e-book Islandia w 10 dni - Plan Podróży

Planujesz swoją podróż na Islandię? Nie masz czasu na czytanie przewodników oraz przeglądanie dziesiątek blogów? Zrobiliśmy to za Ciebie! W tym e-booku znajdziesz nasz plan podróży na 10 dni, oraz mapę wszystkich atrakcji, fajnych noclegów, oraz pysznych restauracji. Jeśli planujesz krótszy pobyt, mamy dla Ciebie wskazówki, z czego zrezygnować, a jeśli planujesz dłuższy pobyt mamy całe mnóstwo fajnych miejsc na mapie, których nie zdążyliśmy zobaczyć, a które na pewno są tego warte!

e-book Islandia w 10 dni - Plan Podróży

Dominikana

Był już ślub na Dominikanie, były informacje jak taki ślub zorganizować, to teraz czas na to, żeby napisać kilka słów o samej Dominikanie 🙂 i naszym pobycie na tej rajskiej wyspie 🙂 Dlaczego wybraliśmy Dominikanę to już wiecie z poprzedniego postu 🙂 dzięki komu udało nam się tam dotrzeć też napisałam słów kilka. Zatem teraz mały reportaż z naszego 10 dniowego pobytu w tym niezwykłym miejscu 🙂

Jak pamiętacie ze ślubnego postu, dokładnie w dniu w którym musieliśmy wylatywać, byliśmy w szpitalu na kontroli Marcelkowej nogi i dopiero kilka godzin przed wylotem dowiedzieliśmy się, że możemy lecieć 🙂 Emocje towarzyszyły temu niesamowite, tym bardziej, że Marcello poruszał się tylko i wyłącznie o kulach, a czekał nas naprawdę kawał drogi. Najpierw musieliśmy dostać się do Brukseli na lotnisko, bo stamtąd właśnie wylatywał nasz samolot. Na Brukselę padło z prostego względu. Cena naszych wakacji rózniła się o 500 euro od osoby porównując ten sam hotel z wylotem z Amsterdamu. A ponieważ tysiąc euro drogą nie chodzi dlatego też wylot z Brukselli. Po prawie 4 godzinach w samochodzie, w śnieżycy i zawieruchach udało nam się dostać na najbliższy parking przy lotnisku, gdzie zostawiliśmy nasz samochodzik. Stamtąd zostaliśmy odtransportowani na lotnisko i udaliśmy się do stoiska Thomasa Cooka, żeby sprawdzić, czy z naszymi biletami wszystko w porządku i czy możemy udać się do odprawy. Ponieważ Malcel poruszał się o kulach przysługiwało nam pierwszeństwo z czego mój jeszcze wtedy narzeczony cieszył się jak dziecko, bo nie musieliśmy nigdzie stać w kolejkach 🙂 Po nadaniu bagaży, Marcela wrzuciłam na wózek bo trochę go noga pobolewała, tym bardziej, że musieliśmy przemierzyć niemal całe lotnisko udając się do bramek. Do samolotu trochę czasu mieliśmy więc rozsiedlimy się wygodnie i czekamy. Nagle Marcel wpada w panikę, bo noga zaczęła go strasznie swędzieć. Wiecie, tam pod tym całym bandażem, który mu założyli. Od razu zaczął kręcić czarne scenariusze, że na pewno ma jakieś uczulenie na bandaż, i że zaraz się zadrapie na śmierć…i że może jednak lepiej nigdzie nie jechac, bo jak tam mu coś się na Dominikanie będzie dziać to kto go będzie ratował (?). Na nic się zdawały  moje zapewnienia, że przecież tam też są szpitale, a na swędzenie się nie umiera…ten dalej swoje, że chce wracać do domu…możecie sobie tylko wyobrazić moją minę…już miałam w głowie scenariusz na nowy film pt.” Uciekający pan młody” :). Na szczęście po pół godzinie marudzenia, swędzenie przeszło i tym samym wróciła znowu wiara, że nasz wymarzony ślub jednak się odbędzie! Eh ci faceci, czasami są gorsi niż dzieci.

Podróż minęła całkiem znośnie, Marcel spał jak zabity i dobrze, bo gotów mi przez 9 godzin marudzić, że chce samolot do domu zawracać 🙂 Wylądowaliśmy w środku nocy. Była chyba 4 nad ranem, czy jakoś tak. Przy wyjściu czekał na nas taksówkarz z naszymi imionami. Zapakowaliśmy się do bardzo ekskluzywnego busika i po niecałej pół godziny byliśmy w hotelu 🙂 Check in odbyliśmy w błyskawicznym tempie, chyba pani widziała, że ledwo na oczy patrzymy i wózkiem golfowym odstawiono nas do pokoju. Kilka dni wcześniej wysłałam do hotelu informację, że mój przyszły mąż będzie poruszał się o kulach i dostaliśmy pokój najbliżej plaży i wszystkich restauracji 🙂 Już na samym początku polubiliśmy nasz hotel 🙂 Takie powitanie czekało na nas w pokoju 🙂

Pierwszy dzień w hotelu rozpoczęliśmy dość późno, no bo przecież wyspać trzeba się jakoś było. Marcel musiał zregenerować siły 🙂 Pierwsze co to przebudzeniu wyszłam na balkon, żeby obczaić nasze jakuzzi 🙂 Kiedy się tak nad nim zachwycałam dobiegły mnie dziwnie głosy z sąsiedniego balkonu. Wsłuchuje się…i słyszę Polaków 🙂 Nie mogłam uwierzyć 🙂 Przelecieliśmy tyle tysięcy kilometrów i zaraz obok nas mieszka przesympatyczna Polska rodzinka 🙂 Po szybkim zapoznaniu się zjedliśmy śniadanko na balkonie, bo restauracja była już zamknięta i przygotowywała się do lunchu. Na śniadanko pyszne maślane bułeczki, soczek ze świeżych pomarańczy i przepyszne owocki 🙂 No ja mogę tutaj zostać na zawsze i się nawet na krok stąd nie ruszać 🙂 Po śniadanku poszliśmy od razu przywitać się z karaibską plażą 🙂 Jej, co to był za widok! Normalnie szczęka opadła mi do samej ziemi i pół godziny szukałam zębów w piasku…to był po prostu raj! Już od samego patrzenia buzia się śmiała od ucha do ucha 🙂

Od razu zalogowaliśmy się przy barze plażowym i zamówiliśmy sobie mohito! Co to było za mohito, niebo w gębie! Zostajemy tu na zawsze 🙂 Oczywiście Marcelowa noga wzbudziła nie małe zainteresowanie, wszyscy myśleli, że złamana, bo tak to wyglądało. Poza tym każdy był pewien, że tę nogę złamał tutaj, no bo kto normalny leci w tropiki z nogą w gipsie i pomyka po plaży z kulami…no ale noga nie była ani w gipsie, ani złamana…i jak każdemu wytłumaczyliśmy co i jak i że za kilka dni bierzemy tutaj ślub to wszyscy od razu gratulowali 🙂

Do ślubu mieliśmy jakieś 4 dni i wykorzystaliśmy je na błogie lenistwo 🙂 Zresztą co innego mogliśmy robić? Marcel nawet do wody nie mógł wejść bo tego bandaża nie można było zamoczyć. Żeby mu przykro nie było, to też ograniczałam swoje kąpiele do minimum. Całe dnie spędzaliśmy pod palmami, w towarzystwie przemiłych ludzi. Ciągle ktoś do nas przychodził, pytał albo o nogę Marcela albo o to czy się przypadkiem nie rozmyśliłam z tym ślubem 🙂 Poznaliśmy tam całe mnóstwo wspaniałych ludzi, Amerykanów, Kanadyjczyków, Chilijczyków a także wspomnianych już wcześniej Polaków 🙂 Z którymi do dziś mamy kontakt 🙂 Pozdrowienia dla Dorotki z mężem i znajomymi 🙂 Wiem, że nas podczytują 🙂 Super, że was poznaliśmy 🙂 Może jeszcze kiedyś na jakichś wakacjach się spotkamy, kto wie 🙂

Hotel pokochałam całym sercem 🙂 Takiej obsługi nigdzie indziej na świecie nie doświadczyliśmy! Takich uśmiechniętych i pełnych energii kelnerów już nigdzie później nie spotkałam. Niesamowite, jak oni troszczyli się tam o każdego! Drinki na plaży roznosili, jeszcze jeden się nie skończył a oni już przynosili kolejnego. Jak ktoś nie pił alkoholu, to przynosili całe półmiski owoców, soki ze świeżych owoców. Tak po prostu, bez proszenia. Mało tego zapamiętywali imiona wszystkich. Były nawet gratisowe masaże stóp, albo innych części ciała. Ahhh…aż się rozmarzyłam 🙂 Chętnie wróciłabym tam znowu :)To był zdecydowanie najwspanialszy hotel w jakim do tej pory byliśmy! I jeśli jeszcze kiedykolwiek, będzie nam wrócić na Dominikanę to na pewno wrócimy do tego hotelu 🙂 Na jego temat poświecę kolejnego posta, tam dowiecie się co to za hotel 🙂

wakacje dominikana

Komentarze (37)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

do góry
ad2pa
ad2pa
ad2pa
ad2pa

ZDJĘCIA NA BLOGU SĄ MOJEGO AUTORSTWA I ZGODNIE Z PRAWEM AUTORSKIM , BEZ MOJEJ ZGODY NIE MOGĄ BYĆ NIGDZIE WYKORZYSTANE! JEŚLI CHCESZ UŻYĆ MOICH ZDJĘĆ SKONTAKTUJ SIĘ ZE MNĄ : addictedtopassion@gmail.com