Up
MM2_5720-2

O 9:00 rano byliśmy umówieni z Camilo pod wieżą czyli w tym samym miejscu, w którym go wczoraj spotkaliśmy. Już czekał na nas. Poszliśmy razem z nim do stajni, gdzie czekały na nas konie. Nie ukrywam, że nagle obleciał mnie strach i to całkiem spory, bo ja nigdy w życiu na koniu nie jeździłam, no poza tym w Vinales, one one były o połowę mniejsze i w zasadzie same jechały. Nawet nie trzeba było nimi kierować. Jak zobaczyłam innych kowbojów, którzy pomykali z prędkością światła po tych brukowanych uliczkach, to mi ciarki nagle na całym ciele wyszły. W zasadzie to o mało nie wróciłam do casy, taki cykor mnie obleciał :) Na szczęście Camilo mnie uspokoił, że wsiądziemy na konie niżej, jak już te nierówne drogi się skończą więc nie mam się czym martwić. Mimo to rozmiar konia trochę mnie przerażał, no ale przecież się nie wycofam. Poprosiłam tylko o jakiegoś łagodnego, żeby żadnych piruetów nie robił, bo mogłabym tego nie przeżyć. No dobra głowa do góry i dosiadamy rumaka. Będzie dobrze, musi być…przecież nie może być inaczej. Ten koń mnie przecież nie zrzuci z siodła, co nie?

Rumak okazał się faktycznie łagodny, nawet czasami za bardzo, bo obstawiałam cały czas tyły, ale cieszyłam się jednocześnie, że nie dostał mi się koń Roya, bo ten cały czas galopował :) Generalnie przejażdżka całkiem mi się podobała. Nawet wydawało mi się, że umiem konia dosiadać, bo kiedy wszyscy po pół godzinie narzekali, że boli ich tyłek i inne części ciała, ja żadnego bólu nie odczuwałam. Docieramy powoli do doliny cukrowej. Chyba jakoś inaczej ją sobie wyobrażałam, bardziej zieloną, ale może to nie ta pora roku czy coś. Po drodze Camilo trochę opowiada nam o sobie i o jego życiu w Trinidadzie. O tym, że generalnie pasuje mu polityka i ustrój kraju, bo nie musi się martwić o nic, bo szkoły, szpitale, media i dach nad głową ma za darmo. Jedyne o co musi się zatroszczyć to jedzenie, na które zarabia właśnie robiąc wycieczki do doliny cukrowej.

Po jakiejś pół godzinie docieramy do farmy, w której można zobaczyć proces przerabiania trzciny cukrowej w pyszny napój. Wstyd się przyznać, ale chyba nigdy wcześniej nie widziałam na żywo trzciny. Tutaj mogliśmy zobaczyć cały proces począwszy od jej ścinania, poprzez oczyszczanie, ręczne wyciskanie soku, aż do wypicia słodko-kwaśnej mikstury. Nie ukrywam, że pomimo swojej słodkości bardzo mi zasmakowała i pochłonęłam aż dwie szklanki :) Napój jest od razu mieszany z lodem i limonką, dzięki czemu jest pyszny i orzeźwiający. Poniżej na zdjęciach można zobaczyć cały proces. A ten prosiaczek to będzie się tutaj jeszcze smażył przez kilka godzin, jak będziemy wracać, to spożyjemy go na lunch :)

Po krótkim odpoczynku wskakujemy znowu na rumaki i jedziemy w kierunku wodospadu. Po drodze mijamy kolejne piękne widoki doliny. Valle de los Ingenios – bo taka jest jej kubańska nazwa jest obecnie pamiątkową niechlubnego okresu w dziejach Ameryki Środkowej, mimo iż monopol na handel cukrem stał się źródłem świetności Trinidadu. Pośrodku zielonej kotliny wznoszą się dziesiątki okazałych posiadłości cukrowych magnatów i ślady ich olbrzymich majątków. Duże wrażenie robi pałac Manaca Iznaga wraz z pobliską dzwonnicą z 1816 roku, z której to nadzorcy obserwowali pracę niewolników na polach uprawnych. Potężny dzwon oznajmiać miał początek i koniec robót, a także przerwy na modlitwę oraz pożar lub ucieczkę rdzennych Indian z miejsca pracy. W chwili budowy wieża była najwyższą budowlą na Kubie – symbolizowała władzę kolonistów nad niewolnikami oraz była dowodem wysokiej pozycji społecznej właściciela plantacji.

Docieramy do wodospadu, który niestety ze względu na porę suchą całkiem „znikł”. Ludzików wokoło całkiem sporo. Woda zimna jak lód. Do tego bardzo, ale to bardzo ślisko a zarazem niebezpiecznie. Generalnie nie przypadło nam to miejsce za bardzo, no ale kąpiel wzięliśmy, bo nam troszkę słonko dało po głowie. Przy wodospadzie jak zwykle typowo turystyczne atrakcje. Można posłuchać muzyki na żywo, zakupić płytę, mojito albo inne pamiątki. Akurat się zgadałam z grupką polaków, którzy ostrzegali przed oszustwem sprzedających. Ponoć wydawali resztę w kubańskich pesos. Generalnie jak ktoś nie rozróżnia za bardzo waluty, to łatwo można się nadziać. A wiadomo, że CUP ma 24 krotnie niższą wartość niż CUC. Przed wylotem proponuję się zapoznać z obiema walutami. łatwo je znaleść z internecie. Najlepiej zapamiętać w ten sposób, CUC=pomniki, CUP=ludzie, czyli że pomniki są bardziej wartościowe niż postacie :) Po kąpieli wracamy tą samą drogą do farmy, gdzie czeka na nas lunch i pieczony prosiak! Ommomm!

Lunch oczywiście nie był w cenie jaką zapłaciliśmy Camilo, jest on dodatkowo płatny. Tak więc rozliczamy się z kelnerem i wracamy do Trinidadu. Tym razem już się droga trochę bardziej dłużyła. I zaczęłam też coraz bardziej odczuwać moją czteroliterową część ciała. A nawet chyba bardziej bolały mnie całe nogi, bo akurat na 4 literach starałam się jak najmniej opierać. Generalnie to na twarzach całej czwórki malował się ten sam grymas krzyczący, ja chcę już zejść z konia! No ale oczywiście wszyscy dzielnie jechali dalej. Aż ja się w końcu wyłamałam i zeszłam z konia. Już mi się przestała ta przejażdżka podobać, a poza tym i tak szliśmy tak wolno, że na piechotę bylibyśmy szybciej. Camilo przejął mojego rumaka, a ja mogłam oddać się przyjemności fotografowania.

Kiedy wreszcie docieramy do celu, rozliczamy się z Camilo, zostawiając mu suty napiwek. Zdecydowanie chłopak zasłużył. I jeśli ktokolwiek będzie w Trinidadzie i będzie miał ochotę wybrać się na koniach do doliny cukrowej, to koniecznie szukajcie Camilo pod wieżą. Przed kolacją, którą tym razem zamówiliśmy u właścicieli casy Roya i Tali, robimy jeszcze kilka fotek o zachodzie słońca, który w Trinidadzie jest wyjątkowo piękny i magiczny.

Informacje praktyczne: Wycieczka do Valle de los Ingenios – 8CUC przy 4 os Lunch na farmie – 8 CUC od os


ABOUT THE AUTHOR

Maryla

Fotografka, podróżniczka, miłośniczka pięknych wnętrz oraz dobrego i zdrowego jedzenia. Kilka lat temu rzuciła nudną pracę bankowca, aby robić to co kocha w życiu najbardziej. Uwielbia zmiany, to one nadają jej życiu sens. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami oraz inspirującymi ludźmi. Nie traci czasu dla tych, którzy nie mają czasu dla niej i żyje tak, jakby jutra miało nie być.

    KOMENTARZE (33)

  1. Beata

    ()

    Oj Kochana to prawdziwa przygoda! Tak wierzchowcem w plener to faktycznie odwagę trzeba mieć. Kocham konie za ich piękne mądre oczy, ale czy bym tak na wycieczkę się odważyła…? A ten napój to nie za słodki tak do picia?
    Pięknie uchwycone codzienne życie mieszkańców.

    Beantwoorden

Skomentuj