe widoczki i poszliśmy do teatru rzymskiego.

Wchodzimy, a tam setki francuzów w tradycyjnych ubraniach z przed kilkudziesięciu lat. Kobiety pięknie umalowane, włosy starannie uczesane, w długich sukienkach, w kapeluszach lub z parasolkami. Normalnie myślałam, że oszaleję ze szczęścia. Nie wiedziałam, co fotografować. Czy kobiety wahlujace się, czy rodziny z dziećmi, czy konie. Do tego jak się okazało trafiliśmy na sam koniec imprezy, więc wszyscy zaczęli się powoli rozchodzić. Biegałam z aparatem jak szalona, Marcel stwierdził, że jeszcze tak podjaranej mnie nigdy nie wiedział :) Jak ja się cieszyłam, ze zmieniliśmy plany i zamiast do Camargue najpierw pojechaliśmy do centrum! Takie widoki, to raj dla mojej duszy :)

Ogólnie Arles nie jest duże, można w kilka godzin obejść najważniejsze miejsca. No chyba, że ktoś lubi odwiedzać muzea, to pewno można i cały dzień tam spędzić. My się troszkę powłóczyliśmy po uliczkach. Pofociliśmy jeszcze elegancję na ulicach, zjedliśmy lunch i pojechaliśmy do hotelu się zameldować.

A i najważniejsze, idziemy sobie uliczką, a tutaj słyszę jak ktoś śpiewa po Polsku, podchodzimy do pana grającego na gitarze, oczywiście zagadujemy do niego ( tak, tak, Marcel też się pochwalił swoją znajomością, “dzień dobry” i “jak się pan ma”:)). Okazało się, że pan “pomieszkuje” sobie w pięknej Prowansji. Był niestety bezdomny. Ale bardzo sympatyczny i inteligentny, pochodził gdzieś z pod Wrocławia. Wrzuciliśmy mu kilka euro i zagrał nam na koniec piłkarski hymn Ole, ole :)

Z hotelu zabraliśmy ręczniczki i jedziemy do Camargue. Plan był taki, jak już obfocimy te wszystkie dzikie konie i brodzące flamingi to rozkładamy się na plaży w Saintes Maries de la Mer. No to teraz tylko gdzie tych flaminów szukać. Miałam taką sprytną mapkę z której wynikało, że to jezioro można objechać dookoła, sama nie wiem skąd ją wytrzasnęłam no ale mniejsza o to. Stwierdziliśmy, że zaczniemy od wschodniej strony, przez południową, do zachodniej. Tak sobie jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy. Po drodze mijaliśmy ogromne pola słoneczników :)

Niestety ani koni ani flamingów nie widać :( droga jakby się skończyła, zaczęła się taka bita, wyglądała jakby za chwile miała się skończyć, ale jedziemy dalej, bo z mojej mapy wynika, że możemy dotrzeć do Saintes Maries de la Mer. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po kilku kilometrach wyboistej drogi stanęliśmy przed szlabanem, który ewidentnie wskazywał na to, że dalej się nie przedostaniemy. Wyglądało na to, że byliśmy dosłownie 3-4 km od Saintes Maries de la Mer, ale żeby do niego dotrzeć musimy zrobić jeszcze jakieś 60 :) Ale czego się nie robi, żeby zobaczyć te stada białych dzikich koni :) jedziemy ponad godzinę, docieramy na miejsce, niestety ani flamingów, ani koni nie spotkaliśmy :( Tzn były jedne i drugie, tyle, że flamingi były tak daleko, że nawet z lornetką, było by ciężko je zobaczyć, a koni tez cała masa, tylko normalnie w stadninach, a nie dzikie, pędzące przez wodę. Samo Saintes Maries de la Mer, też nie zrobiło na nas żadnego wrażenia. Do tego jak tylko rozłożyliśmy się na plaży, zaszło słońce, zrobiło się zimno i zaczęło tak wiać, że po niecałej godzinie zwinęliśmy się do hotelu. Kolację zjedliśmy w pierwszej lepszej restauracji (i to był błąd), nie polecę wam jej, cały wieczór siedziała mi na żołądku.Ponieważ codziennie nocowaliśmy w innym miejscu postanowiłam, że na końcu każdego wpisu będzie kilka słów o hotelu/chambre w którym się zatrzymaliśmy. Żaden nie był przypadkowy. Poświęciłam dość dużo czasu na ich znalezienie, poczytanie opinii oraz mailowanie z właścicielami. Czy wszystkie spełniły nasze oczekiwania dowiecie się już niebawem. W Marsylii i w Arles wybrałam Ibis Budget. Głównie dlatego, że to tania i całkiem przyzwoita sieć hotelowa. Nie zależało nam tutaj ani na luksusach, ani jakichś widokach z okna dlatego mogliśmy trochę przyoszczędzić, aby później trochę bardziej zaszaleć i poczuć prawdziwą Prowansję :) Niestety ceny hoteli na południu Francji są kosmiczne i sporo trzeba się naszukać, żeby nie zbankrutować. Ibis zarówno w Marsylii jak i w Arles spełnił nasze oczekiwania. Było bardzo skromnie, ale przede wszystkim czysto. Miła obsługa, nawet można było się dogadać po angielsku. Pokoiki ciasne, ale łóżka wygodne, poduszki też spoko, ogólnie dobrze się spało. Za tę cenę naprawdę warto. Porady praktyczne: -odległosć z Marsylii do Arles – ok 100 km -hotel Ibis Budget Arles Sud Fourchon – 42 euro za pokój -wstęp do amfiteatru i teatru rzymskiego na jednym bilecie – 12 euro -parking w Arles bezpłatny w niedzielę i w godzinach sjesty od 12:00-14:00 -odległość z Arles do Saintes Maries de la Mer – ok 38 km -kolacja w Arles ok 35 euro


ABOUT THE AUTHOR

Maryla

Fotografka, podróżniczka, miłośniczka pięknych wnętrz oraz dobrego i zdrowego jedzenia. Kilka lat temu rzuciła nudną pracę bankowca, aby robić to co kocha w życiu najbardziej. Uwielbia zmiany, to one nadają jej życiu sens. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami oraz inspirującymi ludźmi. Nie traci czasu dla tych, którzy nie mają czasu dla niej i żyje tak, jakby jutra miało nie być.

    KOMENTARZE (35)

  1. Krystyna Boner

    ()

    Bardzo ciekawie opisujesz przebieg Waszych podróży. To zachęca do zwiedzania. Od razu nasuwa się pytanie: oj, jak tam pięknie, dlaczego mnie tam nie ma? Do tego niezwykle prawdziwe widoki oglądam na zdjęciach. Wszystko jest takie piękne. :)
    Dzięki Wam świat wydaję się być piękny i taki kolorowy.
    Marylko dzisiaj tylko tak mogę wyrazić to co widzę. Pozdrawiam Cię serdecznie :)

    Beantwoorden

  2. Trzydziestka z VATem

    ()

    Cudne kolorowe zdjęcia, normalnie podróż w czasie :-)) Ale fajnie że trafiliście na tę imprezę. :-) a słoneczników zazdroszczę. Jak byliśmy teraz na Węgrzech to tez widziałam piękne pola słoneczników i cały czas chciałam zrobić zdjęcie ale się nie składało. A jak wyjeżdżaliśmy to akurat pola które mijaliśmy były zniszczone :-( Ale Wasze słoneczniki przepiękne

    Beantwoorden

  3. aschaaa

    ()

    oh Marylka, a ja tak liczylam na te flamingi, bylam pewna z zjade myszka na dol i beda .. :(

    my juz jutro o swicie wyjezdzamy. juz sie nie moge doczekac :) plecak spakowany i wszytsko zapiete na ostatni guzik :) trzamjcie kciuki zeby nas nic nie porwalo. w niedziele bede pisala o naszej roucie wiec zapraszam na bloga :*

    Beantwoorden

  4. bernikula

    ()

    Tak, to prawda czasami w folderach wszystko wygląda inaczej, nikt nie pokaże śmieci na ulicy. Ale ja również będąc gdzieś lubię zobaczyć jak naprawdę wygląda miasto, życie ludzi. Lubię się "zpuścić" w jakieś mało znane zakątki. P.S. Twój towarzysz niczego sobie! :))

    Beantwoorden

  5. Ola Wiecha

    ()

    Te kobiety w tych strojnych sukniach, no rewelacja, przeglądałąm zdjęcia non stop, jak za dawnych lat, chciałabym to zobaczyć na żywo 😉
    Och i całą podróż Waszą, kazdy Twój krok przemyślany, jesteś niesamowita!
    Czy Twój mąż też tak przeszukuje skrupulatnie internet, czy Ty jesteś od organizacji?
    Bo to ogromna robota jest i czas, podziwiam Cię.

    Beantwoorden

  6. ThimbleLady

    ()

    zachwycające zdjęcia, te cudowne wąskie uliczki, te piękne historyczne stroje, ten absolutnie niepowtarzalny klimat – dziękuję za tę fantastyczną wirtualną podróż, jestem zachwycona widokami na mistrzowsko wykonanych fotografia

    Beantwoorden

Skomentuj