Up
MMP_9401-2

Dziś w planach mamy tylko Safari, które rozpoczyna się dopiero po południu, tak więc możemy się wyspać do woli, a nawet poopalać przy naszym przyhotelowym baseniku. Właśnie, chyba jeszcze nic nie pisałam o naszym hotelu. Hotel Golden Sands to raczej niskobudżetowy hotel. Relacja ceny do jakości jest bardzo w porządku. Nie ma jakichś fajerwerków, o przepychu tez można zapomnieć, ale jest czysto i wygodnie. Klima działa. Sejf był bezpłatny. Pokój był codziennie sprzątany, ręczniki wymieniane. Położenie jest ok, aczkolwiek na mapie wydawało się, że będzie bliżej metra. Śniadania były jak na cenę hotelu bardzo przyzwoite. Duży wybór ciepłych dań, codziennie się zmieniały. Dużo owoców. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że Golden Sands ma kilkanaście budynków, jedne są starsze, inne nowsze, tak więc i standard może być różny.

Wycieczkę na Dunne Dinner Safari wykupiliśmy w biurze przy naszym hotelu. Była tańsza niż ta oferowana przez sprzedających na ulicy czy przez rezydenta. Ponieważ mieliśmy sporo czasu poszliśmy do sklepu zaopatrzyć się w jedzenie i picie na drogę. Przed Safari nie powinno się jeść, więc wzięliśmy jedzonko ze sobą. Tutaj nawet zwykły market w taniej dzielnicy robi wrażenie. Wszystko tak pięknie poukładane, jabłka, pomarańcze w piramidy. Wszystkie warzywa i owoce takie piękne i świeże, że same do koszyka wskakują. Nie wspominając o szerokim wyborze asortymentu. Ceny już mniej przyjazne. Z hotelu odebrano nas punktualnie o 14:30. Jeepem jechaliśmy najpierw około pół godziny do miejsca startu. Tam był przystanek na sprawdzenie opon oraz tradycyjnie zakupienie pamiątek. Niemal wszyscy kupowali arafatki :) W sumie w samochodzie była nas 6 plus kierowca.Przejażdżka zaczyna się dość niewinnie, ale im dalej zapuszczamy się w góry piachu, tym zaczyna być zabawniej, a czasami nawet wcale nie do śmiechu. Zrzuca na wszystkie strony, wnętrzności podchodzą do gardła, faktycznie dobrze, że nie jedliśmy lunchu, bo mogło być nie ciekawie. Po jakiejś godzinie szaleństw po wydmach, zatrzymujemy się na zrobienie fotek. Odetchnęłam z ulgą.

Jedziemy dalej w stronę beduińskiej oazy. Na szczęście już trochę wolniej. Przy oazie stoją dwa wielbłądy. Dla chętnych przejażdżka w cenie biletu. Ja raz w życiu na wielbłądzie jeździłam w Egipcie i dziękuję bardzo. Szczególnie traumatycznie wspominam wchodzenie i schodzenie z nich. Udajemy się do oazy. Szukamy jakiegoś przyjemnego stolika z fajnym widokiem na scenę, na której ma się odbywać wieczorem pokaz tańca. Do naszego stolika dosiada się w pewnym momencie dwóch Pakistańczyków. Takich wiecie, z brodami, powiedziałabym nawet trochę groźnie wyglądających. Pewno gdybym była tam sama, to już bym się rozglądała za jakimś innym stolikiem, ale Marcel zaczął coś tam do nich zagadywać. Okazało się, że to wujek z bratankiem. Bratanek pracuje w Dubaju na lotnisku, a wujek jest w tymczasowych odwiedzinach. Na co dzień pracuje w Arabii Saudyjskiej jako inżynier od mostów. Oczywiście zasypaliśmy ich całym tysiącem pytań odnośnie życia w Pakistanie, ich religii, kultury, tego jak to wszystko wygląda w rzeczywistości. Tak nam się rozmowa ciekawie toczyła, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy nam wieczór minął. Nawet skusiłam się pierwszą w życiu sziszę :) Taką fajną, truskawkową :) Pod koniec rozmowy zapytali nas co robimy jutro. Jedziemy do Abu Dhabi. Poważnie my też. A czym jedziecie. No jeszcze nie wiemy, albo taxówką, albo autobusem. To może chcecie się zabrać z nami? Mój bratanek ma samochód, możemy jechać w czwórkę. Wymieniliśmy z Marcelem porozumiewawcze spojrzenie. No to super! Jedziemy z wami! I tym oto sposobem mamy darmowy transport do Abhu Dhabi, który nie ukrywam spędzał mi trochę sen z powiek.

Informacje praktyczne: – ceny w sklepie spożywczym Spinneys w Dubaju na poziomie europejskim, albo nawet ciut wyższym (sałatka +mandarynki+banany+pistacje+ciastka+woda min = 57AED) – cena safari wykupionego w hotelu – 170 AED – na Safari zabrać ciepłe ubrania, bo wieczorem robi się zimno


ABOUT THE AUTHOR

Maryla

Fotografka, podróżniczka, miłośniczka pięknych wnętrz oraz dobrego i zdrowego jedzenia. Kilka lat temu rzuciła nudną pracę bankowca, aby robić to co kocha w życiu najbardziej. Uwielbia zmiany, to one nadają jej życiu sens. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami oraz inspirującymi ludźmi. Nie traci czasu dla tych, którzy nie mają czasu dla niej i żyje tak, jakby jutra miało nie być.

    KOMENTARZE (34)

  1. Agata S

    ()

    uuu ostro! chyba bym zrezygnowala z propozycji panow 😛 jestem ciekawa nastepnej relacji w takim razie 😀 a szisza jest pyszna! palilam kilka dobrych razy. ostatni ra w istambule i milo wspominam. my palimy zawsze ta bez tytoniu :)
    buziak Kochana :*

    Beantwoorden

  2. Anna Tym

    ()

    Och pustynia … Uwielbiam . Mam nadzieje kiedyś wrócić …
    Nie wiem czy wiesz , pisałam kiedyś o tym , ze w karawanie kilka dni z wielbłądami wędrowałam z Dahabu do Jordani …. Fajne czasy
    Piękne zdjecia . Ale
    To już standard .

    Beantwoorden

  3. Beata

    ()

    Cudowne zdjęcia. Nie dziwię się, że nie powinno się jeść przed takim wypadem, z tego co pamiętam mąż opowiadał, że oni po tej pustyni jeźdżą naprawdę jak wariaci. Odważni jesteście z tym transportem, ja bym się chyba trochę bała, ale jak widać niepotrzebnie;)

    Beantwoorden

  4. Anonimowy

    ()

    Świetne zdjecia Marylko:) Może podzielisz sie swoimi uwagami na temat sprzętu. Z waszym doświadczeniem w fotografowaniu w podróżach to na pewno ciekawy temat. Pozdrawiam gorąco:)

    Beantwoorden

  5. Ola Wiecha

    ()

    Ja na safarii byłam w Tunezji, podobały mi się te szaleństwa 😉
    sziszę paliłam w Egipcie, nawet do domu kupiliśmy, ale tylko już sobie stoi bez czynnie, to nie to samo co w ciepłych krajach 😉
    Śliczne zdjęcia!

    Beantwoorden

  6. Mo.

    ()

    Ale super! I piachu ile :). Co do pustyni, to może nie tyle safari, ale jakiś spacer mi się marzy :). I nie na wielbłądzie bo siedziałam na nim raz w życiu – w Maroku – i nigdy nie zapomnę jak zaczął zginać łapy żebym mogła zejść a ja byłam przekonana, że tego nie przeżyję :)

    Beantwoorden

Skomentuj