Up
MM2_4180-2

Kolejny dzień z Luisem. Tym razem zaraz po śniadaniu wybieramy się do parku Yunke. Luis przychodzi po nas do kasy, a potem idziemy do centrum. Najpierw czeka nas wymiana pieniędzy w banku. Kolejka całkiem spora już na zewnątrz, ale mijamy ją i wchodzimy do środka. Do wymiany waluty, nie trzeba stać w tej długiej kolejce (a może to był jakiś przywilej dla turystów, sama nie wiem). Choć w samym banku swoje odsiedzieliśmy. Jeden pan, który kierował tam ruchem, mówił wszystkim kiedy mają podchodzić i do którego okienka. Swoją drogą nie mam pojęcia jak on zapamiętywał kolejność tych ludzi, bo po wejściu do banku wszyscy siadali na krzesełka i porządku chronologicznego tam na pewno nie było. Dość ciekawym widokiem były całe stosy pieniędzy, które niektórzy Kubańczycy przynosili ze sobą. Wiadomo, że pesos ma nie wielką wartość. 1CUC to ok 24 pesos. Do jednego okienka podszedł pan, który po wyjęciu wszystkich paczek peso zastwił całe okienko tak, że pani w środku już nie było widać :) Nawet chciałam zrobić zdjęcie, bo to naprawdę niecodzienny widok, ale pan strażnik mi nie pozwolił (słusznie zresztą). Jeszcze co do wymiany pieniędzy to nie wiem czy już wspominałam, ale warto wymienić większą część gotówki na początku, czy to w hawanie czy w Varadero, bo potem kurs we wszystkich tych mniejszych miejscowościach jest gorszy, do tego niepotrzebnie będziecie tracić czas na szukaniu CADECA, czy banku, oraz stanie w kolejkach. Zaopatrzeni w kuki oraz wodę na drogę ruszamy do parku. Jeszcze tylko musimy znaleść taksówkarza, szybka negocjacja ceny, bo oczywiście chciał więcej niż my chcieliśmy wydać, udało się więc jedziemy. Nasz nowy taksówkarz ma na imię Chicken :) Pierwszy przystanek przy fabryce czekolady, niestety do środka nie można wchodzić, za to mieliśmy okazję poprzedniego dnia skosztować czekolady z tejże właśnie fabryki, kiedy to spacerując z Luisem po Baracoa, spotkaliśmy jego znajomego, który tam pracuje, a że akurat wracał z pracy z kilkoma tabliczkami, które zapewne bardzo przypadkowo znalazły się w jego plecaku, to podzielił się z nami :) Jednak Kubańskiej czekoladzie do dobrej daleko :) Bardziej mi przypominała takką czekoladę czekoladopodobną, którą można było kupić w PL w latach 80.

Jedziemy zatem dalej w stronę naszego parku. Droga najłatwiejsza nie była, powiedziałabym wręcz, że bez jeepa ciężka do pokonania, ale nasz Chicken poradził sobie bez problemu. Widać, że każdą dziurę znał na pamięć i udało nam się razem z zawieszeniem dojechać do celu. Po drodze zatrzymaliśmy się nad rzeką na kilka fotek. Po dotarciu do parku, płacimy wstęp, zostawiamy samochód oraz Chickena i idziemy. Generalnie naszym celem jest wodospad, ale po drodze mamy widoki takie, że mucha nie siada. Dokładnie takie marzyłam, żeby na Kubie zobaczyć. Z dala od całej rzeszy turystów i wszystkich atrakcji pod nich przygotowanych. Najprawdziwsza Kubańska rzeczywistość. Kowboje na koniach, osiołki z bagażami, które idą od celu do celu bez swojego pana, Kubanki robiące pranie w rzece, wspaniała przyroda i taki spokój. Tego nam było trzeba :) Zaczyna nam się wreszcie ta Kuba podobać :)

Idąc do wodospadu spotkaliśmy pewną parę. W sumie śmieszna historia, bo będąc w Baracoa 3 dni spotkaliśmy ich 4 razy, w różnych miejscach. Nie sposób było ich nie zapamiętać. Dziewczyna, była jedną z piękniejszych i zgrabniejszych Kubanek jakie widziałam przez całe dwa tygodnie. Jak dla mnie mogłaby być modelką, zresztą może i nią była, kto wie. A jej facet, hmmm…jakby to delikatnie ująć. Biały, niższy od niej dużo, włosy na żelu postawione, spodnie grubą nitką przeszywane, mordka troszku przepita, a jego nieodłącznym elementem była butelka rumu. Nie ważne czy to na imprezie, czy w parku, nad rzeka czy na mieście, zawsze miał butelkę rumu w ręce. No to co, chcecie zgadywać skąd on? Jak się dowiedzieliśmy od Luisa to Polak. Ehhh…a potem się dziwić, że Polacy mają na świecie, taką a nie inną opinię. Ale jakby na to nie patrzeć laseczkę sobie fajną przygruchał :)

W trakcie naszego spaceru do wodospadu dalej toczymy rozmowy z Luisem o życiu na Kubie. Tym razem zagłębiamy się bardziej w jego relację z tajemniczą Holenderką. Luis opowiada nam jak się poznali. O ich znajomości na odległość i o tym jakie to trudne. Widzą się dwa razy w roku, bo wiadomo, że są ograniczenia i urlopowe i finansowe. Co ciekawsze, nawet jak już się spotkają, to nie mogą ot tak sobie pobyć razem. Luis mieszka z dziadkami, więc nie ma w domu warunków do tego, że ona się u niego zatrzymała, poza tym jeśli ktoś nie ma zarejestrowanej casy, to nie może przyjmować pod swój dach turystów. W casie z kolei jest zakaz przebywania Kubańczyka kobietą innej narodowości. Tak więc w zasadzie muszą się przez cały jej pobyt na Kubie ukrywać. Kilka razy musieli uciekać z casy, bo akurat trafiła się kontrola. Tak, takie kontrole w casach zdarzają się tutaj bardzo często. Rząd nie chce, aby Kubańczycy wiązali się z innymi narodowościami, nie chce żeby wchodzili bliższe relacje i kontakty, nie chce aby Kubańczycy wiedzieli jakie jest życie poza Kubą. Nie chce, aby wiedzieli jak postrzegana jest Kuba z zewnątrz. Powoli zaczyna się to zmieniać, ale to jeszcze długa droga. Internet nadal jest dla większości niedostępny, mają go tylko nieliczni, a nawet jeśli już ten dostęp jest to i tak do ograniczonych rzeczy. Nie mają np dostępu np do youtuba, FB oraz wielu innych stron społecznościowych. Docieramy prawie do naszego wodospadu, prawie, bo czeka nas jeszcze przeprawa przez rzekę. Niby tak niewinna, ale w jednym miejscu dość głęboko i całkiem spory prąd. Luis przeprawił najpierw wszystkie nasze manatki, potem my się jakoś powoli przedostaliśmy na drugi brzeg. Teraz jeszcze tylko krótki spacerek i jesteśmy u celu :) Jak wam się podoba?

Byliśmy tam całkiem sami. Nasza trójka i piękny wodospad. Nie to co w Trinidadzie, więcej turystów niż wody, a i sam wodospad wyschnięty. Oczywiście wskoczyliśmy się orzeźwić. Woda dość zimna, ale po takim długim spacerku, całkiem przyjemnie było się popluskać. Marcel z Luisem urządzili sobie znowu skoki do wody, a relaksowałam się i cieszyłam oczy pięknym kolorem wody. Po odpoczynku zbieramy się z powrotem. Po drodze Luis zabiera nas do malutkiej szkoły, w której było 6 uczniów. Pani pozwoliła nam zrobić kilka zdjęć, a dzieciakom zostawiliśmy długopisy i pisaki. Gdybyście się tutaj wybierali, to zabierzecie coś dla nich koniecznie. To są właśnie takie miejsca na Kubie, gdzie wszelkie środki pomocy są mile widziane.

W drodze powrotnej dalej toczymy rozmowy z Luisem o życiu na Kubie. Tym razem zagłębiamy się bardziej w jego relację z tajemniczą Holenderką. Luis opowiada nam jak się poznali. O ich znajomości na odległość i o tym jakie to trudne. Widzą się dwa razy w roku, bo wiadomo, że są ograniczenia i urlopowe i finansowe. Co ciekawsze, nawet jak już się spotkają, to nie mogą ot tak sobie pobyć razem. Luis mieszka z dziadkami, więc nie ma w domu warunków do tego, że ona się u niego zatrzymała, poza tym jeśli ktoś nie ma zarejestrowanej casy, to nie może przyjmować pod swój dach turystów. W casie z kolei jest zakaz przebywania Kubańczyka kobietą innej narodowości. Tak więc w zasadzie muszą się przez cały jej pobyt na Kubie ukrywać. Kilka razy musieli uciekać z casy, bo akurat trafiła się kontrola. Tak, takie kontrole w casach zdarzają się tutaj bardzo często. Rząd nie chce, aby Kubańczycy wiązali się z innymi narodowościami, nie chce żeby wchodzili bliższe relacje i kontakty, nie chce aby Kubańczycy wiedzieli jakie jest życie poza Kubą. Nie chce, aby wiedzieli jak postrzegana jest Kuba z zewnątrz. Powoli zaczyna się to zmieniać, ale to jeszcze długa droga. Internet nadal jest dla większości niedostępny, mają go tylko nieliczni, a nawet jeśli już ten dostęp jest to i tak do ograniczonych rzeczy. Nie mają np dostępu np do youtuba, FB oraz wielu innych stron społecznościowych.

Wracamy do punktu wyjścia, Chicken uciął sobie drzemkę w samochodzie. W sumie, żyć nie umierać. O takiej pracy marzy chyba każdy Kubańczyk. Przejechał z nami pół godziny, potem przespał się w samochodzie ze cztery, potem znowu przejechał pół godziny i dostał 30CUC :) Ale zanim dotarliśmy do domu, Luis zabrał nas jeszcze na plaże Maguana. Ponoć jedna z ładniejszych tutaj w okolicy, nam jednak średnio przypadła do gustu, może dlatego, że zaszło słonko, zerwał się wiatr i w zasadzie zrobiło się zimno. Zjedliśmy lunch w restauracji obok (mają tam najlepsze chipsy bananowe jakie jedliśmy na Kubie, tak nam zasmakowały, że kupiliśmy kilka porcji na wynos, pani nie miała nam je w co zapakować więc dostaliśmy w worku po papierze toaletowym :)) Langusta i ryba trochę przesolone i przesmażone, ale zjadliwe.

Wracamy do naszej casy, gdzie już w progu wita nas Yumi. Wyściskała nas, wycałowała. Czujemy się tutaj jak goście a nie jak turyści. Zdecydowanie była to najlepsza casa pod względem gościnności i serdeczności właścicielki. Nawet pomimo dość sporej bariery językowej czuliśmy się tutaj jak w domu. I mimo, że warunki były chyba jedne ze skromniejszych w jakich mieszkaliśmy na Kubie, to zdecydowanie ta casa pozostanie najbliższa naszemu sercu. Do tego jedzonko też było bardzo dobre i to w mega wielkich ilościach :) Po kolacji wpadł do nas jeszcze Luis, żeby się z nami pożegnać. Niby spędziliśmy razem tylko trzy dni, ale mieliśmy wrażenie, że znamy go od zawsze. Nawet któregoś dnia zadzwoniliśmy do jego dziewczyny do Holandii, żeby jej powiedzieć, że jest prawdziwą szczęściarą mając takiego cudownego faceta. :) Żegnając się z Luisem, aż się łezka w oku zakręciła, ale na szczęście nie żegnaliśmy się na długo :) Dwa miesiące później, Luis odwiedził nas w Holandii razem ze swoją dziewczyną :)

Informacje praktyczne: Towarzystwo Luisa – 2,5CUC od os za dzień namiary: Angel Luis Mora tel: +5353399629 email: angel831@correodecuba.cu (Luis ma whats upa, wiec mozna probowac sie w ten sposob rowniez z nim kontaktowac, aczkolwiek trzeba wziasc pod uwagę, że nie jest cały czas dostępny on line) Taxówka 30CUC Woda 2l- 2CUC Wstęp do parku 8CUC od os Lunch 10CUC


ABOUT THE AUTHOR

Maryla

Fotografka, podróżniczka, miłośniczka pięknych wnętrz oraz dobrego i zdrowego jedzenia. Kilka lat temu rzuciła nudną pracę bankowca, aby robić to co kocha w życiu najbardziej. Uwielbia zmiany, to one nadają jej życiu sens. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami oraz inspirującymi ludźmi. Nie traci czasu dla tych, którzy nie mają czasu dla niej i żyje tak, jakby jutra miało nie być.

    KOMENTARZE (39)

  1. Beti House

    ()

    Marylko gdyby nie Ty, nigdy bym nie zobaczyła tej Kuby :) Cudownie tam, tak inaczej niż w Europie i ta roślinność zachwycająca jak zawsze. Nie myślałaś by się zatrudnić w jakimś magazynie globtroterowym? Masz talent więc to czasopismo by szło jak świeże bułeczki! A może własne?
    Uściski chudzielcu ;))))))

    Beantwoorden

  2. ola

    ()

    wzruszyła mnie historia Luisa,dziękuję Ci za nią,Marylko… piękna miłość,która pokonuje tak wiele barier… niesamowicie cieszy mnie Twoja informacja o ich ślubie,zastanawiam się,jaki bedzie ciąg dalszy – on planuje przenieść się do Europy,czy raczej razem zamieszkają na Kubie? :)

    Beantwoorden

  3. Beata

    ()

    Co by o tym kraju nie mówić to widoki są piękne. I dla nas niewiarygodne wydaje się, że ktoś jeszcze pierze w rzece…
    Ten brak kontaktu z innymi to tak jak u nas kiedyś było, też za komuny mówiło się, że na zachodzie to wszystko be…Boże jak dobrze, że mamy to już za sobą!!!

    Beantwoorden

  4. Olga Sapinska

    ()

    ah <3

    czy ja ci pisałam że lubie takie obszerne posty ? : ) i ta historia miłosna tak pięknie opisana :)

    dla mnie mogłabyś pisać książki, opowiadania a do tego twoje przepiękne zdjęcia :) pomyśl o tym "Marylka w podróży"
    byłabym pierwsza w empiku po nią <3 !

    Beantwoorden

  5. Ewa

    ()

    Zdjęcia jak zwykle robią niesamowite wrażenie, bajkowe można rzec.
    Smutna sprawa z tym Internetem, czasami fajnie jest się odciąć co prawda, ale bądź co bądź daje on b. dużo możliwości zdobywania wiedzy m.in.

    Beantwoorden

Skomentuj