Up
MM2_4537-3

Przyszła pora na pożegnanie się z Baracoa oraz z naszymi cudownymi właścicielkami. O 9:00 rano podjechała taxówka, którą dzień wcześnie załatwił nam oczywiście niezawodny Luis. Cena 90CUC, to bardzo dobra cena jak na ten odcinek drogi, bo podobno średnio ta trasa kosztuje ok 150 CUC. Do tego mieliśmy to szczęście, że  dzieliliśmy taksówkę z naszymi towarzyszami z Izraela, tak więc na głowę wyszło nam nie wiele więcej niż autobus, a w każdej chwili mogliśmy się zatrzymać na zdjęcia, na czym bardzo nam zależało. No i taksówka jedzie dużo szybciej niż autobus, więc dodatkowo zyskujemy na czasie. Z żalem opuszczamy Baracoa, bo spędziliśmy tutaj najwspanialsze chwile na Kubie. Mimo iż już wczoraj pożegnaliśmy się już z Luisem, przyszedł jeszcze raz nas wyściskać. Myślę, że gdybym kiedykolwiek miała wrócić na Kubę, to tylko i wyłącznie tutaj. Baracoa przerosło nasze oczekiwania pod każdym względem. Jeszcze pożegnalne fotki z dziewczynami i możemy ruszać.

Przed nami 4 godzinna podróż do Santiago de Cuba. Przed wyjazdem trochę się martwiłam o ten odcinek drogi, przede wszystkim o to jak go pokonamy i czy ktoś nas będzie chciał wieść tak daleko samochodem. Oczywiście nie było z tym najmniejszego problemu. Chętnych taksówkarzy nie brakuje. Natomiast warto wiedzieć, że ta sama trasa w drugą stronę (Santiago-Baracoa) może nas więcej kosztować. To dlatego, że taksówkarze w Santiago bardziej się cenią. Dlatego polecam właśnie dostać się najpierw do Baracoa samolotem, a potem stamtąd jechać taksówka do Santiago, a z Santiago do Trinidadu autobusem nocnym. Dzięki temu oszczędzamy na noclegu i jedziemy nocą, czas szybciej mija i nie tracimy całego dnia na przejazd. Trasa Santiago – Trinidad to ok 12h. Robiąc te trasę w drugą stronę mamy tylko do wyboru autobus, który jedzie w dzień. Dlaczego tak bardzo zależało nam na tym, żeby jechać taksówką z Baracoa do Santiago? Bo jedziemy najbardziej malowniczą droga jaka jest na Kubie. La Farola, bo tak nazywa się kilku dziesięciokilometrowy odcinek mega krętej drogi faktycznie powoduje, że jedziemy z nosem przylepionym do szyby, od czasu do czasu wzdychamy, albo krzyczymy, look there…what a great view! Zatrzymujemy się w najwyższym punkcie, gdzie jest mały taras i takie oto widoki:

La Farola to faktycznie piękna malownicza trasa. Tak inna Kuba. I bardzo się ciesze, że nie jechaliśmy autobusem, bo takie widoki są warte uwieczniania. Góry, pagórki, lasy palmowe, stepy, jeziorka, pola uprawne. Krajobraz zmienia z minuty na minutę. Jadąc te 4 godziny ( z przystankami na zdjęcia) ani przez chwilę nie poczuliśmy znudzenia. Wręcz przeciwnie :) Jechaliśmy jak w wesołym autobusie, salsa na maxa i śpiewy na całe gardło :) Nasi towarzysze, też byli zadowoleni, bo tak naprawdę, przez nas zostali w Baracoa jeden dzień dłużeń. Pierwotnie mieli inny plan, ale ponieważ dalsza podróż przebiegała podobnie, zostali dzień dłużej i dzięki temu nadal podróżowaliśmy razem, co oczywiście dla obu stron miało swoje plusy. Za każdym razem kiedy napotkaliśmy ciekawe widoki nasz taksówkarz zatrzymywał się, żebyśmy mogli zrobić kilka fotek. Tym razem sami się zastanawialiśmy czy oby dalej jesteśmy na Kubie, czy przenieśliśmy się na jakieś australijskie stepy :)

Cieszę, się, że mogliśmy te wszystkie piękne miejsca uwiecznić, bo ten odcinek jest naprawdę piękny, a niestety strasznie ciężko znaleźć na ten temat jakiekolwiek informacje, nie wspominając już o zdjęciach. Pamiętam, że przed wyjazdem przetrząsnęłam w necie wszystkie fora internetowe, przeczytałam dziesiątki relacji, przewertowałam kilka blogów, ale generalnie ta część Kuby pozostaje ciężkim tematem. Trochę informacji znalazłam na zagranicznych blogach, ale nadal o zdjęcia bardzo ciężko. Nawet kiedyś przeszłam cała tą trasę na google maps i też nie za wiele znalazłam. Jest jednak kilka filmików na youtubie, które w miarę dobrze obrazują ten odcinek. My mieliśmy jednak niesamowitego farta bo mieliśmy cudowną pogodę. Niebo było błękitne, żadnej chmurki, żadnych zmian pogodowych. No po prostu idealnie. Tak więc kochani, polecam i jeszcze raz polecam, wybierzcie się z Baracoa do Santiago Taksówka, a na pewno nie pożałujecie :) Kolejny przystanek mamy taki:

Niestety strasznie ciężko mi te miejsca w tym momencie zlokalizować. Nie zapisałam sobie od razu w jakich to było miejscowościach a teraz to już musztarda po obiedzie. No i trzeba krzyczeć do taksówkarza, żeby się zatrzymywał, bo dla nich te wszystkie widoki są już takie normalne, że nawet nie zwracają na nie uwagi. Po 4h podróży docieramy do Santiago de Cuba. Nie mamy tutaj zarezerwowanego noclegu, ale nasi towarzysze mają namiary na jakaś case więc wysiadamy z nimi. W casie jest tylko jeden wolny pokój więc dla nas już nie ma miejsca. Ale właściciel szybko organizuje, nam pokój po sąsiedzku. W sumie to byliśmy w tej casie sami, bo właściciel gdzieś wyjechał. Dostaliśmy klucze i musieliśmy sobie sami radzić. W kuchni był jakiś przeciek, z rury lała się ciurkiem woda do podstawionej beczki, ale ta szybko się napełniła więc woda wylewała się na podłogę. W przedpokoju stało akwarium, które chodziło tak głośno, że miałam wrażenie że za ścianą jest wodospad, spłuczka w kiblu nie działała, a klimatyzacja po pół godzinie się wyłączyła i nie szła do wieczora. Dlatego też na początku was uczulałam na rezerwowanie cas z wyprzedzeniem. Generalnie nie powinniśmy tam zostać, szczególnie że za te cenę na pewno moglibyśmy nocować w o wiele lepszych warunkach, ale chcieliśmy być blisko naszych znajomych więc już nie wybrzydzaliśmy. W końcu to tylko jedna noc. Natomiast niestety tej casy wam nie polecę. Po szybkim prysznicu spotykamy się z naszymi znajomymi i idziemy na rozeznanie.

Najpierw poszliśmy na lody. Takie na patyku. Pierwszy raz w życiu jadłam loda, prosto z zamrażarki bez opakowania :) Jak widać żyjemy, ale wszyscy staliśmy tam lekko wstrząśnięci niezmieszani :) Santiago już wizualnie bardziej nam się spodobało niż Hawana. Najfajniejsze dla mnie były te wszystkie uliczki, które biegną w górę i w dół. Trochę się człowiek namęczył zanim kawałek przeszedł, ale miało to swój urok. Jak zwykle wybraliśmy się bez celu, bez mapy. Po prostu przed siebie. Od razu widać, że prace remontowe w Santiago dużo bardziej posunięte niż w Hawanie. Co rusz jakaś ekipa remontowa, to nic, że wszyscy siedzą albo leżą, liczą się dobre chęci :)

No i miasto widać, że w dużo lepszym stanie. Wiele kamienic pięknie odnowionych. Styl kolonialny pięknie utrzymany. Najbardziej zachwyciły mnie kolorowe kamienice z białymi kutymi kratami w oknach. Też chce takie! Zdecydowanie bardziej czysto. No i ludzie milsi. W ogóle nie odczuliśmy takiego naciągania jak w Hawanie. No i co dla nas najważniejsze, bez problemu mogliśmy Kubańczyków fotografować. Zawsze pytaliśmy i nikt nam nie odmówił. Wręcz przeciwnie, czasami sami prosili, żeby im zrobić zdjęcie i dawali nam adres, żeby później te zdjęcia im przesłać. Zresztą myślę, że to nawet na zdjęciach widać. Wszyscy pięknie uśmiechają się do zdjęć :)

Santiago od razu nam się spodobało i mimo, że było to najbardziej gorące miejsce na całej Kubie i pot spływał po nas ciurkiem to nie chcieliśmy marnować czasu. Na rynku znajduje się Hotel, gdzie na górze na tarasie jest restauracja. Udaliśmy się tam, żeby coś wypić, ale ponieważ, przez pół godziny nie doczekaliśmy się na obsługę, poszliśmy gdzieś indziej. Generalnie ubaw mieliśmy tam po pachy. Nie wiem czy to od słońca, czy od nadmiaru mojito, ale wesoło było. Zresztą pozycje niektórych mówią same za siebie :)

Jeśli ktoś w swoich wyobrażeniach o Kubie widzi salsę na ulicach, to Santiago jest do tego idealnym miejscem. Tutaj na każdym rogu gra jakiś zespół. Można przystanąć, posłuchać, kupić płytę no i oczywiście jeśli tylko ktoś ma ochotę zatańczyć. Ja akurat miałam takiego farta, że do tańca porwał mnie Polak :) Staliśmy obok trzech takich co Kubę odwiedzają regularnie. Jeden z nich chyba ma żonę Kubankę i pół roku mieszka tam a pół w Polsce. W sumie fajny układ, myślę, że spokojnie mogłabym w takim rytmie się odnaleźć :) Zakupiliśmy obowiązkowo płytę od tego zespołu, panowie naprawdę świetnie grali i śpiewali a piosenkę El Comandante znam już prawie na pamięć :)

Po tańcach wywijańcach idziemy na obiad do restauracji, którą polecił nam właściciel casy. Generalnie na Kubie menu w niemal każdej restauracji wygląda tak samo. Kurczak smażony, kurczak na głębokim oleju, kurczak w pomidorach i kurczak grillowany ( przy czym grilla to on nawet na oczy nie widział) w tej samej wersji dostaniemy bez problemu świnkę i  jagnięcinę, rybę ale nie zawsze, wołowiny nigdzie nie spotkaliśmy. Nie wiem czy wspominałam też o sałatkach? Jeśli tak to przepraszam, że się powtarzam, ale sałatki zasługują na szczegółowy opis, bo na 14 kolacji 12 wyglądało identycznie :)  Na talerzu pokrojone w plasterki pomidory z jednej strony, ogórki z drugiej, a w środku poszatkowana biała kapusta. Bez żadnego dressingu czy coś, na stole przecież jest sól, pieprz, ocet i olej, więc każdy może sobie przyprawić :) Akurat w tej restauracji, jedzonko było wyjątkowo przyzwoite, więc jakby coś to polecam.

Informacje praktyczne: Taksówka Baracoa – Santiago de Kuba – 90CUC za 4 os Casa w Santiago – 25CUC Lody – 1CUP


ABOUT THE AUTHOR

Maryla

Fotografka, podróżniczka, miłośniczka pięknych wnętrz oraz dobrego i zdrowego jedzenia. Kilka lat temu rzuciła nudną pracę bankowca, aby robić to co kocha w życiu najbardziej. Uwielbia zmiany, to one nadają jej życiu sens. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami oraz inspirującymi ludźmi. Nie traci czasu dla tych, którzy nie mają czasu dla niej i żyje tak, jakby jutra miało nie być.

    KOMENTARZE (37)

  1. Agata S

    ()

    widoki marzenie! po prostu marzenie. fajnie, ze znalezliscie kogos z kim fajnie sie dogadywaliscie. My to mamy zawsze ten problem z Peta ze inni ludzi nam strasznie przeszkadzaja na urlopie. nigdy nie nawiazujemy zadnych znajomosci i robimy wszytsko na wlasna reke :)

    Beantwoorden

  2. Paulina Sz

    ()

    Kuba to jedno z miejsc, na które pewnie nigdy nie dotrę (wiele innych krajów jest na podróżniczej liście marzeń przed ) więc dziękuję Marylko, że dzięki Waszym zdjęciom mogłam się choć przez chwilę poczuć, jakbym tam była.

    Beantwoorden

  3. Monika M.

    ()

    Jak zawsze – Twoje opisy miejsc fascynują prawdziwie. Kolory, miejsca, sposób w jaki je przedstawiasz, to wszystko sprawia, że nie tylko chciałoby się tam być, ale po prostu – już się tam jest:) dziękuję za tę podróż:)
    Pozdrawiam serdecznie:)

    Beantwoorden

Skomentuj