Up
MM2_2481-3

No to zabieram was dziś kochani do Vinales. Długo rozważaliśmy za i przeciw, czy tam jechać czy nie. Przeciwko był przede wszystkim czas jakim dysponowaliśmy, a co za tym idzie cena taxówki, bo żaden inny transport nie wchodził w grę. Za były oczywiście przepiękne widoki, których nigdzie indziej na Kubie nie spotkamy. Do Vinales najlepiej wybrać się na 2 dni, a jeśli tylko czas wam na to pozwala to nawet na 3. Wtedy możecie sobie wyskoczyć na jeden dzień na Playas Levisa. My niestety tego czasu nie mieliśmy, bo na następny dzień mieliśmy już samolot do Baracoa. Na szczęście Vinales jest do zrobienia też w jeden dzień i tak też zrobiliśmy. O 8:00 rano czekała na nas taksówka pod casą. Piękny zabytkowy Chavrolet. Taksówkarz przyjechał ze swoją dziewczyną, tak więc mieliśmy dodatkowe towarzystwo. W sumie fajnie bo dziewczyna mówiła trochę po angielsku, w przeciwieństwie do taksówkarza, dzięki czemu droga szybko nam minęła. Po drodze do Vinales taxówkarz zaproponował nam zobaczenie ogrodu orchideowego Soroa i wdepnięcie na taras widokowy który był w pobliżu. Podjechaliśmy na Las Terrazas, ale widoku żadnego nie było, bo była mgła, do tego wiało jak w Kieleckim i zimno było strasznie. Zrobiliśmy zatem na szybko 3 fotki i uciekaliśmy stamtąd czym prędzej, natomiast pierwsze zdjęcie zostało jednym z moich ulubionych podczas całej wyprawy na Kubę :)

Ogród kwiatowy to było jakieś nieporozumienie. Taka sztuczna atrakcja, żeby zarabiać na turystach. Malutkie to było, żadnych ciekawych gatunków kwiatków, gdyby nie to że trafiliśmy na Holenderską parę z przewodnikiem, który o tych kwiatkach opowiadał, to przypuszczam, że obeszlibyśmy ten ogród w 10 minut. Generalnie odradzam to miejsce, w Polsce można znaleźć ciekawsze ogrody botaniczne/kwiatowe. No ale skoro już tam dotarliśmy to pstryknęłam kilka fotek, żeby nie było. Acha, przy wejściu życzą sobie dodatkową opłatę za profesjonalny sprzęt fotograficzny :) Potem jeszcze jakiś smęcący zespól grał na tarasie dla naszej czwórki, więc nie wypadło nie rzucić im jakiegoś grosika. Koło ogrodu są jeszcze jakieś wodospady czy coś, ale nie specjalnie nas to interesowało, pojechaliśmy więc dalej.

Sama dolina Vinales, faktycznie robi wrażenie, piękny jest widok z tarasu. Nam akurat wyszło na chwilkę słonko, bo cały dzień był mocno pochmurny. Myślę jednak, że w pełnym słońcu, albo o poranku wygląda jeszcze bardziej magicznie. Czy jednak warto tutaj jechać na jeden dzień? Hmmm…dość trudne pytanie. Jeśli macie czas i nie odbędzie się to kosztem jakiegoś innego fajnego miejsca to tak, warto. Natomiast jeśli mielibyście rezygnować z czegoś, to myślę, że spokojnie można sobie jednodniowe Vinales odpuścić, tym bardziej jeśli wybieracie się w stronę Baracoa. Tutaj trzeba się zatrzymać na chwilkę, zapuścić w pola tytoniu, bez pośpiechu, na luzie. Natomiast na 2 dni na pewno warto tutaj przyjechać.

W dolinie Vinales nasz taksówkarz poszukał nam farmera, który zabrał nas na przejażdżkę konną po dolinie. Ja co prawda na koniu nigdy nie siedziałam, ale te były takie malutkie i łagodne, że nawet dla takiego amatora jak ja zabawa była przednia. Mieliśmy tutaj małą przygodę, która o mało nie przyprawiła mnie o zawał serca. Wsiedliśmy na konie, zaczynamy naszą przejażdżkę, a nasz aparat przestaje robić zdjęcia. Coś mu się zablokowało i nie działa. No i zaczęło się, włączanie, wyłączanie, wyjmowanie baterii, zdejmowanie obiektywów i nic. Aparat jak nie działał tak nie działa. Od razu przypomniał mi się moment jak pakowaliśmy sprzęt i się zastanawialiśmy czy brać jeden aparat czy dwa, ale w ostatniej chwili wyjęłam ten drugi z plecaka, bo stwierdziłam, że jakby nas gdzieś okradli czy coś, to stracimy wszystko. A teraz jak sobie pomyślałam, że to dopiero czwarty dzień i prawie cała przygoda jeszcze przed nami, bez aparatu, to mi się płakać chciało. Bo wiecie, dla mnie wakacje bez aparatu to nie wakacje. Jak czegoś nie mogę zatrzymać w kadrze to równie dobrze mogłabym tego nie widzieć. Tak już mam i już. Panika była straszna, dlatego ogólnie zdjęć z Vinales mamy nie za dużo, bo nie było jak robić. Później zrobiliśmy mały postój, i dopiero jak zmieniliśmy kartę to aparat ruszył. Dobrze, że mieliśmy kilka zapasowych, bo byłoby pozamiatane, a na Kubie o zakupieniu takiej karty do aparatu to można zapomnieć. Ufff…stres był wielki uwierzcie mi.

Nasz kowboj zabrał nas po krótkiej przejażdżce na farmę, gdzie mogliśmy z bliska przyjrzeć się jak wygląda uprawa tytoniu, proces suszenia oraz skręcania cygar. Każde cygaro wykonane jest ręcznie, najpierw sortują liście tytoniu, te ładniejsze używają na zewnątrz, te bardziej zniszczone są wkładane do środka, później skręcanie, obcinanie i zaklejanie. Ciekawa sprawa zobaczyć taki proces. Jakoś nigdy nie zastanawiałam się nad tym jak takie cygara się robi. Dostaliśmy też po jednym do zapalenia. Moczone w miodzie miały nawet całkiem przyjemny smak. Oczywiście zakupiliśmy niewielką paczuszkę do domu, dla znajomych. Nie mam pojęcia jakie są ceny cygar w sklepie, bo nigdy mnie to nie interesowało, ale nawet na farmie cena wydaje się być wysoka, liczą sobie 3CUC za 1 sztukę.

Po wizycie na farmie cygar zrobiliśmy sobie jeszcze małą rundkę po dolinie i tak zeszły nam prawie 3h. Nawet nie wiem kiedy ten czas minął. Musieliśmy wracać z powrotem do Hawany. W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o słynny mur, ze starożytnymi rysunkami. Ale zobaczyliśmy go tylko przelotem, bo to kolejna z tych wyimaginowanych turystycznych atrakcji, które zrobione są pod turystów. Niby przedstawia jakieś prehistoryczne postacie, ale wygląda jakby wczoraj pomalował go ktoś niebieską farbą. Mur można zobaczyć z daleka, tak jak my, albo wjechać pod niego, ale wtedy już jest opłata, jeśli się nie mylę to 5CUC. Za co to nie wiem, bo za ogrodzeniem nie widać nic innego.

I jeszcze kilka fotek samego miasteczka Vinales:

O, a na powyższym zdjęciu możecie zobaczyć jak wyglądają autobusy na Kubie :) Wracamy zatem do Hawany. Droga nam się trochę dłużyła, bo i widoki trochę nudnawe. Krajobraz raczej mało zróżnicowany, nie było co podziwiać. Zrobiłam kilka fotek z samochodu, tak żebyście wiedzieli czego się spodziewać, ale generalnie najlepiej byłoby tę drogę przespać, żeby jak najszybciej minęła. Dojeżdżając do Hawany zatrzymaliśmy się w niewielkiej restauracji, dla Kubańczyków i to było jedyne miejsce gdzie udało nam się zapłacić w CUP za normalny obiad. Do tego było bardzo pysznie, więc polecam jak najbardziej. Kiedy dotarliśmy do  Hawany umówiliśmy się od razu z naszym taksówkarzem na następny dzień, bo musieliśmy dotrzeć jeszcze jakoś na lotnisko. I tym samym żegnamy się z Hawaną.

Informacje praktyczne: Takówka do Vinales tam i z powrotem – 120CUC – ok 2,5-3h w jedną stronę Wstęp do Soroa – 3CUC od osPrzejażdżka na koniach – 5CUC od os za godzinę można u naszego kowboja: odalys.gala@nauta.cu tel: +5358292731 lub +5353103683 Wstęp na farmę cygar- bezpłatny Cygaro – 3CUC za 1 szt Obiad w Don David Restaurante – ok 17km przed Hawaną (na słupkach wzdłuż drogi jest napisane ile km nam zostało do Hawany)


ABOUT THE AUTHOR

Maryla

Fotografka, podróżniczka, miłośniczka pięknych wnętrz oraz dobrego i zdrowego jedzenia. Kilka lat temu rzuciła nudną pracę bankowca, aby robić to co kocha w życiu najbardziej. Uwielbia zmiany, to one nadają jej życiu sens. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami oraz inspirującymi ludźmi. Nie traci czasu dla tych, którzy nie mają czasu dla niej i żyje tak, jakby jutra miało nie być.

    KOMENTARZE (27)

  1. Agata S

    ()

    Oh Marylka domyslalam sie co czujesz – ty bez aparatu na wakacjach!? ale mam to samo, moge zostac w domu niz ogladac cos czemu nie moge robic zdjec 😛

    ps. nie wiem czy to specjalnie ale pierwsze foto (notabene przepiekne) i foto z kolesiem krecacym cygara jest podwojnie :)
    ps2. bliscie juz w tej Sevilli?

    Buziak :*

    Beantwoorden

    • Maryla

      ()

      W uproszczeniu 1 CUC = 1 USD, a ze akurat jak my bylismy na Kubie dolar stal beznadziejnie wysoko, to 1CUC byl rowny 1 EUR.

      Przed wyjazdem sie nie szczepilam, ale my mamy jeszcze szczepienia wazne z wyjazdu do Tanzanii. Nie sadze jednak zebys musiala sie specjalnie szczepic. Nie ma tam jakiegos wiekszego zagrozenia.

      Jak my bylismy to nie bylo komarów, w sumie chyba tylko przy Playa Larga grasowały, ale to tylko godzinke, pomiedzy 19:00-20:00, wystarczylo w tym czasie siedziec w pokoju i tyle.

      Beantwoorden

  2. Beti House

    ()

    Marylko ja już nie wiem co pisać, bo słów mi po prostu brak i ileż mogę powtarzać, że cudownie! Niesamowita roślinność, widoki ale jedno co mi się najbardziej rzuciło w oczy i zasmuciło to te strasznie wychudzone konie :( Przykre bardzo!
    Uściski

    Beantwoorden

  3. ola

    ()

    jej,te koniki takie biedne,chudziutkie,mam wrażenie,że zaraz się załamią pod Wami! czy ich tam z biedy nie karmią,czy mają po prostu taki stosunek do zwierząt,że nie przejmują się nimi za bardzo? widok bardzo przykry i dołujący…

    Beantwoorden

  4. Krystyna Boner

    ()

    No tak, obejrzałam te zdjęcia i przeczytałam świetną relację przy dużej kawie. Ale miałam niedosyt i teraz jeszcze raz sobie oglądam. Co kraj to coś innego. Oczywiście jestem zachwycona. Ale Wam zazdroszczę, że mogliście tam być i to wszystko widzieć na własne oczy. A Ty Marylko z tym cygarem… cha, cha, cha… nie spodziewałam się. Ale cóż, wszystkiego można spróbować. No to teraz mogę iść spać i pomarzyć :)

    Beantwoorden

  5. Barbarossa

    ()

    Fajnie, że pokazujesz Kubę taką jaka jest. Zdjęcia oczywiście powalają – mistrzostwo.
    Piszesz Marylko że tu czy tam trzeba coś płacić, z 2 strony to biedny kraj, a my turyści kojarzymy się z dolarami. Patrzę na to z 2 strony, oszczędzam i co jakis czas stać mnie na wyjazd bliższy czy dalszy, a Ci ludzie w większosci od urodzenia do śmierci będą żyć, mieszkać i pracować tylko i wyłącznie w 1 miejscowości. I nigdy niczego innego nie zobaczą…
    Fabrykę cygar zwiedziłam na Dominikanie, będę kiedyś o tym pisać. Kręciło mi się w głowie z zaduchu…
    Mój M. marzy o Kubie a ja wolałabym znów Grecję, a jak finanse pozwolą za rok, moze dwa: Meksyk lub Brazylię :) Ach pomarzyć można…
    Pozdrawiam Cię serdecznie. :)

    Beantwoorden

Skomentuj