Mój Kurs Fotografii Podróżniczej Online już w sprzedaży!

Jeśli też chcesz robić takie zdjęcia jak ja, mam dla Ciebie wspaniałą wiadomość! Przez ostatnie 5 miesięcy tworzyłam kurs, w którym zawarłam moje 10 letnie doświadczenie w fotografowaniu. W kursie znajdziesz 43 lekcje, ponad 10 materiału wideo, w którym zdradzę Ci wszystkie moje tajemnice robienia pięknych zdjęć.

Santiago de Cuba – słońce, mojito i salsa

Santiago niby jest dużym miastem, ale w zasadzie wszytko co chcieliśmy zobaczyć zobaczyliśmy już wczoraj. Planu zatem na dzisiaj nie mieliśmy, a do dyspozycji był cały dzień, bo dopiero wieczorem mamy autobus nocny do Trinidadu. Marcela coś brzuch pobolewa, zapewne przez to, że w ciągu ostatniego tygodnia zjadł więcej langust niż w całym swoim życiu 🙂 Mi szczerze mówić ta langusta jakoś średnio zasmakowała, no może ta w Hawanie była faktycznie dobra, ale cała reszta, to tak sobie. No ale wracając do planu na dziś, to Roy i Tali chcieli się wybrać na jakiś zamek za miasto, tam też ponoć jakaś wysepka jest czy coś. Ja tego wcześniej nie obczajałam więc wiecie jaką wysepkę miałam od razu w głowie, palmy i biały piasek 🙂 Zanim jednak udamy się na zamek zahaczamy o punkt widokowy La Terraza, nie daleko słynnych schodów Diego. Byliśmy tam wczoraj, ale słońce było ze złej strony i i nie robiliśmy zdjęć.

Załatwiliśmy zatem taksówkę, która miała nas najpierw zawieść na zamek Castillo el Morro a później na wysepkę Cayo Granma. Ukrop w tym dniu był straszny, chyba najgorętszy dzień podczas całego naszego pobytu na Kubie. Plastikowe siedzenia w taksówce nie pomagały, pośladki kleiły się do nich jak do taśmy klejącej, naprawdę ciężko było się od nich odlepić. Na szczęście w niecałe pół godziny docieramy do zamku.

Zamek, a w zasadzie twierdza z zewnątrz prezentował się tak sobie. Ja ogólnie jakiegoś sentymentu do takich budowli nie mam, zresztą on nawet nie jakiś bardzo stary, bo zbudowany w XVII wieku. Do środka nie udało nam się jednak wejść. W sumie to nie wiemy dlaczego. Ciężko było się dogadać. Kazali nam czekać, więc czekaliśmy chyba z pół godziny, ale słońce tak dawało, że się poddaliśmy. A schronić nie było się gdzie, więc w pełnym słońcu staliśmy. Stwierdziliśmy, że lepiej zatem jedźmy na tę wysepkę, tam chociaż odpoczniemy pod palmami. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zamiast palm i białego piasku, zobaczyłam takie oto coś:

No cóż moja wina, trzeba było doczytać 🙂 Według informacji taksówkarza najbliższa łódź którą można dostać się na drugi brzeg miała przypłynąć za godzinę. Może gdyby na tej wysepce czekał na mnie biały piasek, palmy i zimne mojito to byłabym w stanie jakoś tę godzinę przetrwać. A tak, to jakoś średnio nam się chciało. Tym bardziej, że nic tam specjalnego do oglądania nie było. Zawinęliśmy się zatem do taksówki i poprosiliśmy o odwiezienie do centrum Santiago. Tak więc wycieczka średnio udana, no ale tak to już w życiu bywa 🙂 Robimy zatem rundkę po Santiago. Trafiamy do jakiegoś garażu gdzie panowie ciachają partyjkę w domino. Bardzo miło zapraszają nas do środka, pozwalają robić zdjęcia i nawet nie proszą za to kasy 🙂 Przypatrujemy się chwilę, bo domino na stole aż podskakuje, w sumie, za każdym razem przyglądam się temu z pełnym podziwem, bo oni tyle emocji w to wkładają, jakby co najmniej od wygranej, zależało czyjeś życie, a dla mnie to najnudniejsza gra na świecie, no ale może ja jej do końca nie rozumiem 🙂 Potem zahaczyliśmy o szwalnię.

Przyszła pora na lunch, więc wdepnęliśmy do restauracji La Juliana, którą polecił nam jeszcze Kubańczyk w Hawanie. Ponoć same znakomitości tam jadały, na ścianach zdjęcia aktorów i znanych piosenkarzy, nawet Nick en Simon tam byli (to dla wtajemniczonych co w we Wiatrakowie mieszkają :)). Nas znowu nie zachwyciło, więc nie polecam. Sałatka jak wszędzie, mięso ociekające tłuszczem. Masakra. No, ale ważne, że brzuszki pełne więc możemy iść dalej. Tak sobie idziemy, idziemy i nagle Marcel krzyczy na mnie, żebym zaczekała. Myślę sobie co on tam zobaczył. On on zobaczył te oczy:

Piękne, niebieskie, dobre oczy, w których można wyczytać całą historię życia…Ja bym obok nich przeszła i nie zauważyła, więc jak widać co dwie głowy to nie jedna. A najlepsze jest to, że staliśmy z tym panem i rozmawialiśmy chyba z 20 minut. On ze swoimi 10 słowami po angielsku, ja ze swoimi 15 po hiszpańsku, opowiadał nam całą historię swojego życia. Jedyne czego żałuję, to że nie wzięliśmy od niego żadnego adresu, bo bardzo chciałabym wysłać mu to zdjęcie. Dlatego z tego miejsca mam taką prośbę. Gdyby ktoś wybierał się do Santiago i miał ochotę zabrać wydrukowane zdjęcie może udałoby się tego pana znaleźć. Dam dokładne namiary gdzie go spotkaliśmy, to w samym centrum, więc nie trzeba daleko szukać. Przypuszczam, że musi mieszkać gdzieś w pobliżu. Bardzo możliwe, że sprawę ułatwi drugie zdjęcie, na którym jest z osobami, które też go znają, bo kiedy go spotkaliśmy to stali w trójkę i rozmawiali. A skoro pani jest sprzedawczynią orzeszków, to też myślę, że kręci się cały czas po okolicy. Gdyby ktoś miał ochotę podjąć się takiej misji, to proszę o kontakt na maila. Byłoby mi bardzo miło gdyby nasze zdjęcie trafiło w jego ręce.

Ciepło jest to czas na kolejne mojito 🙂 Generalnie rzecz biorąc, to jak będziecie się wybierać na Kubę i będziecie sobie planować budżet to możecie sobie spokojnie założyć, że na mojito rozejdzie się wam z 300 CUC. Tak, tak. Mojito pije się tam jak lemoniadę, a niestety tanie ono nie jest. Średnio wypijaliśmy po 3-4 dziennie na głowę, jeśli pomnożycie razy 3 CUC za szt, to taka właśnie sumka wychodzi. My generalnie z tych niepijących, ale tam jakoś inaczej się nie dało. Tym razem na szklaneczkę zasiadamy w Casa de La Trova, żeby przy okazji posłuchać dobrej muzyki. I nie wiem, czy mieliśmy wyjątkowe szczęście, czy tam zawsze tak dobrze graja, ale siedzieliśmy tam chyba ze 2 godziny i wcale nam się nie spieszyło wychodzić. Gdyby nie fakt, że musieliśmy w tym dniu wyjechać, to pewno siedzielibyśmy jeszcze dłużej. Wspaniała muzyka, wykonawcy zmieniali się średnio co godzinę, salsa pełna parą, cudowny klimat. Do tego obok mnie siedziała przepiękna modelka, której ewidentnie spodobało się pozowanie do zdjęć 🙂

Niestety musimy się zbierać. W bólem w sercu, bo Santiago zdecydowanie podbiło nasze serca. A ból ten powiększał jeszcze fakt, że właśnie w tym dniu rozpoczynał się festiwal muzyczny i wieczorem miał być na rynku wielki koncert. Na ten festiwal zjeżdżają się najlepsi muzycy z całej Kuby i bawią się grając, śpiewając i tańcząc przez kilka dni. Gdybym tylko wiedziała, że z taka impreza będzie w tym czasie to zapewne, zaplanowałabym przynajmniej pozostanie jednego dnia dłużej. Nie wiem, czy ten festiwal co roku o tej samej porze jest, ale warto sobie sprawdzić takie rzeczy przed wyjazdem, bo przypuszczam, że takich festiwali mają w roku co najmniej kilka. W końcu z tego słynie Santiago 🙂 No i jeszcze kilka fotek w drodze do casy.

Jeszcze dwa słowa o trasie Santiago de Cuba – Trinidad. Odbyliśmy ją Viazulem. Bilety zakupione na około 3 tygodnie przed wyjazdem. Trasa przebiegła nam całkiem szybko i sprawnie. Jeśli dobrze pamiętam w okolicach 19:30 odjeżdża  autobus z dworca Santiago. Z wydrukowanym potwierdzeniem trzeba się udać do okienka po bilet. Mieliśmy to szczęście, że autobus nie był pełny i każdy z pasażerów miał dwa siedzenia do dyspozycji, dzięki czemu można było się spokojnie rozłożyć i spać. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że kierowca zatrzymuje się na trasie kilka razy i dobiera pasażerów. Nas o 4:00 nad ranem obudził jakiś Kubańczyk (któremu nie podobało się, że pozajmowaliśmy podwójne siedzenia) i mimo, że było pełno wolnych miejsc na przodzie, akurat sobie upatrzył to na którym spała Tali (chyba dlatego, że było z tyłu). Była mała awantura, bo nie mogliśmy zrozumieć, czemu nie może usiąść gdzieś indziej skoro tyle wolnych miejsc, ale ten się uparł i tyle. W końcu Tali odpuściła, bo on chyba całkiem trzeźwy nie był, ale cała ta afera trochę wybiła mnie ze spania. Pamiętajcie żeby zabrać do autobusu długie spodnie, polara, albo kurtkę, czy co tam macie ze sobą. Przydadzą się też skarpetki i szalik. Na początku chłodu się nie odczuwa, ale potem nad ranem jest w autobusie prawdziwa lodówka. Mi najbardziej było zimno w twarz, bo całą resztę miałam dobrze zabezpieczoną. A i jeśli nie musicie po drodze korzystać z toalet, to lepiej tego nie róbcie. Tzn toaleta w autobusie nie działa, ale można się załatwić na którejś ze stacji. Jednak to przeżycie zaliczam do najbardziej traumatycznych w moim życiu, więc na prawdę nie polecam. W Trinidadzie byliśmy coś po 7:00 więc nawet przed planowym rozkładem. Informacje praktyczne: Taksówka do Castillo el Morr i Cayo Granma  – 20CUC Obiad w La Juliana – 30 CUC Płyta CD- 10CUC Bilet Santiago de Cuba – Trinidad – 33CUC do zakupienia tutaj: KLIK

Kuba - blog podrózniczy, Kuba - ceny, Kuba - ciekawe miejsca, Kuba - co zobaczyć, Kuba - fajne plaże, Kuba - kiedy jechać, Kuba - plan podróży, Kuba - Santiago de Cuba

Komentarze (44)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

do góry

ZDJĘCIA NA BLOGU SĄ MOJEGO AUTORSTWA I ZGODNIE Z PRAWEM AUTORSKIM , BEZ MOJEJ ZGODY NIE MOGĄ BYĆ NIGDZIE WYKORZYSTANE! JEŚLI CHCESZ UŻYĆ MOICH ZDJĘĆ SKONTAKTUJ SIĘ ZE MNĄ : addictedtopassion@gmail.com