fbpx

e-book Islandia w 10 dni - Plan Podróży

Planujesz swoją podróż na Islandię? Nie masz czasu na czytanie przewodników oraz przeglądanie dziesiątek blogów? Zrobiliśmy to za Ciebie! W tym e-booku znajdziesz nasz plan podróży na 10 dni, oraz mapę wszystkich atrakcji, fajnych noclegów, oraz pysznych restauracji. Jeśli planujesz krótszy pobyt, mamy dla Ciebie wskazówki, z czego zrezygnować, a jeśli planujesz dłuższy pobyt mamy całe mnóstwo fajnych miejsc na mapie, których nie zdążyliśmy zobaczyć, a które na pewno są tego warte!

San Teodoro

San Teodoro to niewielka miejscowość położona ok 55 km, na południe od Costa Smeralda. Jak do tej pory pierwsza w której czuło się, jakby sezon jeszcze się nie skończył. Dość sporo turystów spacerujących po niewielkim centrum, a także na plażach. Znajdują się tutaj dwie z piękniejszych plaż na Sardynii, Cala Brandinchi i La Cinta. I to one były naszym punktem docelowym. No dobra, nie tylko one. Było jeszcze coś, czego usilnie od jakiegoś czasu już szukam i nie mogę znaleźć w odległości jaka by mnie satysfakcjonowała. Zanim udamy się więc na plażę, ruszamy w poszukiwaniu flamingów. Tak dokładnie, nie wiem co ja mam z tymi flamingami, ale już od dawna marzą mi się jakieś fajne fotki tego cudownego, różowego ptactwa. Nie wiem czy pamiętacie, ale po to między innymi pojechałam do Tanzanii, w Ngorongoro miało ich być całe mnóstwo, no i było, ale tak daleko, że na zdjęciach mam tylko różowe kropeczki. Wyczytałam gdzieś, że właśnie w San Teodoro, znajduje się jezioro Stagno di San Tedoro, gdzie mieszka sobie całkiem spore stadko.  Nie muszę mówić, że już od samego rana wszystkich popędzałam, żeby się pospieszyli, bo przed nami wielki dzień. Słońce, plaża i flamingi…yeaaa! No, to jak już się wszyscy zebrali, umyli, wykąpali, śniadanko zjedli, kawy napili, to ruszamy na te bagna. Ja już aparat w pogotowiu trzymam, obiektyw najdłuższy jaki miałam i co? I pstro, flamingi były, ale jeszcze dalej niż te w Afryce na Safari, nie było szans ich uchwycić z bliska, no i znowu moje marzenie się nie spełniło…ehhh…jeśli ktoś wie gdzie jeszcze na świecie żyją flamingi w dużych stadach, tak żeby je z bliska można było focić i nie chodzi mi tutaj o zoo…to piszcie proszę!

Nie pocieszona faktem, że z flamingów znowu nici zabieram moją ekipę na plażę. Najpierw udajemy się na Cala Brandinchi. Samochodem dojeżdżamy w zasadzie na samą plażę. Przed plażą znajduje się bardzo fajny lasek, można odpocząć w cieniu, pobujać się w hamakach, zjeść coś, jest budka z jedzonkiem i piciem, stoliki, ławeczki. Bardzo przyjemnie do tego wspaniały zapach lasu piniowego. Rozkładamy się w zacisznych krzaczkach, zostawiamy teściów i idziemy rozejrzeć się po plaży. Udajemy się najpierw w prawo, żeby zrobić kilka ładnych ujęć zatoki. Ależ ona piękna 🙂 I do tego całkowicie pusta, aż dziwne. Piękna pogoda, wspaniała zatoka, czyściutka woda i ani jednego człeka. Ciekawe czy w sezonie też tak tutaj pusto.

Kiedy wracaliśmy, przypomniało mi się, ze na mapie widziałam, że obok tej zatoki, jest jeszcze jedna, bliźniacza zatoczka z widokiem na Isola Tavolara. A skoro już sobie tak spacerujemy z aparatem, to trzeba zobaczyć co tam kryje się za cypelkiem. Marcel ochoczo idzie ze mną. Na bosaka oczywiście, bo w końcu po piasku idziemy. Doszliśmy do cypelka, ale zatoczki nie widać, skręcamy w wąską ścieżkę pomiędzy kującymi krzaczorami. Dalej na bosaka rzecz jasna 🙂 Wyszliśmy już spory kawałek za cypelek, ale daj nic nie widać. No to idziemy dalej, przecież to musi być blisko. Idziemy jakieś 20 min, raz po krzakach, raz po kamieniach, raz wąską dróżką, a zatoczki jak nie było tak nie ma. Za każdym zakrętem wydaje się, że to już, a tu nic. No ale twardo idziemy, skoro już tyle uszliśmy, to przecież wracać się nie będziemy. Stopy tylko trochę bolą, bo cały czas po kamieniach i między krzakami lawirujemy. Mija nas para, która musiała mieć z nas niezły ubaw widząc nas na bosaka. Ale widoczki przynajmniej piękne mamy 🙂

Po jakiejś godzinie docieramy do zatoczki, która miała być za cypelkiem 🙂 No i była, tylko ten cypelek w rzeczywistości przybrał jakieś mega wielkie rozmiary. Na mapie wyglądało to dosłownie na 10 min spacerek po plaży, a nie głazach, kamieniach i chaszczorach. No ale nic, szczęśliwi, że w ogóle do celu dotarliśmy. Widoki na szczęście od razu zrekompensowały ból w stopach. Od razu stało się też jasne, dlaczego na naszej plaży nie było ani jednego ludka, bo wszyscy byli tutaj 🙂 Marcel od razu stwierdził, że się przeprowadzamy, nawet nie pozwolił mi porobić fotek, stwierdził, że wracamy po rodziców i tutaj będziemy leżakować. Pomysł i dobry, tylko jak sobie pomyślałam, że teraz będziemy znowu godzinę wracać, to jakoś już mniej mi się chciało. No, ale ok, wracamy, tym razem drogą lądową, od strony parkingu. Przynajmniej szliśmy po piasku. Po nie całych 5 minutach widzimy parking, Marcel od razu krzyczy, że to nasz. Ja mu mówię, że to nie możliwe, bo przecież szliśmy tutaj godzinę. Po kolejnych 2 min, dosłownie ocieramy się o nasz samochód i w tym momencie ręce opadają mi do kolan, jak to możliwe (?). No, mówiłam, ze ta zatoczka jest 10 min od naszego miejsca, tylko nie sądziłam, że wzdłuż plaży tak się ta droga wydłuży 🙂 No nic, zabieramy rodziców, którzy już się troszkę zaczęli o nas niepokoić i wracamy 🙂 A jest tak:

Woda może najcieplejsza nie była, ale nie mogłam sobie odmówić kilku fotek w tej bajecznej zatoczce. Tam gdzie mam rozdziawioną buzię widać jakie było pierwsze uczucie zanurzenia w niej 🙂 ale co tam zimno, woda była tak niesamowicie czysta i przejrzysta jak na Karaibach dosłownie, do tego piękna i dostojna Isola Tavolara w tle. Gdybym mieszkała na Sardynii, to prawdopodobnie spędzałabym tutaj każdy jeden wolny dzień, weekend, a nawet wieczór. Uwielbiam takie zatoczki, i ta jest zdecydowanie moją numer jeden na Sardynii!

Pod koniec dnia zaglądamy jeszcze na plaże La Cinta, która ciągnie się na długości 7 km. Co ciekawe mimo tego że taka długa, to i tak baaardzo zatłoczona. My co prawda nie zamierzaliśmy już leżakować, ale myślę, że żeby znaleźć jakieś spokojniejsze miejsce do plażowania, to trzeba się przejść ze 2-3 km od miejsca parkingowego. A jeszcze odnośnie parkingu, to przy La Cinta są dwa, my zaparkowaliśmy przy tym bardziej na południe, co ciekawe parkingi były dwa. Jeden po prawej, drugi po lewej. Po prawej płatny, po lewej gratis 🙂 Choć przypuszczam, że ten gratisowy, to zapełniony na maxa, nam się udało zaparkować, ale byliśmy już pod sam koniec dnia. A La cinta, mimo, że zatłoczona na maxa, to ma swój urok. Choć dużo bardziej wietrzna, to widoki wspaniałe.

Ponieważ następnego dnia miałam urodziny rodzice Marcela zabrali nas na urodzinową kolację. Tym razem udaliśmy się do restauracji poleconej przez panią na recepcji. Jej minusem była odległość od centrum. Od naszego miejsca noclegowego myślę, że ok 20 min piechotą.  Myślę, że lepiej wybrać się tam po prostu samochodem. Restauracja Il Giardinaccio bardzo gustownie urządzona. Obsługa przemiła. A jedzonko pyszne! Zachwycaliśmy się każdym kęsem, tak więc polecamy. Naprawdę warto. Teraz pisząc posta i szukając jej na Tripie widzę, że znajduje się w czołówce najlepszych restauracji w San Teodoro. I całkiem słusznie. Zdecydowanie warto się tam wybrać. I jeszcze kilka ostatnich fotek z naszego miejsca noclegowego Residence Approdo Verde ktore bardzo polecamy.

Informacje praktyczne: Kolacja w Il Giardinaccio – 110 euro za 4 os z winem i przystawkami

Sardynia - relacja z podróży, Sardynia - San Teodoro, Sardynia blog podróżniczy, Sardynia co zobaczyć, Sardynia najpiękniejsze plaże, Sardynia plan podróży

Komentarze (48)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

do góry
ad2pa
ad2pa
ad2pa
ad2pa

ZDJĘCIA NA BLOGU SĄ MOJEGO AUTORSTWA I ZGODNIE Z PRAWEM AUTORSKIM , BEZ MOJEJ ZGODY NIE MOGĄ BYĆ NIGDZIE WYKORZYSTANE! JEŚLI CHCESZ UŻYĆ MOICH ZDJĘĆ SKONTAKTUJ SIĘ ZE MNĄ : addictedtopassion@gmail.com