Up
MMP_1572-HersteldBLOG-2

Zaczynamy siódmy dzień w Prowansji. Dziś pogoda super, więc nie marnujemy nawet jednej chwili. Na śniadaniu spotykamy znowu towarzyszy zza ściany, którzy też skarżyli się na brak ciepłej wody. Ubaw maiłam przy śniadaniu po pachy, bo ci Chińczycy tak głośno mlaskali, że ciężko było się na jedzeniu skupić, nie wspominając już o rozmowie. A rozmowni to oni byli i to bardzo.  Dostaliśmy mnóstwo porad co zobaczyć w Chinach, kiedy jechać, na co uważać. Pokazali nam też kilka fotek z miejsca w które mieliśmy się właśnie udać, z mega wielkimi polami lawendy, takiej po horyzont. No więc plan na dziś, to znalezienie tych pól. Póki co jednak jeszcze kilka fotek z okolicy gdzie spaliśmy.

Pożegnaliśmy się z naszymi towarzyszami zza ściany i jedziemy w stronę Verdonu. Po drodze, mamy mijać te wielkie pola lawendy po horyzont, które oni widzieli. Wrzuciłam więc w nawigacje kolejny cel i czekam, aż pojawią się te niekończące hektary fioletu. Jakoś nie pomyślałam, że przecież może być kilka dróg do Verdonu. Hmmm….i tak sobie jedziemy i jedziemy, a tu znowu nie ma tych pól. Ujechaliśmy chyba z godzinę i już było pewne, że jesteśmy na złej drodze, bo cały czas jechaliśmy w górach, i to na pewno główna droga nie była (okazało się, że mieliśmy w nawigacji wyłączone drogi szybkiego ruchu) ehhh….no i co teraz? Wracać się? Ale gdzie, jak nawet nie znamy konkretnie nazwy miejsca, a jak nie wrócimy, to może nie zobaczymy najpiękniejszych pól…buuu…Marcel pyta co robić, ja nie wiem…no nie przygotowałam się…jak mogłam…przecież powinnam znać nazwę…w końcu mówię, wracamy! Zjechaliśmy najpierw na inną, drogę, po kilku kilometrach napotkaliśmy jakiegoś pana łowiącego ryby w jeziorku i pytamy o największe i najpiękniejsze pola lawendy, ten od razu rzuca nazwą Valensole, i tu dopiero zapaliła mi się lampka, oczywiście, przecież miałam tę nazwę zanotowaną…hehe…tylko za dużo tych kartek miałam ze sobą :) To tylko 15 km więc jedziemy..i co? I dobrze, że się wróciliśmy bo takie oto widoki przed nami! Lawenda na prawo, lawenda na lewo, tego jeszcze nie było! Jesteśmy w lawendowym raju! jeaaaaa!!!!

 

Marcel podziękował pięknie, że jednak wróciliśmy i że nie przegapiliśmy tego miejsca, bo to było zdecydowanie, naj, naj, naj, ze wszystkich! Na końcu zaopatrzyliśmy się jeszcze w kilka dodatkowych sakiewek lawendy, lawendowy miód – coś pysznego, do tego lawendowa oliwa do sałatek i oczywiście olejki pachnące lawendą…hmmm…ale będzie u nas w domku lawendowo :)

 

 

Teraz kierujemy się w stronę gór Rougon. Przed nami jakaś godzinka drogi. Po drodze zatrzymaliśmy się jakiś lunchyk, ale gdzie to było to nie mam pojęcia. Przejażdżka przez Rougon dostarczyła nam nie lada wrażeń. Generalnie widoki mega cudowne, wysko łokropnie, czasami aż się w głowie kręciło. Najbardziej to współczułam Marcelowi, bo ja to sobie cały czas podziwiałam widoczki, co chwilę podskakiwałam na fotelu piszcząc, ” patrz tam na dół, jaki widok”, “jejjj, tam chcę zamieszkać, na tym wzgórzu pomiędzy tymi górami”, a on biedny tutaj jednym okiem patrzył, drugim pilnował drogi, żeby nie wjechać w jakiegoś kampera. Generalnie droga mega kręta, na wysokościach, ale widoki zapierające dech w piersiach. Oczywiście, jak tylko było to możliwe, zatrzymywaliśmy się, żeby popodziwiać, pstryknąć kilka fotek, ale tak naprawdę, to trzeba by zatrzymywać się co kilkaset metrów, tak pięknie tam.

 

Po przejechaniu Verdonu jedziemy w stronę miasteczka Castellane, tam jest kolejna nasza miejscówka na nocleg. Bardzo specjalna zresztą :) Dlaczego? A bo jest tam ponoć wspaniały kucharz, o czym mamy zamiar się wieczorem przekonać :) Dotarliśmy do naszej oberży, nie bez problemów, bo okazało się, że są dwie o tej samej nazwie, w różne strony od Castellane, no i najpierw pojechaliśmy w tę złą stronę, ale zobaczyliśmy za to Castellane z góry. Nie mamy fotki, bo już byliśmy strasznie zmęczeni i nie chciało nam się zatrzymywać, ale musicie mi uwierzyć na słowo, że widok niewielkiego kościółka na skale, w otoczeniu miasteczka skąpanego w zachodzącym słońcu to majestatyczny widok. Niestety w tym momencie byliśmy tak zmęczeni, że myśleliśmy już tylko o jednym, prysznic i pyszne jedzonko. Kiedy dotarliśmy do Auberge du Teillon trochę byliśmy zdziwieni jej lokalizacją. Tak po prostu przy drodze, żadnych w zasadzie widoków, no ale w sumie, przyjechaliśmy tutaj dla ponoć wspaniałej kuchni, więc mniejsza z tym. Przy zameldowaniu, pytam pani o której możemy zejść na kolację, a ta do mnie czy mamy rezerwację, hmmm…no nie, nie pomyśleliśmy. Pani mówi, że wszystkie stoliki ma już zarezerwowane i że bardzo jej przykro…o nie!, to taki kawał jechaliśmy, specjalnie, żeby tutaj zjeść, prawie zaczęłam tej pani płakać, że tyle się naczytałam opinii, że chyba się załamię, możemy nawet zjeść nawet na stojąco, albo w kuchni przy zlewie, wszystko mi już było jedno. Pani się uśmiechnęła i powiedziała, że zobaczy co się da zrobić. Poszliśmy do pokoju. Malutki, skromniutki, ale bardzo czysty, pachnący, super! Teraz tylko czekałam, czy uda nam się tutaj zjeść…już zaczęłam tracić nadzieję, kiedy pani puka do pokoju i mówi, że ma dla nas stolik :) Jupppi! Mało się jej na szyję nie rzuciłam :)

No dobra, bo się pewno zastanawiacie, cóż to za restauracja przy jakimś niepozornym zajeździe wzdłuż drogi może być, żeby się nią tak zachwycać. Powiem tak, jedliśmy w Prowansji w różnych miejscach, różne pyszne rzeczy, ale to co nas spotkało tutaj, to była zdecydowanie najwspanialsza i najsmaczniejsza kolacja w naszym życiu! Powiedziałam, że zasługuję na gwiazdkę, a nawet i na dwie. Sama restauracja pięknie urządzona, jak się wchodzi to od razu ma się wrażenie, że spotka nas tutaj coś niesamowitego. Obsługa na najwyższym poziomie światowym, nie tylko przeuprzejma, z ogromną wiedzą na temat serwowanych win, ale także mająca dla klienta czas pomimo tego, że w ciągłym biegu byli. Restauracja prowadzona jest przez rodzinę. Ojciec i syn są kucharzami, żona syna to właśnie pani która najpierw przyjęła nas na recepcji, a później obsługiwała przy stoliku. Ich restauracja polecana jest przewodniku Michellin, a także w kilku innych. O gwiazdkę, też się starali, ale właśnie lokalizacja ich zdyskwalifikowała. Jeśli będziecie kiedykolwiek w pobliżu Castellane, to zdecydowanie polecam się tam zatrzymać. Warto nawet 50 km nadrobić, że tam zjeść.Informacje praktyczne: Simiane La Rotonde – Valensole – Castellane – 135 km Auberge du Teillon – pokój 75 euro + śniadanie 9 euro od osoby Obiad w Auberge du Teillon – aperitif, przystawka, danie głównie, deser, deska serów, mała butelka wina – 100 euro za dwie osoby


ABOUT THE AUTHOR

Maryla

Fotografka, podróżniczka, miłośniczka pięknych wnętrz oraz dobrego i zdrowego jedzenia. Kilka lat temu rzuciła nudną pracę bankowca, aby robić to co kocha w życiu najbardziej. Uwielbia zmiany, to one nadają jej życiu sens. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami oraz inspirującymi ludźmi. Nie traci czasu dla tych, którzy nie mają czasu dla niej i żyje tak, jakby jutra miało nie być.

    KOMENTARZE (48)

  1. aschaaa

    ()

    no co ja bede duzo gadac, wiemy obie ze te zdjecia sa przecudne! te kolory, ten fiolet. Ah nie patrze, co mam sie dolowac!

    ps. kiedy lecicie na sardynie?
    ps2. moj album o malcie wyslalam w tamtym tygodniu, wreszcie! teraz przebijam sie przez indonezje i jest masakra 😛

    Beantwoorden

  2. Mo.

    ()

    Uwierzyć nie mogę, że Ty te wszystkie lawendowe cuda widziałaś na własne oczy. Ba, mi nawet ciężko uwierzyć, że takie miejsca istnieją naprawdę bo do tej pory to ja takie krajobrazy tylko w TV widziałam. A u Ciebie to wszystko wygląda nad wyraz realnie :). Ciekawa jestem tej lawendowej oliwy do sałatek…Kiedyś jadłam babeczkę z lawendowym kremem i była pyszna!

    Beantwoorden

Skomentuj