Up
MMP_0904-2

Kolejny, już piąty dzień w Prowansji rozpoczynamy od zwiedzania teatru rzymskiego w Orange. Udajemy się tam z samego rana, bo program dziś dość mocno napięty. W kasie poznajemy bardzo sympatyczną panią, która okazuje się być Holenderką mieszkającą we Francji. Dostaliśmy od niej nie tylko kilka wskazówek, co koniecznie zobaczyć w drodze do naszego kolejnego punku wyprawy, ale także zniżkę na bilety, słuchawki i idziemy oglądać kolejną ikonę Prowansji, czyli antyczny teatr. Już sama wielkość teatru zrobiła na nas ogromne wrażenie. Mieści on podobno 10 tysięcy osób, czyli dokładnie tyle ile przed 2 tysiącami lat mieszkało osób w całym Orange. Co ciekawe, wstęp do teatru miały wszystkie klasy, nawet te najuboższe, oczywiście mieli wyszczególnione sektory w których mogli zasiadać. Ciekawe jest również to, że teatr to nie tylko kupa starożytnych kamieni ale również cały czas funkcjonujące miejsce różnego rodzaju wydarzeń kulturalnych, takich jak koncerty, przedstawienia czy spektakle.

W samym Orange jest jeszcze pięknie zachowany starożytni łuk triumfalny, ale ponieważ był on oddalony o 4 km od teatru nie chciało się nam za bardzo iść tak daleko, a samochód został pod hotelem, więc sobie darowaliśmy. Tym bardziej, że dziś rozpoczynamy poszukiwania lawendy, czyli jak dla mnie najważniejszy punkt całej wyprawy :) Przed wyruszeniem jednak na jej poszukiwania, zasiadamy w klimatycznej restauracyjce na szybki lanczyk :)

W okolicach Godes znajduje się słynny Abbaye Sénanque i to tam udajemy się w pierwszej kolejności. Tak bardzo nie mogłam się doczekać, kiedy tam dotrzemy, że z wrażenie miałam łaskotki w brzuchu :) Zresztą, cały wyjazd był zaplanowany tak, żeby być tutaj właśnie w pierwszych dwóch tygodniach lipca, bo wtedy lawenda kwitnie najpiękniej. Tą informację uzyskałam oczywiście z pierwszej ręki, podczas panowania podróżny napisałam maila do opactwa z zapytaniem, kiedy najlepiej się do nich udać. Wreszcie dojechaliśmy, samochód można zostawić na bezpłatnym parkingu przed opactwem. Dużo samochodów zatrzymuje się wzdłuż drogi, bo nie wiedzą, że można wjechać za bramę opactwa i tam zaparkować ( my również nie wiedzieliśmy). Pierwsze ujęcia jeszcze z drogi.

O rany, rany, jakbyście mnie tam widzieli z aparatem. Gorzej niż normalnie Japończycy. Nie wiedziałam co focić, z której strony, którym obiektywem, najlepiej wszystko na raz, Marcel nie dostał aparatu nawet na 5 sekund :) Znalezienie się w tym miejscu było jednym z moich największych marzeń! I właśnie się spełniło! I było dokładnie tak jak na wszystkich pocztówkach! Po prostu mega fioletowo! Cudownie! Uroczo! Fantastycznie! Do tego to było pierwsze większe skupisko lawendy jakie widzieliśmy, dlatego wrażenia podwójne. Skakałam jak sarenka pomiędzy tymi wszystkimi krzaczkami. Nawet tysiące pszczół nie było mi straszne. Jeśli ktoś wybiera się do Prowansji, to koniecznie w pierwszych dwóch tygodniach lipca, i koniecznie tam musicie zajrzeć, to miejsce jest po prostu niesamowite! Dla mnie normalnie szał w ciapki :) Od razu przepraszam, za ilość zdjęć, ale nie mogłam się zdecydować, które wam wrzucić :)

Jak już trochę ochłonęłam, weszliśmy do sklepiku w którym oczywiście zaopatrzyliśmy się w całą reklamówkę lawendy, mydełek, olejków i innych pierdołek. Na zwiedzanie opactwa się nie załapaliśmy, bo akurat się modlili i nie można było wchodzić. Ale najważniejsze i tak zobaczyliśmy. Od razu cały samochód zapachniał lawendą! Achhhh! To takie miejsce, z którego nie chce się wyjeżdżać. No ale mamy jeszcze do zobaczenia Gordes. To kolejne urocze miasteczko w Prowansji, zbudowane na takim fajnym wzniesieniu. Samo miasteczko nie ma żadnych atrakcji, jego położenie jest atrakcją samą w sobie, poszwędanie się po tych ciasnych uliczkach, wypicie kawki w jednej z prowansalskich kafejek, mały odpoczynek no i ten prowansalski klimat. Urocze sklepiki, gdzie można kupić wszystko co nam się kojarzy z Prowansją, klimatyczne atelier z pięknymi dziełami no i oczywiście tabuny turystów.

Po małym odpoczynku w Gordes jedziemy w stronę naszego kolejnego miejsca noclegowego. Ale zanim tam dotrzemy zahaczamy o niewielką miejscowość Fontaine-de-Vaucluse, którą poleciła nam zobaczyć pani sprzedająca bilety w Orange. Akurat mieliśmy po drodze, wiec zatrzymaliśmy się tam głównie po to, żeby coś zjeść. Miejscowość bardzo urocza, aczkolwiek mocno turystyczna. To taka Prowansalka Wenecja, poprzecinana sporą ilością kanałów, po których można sobie popływać na kajakach. Całe mnóstwo restauracji, sklepów z pamiątkami, dzieci bawiących się nad kanałami oraz turystów oczywiście.

No to jak teraz znaleźć dobrą miejscówkę na kolację? Korzystamy oczywiście ze sprawdzonego sposobu i pytamy przechodzącej pary, która wygląda nam na tutejszą. Para niestety była z Gordes, ale wyobraźcie sobie, że byli tak mili, że wyjęli telefon, zadzwonili do przyjaciela od którego właśnie wracali i po kilku minutach mieliśmy namiary na ponoć najlepszą miejscówkę w miasteczku. Od razu ruszamy na poszukiwania, trochę zachodu z tym było, ale się udało. Restauracja była jeszcze jeszcze pusta, bo było przed 19:00 a tam zaczyna się jeść najczęściej od 19:30. Wnętrze, choć schludne jakiegoś większego wrażenia na nas nie zrobiło. Na pewno przechodząc obok, byśmy tam nie zajrzeli. Zdecydowanie jednak nie było to miejsce turystyczne, zaledwie 8 stolików, przy których jak się później okazało siedzieli sami Francuzi. Farta mieliśmy sporego, bo pani miała tylko jeden stolik wolny, reszta była już zarezerwowana. Restauracja nazywa się UMAMI. Wiecie co to znaczy? Umami to piąty smak. Powiadają, że wszystko co smakuje wyśmienicie to właśnie Umami. I powiem wam szczerze, że jedzonko było tam faktycznie jamijami, tzn umami :) Największy plus za kreatywność i podanie, no majstersztyk po prostu, oczy wypadały nam z orbitek. Master Chef przy nich wymięka. Połączenie smaków do tej pory mi nie znanych, kubki smakowe miały prawdziwą ucztę. Przesympatyczny serwis pani która mówiła super po angielsku, chyba miała jakieś korzenie hamerykańskie. I do tego wszystkiego całkiem przyzwoita cena! Wyszliśmy stamtąd dosłownie tańcząc. Była to zdecydowanie najbardziej oryginalna kuchnia jaką mieliśmy okazję skosztować w Prowansji. Dodam może, że nie była to typowo prowansalska restauracja, ale na pewno godna polecenia. Teraz właśnie szukam do niej adresu i widzę, że na tripadvisor wszyscy się nad nią rozpływają :)

I jeszcze dwa słowa o naszym miejscu noclegowym. Nocowaliśmy w La Bastide des Arts. Piękny dom urządzony ze smakiem. Wspaniali właściciele, nawet pozwolili nam oglądać mecz w salonie, na mega wielkim TV mimo, ze dla gości maja oddzielne pomieszczenie. Pokoik idealny. Wygodne łóżko. Śniadanie pierwsza klasa, same produkty home made. Polecam, polecam, polecam! Fotek brak bo byliśmy już późnym wieczorem.

Informacje praktyczne:

Teatr antyczny Orange – wstęp 7,5 euro Orange – Gordes – 60 km

Umami – cena za menu skladające się z aperitiwu, przystawki, dania głównego i deseru – 24,90 euro/os Nocleg w La-bastide-des-arts – 85 euro za pokój z pysznym śniadankiem


ABOUT THE AUTHOR

Maryla

Fotografka, podróżniczka, miłośniczka pięknych wnętrz oraz dobrego i zdrowego jedzenia. Kilka lat temu rzuciła nudną pracę bankowca, aby robić to co kocha w życiu najbardziej. Uwielbia zmiany, to one nadają jej życiu sens. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami oraz inspirującymi ludźmi. Nie traci czasu dla tych, którzy nie mają czasu dla niej i żyje tak, jakby jutra miało nie być.

    KOMENTARZE (47)

    • Maryla

      ()

      Aniu ja miałam dokładnie identyczne marzenie, niestety slub byl w czerwcu co troche pokrzyzowalo plany, bo tez marzyla mi sie sesja w bialej sukni posrod lawendowych pol :) ale teraz nadrobilam :) nawet biala sukienka sie znalazla :) co prawda nie slubna :) zdjecia beda juz nie dlugo na blogu :)

      Beantwoorden

  1. Anonimowy

    ()

    jak już pisałam też przemierzałam w lipcu Prowansję , była to wycieczka z Biurem Turystycznym Provence pana Tomasza Jungowskiego. Zwiedzaliśmy te same miejsca, teatr w Orange posiada niesamowitą akustykę, opactwo przenosi w inny czas, Vacluz jest interesujące przez rzekę, która wypływa z jaskini na końcu miejscowości jako gotowa rzeka a nie jakiś strumyk

    Beantwoorden

  2. Krystyna Boner

    ()

    Pewnie będę miała lawendowe sny. Oby. Widać marzenia się spełniają. Może moje też się spełnią. Ale jest mi ogromnie miło oglądać te zdjęcia zrobione przez kogoś kto z taką pasją pstryka, pstryka … a potem inni z ogromną radością oglądają. Fantastycznie Marylko… dziękuję :)

    Beantwoorden

  3. jolik2000

    ()

    Tak… tam jest pięknie… nie myśleliście Marylko, żeby tam zamieszkać?
    ja akurat wtedy, gdy byłam w Prowansji to faktycznie był lipiec, w moich wspomnieniach pola lawendy przypominały łany rzepaku tyle że fioletowe. na wasze fotki patrzę z zachwytem. są cudowne… jak wygram w totka, pakuję się i przenoszę tam na pewno. i wtedy zapraszam cię, kiedy tylko będziesz miala chęć pobuszować we fiolecie :-)

    Beantwoorden

    • Nette Ra

      ()

      Lawede uwielbiam, zalowalam, ze nie moglismy pojechac tam w porze jej kwitniecia. Udalo mi sie jednak zakupic kilka suszonych wizanek… Prawie z namaszczeniem przetransportowalam je najpierw do Paryza a pozniej az do Londynu :) Musialam bardzo uwazac, gdyz jedno dotkniecie pwodowalo obsypywanie sie galazek. Tak czy inaczej udało mi sie wszystkow dwieżć 'cało i zdrowo' i teraz nie tylko pachnie w mojej łazience ale także obdarowałam nimi moje także zakochane w Prowansji kolezanki :)

      Beantwoorden

    • Maryla

      ()

      O ale kochana jestes :) Na pewno przyjedziemy, bo mi buszowanie w fiolecie nigdy sie nie znudzi :) a o zamieszkaniu w prowansji myslalam niemal w co drugim odwiedzanym miejscu, wiec mysle ze gdyby tam mowili po angielsku to dlugo bym sie nie zastanawiala :)

      Beantwoorden

  4. kasia dytrych

    ()

    A ja mam pytanie, jeśli wolno :) O miejscowość, w której nocowaliście – podzielisz się? Bo chyba nie umiem wyłuskać z tekstu gdzie.

    Bardzo dziękuję Ci za wszystkie (nie tylko ten) prowansalskie posty (bo tylko te przejrzałam na razie :)). Skarbnica zdjęć i wiedzy. Wyruszamy za tydzień. Ukłony!

    Beantwoorden

Skomentuj