Les Calanques

Na ostatni dzień w Prowansji, planu żadnego nie mieliśmy. Generalnie miało być na luzie, na jakiejś fajnej plaży pomiędzy Toulonem a Marsylią. No właśnie tylko na jakiej. Otwieram rano laptopa i robię szybki research, gdzie by tu uderzyć. Wrzuciłam w google hasło „nice beach beteween Toulon and Marsellie” i pierwsze co mi wypluło to Cassis i Los Calanques. Hmmm…zdjęcia wyglądały bardzo obiecująco, jak to się stało, że ja wcześniej o tym miejscu ani nie słyszałam ani nie czytałam to nie wiem. No to zabieramy się w drogę. Los Calanques leży już przy samej Marsylii, a dokładnie w w pobliżu miasteczka Cassis.

Zanim dotarliśmy do tego miejsca, jechaliśmy niemal cały czas wzdłuż wybrzeża, ale jakby nic ciekawego nie wpadło nam w oko. Po dotarciu do celu, okazało się, że w związku ze świętem 14 juillet, wszyscy oczywiście mają wolne i ruch na Los Calanques był taki, że nie było gdzie zaparkować. Dotarliśmy w końcu do dużego parkingu na samej górze, gdzie jak się okazało mogliśmy zapłacić tylko gotówką, której nie mieliśmy. No to znowu nawrotka do miasta. Przeciskanie się przez tłumy, szukanie bankomatu, i powrót na górę, udało się, zaparkowaliśmy! No to robimy najpierw rundkę po najbliższej okolicy, która wygląda tak:

Nie wiem jak wy, ale ja byłam w kompletnym szoku. Oczom wręcz nie wierzyłam w to co widzę! To było zdecydowanie najpiękniejsze miejsce na Lazurowym Wybrzeżu i gdyby mnie było kiedyś stać na łódkę za kilkaset tysięcy, to na pewno nie stałaby w St Tropez, tylko właśnie tutaj! I nie wiem dlaczego to miejsce jest tak mało popularne, dlaczego nigdzie o nim nie piszą, albo może źle szukałam, nie wiem. Los Calanques zachwyciło nas totalnie, żałowaliśmy, że mamy do dyspozycji tylko jeden dzień, bo chętnie spędziłabym tutaj więcej czasu. Po krótkim spacerze, idziemy na lunch do malowniczo położonej restauracji. Ruch tam straszny, ale jakimś cudem udało nam się zdobyć wolny stolik. Po posileniu się idziemy na dłuższy spacer. Postanawiamy przejść na druga stronę zatoki.

Droga była bardzo malownicza, w zasadzie to nie mogłam przestać robić zdjęć. Lazurki tak dawały po oczach, że nawet okulary nie pomagały 🙂 Jedyny minus był taki, że szliśmy górą i nie było za bardzo jak zejść do wody, żeby się ochłodzić, a w tym dniu słoneczko dawało się mocno we znaki. Tak sobie szliśmy i szliśmy, w sumie, to nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie idziemy. Na parkingu można było zaopatrzyć się w mapę, ale oczywiście nie pomyśleliśmy o tym. Dużo ludzi szło jakby w tym samym kierunku, więc, też szliśmy, bo w końcu jakiś cel tej wycieczki musi być. Trasa nie jest łatwa. Tzn chodzi głównie o bardzo śliskie kamienie, a właściwie głazy. W niektórych miejscach trzeba było wręcz wychodzić na czworakach, albo zjeżdżać na tyłkach, bo głazy były tak wyślizgane jak na lodowisku. Miejscami na prawdę niebezpiecznie, więc do dłuższej wędrówki zalecam jakieś inne butki niż klapki.

Po jakiejś godzinie spaceru oraz braku widoku na jakiś cel naszej podróży zaczepiłam jakiś Francuzów, którzy szli obok i zapytałam gdzie my tak naprawdę idziemy. Okazało się że za cypelkiem jest plaża, a potem kolejna zatoczka  i kolejna, i tak naprawdę gdybyśmy mieli dużo czasu to możemy nawet dojść do Marsylii 🙂 No to super, tam raczej nie dotrzemy, ale do tej plaży jakoś doczłapiemy, tym bardziej, że już ponoć daleko nie było. Końcówka była najgorsza, mega ślisko i niebezpiecznie, ale jakoś dotarliśmy, plaża wyglądała tak.

Zastanawiałam się dlaczego tak mało osób w wodzie, weszłam po kostki i już wiedziałam. Woda była zimna jak lód. Brrr…No to posiedzieliśmy troszkę na brzegu, odsapnęliśmy trochę, i ruszamy z powrotem. Sorki za ilość zdjęć, pewno się będzie post znowu zacinał, ale nie mogłam się powstrzymać, tak pięknie tam było!

Późnym popołudniem żegnamy się z lazurkami na Los Calanques i jedziemy w stronę Marsylii. Tam mamy ostatni nocleg w Ibisie, blisko lotniska, bo na następny dzień skoro świt wracamy do domku. Buuu….Nasza przygoda z Prowansją się skończyła. Podsumowując nasze wakacje powiem tylko tyle. Trochę świata już zobaczyliśmy i nie mamy w zwyczaju wracać w te same miejsca, ale Prowansja będzie zdecydowanie wyjątkiem! Tam wrócimy na pewno, i to nie raz, bo zostawiłam tam kawałek swojego serca. W ogóle to każdy ma swój kawałek ziemi na świecie, i mój jest zdecydowanie w Prowansji. W ogóle to miałam wrażenie, że kiedy 34 lata temu ktoś tam na górze zadecydował, że mam się urodzić, to pomyliły mu się kraje. Ja powinnam urodzić się i mieszkać we Francji! Tam jest moje miejsce, tam jest mój raj!

Informacje praktyczne:

Toulon – Cassis – 42 km

Cassis – Marsylia – 25 km

Parking przy Los Calanques – 8 euro za cały dzień

Pokój w Ibis Budget –  35 euro Rezerwując nocleg na booking z tego linka otrzymujecie 15 euro zniżki, a i nam wpadnie kilka grosików na kolejną podróż. 

Francja, Les Calanques, Prowansja - ciekawe miejsca, Prowansja - co zobaczyć, Prowansja - plan podróży

Komentarze (48)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

do góry
ad2pa
ad2pa
ad2pa
ad2pa

ZDJĘCIA NA BLOGU SĄ MOJEGO AUTORSTWA I ZGODNIE Z PRAWEM AUTORSKIM , BEZ MOJEJ ZGODY NIE MOGĄ BYĆ NIGDZIE WYKORZYSTANE! JEŚLI CHCESZ UŻYĆ MOICH ZDJĘĆ SKONTAKTUJ SIĘ ZE MNĄ : addictedtopassion@gmail.com