Up
MM2_3003-2

Dziś wyruszamy do Baracoa. Przy śniadaniu prosimy jeszcze właściciela, żeby nam sprawdził, czy z naszym lotem wszystko w porządku, bo ponoć te wewnętrzne często odwołują. Właściciel zadzwonił, potwierdził, wszystko w porządku, taksówka już na nas czeka, pożegnaliśmy się i w drogę. Powiedziałam naszemu kierowcy, że lecimy do Baracoa, ten od razu powiedział, że wie na które lotnisko i terminal, w niecałe 30 min byliśmy na miejscu. Nie wiem czemu, ale zawsze przed lotem się stresuję, więc już byłam szczęśliwa, że dotarliśmy na to lotnisko, teraz tylko znaleźć właściwy check in. Wchodzimy, terminal niewielki więc to nawet lepiej, od razu podchodzimy do informacji, pokazujemy potwierdzenie i czekamy, aż pani w zeszycie coś tam sprawdzi. Długo jej to schodziło, pyta nas o numer lotu, my nie wiemy, powinno pisać na wydruku, ale nie pisało, pani rozłożyła ręce i mówi, że ona takiego lotu nie widzi, odesłała nas do innego okienka. Tam pani popatrzyła na bilet, wzruszyła ramionami i odesłała nas na drugi koniec terminala. Przyszliśmy, kolejna pani wzięła wydruki i mówi, że najbliższy samolot do Baracoa jest jutro. No ale mówię jej że my mamy międzylądowanie w Holquin, więc może stąd to nieporozumienie. Sprawdziła całą listę pasażerów no i niestety nie było nas na niej. No i co teraz, mi już się chce płakać, do Baracoa chciałam za wszelką cenę dotrzeć, a jeśli dziś nam się nie uda, to już w zasadzie nie ma sensu, bo na 2 dni, to tam się nie opłaca lecieć, poza tym te bilety były naprawdę drogie więc drugich byśmy i tak nie kupili. Sprawę pogarszał fakt, że nasz hiszpański był słaby, oni też po angielsku tylko kilka słów i taka bezradność. W końcu przyszła jeszcze jakaś inna pani, popatrzyła na bilety i mówi, że to nie to lotnisko, że musimy szybko łapać taksówkę i jak najszybciej pojechać na lotnisko Baracoa Beach. No to mi już całkiem słabo się zrobiło, bo tutaj nam ponad pół godziny zeszło, nie wiadomo gdzie to drugie lotnisko, no ale biegniemy na taksówkę, tam się znowu z gościem ciężko dogadać, chciałam mieć pewność, że na pewno zawiezie nas w odpowiednie miejsce. Do tego mieliśmy przy sobie już resztki CUC, myśleliśmy że na lotnisku wymienimy, no ale tam kantoru żadnego nie było więc dupa blada, no nic, zapłacimy najwyżej w euro, bylebyśmy tylko na ten samolot zdążyli. Okazało się, że na drugie lotnisko ponad 40 min jazdy, bo to na drugim końcu Hawany. Taksówkarz tak szybko jechał, że o mało zawału nie dostałam, wiedział, że się spieszymy. Dwa razy na czerwonych światłach przejechał, raz Policji się nie zatrzymał, dobrze że za nami nie urządzili pościgu, bo by dopiero było. Dotarliśmy na rzekome lotnisko, za taksówkę zapłaciliśmy jak za zboże, patrzymy budynek wygląda trochę z zewnątrz jak sklep spożywczy, w środku poczekalnia jak do lekarza, na 10 krzesełek, myślę, sobie czy to na pewno tutaj? Ale w drzwiach od razu stał pan z listą pasażerów na której uwaga! Nas nie było! Nie no żartuję, tym razem byliśmy :) i normalnie dzięki Bogu, bo już miałam stan przedzawałowy. Żałuję, że nie zrobiłam zdjęć na tym lotnisku, bo ubaw mielibyście po pachy, ale uwierzcie mi ostatnia rzecz o jakiej wtedy myślałam to były zdjęcia. Na lotnisku poznajemy bardzo sympatyczną parę z Izraela, która zmierza w tym samym kierunku, w kilka sekund znajdujemy wspólny język i umilamy sobie podróż. Wylot o czasie, bez jakichś opóźnień. Krótkie międzylądowanie w Holquin, gdzie kupujemy na lotnisku bułki. Wyboru nie było zbyt wielkiego, albo bułka z majonezem(!), albo coś co miało przypominać szynkę, ale w gruncie rzeczy nawet koło niej nie leżało. Bułka z majonezem też w efekcie końcowym już po jednym ugryzieniu wylądowała w koszu, bo nawet przy ogromnym głodzie, nie było szans jej przełknąć. Lądujemy w Baracoa.

Na lotnisku czeka już na nas Yumi właścicielka naszej casy. Przesympatyczna, uśmiechnięta, ze znikomą znajomością angielskiego, ale za to tak nadrabiała swoją osobowością, że nawet bariera językowa nam nie przeszkadzała. Pożegnaliśmy się z naszymi znajomymi, umawiając od razu na wieczorną kolację i udajemy się do naszego lokum wymieniając po drodze jeszcze pieniądze. Bank był co prawda zamknięty, ale zawsze znajdzie się ktoś kto wymieni kasę na czarno. Oczywiście po gorszym kursie, ale przed nami był weekend, więc i tak nigdzie byśmy nie wymienili, a bez kasy to jak bez ręki, więc wymieniliśmy jakaś niewielką kwotę. Trochę zawaliliśmy, że nie wymieniliśmy od razu na lotnisku w Varadero kasy na cały pobyt, bo jak się później okazało, tam był najlepszy kurs. Później we wszystkich tych mniejszych miejscowościach był gorszy, mało tego banków i CADECA jest jak na lekarstwo i czasami trzeba zmarnować godzinę stojąc gdzieś w kolejce tylko po to, żeby wymienić pieniądze. Tak więc wymieniajcie od razu większą ilość na lotnisku w Hawanie albo w Varadero, bo tam są najlepsze kursy.

Po szybkim odświeżeniu pytamy Yumi czy zna kogoś kto oprowadził by nas po okolicy. Nawet nie chodziło nam o jakiegoś przewodnika, tylko chłopaka, który zna dobrze okolice, trochę angielskiego i chciałby sobie coś zarobić. Od razu zadzwoniła do znajomego, który w 10 minut już był w casie i co się okazało? Że nie dość, że chłopak bardzo dobrze mówił po angielsku, to znał nawet kilka słów po holendersku i z przyjemnością pokarze nam okolicę za uwaga 2,5 CUC od osoby za dzień. Dwa razy pytałam, czy dobrze zrozumiałam, bo dla porównania, przewodnik po Hawanie kosztuje ok 50 CUC od osoby za dzień. Nie tracimy zatem czasu, od razu ruszamy z nim na miasto. Samo Baracoa jest niewielkie, więc w zasadzie wystarczy jedno popołudnie żeby obejść go dookoła, jakichś specjalnych atrakcji tam nie ma do oglądania, ale warto wspomnieć, że podobno to właśnie w tym miejscu po raz pierwszy zszedł na kubański ląd Krzysztof Kolumb. Miasteczko bardzo nam się spodobało. Jest bardzo spokojne, mieszkańcy żyją tutaj swoim powolnym rytmem. Wokół niego rosną kakaowce, drzewa ananasów, palmy kokosowe, a w samym mieście zachwyt wzbudzają jednopiętrowe domki kryte czerwoną dachówką. Całkiem inny klimat niż w Hawanie. Od razu widać zupełnie inne nastawienie do turystów, nie traktują ich jak maszynki do robienia pieniędzy tylko jak swoich gości i to nam się tam bardzo podobało.

Nasz przewodnik Luis jak się okazało przy bliższym poznaniu od kilku lat ma dziewczynę, która jest Holenderką (stąd znajomość tego języka) i w zasadzie mieliśmy ogromne szczęście, bo dosłownie za 2 tygodnie wyjeżdża do Holandii na trzy miesiące, żeby tam kontynuować naukę oraz jak się domyślam, żeby bliżej poznać swoją partnerkę, z którą do tej pory widział się tylko wtedy, gdy przyjeżdżała do niego na wakacje. Warto tutaj wspomnieć, że wyjazd z Kuby do innego kraju, to wciąż dość skomplikowana sprawa. Nie to, że nie możliwa, bo jak widać wielu osobom się udało, ale to ponoć droga przez mękę. Luisowi na przykład nie udało się za pierwszym razem dostać wizy, a najlepsze jest to, że aby się o nią starać trzeba mieć już kupione bilety, co jest dla nich nie lada wydatkiem, a jeśli wizy nie dostaną to bilety przepadają. Oczywiście w takiej sytuacji należy wykupić ubezpieczenie anulacyjne, ale wtedy chyba o tym nie pomyśleli.

Tak sobie spacerując wstąpiliśmy do słynnego na całą wioskę Alberto, który jako jeden z nielicznych Kubańczyków ma typowo europejskie myślenie i podejście do życia. Zna wyśmienicie angielski i jest bardzo chętny to rozmowy. Zatrzymaliśmy się u niego na kilka drinków i poznaliśmy niemal całą historię jego życia. Ile w tym było prawdy, pewno nigdy się nie dowiemy, ale zdecydowanie ma facet gadkę, głowę na karku no i pewno dlatego jest tak lubiany przez turystów. Ponoć serwuje też całkiem dobre jedzonko, ale jakoś nie mieliśmy okazji skosztować. A to widoki z tarasu od Alberto.

Po wizycie u Alberto udajemy się do hotelu El Castillo z którego rozpościera się piękny widok na całe Baracoa. Było już troszkę późno i trochę pod słońce, ale udało nam się pstryknąć kilka fotek. W ogóle dobrze wiedzieć, że nad Barcoa krąży więcej chmur niż nad innymi częściami Kuby. Ponieważ jest to teren górzysty, lubią się one tam zatrzymywać. Podczas naszego pobytu niemal codziennie jakieś tam chmurki były obecne na niebie, ale zabierały nam słonko tylko na chwilkę, tak więc w żaden sposób nie były uciążliwe.

Wieczorem rozstajemy się z Luisem umawiając się z nim na wieczorną imprezę, jemy całkiem dobrą i mega obfitą kolację u naszej Yumi i udajemy się na spotkanie z naszymi nowo poznanymi znajomymi z Izraela. Od Luisa dowiedzieliśmy się, że w każdą sobotę w La Tarraza odbywa się Cabaret Tropikana i że koniecznie powinniśmy się tam udać, żeby go zobaczyć. Tak też zrobiliśmy. Tym bardziej, że wstęp na ten show kosztował całe 1CUC. Jakiegoś wielkiego wow za tę cenę się nie spodziewaliśmy, a tu mege pozytywne zaskoczenie. Show był taki, że wszyscy oglądaliśmy z otwartymi buziami, do tego poza nami były może dwa stoliki z turystami, poza tym sami miejscowi, a co za tym idzie mieliśmy okazje zobaczyć jak bawią się Kubańczycy. Salsa odchodziła pełną parą, aż mi się żal zrobiło, że przerwałam swój kurs, bo może bym i sama wyskoczyła na parkiet, a tak to nie chciałam się kompromitować :) W każdym bądź razie, był to zdecydowanie najwspanialszy wieczór jaki przeżyliśmy na Kubie.

Informacje praktyczne:

Bilety do Baracoa możecie kupić za pośrednictwem tej strony – KLIK – koszt 150euro od os w jedna stronę Taksówka z Hawany na główne lotnisko – 20CUC Taksówka z Hawany na lotnisko Baracoa Beach – 40CUC Taksówka z lotniska w Baracoa do casy – 10CUC Casa w Baracoa – 20CUC Sniadania w Casie – 3CUC Obiady w Casie  – 7CUC Przewodnik Luis – 2,5CUC za dzień od osoby (dla nas wydała się to tak śmieszna kwota, że na końcu zostawiliśmy mu o wiele więcej, bo uważaliśmy, że w pełni zasłużył na te pieniądze) Wejściówka na Kabaret Tropikana w La Tarraza – 1CUC Mojito w La Tarazza – 2,5CUC Bucanero (Piwo) – 1CUC


ABOUT THE AUTHOR

Maryla

Fotografka, podróżniczka, miłośniczka pięknych wnętrz oraz dobrego i zdrowego jedzenia. Kilka lat temu rzuciła nudną pracę bankowca, aby robić to co kocha w życiu najbardziej. Uwielbia zmiany, to one nadają jej życiu sens. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami oraz inspirującymi ludźmi. Nie traci czasu dla tych, którzy nie mają czasu dla niej i żyje tak, jakby jutra miało nie być.

    KOMENTARZE (43)

  1. Katarzyna S

    ()

    Nie dość, że lot samolotem to stresujące przeżycie to jeszcze takie przeżycia przed startem? Straszne! A mówią, że wakacje są po to, aby się odstresować;p Warto jednak było się przemęczyć, bo widzę, że było co oglądać. Zdjęcia są piękne. Miasteczko kolorowe, wyjątkowe, różnorodne i takie spokojne. Bardzo zazdroszczę Ci tej podróży! :)

    Beantwoorden

    • Maryla

      ()

      Oj bez przesady Paulinko, nie ma czego zazdrościc, a włosów w szczególności. Osttanio dają mi tak w kość że mam ochotę obciąć się na łyso. Zaczęłam z powrotem zapuszczać, no i jestem w najgorszej fazie, czyli za długie na krótkie i za krótkie na długie. Masakra.

      Beantwoorden

  2. Izabela Perez Harriette

    ()

    Czekałam na ten wpis.. nie tylko dlatego ze miasto bliskie memu sercu i znam je bardzo dobrze ,ale czekałam na jakis pozytywny wpis o Kubie. Bo strasznie przykro mi się czytało poprzednie. Wiesz ze byłam tam nie raz. Tez miałam tam różne historie i moich przygód z lotem mimo wszystko nie pobijesz ;), ale nigdy na tych złych stronach się nie skupiałam. Nigdy te złe przygody nie przysłoniły mi tych ogromu wspaniałych momentów tam spędzonych. Cieszę się ,że choc Baracoa Wam zapewniła troche pozytywnych wspomnień :) pozdrawiam Iza

    Beantwoorden

    • Maryla

      ()

      Ale nam te wszystkie "minusy" wcale nie przesłoniły wspaniałych chwil, które na Kubie spędzilismy. Do tej pory zgodnie uważamy, że był to najwspanialszy wyjazd i mamy w związku z nim przepiękne wspomnienia. Poznaliśmy niesamowitych ludzi, zawarliśmy cudowne znajomości i spedzliśmy tam cudowny czas. Zupełnie nie rozumiem czemu masz takie odczucia. To, że piszę o "minusach" Kuby to tylko i wyłącznie dlatego, żeby osoby, które przygotowują się to odwiedzenia jej byli na nie przygotowani. Zawsze lepiej się miło zaskoczyć niż nie miło rozczarować. No i nie ma się co oszukiwać, do tej pory pisałam jedynie o Hawanie, która niestety wypadła najbardziej blado na tle całej podróży stąd być może żadnych ochów i achów nie było. Ale one jeszcze przyjdą :)

      Beantwoorden

  3. Agnieszka F.

    ()

    Po Twoich opisach od razu czuć, ze dużo lepiej sie tam czuliście. Widać, ze miasteczko jest przesympatyczne, ludzie bardziej przyjaźnie (i nie finansowo) nastawieni :)) Kolorowo, fajnie, ze trafili Wam sie tam tacy mili znajomi :))
    Bardzo mi sie tam podoba :)

    Beantwoorden

  4. Marzena W

    ()

    Ale czad, ja dostałabym zawału. Zdjęcia piękne i relacja wspaniała jak zawsze. Tylko zazdrościć :)

    Marylko mam do Ciebie pytanie mam zamiar kupić obiektyw do zdjęć krajobrazowych jaki mogłabyś polecić? Szukam na forach, ale bardzo się już pogubiłam. Zoom czy stałka? Dziękuję Ci bardzo i pozdrawiam :)

    Beantwoorden

  5. Trzydziestka z VATem

    ()

    Marylko, ale chyba zatańczyłaś jeszcze salsę na Kubie? Ja znam tylko podstawowy krok bez żadnego kursu i wytańczyłam się z Kubańczykami na całego. Oni fantastycznie prowadzą. Tylko czasem zwracali mi uwagę, żebym bardziej płasko tańczyła bo trochę skakałam jak w sambie 😉 Muzyka mnie nie raz porwała na Kubie :-)

    Beantwoorden

  6. eMka

    ()

    z ogromnym zaciekawieniem od dawna czytam Twojego bloga, głównie ze względu na podróże (Zawsze w interesujące miejsca) oraz piękne zdjęcia :) tym bardziej ucieszyłam się jak zobaczyłam Kubę …
    W przyszłym roku chcemy wybrać się na podróż poślubną, z racji, że jest to podróż poślubna nie będziemy organizować tego sami tylko weźmiemy to z biura podróży. I teraz moje pytanie, w nawiązaniu do miejsc które zwiedziliście, co bardziej byś poleciła (choć wiem, że ciężko to porównać):
    -Kubę z leżeniem na laży w cayo santa maria + 2 dni w Havanie + 1 dzień w Trinidad + 1 dzień w Vinales
    -Zanzibar ze zwiedzaniem stolicy, plantacji oraz z dwudniowym safari
    Trudno to porównać ale od podróży poślubnej oczekujemy niesamowitych wrażeń, widoków.
    Ma to być coś czego nie zapomnimy bardzo długo i nasze następne wojaże tego nie przykryją :-)

    Dziękuję za pomoc :)

    Beantwoorden

    • Maryla

      ()

      To zdecydowanie Zanzibar! Kuba jest piekna, ale jak dla mnie to nie jest typowy kierunek na podróż poślubną, a już na pewno nie nie jeśli ma to być podróż z biura w hotelech all inc. Na Zanzi masz przepiekne klimatyczne hotele, na Kubie same molochy, co do plaż na Santa Maria sie nie wypowiem bo nie bylam, ale ogólnie plaże na Zanzi miały więcej jak dla mnie uroku. No i do tego safari, tam na pewno bedzie wiecej niezapomnianych wrażen niz w Trinidadzie czy Vinales. Tak wiec bez zastanowienia Zanzi a na Kube pojedziecie sobie nastepnym razem, objazdowka, koniecznie do Baracoa musicie dotrzec, Santiago de Cuba. Bez zoabczenia tych miejsc wyprawa na Kube wg mnie nie ma sesnsu. Jakbys miala jeszcze jakies pytania do pisz smialo :)

      Beantwoorden

    • eMka

      ()

      santiago de cuba też chcieliśmy odwiedzić :) myślę, że panuje takie przeświadczenie.. WOW podróż poślubna na Kubie, a ludzie chyba za bardzo mylą ją z Dominikaną…
      Dziękuję Ci bardzo za odpowiedź :)
      boję się tylko, że jak odłożymy Kubę to zaleje ją fala amerykańskich turystów a Hawana rozleci się do końca 😉
      Myślę, że rozwiałaś nasze wątpliwości … 😉 pewnie będę miała mnóstwo pytań także dzięki.
      Pozdrawiam i odwiedzajcie jeszcze więcej takich fascynujących miejsc bo świetnie się czyta! :)
      Jakieś plany na następne wojaże ? :)

      Beantwoorden

    • Maryla

      ()

      No wlasnie to jest chyba najwiekszy problem, wszyscy mysla ze Kuba to to samo co Dominikana, a tak niestety nie jest. To calkiem rozne wyspy, mimo, ze obie leza na Karaibach.
      Plany na najblizszy czas sa, ale poki co poluje na bilety w jakijs rozsadnej cenie, jesli sie uda to na pewno podziele sie ta wspania wiadomoscia :)
      Jak tylko bede mogla w czyms jeszcze pomoc to pytaj smialo.
      Pozdrawiam cieplutko!

      Beantwoorden

      • eMka

        ()

        Cześć Marylko!

        nie wiem czy ktoś tu jeszcze zagląda … ale ponownie wertuję Twoje wpisy na temat Kuby ponieważ ostro planuję :) na listopad :)
        dwa tygodnie zwiedzania, nie potrafię jednak doszukać się transportu – zwiedzaliście głównie taksówkami?
        Chcemy zrobić to sami, bo przerażają mnie oferty biur podróży… 350 km w autobusie dzień w dzień.
        Co do poprzednich postów … podróż poślubna była ale żaden z rozważanych wtedy kierunków się nie sprawdził…
        Wylądowaliśmy na kilka dni w Dubaju, a później już rajski Mauritius …. To było coś wspaniałego i nie wiem czy kiedykolwiek cokolwiek przebije ten wyjazd pod względem widoków, otwartości mieszkańców, ciepła które od nich otrzymaliśmy, chęci pokazania Nam ich kultury,, raz jeszcze widoków i atrakcji, niesamowitej fauny i flory, no och i ach , nie potrafię przestać się zachwycać ! :)
        Pozdrawiam Cię serdecznie w Nowym Roku! :)

        Beantwoorden

        • Maryla

          ()

          No super kochana! Ciesze sie ze podroz poslubna sie udala i ze tak bardzo zapadla wam w pamieci :) To w sumie najwazniejsze zeby wspomninia byly piekne :) Co do Kuby, to tak my glownie zwiedzalismy taksowkami. Tzn Hawana wiadomo troche z buta, troche rikszami rowerowymi, troche autobusami, potem Viniales taksowka, do Baracoa z Hawany samolotem, potem taksowka z Baracoa do Santiago de Cuba, z Santiago do Trinindau autobusem nocnym. Z Trinidadu do Playa Larga taksowka i poten dalej do Varadero tez taksowka. Jakby cos to pisz mialo :)

          Beantwoorden

Skomentuj