Na koniec podróży mam dla was jeszcze poradnik, a nuż się komuś przyda.
Safari -organizacja safari w Tanzanii jest niestety sporo droższa niż w Kenii. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że droższe są wstępy do parków. A droższe wstępy wynikają ponoć z faktu, że jest tam więcej zwierzyny. Osobiście nie mam porównania z Kenią, ale wiele osób, które oglądały nasze zdjęcia i które były w Kenii stwierdziły, że faktycznie więcej widzieliśmy niż oni. Zanim wybraliśmy biuro, które zorganizowało nasze safari, wysłaliśmy wiele ofert z zapytaniem o ceny i warunki. Tembo-Tamu wydało się nam najbardziej przyjazne i korzystne cenowo ( do tego było rekomendowanie na forum GoldenLine). Może kontakt z Sandrą do najszybszych nie należy, ale jej niewielkie biuro możemy z ręką na sercu polecić. Zdarzyły się małe wpadki, ale nie były na tyle istotne, żeby miały wpływ na nasze wrażenie z safari. Pisząc o wpadkach mam na myśli np. brak ładowarki samochodowej do baterii do apratu, która wg jej zapewnień powinna być na wyposażeniu samochodu, nie przelane pieniądze na czas kierowcy w związku z czym w pewnym momencie nie mógł zapłacić za park i musieliśmy zapłacić z naszej karty ( pieniądze oczywiście dostaliśmy z powrotem, ale wole nie myśleć co by było gdyśmy tej karty przy sobie nie mieli). Poza tym wszystko w najlepszym porządku. Kucharz troszczył się o nasze brzuszki jak tylko mógł, a Armani robił wszystko, żebyśmy wspominali to safari do końca życia 🙂
Safari-napiwki – warto wiedzieć, że do kosztu safari dolicza się napiwki dla kucharza i kierowcy. Wspominam o tym, bo to całkiem spore kwoty są. Z reguły napiwki są dobrowolne, ale często określane są przedziały w jakich te napiwki powinny być uiszczane. Oczywiście pamiętamy o tym, że jeśli nie jesteśmy zadowoleni z obsługi to wcale nie musimy się do tych stawek podporządkowywać. Warto jednak wiedzieć, że oni tak naprawdę żyją z tych naszych napiwków, bo za 5 dniowe safari dostają tak niewielką kwotę, że wystarcza im zaledwie na kilka dni życia. Dla kierowcy napiwki to średnio 25$-30$ na dzień, dla kucharza 10$-15$ do podziału na ilość osób w samochodzie. W naszym przypadku dzieliliśmy wszystko na 4 osoby.
Co ze sobą zabrać – przede wszystkim trzeba pamiętać, że na safari można się spakować jedynie w miękką torbę lub plecak. My pojechaliśmy standardowo z walizkami, ale do jednej walizki zabrałam plecak, tak, żeby zabrać do niego najpotrzebniejsze rzeczy na safari. Z tyłu samochodu nie ma za dużo miejsca, stąd ten wymóg miękkich plecaków. Przede wszystkim należy zabrać ze sobą ciepłe rzeczy, bo w kraterze było zaledwie 5 stopni. Gruby polar, lub nawet polarowa kurtka obowiązkowa. Jakieś wygodne spodnie do spanka, getry lub dres. Zakryte ale w miarę oddychające buty. Można zabrać coś przeciwdeszczowego, my co prawda na deszcz nie trafiliśmy, ale nigdy nic nie wiadomo. Długie przewiewne spodnie i bluzki z długimi rękawami najlepiej, bo to jedyna ochrona przed muchami, które gryzą dość mocno. Oczywiście krótkie rękawy i spodenki można też zabrać, ale dobrze mieć zawsze w pogotowiu coś z długim rękawem. Szczególnie rankiem może się przydarzać. Skarpety i jakieś chustki, bo kurzu tam nie brakuje. Poza tym podstawowe środki czystości, a w szczególności chusteczki oczyszczające (nawet ze dwie paczki). Latarkę najlepiej taką zakładaną na głowę, bo w nocy w namiocie ciemno i jak chcemy coś robić, to mamy obie ręce wolne. Deet przeciwko komarom, najlepiej o stężeniu 50% lub więcej. Lekarstwa jeśli jakieś zażywamy, środki przeciwbólowe, krem z filrem. Dobrze zabrać ze sobą coś do przegryzienia, jakieś pożywne batony, ciastka ( oczywiście bez czekolady), orzechy niesolone, cukierki. Czasami spędza się w samochodzie wiele godzin i zanim dojedzie się do obozu to trochę zejdzie, a tak to mamy coś do przegryzienia. Ja zabrałam ze sobą też (uwaga nie śmiać się 🙂 zgrzewkę mini coca-coli 🙂 cola zabija bakterie, których pewno w jedzeniu nie brakuje. Pomyślicie, że bez sensu brać, przecież po pierwszych kilku godzinach będzie ciepła, tak, ale w nocy temperatura spada i rano cole mamy jak z lodówki 🙂
Sprzęt foto na Safari – to taka dodatkowa informacja dla zapalonych fotografów 🙂 Kiedy przygotowywaliśmy się do wyjazdu zastanawialiśmy się poważnie nad wypożyczeniem obiektywu z mocnym zoomem, ale jakoś tak rozmawialiśmy z kilkoma osobami, które już tam były i stwierdziły, że lepszego obiektywu niż mamy nie potrzebujemy bo te zwierzęta są tak blisko, że nawet najzwyklejszy aparat wystarczy. Nasz obiektyw to Canon 70-200 f. 2,8. No cóż, niestety osoby które tych rad udzielały nie mają z fotografią zbyt wile wspólnego, ale koniec końców stwierdziliśmy, że zabierzemy dodatkowo extender x2 i powinno być git. Powiem tak, może i te zwierzątka czasami i są na wyciągniecie ręki, ale co nam po zdjęciu bez ładnej głębi. Żeby zrobić fajną fotkę lampartowi, który wyleguje się na drzewie trzeba mieć naprawdę dobry sprzęt. One sobie nie siedzą w odległości 10 metrów. A takie widoczki są właśnie najpiękniejsze i często nasze 200 x2 nie wystarczało. Tak więc jeśli, ktoś ma tylko taką możliwość polecam zabrać ze sobą coś lepszego 🙂
Kiedy jechać- większość przewodników turystycznych zaleca podróżowanie na safari w czasie pory suchej, która trwa od stycznia do marca i od czerwca do października. Ale planując podróż warto wziąć pod uwagę także okresy naturalnej migracji zwierząt. Nam nie do końca udało się w ten termin wstrzelić, ale to chyba dlatego, że ciężko znaleźć tak naprawdę dokładne informacje o migracji zwierząt. Powód jest prosty. Zwierzyna migruje w poszukiwaniu wody, a pora deszczowa może trwać czasami krócej, czasami dłużej. W momencie kiedy trwa pora deszczowa w Tanzanii zamieszkują one tereny Serengeti, a kiedy woda zaczyna się kończyć łączą się w stada i przemierzają tysiące kilometrów w kierunku gdzie tą wodę znajdą. Skąd one wiedzą, gdzie właśnie pada deszcz tego nie wie nikt, ale ważne że nigdy się nie mylą przy wyborze miejsca docelowego 🙂 Najczęstszym punktem docelowym jest Jezioro Wiktorii, lub rzeka Mara, ale to nie są jedyne z punktów. Antylopy gnu migrują najczęściej z zebrami. Chyba czują się bezpiecznie w swoim towarzystwie. My byliśmy w październiku i szczerze mówiąc liczyliśmy na to, że załapiemy się na powrót gnu, który zwykle przypada na wrzesień początek października. Niestety w 2013r. zwierzyna wyjątkowo wcześnie opuściła Masai Mare, co było dla wszystkich dużym zaskoczeniem. Stąd właśnie te duże grupy zebr, które widzieliśmy. Były to stada po emigracyjne. Czyli tak naprawdę troszkę szczęścia jednak mieliśmy. Poza tym październik do idealna pora na Zanzibar, piękne słonko, ale bez uciążliwych upałów i przede wszystkim bez tabunów turystów 🙂
Mam nadzieję, że zawarłam tutaj najważniejsze rzeczy, w razie, gdyby zabrakło wam jakichkolwiek informacji, piszcie, uzupełnię poradnik 🙂 A teraz zapraszam na krótki filmik ze zdjęciami z safari 🙂 I tym też akcentem kończymy naszą przygodę z Tanzanią i Zanzibarem 🙂 Czas na planowanie kolejnej podróży 🙂
– wiza do Tanzanii jest obowiązkowa i otrzymamy ją po przylocie na lotnisko. Robią sweet focie, odciski palców, ale wszystko idzie całkiem szybko i sprawnie. Koszt to 50$.
Szczepienia
– żeby wjechać do Tanzanii potrzebna jest żółta książeczka wraz z ważnym szczepieniem na żółtą febrę ( jak wiecie my ją zapomnieliśmy i jakoś się nam upiekło, bo jej nie kontrolowali, ale na waszym miejscu nie ryzykowałabym). Poza tym jest cały szereg zalecanych szczepień. My zrobiliśmy szczepienia przeciwko zapaleniu wątroby typu A i B, błonicy i tężcowi. Można jeszcze zrobić dur brzuszny i wściekliznę, ale my sobie je darowaliśmy.
Malaria/komary
– Co prawda zagrożenie malarią jest tam już niewielkie i występuje raczej w porze deszczowej (kwiecień-maj), ale woleliśmy nie ryzykować. Braliśmy Malarone. Tabletki należy zacząć łykać dzień przed wylotem, potem przez cały pobyt, plus tydzień po. Tak to wyglądało w przypadku 2 tygodniowego wyjazdu. Jeśli pojedziecie na krócej lub dłużej dawkowanie może ulec zmianie. Nie zaobserwowaliśmy żadnych skutków ubocznych malarone. Mieliśmy ze sobą również repelent na komary. Deet o stężeniu 50%. Bardzo skuteczny, aczkolwiek komarów było naprawdę nie wiele. Na safari nie spotkaliśmy ani jednego. Na Zanzibarze jedynie wieczorem. Dość uciążliwe są na safari natomiast muchy. Niestety ciężko się przed nimi uchronić. Wg mnie jedyna możliwość to długie spodnie i cieniutka bawełniana bluzka z długim rękawem. Deet za bardzo nie skutkował.
Co robić na Zanzibarze
– Zanzibar ma dla nas wiele atrakcji i umilaczy dnia. Można oczywiście położyć się plackiem na plaży i przez siedem dni wpatrywać się w lazurowe morze, ale jeśli ktoś tak samo jak ja, nie potrafi usiedzieć na plaży dłużej niż godzinę, to proponuję następujące wycieczki: –
Safari Blue
– świetna rozrywka na cały dzień, starą łupą płyniemy na malutką płachtę piasku gdzie rozkoszujemy się pięknymi widokami popijając zimną coca-colę albo wcinając świeżutkiego kokosa. –
Stone Town
– myślę, że każdy kto dotrze na Zanzibar powinien koniecznie udać się do tego uroczego miasta i zgubić się choć na chwilkę w jego wąziutkich uliczkach. Tam też warto zrobić zakupy pamiątkowe. Duży wybór i bardzo tanio. –
Prison Island
– malutka wysepka położona nie daleko od Stone Town. Można o nią zahaczyć przy okazji zwiedzania Stone Town tak jak my to zrobiliśmy. Piękne widoki i krystalicznie czysta woda 🙂 –
Spicy Tour
– jeśli macie ochotę poczuć zapach świeżej wanilii lub cynamonu w powietrzu to koniecznie powinniście się udać na taką wycieczkę. Nam już niestety zabrakło czasu, ale wszyscy z którymi rozmawialiśmy byli zachwyceni, tak więc na pewno warto. –
Delfiny
– podobno, gdzieś w okolicach The Rock Restaurant jest miejsce w którym znajduję się spora grupka delfinów i można z nimi popływać w morzu. My dowiedzieliśmy się o tym już za późno, ale osoby które skorzystały z tej atrakcji stwierdziły, ze to najfajniejsza przygoda jaką przeżyli na Zanzi.
Gdzie się zatrzymać
– to był mój problem numer jeden podczas planowania wakacji. Niby Zanzibar nie jest duży i wydawałoby się, że gdziekolwiek się nie znajdziemy, wszędzie jest blisko, ale wcale tak nie jest. To wszystko za sprawą złej logistyki na Zanzi. Nie można sobie objechać wyspy wzdłuż wybrzeża tak jakby wydawało się to nam logiczne. Żeby przemieścić się z północy na wchód, trzeba najpierw udać się do Stone Town, które znajduję się za zachodzie wyspy. Ponoć najpiękniejsze plaże znajdują się na północy w okolicach Nungwi. Dlatego też właśnie tam znajduje się największe skupisko hoteli i restauracji. Ale tam nie zobaczymy prawdziwego Zanzibaru, takiego jeszcze trochę dziewiczego, spokojnego, bez turystów. Taki Zanzibar znajdziemy właśnie w okolicach Paje, Jambiani. Dlatego tak naprawdę warto pobyć w dwóch miejscach, tak jak właśnie my to zrobiliśmy 🙂
Transport
– na Zanzibarze w zasadzie można poruszać się tylko taksówkami. Koszt przejazdu z lotniska do Belevue Hotel to ok 35$, do Melia Hotel 45$. Na lotnisku można się troszkę potargować. W Tanzanii z transportem troszkę lepiej. Tam można wziąć shuttle busa, z lotniska do Moshi 10$. Pomiędzy Zanzibarem, a Kilimandżaro latają dwie linie lotnicze: Precision Air i Fast Jest. Polecam ten drugi – jest zdecydowanie dużo tańszy. Niestety Fast Jet nie lata codziennie, więc trzeba wziąć to pod uwagę planując podróż.
Pieniądze/waluta
– waluta tamtejsza to szyling tanzański. Większość płatności odbywa się jednak w dolarach. Taką też walutę należy ze sobą zabrać. W dolarach płaciliśmy za safari, napiwki dla kucharza i kierowcy, wycieczki na Zanzibarze, taksówki a nawet pamiątki. Warto wymienić w stolicy trochę pieniędzy na szylingi, bo w restauracjach lepiej płacić ichniejszą walutą. W dolarach zawsze zaokrąglają na naszą niekorzyść nawet do 30% wzwyż. Warto wiedzieć, że na Zanzibarze nie ma bankomatów, i pieniądze można wymienić jedynie w Stone Town.
To jeszcze nie koniec poradnika, już w następnym poście będą porady dotyczący safari i jego organizacji. A tymczasem, żebyście mogli jeszcze raz przenieść się w ten cudowny zakątek świata, zapraszam na krótki filmik z najciekawszymi zdjęciami z Zanzibaru 🙂 Miłego oglądania 🙂
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Seszele.
Ślub, sesja ślubna Seszele – Fotograf ślubny. To już kochani ostatni post jaki dla was przygotowałam z Seszeli. Ale za to jaki post! Według mnie najpiękniejszy jaki tutaj z tego raju wrzuciliśmy 🙂 Zapewne pamiętacie, że podczas naszego pobytu na Seszelach zrobiliśmy dwie wspaniałe sesje ślubne. No i efekty jednej z nich chciałam wam dziś pokazać 🙂 Karolina i Daniel, to najwspanialsza, najpiękniejsza i najbardziej urocza para jaką znam! Zakochani w sobie po uszy, zawsze uśmiechnięci i gotowi na wszelkie wyzwania! Zresztą co ja wam będę pisać, zobaczcie sami! 🙂
Ślub na Seszelach?
Pamiętam, kiedy sami braliśmy ślub na Dominikanie, braliśmy Seszele też pod uwagę, ale jakoś tak wydawały nam się wtedy niedostępne cenowo. Ale gdybym dziś jeszcze raz miała tę decyzję podejmować, to na milion procent byłyby to Seszele. Malediwy są czarujące i mają przepiękne plaże, na pewno idealne też na podróż poślubną, ale na sam ślub czy też sesję poślubną, zdecydowanie wybrałabym Seszele. Mają one w sobie coś takiego niezwykłego, magicznego i romantycznego, że każda para będzie zachwycona!
Sesja ślubna na Seszelach
Wiele osób zapewne marzy o ślubie na Seszelach, ale już mniej na taki ślub się decyduje. I nie mówię tu tylko o kosztach, ale o fakcie, że trudno zostawić rodzinę, przyjaciół i tak sobie wziąć ślub tylko we dwoje. Na szczęście żeby mieć takie zdjęcia jak nasza wspaniała para wcale nie trzeba tam brać ślubu. Na Seszele można polecieć w podróż poślubną a przy okazji można sobie zrobić wspaniałą sesję, która będzie pamiątką na całe życie. My mamy dwa albumy ślubne, ze ślubu w Polsce i na Dominikanie i zdecydowanie częściej wracamy do tego drugiego 🙂 No to kto z was chce sesję ślubną na Seszelach? 🙂
Polski fotograf ślubny na Seszelach
No i końcu mam dla Was fantastyczną wiadomość! W październiku 2019 znowu wracamy na Seszele! Bilety kupione! Jesteśmy tam od 7-22 października. Tak więc jeśli ktoś z was planuje ślub, albo marzy o sesji poślubnej w tym właśnie miejscu to koniecznie dajcie nam znać, chętnie taką niezapomnianą sesję dla was wykonamy! Więcej naszych ślubnych zdjęć możecie zobaczyć na stronie: Maryla Fossen Photography.
EDIT: Z racji ogromnego zainteresowania sesjami poślubnymi na Seszele, informujemy, że kolejny wyjazd planujemy w kwietniu 2020. Zainteresowane osoby prosimy o kontakt mailowy na adres: addictedtopassion@gmail.com
Seszele czy Malediwy? Oto jest pytanie! Po powrocie z Seszeli najczęściej słyszane od Was pytania to: Ile kosztuje wyjazd na Seszele? (o tym pisałam wam tutaj) oraz Gdzie nam się bardziej podobało: na Seszelach czy na Malediwach? No i powiem wam tak, dość trudno jest odpowiedzieć na to pytanie jednym słowem. Wszystko zależy od tego jakie czynniki weźmiemy pod uwagę. Dlatego wybrałam dla was kilka czynników, które wg mnie mają duży wpływ na podjęcie decyzji. Postaram się każdy z nich opisać oddzielnie, żebyście sami zdecydowali co na waszym urlopie jest dla was ważniejsze. No to lecimy!
Plaże – gdzie ładniejsze?
No bo to chyba dla większości z was będzie głównym wskaźnikiem. Oba miejsca znajdziemy na liście najpiękniejszych plaż na świecie, więc dobra wiadomość jest taka, że faktycznie i tu i tu są one bajeczne i rajskie. Ale gdyby już się bardziej czepiać np. kolorów wody, miękkości piasku, ilości i kształtu palm to sprawa wygląda następująco: Na Malediwach gdzie człowiek nie popatrzy tam lazury biją po oczach a biel piasku potrafi totalnie człowieka oślepić. Palmy co kawałek zwisają do wody, nie ma glonów, wysokich fal i można dosłownie wszędzie się wylegiwać.
Na Seszelach sprawa aż tak kolorowo nie wygląda, lazurowych plaż trzeba się trochę naszukać. Piasek biały jak mąka widzieliśmy może na dwóch plażach. Palmy zwisającej do wody szukałam przez dwa tygodnie i znalazłam tylko jedną, do tego była obeschnięta. O leżeniu w wodzie, tak, żeby nas fale nie zabiły to można praktycznie zapomnieć ( ale może to była kwestia pory roku). Tutaj najpiękniejsze plaże jakie znaleźliśmy na Seszelach, a poniżej Malediwy. Tak wiec jak dla mnie 1:0 dla Malediwów.
Atrakcje na miejscu – Seszele czy Malediwy?
Mimo iż jedne i drugie wyspy należą do typowo wypoczynkowych destynacji, przyznam szczerze, że ani na Malediwach ani na Seszelach się nie nudziliśmy. Gorzej, my w żadnym z tych miejsc nie leżeliśmy plackiem na plaży więcej niż pół godziny. I to nie dlatego, że słońce dawało, po prostu było tyle rzeczy do robienia że szkoda nam było czasu na nic nie robienie. I tak na Malediwach można bez końca odwiedzać inne wysepki, te zamieszkałe przez lokalesów jak i te bezludne. Nurkowanie, snurkowanie bez ograniczeń i limitów, wypady na nocne łowie, poszukiwanie delfinów, pływanie z mantami, wycieczki do luksusowych hoteli, sporty wodne.
Na Seszelach natomiast jest zdecydowanie bardziej zielono, Seszele to nie tylko plaże to przede wszystkim bujna zieleń. To wspaniałe lasy palmowe, busze, można po nich spacerować całymi dniami, odkrywając przy tym puste plaże. Oczywiście tak samo jak na Malediwach można robić nieskończoną ilość wycieczek na inne wysepki, bezludne, prywatne. Takie które są zamieszkiwane przez żółwie oraz takie z ogromną ilością ptactwa. Też możemy nurkować, snurkować, pływać kajakami, oraz uprawiać wszystkie inne możliwe sporty wodne. Dlatego tutaj za aktywność ode mnie 1 punkt dla Seszeli, bo wg mnie jest więcej możliwości oraz trekkingów dla tych którzy nie potrafią usiedzieć w miejscu. Czyli mamy remis 1:1 🙂
Nurkowanie – gdzie są ładniejsze rafy na Seszelach czy na Malediwach?
Tutaj nie będę się jakoś specjalnie rozpisywać. Na Malediwach jest zdecydowanie bardziej kolorowy świat podwodny. Na Seszelach cała rafa jest obumarła, na początku myśleliśmy, że tylko przy Mahe, bo tam w 2012 wyspę nawiedziły gorące prądy, które zasiały totalne spustoszenie Ale później wybraliśmy się na snurkowanie w pobliżu wysepek takich jak Coco Island, Felicite czy Big Sister, ale tam też szału nie było. Tak więc tutaj zdecydowanie duży plus dla Malediwów. Malediwy wychodzą na prowadzenie: 2:1! Robi się gorąco 🙂
Bezpieczeństwo – gdzie jest bezpiecznie?
Zarówno na Seszelach jak i na Malediwach czuliśmy się bardzo bezpiecznie. Nawet przez chwilę nie mieliśmy wrażenia że coś nam może grozić. Natomiast w związku z tym, że jestem aktywna na wielu grupach podróżniczych zrobiłam mały research w tej kwestii. Po naszej przygodzie z Zanzibarem temat bezpieczeństwa jest dla nas numerem jeden, ale też zdajemy sobie sprawę z tego, że nie możemy się opierać jedynie na naszych doświadczeniach. Z mojego badania wnika że na Seszelach zdarza się dużo więcej niemiłych sytuacji niż na Malediwach dlatego kolejny punkt leci na konto Malediwów. Malediwy wychodzą zdecydowanie na prowadzenie 🙂 3:1
Ceny – gdzie jest drożej? na Seszelach czy na Malediwach?
Wg mnie są bardzo porównywalne, w jednym i drugim miejscu można wydać fortunę i tak samo można mieć wakacje życia za niewielkie pieniądze. O cenach na Seszelach możecie poczytać tutaj: Ceny na Seszelach. Nasz wynik 4:2. Czy Seszele mają jeszcze szansę?
Jedzenie – gdzie jest lepsze jedzenie, na Seszelach czy an Malediwach?
Im więcej podróżujemy tym większą uwagę przywiązujemy do jedzenia. Bo nawet najpiękniejsze widoki nie zrekompensują nam złego samopoczucie po kiepskim obiedzie za który zapłaciliśmy jak za zboże. Takie uczucie mieliśmy trochę na Malediwach. W resorcie ceny kolacji takie, że człowiek oczekuje orgazmu kulinarnego na miarę co najmniej jednej gwiazdki Michelin, a tu kupa. Ani zachwytu, ani oklasków, o orgaźmie nawet nie wspominając. Do tego będąc w takim resorcie jesteśmy skazani na jedzenie tam i żadnej ucieczki nie ma.
Sytuacja inaczej wyglada na Seszelach. Jedzenie przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Kreole potrafią bawić się smakami. Kuchnia zdecydowanie bardziej wpasowała się w nasze kubki smakowe. Nie wspominając o tym, że można zjeść dobrze nawet za kilkanaście złotych i nawet będąc w drogim hotelu nie jesteśmy skazani na jedzenie w nim. Pamiętajcie jednak, że sprawa dobrego jedzenia na Seszelach wcale nie jest taka oczywista, dlatego przygotowaliśmy dla was listę z najlepszymi miejscówkami jakie udało nam się tam znaleść. Za jedzenie duży plus dla Seszeli i tym samym mamy wynik 4:3!
Ludzie i ogólna atmosfera na Seszelach oraz na Malediwach.
Może nie dla wszystkich ten czynnik jest ważny w podróży. Dla nas bardzo, bo zawsze staramy się jak najwięcej czasu spędzać z lokalnymi. Poznawać ich życie bardziej od środka. Na Malediwach można tego doświadczyć na wyspach lokalnych, gdzie wszyscy witali nas miło i z uśmiechem, jednak nie udało nam się nawiązać jakichś głębszych rozmów. Na Seszelach natomiast mieliśmy wrażenie, że ludzie są jeszcze bardziej mili, uśmiechnięci, szczerzy i tam czuliśmy się praktycznie jak w domu.Udało nam się nawiązać kilka bliższych znajomości, do tego stopnia, że nie możemy się doczekać powrotu. To jednak nie dotyczy wszystkich wysp, tylko La Digue. To ona skradła nasze serce pod tym względem. I tym samym mamy wynik 4:4. No to wam pomogłam 🙂 ale ale…mam jeszcze dla was ostatniego asa w rękawie 🙂
Spożywanie alkoholu na Seszelach oraz na Malediwach.
Dla nas to nie jest czynnik, który kiedykolwiek zaważyłby o wyborze kierunku urlopu, ale być może dla wielu osób to będzie kropka nad i…Na Malediwach poza resortami jest całkowity zakaz spożywania alkoholu, również nie można go wwozić ze sobą na wyspy. Na Seszelach Takamaka leje się strumieniami i można pić do woli 🙂 Nawet ja, pijok od siedmiu boleści, przywiozłam ze sobą 3 butelki Takamaki, tak mi zasmakowała 🙂
Standard luksusowych hoteli – Malediwy VS Seszele
Dosłownie 5 minut przed publikacją tego posta uświadomiłam sobie, że zapomniałam o jednej ważnej kwestii. Standardu luksusowych hoteli oraz ich stosunku ceny do jakości. Tak się złożyło, że mieliśmy przyjemność przebywać zarówno na Malediwach jak i na Seszelach po 3 dni w pięciogwiazdkowych hotelach. Na Malediwach jest nieporównywalnie większy wybór w tego typu hotelach i mam też wrażenie, że tam cena do jakości jest zdecydowanie bardziej adekwatna niż na Seszelach. Bardzo możliwe, że jest to spowodowane tym, iż na Seszelach można by na palcach policzyć takie naprawdę odjechane hotele a na Malediwach chyba nikt nawet nie wie ile ich tak naprawdę jest. Tak więc jeśli ktoś waha się między tymi dwoma kierunkami i planuje swój pobyt w 5 gwiazdkowych hotelach to tylko i wyłącznie Malediwy! Nasz film z hotelu Sun Aqua Villu Reef Malediwy oraz z Hotelu Hilton Noortholme.
Podsumowanie – Malediwy czy Seszele?
Tak więc kochani, wybór należy do was 🙂 Tak naprawdę, koniecznie i absolutnie musicie zobaczyć oba archipelagi, bo oba są niesamowite, niezwykłe i każdy jest inny na swój sposób. Pytanie tylko w jakiej kolejności 🙂 Tutaj mogą wam przyjść z pomocą różne sezony w których najlepiej udać się w powyższe miejsca. Na Seszele najlepiej wybrać się od lutego do października, a na Malediwy od listopada do kwietnia.
A jeśli jesteście ciekawi naszej opinii, gdybyśmy mieli dziś do wyboru dwa bilety jeden na Seszele, drugi na Malediwy, to który byśmy wybrali? Bez namysłu Seszele, chyba dlatego, że mieliśmy taki mały niedosyt kiedy wyjeżdżaliśmy, bo nie udało nam się zobaczyć wszystkiego co zaplanowaliśmy. Do tego dla nas zdecydowanie najważniejszymi czynnikami są ludzie oraz jedzenie niż plaże, hotele czy świat podwodny. Ale wiadomo, każdy ma swoje preferencje 🙂 A teraz jestem ciekawa waszych opinii? Tych co już byli w obu miejscach i tych którzy musieliby wybrać jedno z nich na podstawie tego wpisu 🙂 Dla jasności porównujemy pobyt na nastepujących wyspach Malediwy (Nilandhoo + Resort Sun Aqua Villu Reef) oraz Seszele (Mahe, Praslin, La Digue + Hotel Hilton Noortholme). Bo wiem, że na Malediwach wyspa, wyspie jest nierówna, tak samo zresztą jak na Seszelach. Więcej postów na temat Seszeli znajdziecie tutaj, a na temat Malediwów tutaj. Milej lektury!
Kochani, wszystkie piękne i przyjemne tematy o Sri Lance się skończyły, ale zostały mi jeszcze dwa, mniej kolorowe i przyjemne, ale za to bardzo ważne. A ponieważ moim celem jest przekazywanie wam wszystkich informacji, nie tylko tych bajkowych, dziś chciałam poruszyć bardzo ważną sprawę o której koniecznie powinniście wiedzieć przed wyjazdem na Sri Lankę. Tym bardziej, że nie wiedzieć czemu ten temat jest bardzo często pomijany. Przed wyjazdem przeczytałam co najmniej kilkadziesiąt blogów o Sri Lance i na żadnym z nich nie natknęłam się tą informację, co spowodowało, że pojechałam nieświadoma i nie do końca przygotowana. A o czym mowa? O dendze, czyli chorobie, którą można się tam zarazić. To, że taka choroba jak denga istnieje widziałam, ale nie spodziewałam się, że tak często występuje na Sri Lance. Dopiero, kiedy spotkaliśmy tam osoby, które przez nią przeszły uświadomiłam sobie, jak ważne jest aby przed wyjazdem być świadomym jej występowania i odpowiednio się zabezpieczyć. Tym bardziej, że z roku na rok słyszy się o coraz większej liczbie przypadków zarażenia się wirusem, przez co jest to obecnie najszybciej rozprzestrzeniająca się choroba tropikalna. W skali roku notuje się blisko 400 milionów zakażeń.
Co to jest Denga?
Najpierw jednak kilka słów o tym czym jest tak naprawdę denga. Jest to choroba zakaźna, która jest wywołana przez wirusa dengi. Zakażenie wirusem dengi może przebiegać w sposób nieodczuwalny przez podróżnego lub prowadzić do wystąpienia ostrych objawów chorobowych, w tym ciężkich zaburzeń krzepnięcia i krwotoków. Rozróżnia się cztery typy serologiczne tego wirusa, które mają wpływ na przebieg oraz powagę choroby. Serotyp 1 i 2 to wersja łagodna wirusa, natomiast serotyp 3 i 4 może wywołać gorączkę krwotoczną, co może prowadzić do śmierci. Zarażenie się jednym z typów uodparnia organizm na niego w przyszłości, ale nie chroni przed kolejnym zarażeniem innym typem wirusa.
Jak można się zarazić dengą?
Niestety dengą bardzo łatwo się zarazić, wystarczy że ugryzie nas komar, który jest nosicielem wirusa. A jak wiadomo o ugryzienia komara nie trudno. Na szczęście nie wszystkie komary są zarażone wirusem. Jedynie komary zwane komarami tygrysimi które charakteryzują się czarno białymi paskami. Są one aktywne przede wszystkim w ciagu dnia, najczęściej występują w miejscach zanieczyszczonych, przy zbiornikach słodkiej wody, np. wypełnione deszczówką wiadra, puszki czy porzucone opony. Z roku na rok słyszy się o coraz większej liczbie przypadków zarażenia się wirusem dengi, przez co mówi się o tym, że jest to obecnie najszybciej rozprzestrzeniająca się choroba tropikalna. Nie ma za to możliwości przeniesienia zakażenia bezpośrednio z człowieka na człowieka.
Czy można się zaszczepić i mieć problem dengi z głowy?
Jeszcze do nie dawna nie było szczepionki, ani żadnego lekarstwa, które uchroniło by nas przed dengą. Można jedynie stosować środki zapobiegawcze, o których przeczytacie w kolejnym punkcie. Jest jednak małe światełko w tunelu, na początku 2016 roku WHO ogłosiło, że zakończono badania nad szczepionką Dengavaxia. Dzięki niej będzie można zmniejszyć zachorowania na te chorobę nawet o 50%. Póki co szczepionka ta została zarejestrowana w kilku krajach takich jak Meksyk, Brazylia, Salwador, Filipiny i Paragwaj. Ponoć na Filipinach już rozpoczęto akcję szczepień.
Jak zapobiegać dendze?
Na szczęście, stosując kilka metod zapobiegawczych, możemy skutecznie zapobiegać tej chorobie. Najważniejsze jest to, żeby nie pogryzły nas komary, które są nosicielami dengi. Jak zatem zapobiegać ukąszeniom komarów?
Stosujemy Deet o odpowiednim stężeniu. Najlepiej nie niższym niż 40% bezpośrednio na ciało, oraz prewencyjnie spryskujemy ubranie, co również działa odstaraszjąco na komary, tutaj używamy środki w sprayu z niższym Deet 10-20%, żeby nie poniszczyć ubrań.
Dobrym zabezpieczeniem są długie rękawy oraz nogawki, wiem, że w tropikach to średnia przyjemność, ale odpowiednio cienkie ubrania są bardzo dobrym zabezpieczeniem. Bardzo polecane są ubranie z lnu, który idealnie przepuszcza powietrze i nie będziemy się pocić, jedwabne, lub cieniutkie bawełniane bluzki, też będą idealną ochroną.
Podstawą jest dobra/niepodziurawiona moskitiera na noc w miejscu gdzie śpimy, warto to mieć na uwadze podczas rezerwacji hotelu/gusest house, możemy też zabrać moskitierę ze sobą i rozkładać tam gdzie trzeba.
Na miejscu można zaopatrzyć się w specjalne urządzenia do gniazdek, które dodatkowo zabezpieczają wnętrze przed pojawiającymi się komarami
Warto wiedzieć, że największy atak komatów jest na krótko przed i po wschodzie/zachodzie słońca. Możemy w tym czasie ograniczyć nasz pobyt na zewnątrz, aczkolwiek miałam wrażenie, że na Sri Lance, komary gryzły o każdej porze dnia i nocy.
Jednych komary lubią innych nie, a to wszystko przez zapach naszego ciała, dlatego staramy się nie używać perfum, które mogłyby je dodatkowo przyciągać.
Jak objawia się denga?
Pierwsze objawy dengi pojawiają się zwykle w ciągu 3-14 dni po ukąszeniu prze zarażonego komara i są bardzo podobne do zwykłego przeziębienia, dlatego bardzo często są ignorowane. Najczęstsze dolegliwości to: ból głowy, mięśni oraz stawów, znaczne osłabienie, wysoka gorączka, u niektórych może występować też wysypka, zawroty głowy, bóle brzucha, wymioty oraz biegunka a nawet zapalenie spojówek. U części chorych w dalszym przebiegu choroby dochodzi do rozwoju postaci krwotocznej bądź wstrząsu. Te groźne dla życia zaburzenia pojawiają się najczęściej po kilku dniach choroby, już po ustąpieniu gorączki.
Co robić w przypadku wystąpienia objawów?
Jeśli w trakcie waszego pobytu w krajach zagrożonych wirusem (tutaj znajdziecie mapę)pojawią się u was powyższe objawy należy natychmiast skontaktować się z lekarzem, najlepiej w ośrodku medycyny tropikalnej lub szpitalu zakaźnym. W razie gdyby dostanie się do szpitala było utrudnione, w celu zmniejszenia bólu oraz w zwalczaniu gorączki można podać choremu paracetamol. Ważna jednak jest informacja, żeby nie zażywać, żadnych środków przeciwbólowych które rozrzedzają krew, takich jak aspiryna czy ibuprofen, bo możemy tylko pogorszyć tym stan chorego.
Jakie mogą być skutki dengi?
Pierwsze zachorowanie na Dengę zwykle nie zagraża naszemu życiu. Jeśli raz ktoś zachoruje i się wyleczy, to jego organizm uodparnia się na dany typ wirusa. Natomiast nie należy zapominać, że istnieją jeszcze trzy pozostałe typy, które wywołują to samo schorzenie. Jeśli po odbytej dendze, pojedziemy znowu do kraju, w którym występuje zagrożenie zachorowaniem i zaatakuje nas inny typ wirusa, to każde kolejne zachorowanie będzie groźniejsze od poprzedniego. Wiąże się to najczęściej z występowaniem objawów gorączki krwotocznej, która doprowadza do sporego wycieńczenia organizmu i może doprowadzić do śmierci, jeżeli pacjent nie podda się odpowiedniemu leczeniu.
Piszę wam to wszystko nie dlatego, żeby was zniechęcić do wyjazdu na Sri Lankę, absolutnie nie. Myślę, że to nie jest powód do rezygnacji z odwiedzenia tego cudownego kraju, ale żeby was wyczulić i przygotować odpowiednio do wyjazdu. My o powadze tej choroby dowiedzieliśmy się dopiero na Sri Lance i to gdzieś w połowie naszej podróży, uświadomieni przez innych podróżników. Pogryzień od komarów nie liczyłam, ale było ich na pewno kilkadziesiąt, one są tam wszędzie a nasze środki nie działały, bo były za słabe. Na szczęście wygląda na to, że pogryzły nas tylko te dobre komary i nic nas złego nie spotkało, ale kiedy po powrocie do domu zgłębiłam się w temat okazało się, że nie wszyscy mieli tyle szczęścia co my i przypadków zachorowań w śród polskich turystów nie brakuje. Jest ich na pewno więcej niż tych którzy przeszli malarię, o której się wszędzie mówi i której się wszyscy boją, a która w wielu krajach już w ogóle nie wystepuje. Natomiast o dendze, którą tak naprawdę łatwiej się zarazić, mówi się tak mało. Z racji tego, że denga występuje w wielu krajach Azji, dobrze byłoby takie informacje szerzyć w sieci, żeby jak najwięcej ludzi to przeczytało. Dlatego udostępniajcie tę informacje dalej, niech idzie w świat.
Witajcie kochani! Trochę mnie tutaj nie było, niestety nie bez powodu. Długo się zastanawiałam, czy powinnam Wam o tym pisać, ale czuję się w pewnym stopniu zobowiązana, w końcu powód był bezpośrednio związany z podróżami, a zatem również z blogiem. Tym bardziej, że zawsze staram się wam pisać wszystko szczerze, nie tylko rozpływać się nad pięknem, ale też pisać o tym co mniej ciekawe i przyjemne. Wiem, że wielu z was czeka z niecierpliwością na wpisy z Zanzibaru, ale niestety takowych nie będzie. To będzie jedyny wpis, którego napisanie nie przyszło mi łatwo, bo ilekroć się za niego zabierałam, kończyłam w tym samym miejscu zalana łzami.
Co zatem wydarzyło się na Zanzibarze i jak w 5 minut nasze rajskie wakacje w hotelu Zanbluu zamieniły się w koszmar?
“Drugi cudowny dzień w raju. Do tej pory nie wierzę, że tutaj jesteśmy, że nawet nie wychodząc z łóżka możemy cieszyć nasze oczy wspaniałymi widokami. Turkusowy ocean w oddali wydaje się mieć taki kojący i relaksujący wpływ. Mamy dokładnie to po co tutaj przyjechaliśmy, ciszę, spokój, totalny chill out, wreszcie czas tylko dla siebie. Można w końcu zresetować myśli, odpocząć od komputera przed którym na co dzień spędzamy po kilkanaście godzin, odsapnąć od maili i od tej ciągłej walki z czasem. Cały dzień spędzamy na leniuchowaniu, czytaniu książek, przytulaniu i na patrzeniu w turkusową otchłań.
W oddali na plaży widzę spacerującego Masaja, macha do mnie, uśmiecha się szeroko, więc odpowiadam Jambo i po kilkunastu minutach rozmowy umawiamy się z nim na jutro na rejs łódką. Wiem, że turyści to ich jedyne źródło utrzymania, więc dajemy mu trochę zarobić.
Słonko powoli chyli się ku zachodowi, pora na prysznic i dobra kolacje. Zakładam moja najfajniejsza sukienkę i tanecznym krokiem idziemy sobie przytuleni do naszej restauracji. Tak strasznie mi się tutaj podoba, że najchętniej bym stąd nie wyjeżdżała. Po powrocie padamy ze zmęczenia. Słońce jednak robi swoje, wskakujemy do łóżka, Marcel z książką ja z laptopem, żeby przygotować dla was posta na Facebooka. Po kilkunastu minutach zasypiam w jego objęciach w głęboki aczkolwiek niespokojny sen. Śni mi się, że słyszę jakby ktoś majstrował przy naszym zamku od drzwi, zrywam się z łóżka, budzę Marcela, pytam czy słyszy to co ja. Dźwięki nasilają się, rzucamy się oboje w stronę drzwi, ktoś próbuje je wyważyć. Nie mamy szans, uderzenia są coraz silniejsze, czuję jak moje serce łomocze, drzwi się otwierają i widzę czarne postacie. Nie wiem ile dokładnie, pięć, może sześć, rozespana nie wiem też czego chcą, widząc maczety w rękach pierwsza myśl, przyszli nas zabić? Jeden z nich łapie mnie za rękę i prowadzi do sejfu krzycząc abym go otwarła. Próbuje się wyrwać, uciec, ale jest ich zbyt dużo. Jedyne co mi pozostaje to krzyczeć na cały głos: HELP! Szybko jednak zostałam uciszona przez kolejnego z nich, uderzeniem w nogę. OPEN! OPEN! Słyszę kolejne krzyki, ale nie mogę otworzyć, bo sejfu nie używaliśmy i nie miałam pojęcia jaki był kod. Oczywiście nie wierzyli, że nie znamy kodu i zaczęli bić Marcela maczetami po głowie. Jeden z nich zauważył, że mam obrączkę na palcu, próbował mi ją zdjąć na siłę, o mało nie urwał mi palca. W końcu sama ją zdjęłam i mu oddałam. Kiedy usłyszałam krzyczącego z bólu Marcela i zobaczyłam podłogę zalaną krwią, poczułam jak osuwam się na ziemię. Spokojnie, to tylko sen, powtarzałam sobie w myślach, zaraz się obudzę i będzie po wszystkim. Przecież coś takiego nie dzieje się naprawdę…takie rzeczy tylko w filmach…” Niestety, kiedy otworzyłam oczy leżałam na podłodze, a pokój wyglądał jakby przeszło przez niego tornado. Na podłodze leżały rozrzucone ubrania, prezenty które przywieźliśmy dla dzieciaków, zeszyty, latarki, długopisy. Zabrali nam wszystko. Aparat, obiektywy, laptopa, drona, telefony, pieniądze i nasze obrączki….
Jak stałam tak wybiegłam za nimi, ale Marcel mnie szybko zawrócił. Sama nie wiem co chciałam robić. Zarzuciłam szybko coś na siebie i pobiegłam do recepcji. Wszędzie ciemno i cicho. Jak to? Nikogo tutaj nie ma? W końcu udało mi się znaleźć światło i nagle zobaczyłam skrępowanego na podłodze Masaja. Pobiegłam do baru po nóż, rozcięłam sznury i kazałam mu szybko dzwonić na policję i po karetkę, żeby zabrali Marcela do szpitala. W międzyczasie próbowaliśmy się dodzwonić do managera, bo z Masajem nie szło się dogadać. W tym czasie przybiegły dwie inne roztrzęsione pary, które tak samo jak my zostały napadnięte. Po chwili oczekiwania postanowiliśmy sami pojechać do lekarza, bo nie wiadomo ile trzeba na karetę czekać, a w pobliskim Hotelu Melia jest całonocny dyżur. Martwiłam się o Marcela, bo ręka, którą zasłaniał twarz przed maczetą była mocno potłuczona, na jedno oko źle widział, na głowie miał mocne rozcięcie. Na szczęście chłopaki na miejscu wszystko sprawnie opatrzyli, pozszywali, ręka na szczęście nie była załamana. Wróciliśmy szybko do hotelu. Tam trwała inspekcja, policja, ubezpieczalnia, spisaliśmy protokół, spakowaliśmy nasze rzeczy i przenieśliśmy się do innego hotelu.
Nie będę wam już w szczegółach opisywać jak wyglądały kolejne godziny i dni, ale miałam wrażenie jakby czas zatrzymał się w miejscu. Dni i bezsenne noce nie miały końca. Przeszywający strach, który paraliżował całe ciało na widok każdej ciemnoskórej twarzy nie opuszczał nawet na chwilę. Puste opakowania po tabletkach uspokajających, walały się po całym pokoju. Jeszcze nigdy tak bardzo nie chciałam wrócić do domu. Do własnego łóżka, żeby wreszcie poczuć się bezpiecznie. Żeby szelest palm i cień przelatującego ptaka nie stawiały mnie na równe nogi. Niestety po przyjeździe do domu nie było wcale lepiej. Skończyło się na wizycie u psychologa, który mam nadzieję, że jakoś pomoże, bo podróżować na pewno nie przestaniemy.
Mimo iż od tej pamiętnej nocy minęły dwa miesiące, mam wrażenie jakby to było wczoraj. Nie pisałam wam nic wcześniej, bo nie do końca wiedziałam jak wam to przekazać. Z jednej strony nie chcę was straszyć ani zniechęcać do wyjazdu na Zanzibar, a z drugiej strony powinniście być świadomi niebezpieczeństwa jakie może tam na was czyhać. Tym bardziej, że sprawców nadal nie schwytano, a tydzień wcześniej takie samo zdarzenie miało miejsce w innym dużym hotelu i niestety nie można temu w żaden sposób zapobiec, ani nawet się przygotować. Można spędzić milo tydzień, albo mieć takiego pecha jak my. Dobre ubezpieczenie może zminimalizować straty finansowe, ale te w porównaniu z tymi w psychice to jak kropla w morzu. Oczywiście nasze ubezpieczenie pokryło część strat, ale niestety nie wszystkie. Mamy nadzieję, że ubezpieczenie które miał hotel zrekompensuje resztę. Niestety, póki co papierologia w toku.
Z tego miejsca chciałam ogromnie podziękować Joasi i Piotrowi, wspaniałym właścicielom hotelu Marafiki, który później odwiedziliśmy, oraz polskim gościom, którzy zatroszczyli się o nas, powspierali, poprzytulali, Kasi kochanej, która specjalnie do nas przyjechała. No i oczywiście ogromne podziękowania dla wszystkich z was, których nasze milczenie na blogu zaniepokoiło i pisali do nas prywatne wiadomości. Przyznam szczerze, że nie zdawałam sobie sprawy z tego ile osób o nas się martwiło. To naprawdę wzruszające, a w obecnej sytuacji każda miła wiadomość, to ogromne wsparcie. Jeszcze raz wszystkim dziękujemy! I nie martwcie się o nas 🙂 Co nas nie zabije to nas wzmocni. Cieszymy się, że żyjemy, bo mogło się to skończyć gorzej. Podróżować nie przestajemy, choć nasz wyjazd do USA stanął przez chwilę pod znakiem zapytania, to jednak postanowiliśmy, że z pasji nie zrezygnujemy, choćby nie wiem co 🙂 i już za kilka dni zasypiemy was fajnymi fotami oraz relacją prosto z Hameryki 🙂 Mam nadzieję, że tym razem nic nam w tym nie przeszkodzi.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Seszele.
Seszele na własną rękę czyli jak zorganizować taki wyjazd i nie zbankrutować? Ile razy widzieliście zdjęcia z Seszeli i wzdychaliście do nich, myśląc sobie: “Szkoda, że nigdy tam nie polecę, to kierunek dla bogatych, nas na to nie stać”. I wracałeś do szukania wakacji w Europie. Tak robi wiele, nie będę ukrywać, że jeszcze niedawno też do nich należeliśmy. Pamiętam, kiedy niecałe dwa lata temu pokazałam Marcelowi zdjęcie i powiedziałam, że marzy mi się tam polecieć, postukał mnie po głowie i powiedział, żebym zeszła na ziemię. On też myślał, że Seszele są poza naszym zasięgiem finansowym.
Tym bardziej, że kiedy popatrzymy na ceny wycieczek z biur podróży szczęka opada do samych kolan. Ale im więcej czytałam na temat tych wysepek, im bardziej zagłębiałam się w ceny noclegów, tym moje marzenie wydawało się być bliższe spełnieniu. Teraz kiedy wróciliśmy z tego kawałka raju na ziemi, mogę śmiało powiedzieć, że jeśli kogoś stać na dwutygodniowy urlop w Europie, to stać go też na leżenie pod seszelskimi palmami. Jak zatem pojechać do raju i nie zbankrutować? Krok po kroku napiszę wam jak zorganizować wyjazd na Seszele na własną rękę i na co zwrócić uwagę.
Kiedy najlepiej lecieć na Seszele – Seszele na własną rękę – poradnik i informacje!!
To chyba najczęściej zadawane pytanie odnośnie Seszeli i nie bez powodu, gdyż te wysepki cechuje bardzo charakterystyczny klimat, a przecież nikt nie chce lecieć na wakacje aby siedzieć w hotelowym pokoju, bo na zewnątrz pada. Według internetu najlepsza pora na odwiedzenie tego archipelagu trwa od kwietnia do października. W listopadzie zaczyna się pora deszczowa, a tam w porze deszczowej może padać nawet dwa tygodnie z rzędu. Co wcale nie oznacza, że nie będzie słonecznych dni. Znajomi byli w lutym i na 10 dni mieli tylko 2 dni padało. Tak samo w porze suchej absolutnie nie mamy gwarancji pogody. Zawsze zdarzy nam się dzień a nawet dwa deszczu. Wyspa nie bez przyczyny jest porośnięta bujną roślinnością.
Pogoda na Seszelach jest na tyle nieprzewidywalna, że coś takiego jak prognoza pogody tam nie istnieje. Na dłużej niż jeden dzień do przodu nie ma co patrzyć, bo i tak się nie sprawdzi. Pamiętam kiedy wylatywaliśmy przez kolejne dwa tygodnie miało padać, a w efekcie końcowym mieliśmy pół dnia deszczu. Tak więc sami przed wylotem absolutnie nie patrzcie na prognozy, bo tylko niepotrzebnie będziecie się stresować. Dodam jeszcze tylko że nasz wyjazd był pod sam koniec pory suchej, czyli od 15-30 października i na 14 dni mieliśmy pół dnia deszczu. Według lokalnych najlepsza pora na Seszele to druga połowa lutego i marzec. Ocean jest spokojny, fale są małe, można spokojnie pływać. Chętnie wybrałabym się tam kiedyś o tej porze.
Na jak długo lecieć na Seszele/Ile dni spędzić na Seszelach?
Zawsze staram się umieszczać odpowiedź na to pytanie w moich poradnikach, bo to jest pierwsza rzecz jakiej szukam przed zakupem biletów, a takich informacji w internecie jak na lekarstwo. Wiadomo, że ilość dni naszego urlopu będzie zależeć od wielu czynników, chociażby od tego ile wolnych dni mamy do wykorzystania, no ale też na pewno od naszego budżetu. Zakładając jednak, że ani jedno ani drugie nie ma większego znaczenia, ile zatem dni potrzeba na odwiedzenie Seszeli? Wg mnie fajnie jest przylecieć tutaj tak jak my na dwa tygodnie. Wtedy możemy na spokojnie zwiedzić wszystkie trzy wysepki i do tego kilka dni przeznaczyć na totalne nic nie robienie. Ale 10-11 dni też spokojnie wystarczy, zobaczycie tyle samo, tylko mniej czasu zostanie wam na totalne lenistwo. O tym jak najlepiej rozplanować pobyt na wyspach napisaliśmy w naszym e-booku o Seszelach – Poradnik Jak zorganizować wyjazd na własną rękę.
Ile kosztują bilety na Seszele i kiedy je kupować? Seszele na własną rękę!
Generalnie Seszele dobrze zaplanować sobie z większym wyprzedzeniem. Ja rezerwowałam niektóre nasze miejscówki już pół roku wcześniej. Z prostego powodu, im bliżej do wyjazdu tym fajniejsze miejscówki (gdzie relacja ceny do jakości jest dobra) po prostu znikają. Dlatego dobrze byłoby już pół roku wcześniej rozglądać się za biletami, tym bardziej, że wtedy też bilety są w najlepszych cenach. Jaka cena biletu na Seszele do dobra cena? Jeśli znajdziecie bilety w przedziale 2000-2500 zł to jest do dobra cena i spokojnie można bilety kupować. Jeśli znajdziecie poniżej to jest to super cena i trzeba brać i nawet się nie zastanawiać. Gdzie szukać tanich biletów? Przede wszystkim na takich stronach jak: Fly4Free, Tanie Latanie, Flipo, czy Skyscanner
Jak rozplanować pobyt na wyspach? Seszele na własną rękę!
To zapewne drugie w kolejności pytanie, które będziecie sobie zadawać. Przyznam szczerze, że przed wylotem też miałam nie lada problem. W efekcie końcowym podczas pierwszego pobytu nasz podział wyglądał tak: 5 dni Mahe, 5 dni Praslin, 5 dni La Digue. W spokojnym tempie zwiedziliśmy niemalże wszystkie najfajniejsze plaże na tych trzech wyspach. Ale absolutnie rozumiem, że nie każdy musi mieć potrzebę zaglądania pod każdy kamień i zwiedzania każdej plaży, tylko woli wybrać te najfajniejsze i to na nich się skupić. Jednak z obecnego punktu widzenia, zmodyfikowałabym ten plan. Po dwóch wizytach na tych raskich wyspach przygotowałam dla Ciebie idealny plan podróży po Seszelach, który znajdziesz w naszym e-booku. Plan Podróży po Seszelach.
Gdzie nocować na Seszelach? Seszele na własną rękę!
Wszystko oczywiście zależy od waszego budżetu. Jeśli macie wysokie wymaganie odnośnie hotelu i chcecie skosztować Seszelskiego luksusu to z całego serca polecam hotel Hilton Seychelles Northolme Resort & Spa To jest idealna wyspa na pobyt w luksusowam hotelu, na każdej innej wyspie szkoda po prostu na wydawanie dużych kwot na hotele z tego względu, że i tak większość czasu będziecie spędzać na plażach. Więcej o tym Hotelu napisałam w poście: Wspaniały Hotel na Seszelach – Hilton Seychelles Noortholme Resort & Spa. Jeśli szukacie bardziej budżetowych miejsc noclegowych to w naszym e-booku o Seszelach znajdziecie sprawdzone oraz rekomendowane przez nas miejscówki na każdej z wysp.
Transport na Seszelach, czyli czym poruszać się po wyspach?
Na Mahe środek transportu uzależniamy od tego czy planujemy tylko wypoczynek, czy też zwiedzanie wyspy. Jeśli tylko odpoczynek w hotelu to najlepiej i najwygodniej będzie dostać się do niego taksówką, choć od razu napiszę, że to droga impreza. Trzeba liczyć ok 40-50 euro w jedną stronę. Na szczęście są też autobusy więc bez problemu dostaniemy się nimi do wybranego hotelu. Natomiast jeśli planujecie zwiedzać plaże i nie macie na to zbyt dużo czasu to polecam wynająć samochód. Wtedy szybko i sprawnie zobaczycie wszystko co zaplanowaliście.
Na Praslin też możecie poruszać się autobusami (warto pamiętać, że z walizkami/plecakiem mogą was nie zabrać). Wyspa jest dobrze skomunikowana. Autobusy jeżdżą mniej więcej co pół godziny. No chyba że traficie tam w weekend tak jak my, wtedy autobusy jeżdżą dużo rzadziej i dość dużo czasu się traci na dotarcie w poszczególne miejsca. Ale tam chętnie zabierają na stopa, więc można bez problemu podjechać nawet tam gdzie autobus nie dociera. Jeśli będzie zależało wam na czasie, to można wynająć samochód, tak jak my to zrobiliśmy na ostanie dwa dni. Na La Digue problemu z wyborem środka transportu nie będzie mieć bo jest tylko jeden: rowery. No i ewentualnie długie spacery 🙂
Jak dostać się z Mahe na Praslin? Seszele na własną rękę!
Mahe to stolica Seszeli i to tutaj wylądujecie. Jeśli planujecie zwiedzanie tej wyspy, to zalecam właśnie od niej zacząć. Kiedy już zobaczycie wszystko co ta wysepka ma do zaoferowanie, będziecie musieli dostać się na kolejną z wysp – Praslin. Aby się tam dostać macie dwie możliwości. Pierwsza z nich to prom – Cat Cocos – tutaj można zarezerwować biletyoraz sprawdzić godziny kursowania. Przepłynięcie z portu na Mahe do Portu na Praslin trwa ok 1h. Cena biletu to 50 euro w jedną stronę. Druga możliwość to samolot lini Air Seychelles – pod tym linkiem możecie kupić bilety – cena zaczyna się od 60 euro w jedną stronę.
Lot trwa ok 20 minut i odbywa się malutkim samolocikiem. Zdecydowanie bardziej polecam tę opcję. Szybciej dolecicie, fajne przeżycie jeśli jeszcze takim małym samolocikiem nie lecieliście, do tego cena jest praktycznie taka sama jak za prom. Co do widoków z góry to szału się nie spodziewajcie. To nie Malediwy 🙂 Wybierając środek transportu weźcie też pod uwagę na której stronie wyspy Praslin będziecie nocować. Lotnisko jest z jednej a port z drugiej. Do naszej willi mieliśmy z lotniska dosłownie 10 minut na piechotę, więc nawet taksówki nie trzeba było brać.
Jak dostać się z Praslin na La Digue? Jak zorganizować wyjazd na Seszele?
Kiedy już zobaczycie wszystko na Praslin czas na perełkę waszego wyjazdu 🙂 Pamiętajcie, żeby zostawić ją sobie na sam koniec 🙂 Bo to wisieńka na torcie 🙂 Na La Digue dostaniemy się tylko i wyłącznie promem. Żadnej innej możliwości nie ma. Nie ma tam lotniska. No ewentualnie helikopterem można 🙂 Tutaj możecie zarezerwować bilety oraz sprawdzić rozkład rejsów. Koszt promu to 14 euro. Na La Digue można też dostać się z Mahe. Tutaj sprawdzicie rozkład rejsów i zarezerwujecie bilety. Koszt w jedną stronę to 60 euro.
Jak dostać się z La Digue na Mahe? Jak zorganizować wyjazd na Seszele?
No i po cudownych rajskich wakacjach, zostaje wam jeszcze tylko przedostanie się z powrotem na Mahe. Z La Digue proponuje przeprawę promem. Tutaj sprawdzicie rozkład rejsów oraz kupicie bilety. Ewentualnie możecie wrócić na Praslin promem i później samolotem. Kupując bilet można od razu zarezerwować sobie shuttle bus na lotnisko za 10 euro.
Wynajęcie samochodu na Seszelach – Poradnik Seszele
Jeśli nie macie dużo czasu na zwiedzanie wysepek, a zdecydowanie chcecie odwiedzić kilka najfajniejszych plaż to wynajęcie samochodu na Mahe jest jak najbardziej wskazane. Wyspa jest dość duża i zwiedzanie jej autobusami byłoby zbyt czasochłonne. Praslin już bardziej nadaje się na zwiedzanie autobusami, bo jest to mniejsza wyspa, przy czym jeśli macie napiety grafik, to tak samo samochód jest dobrym rozwiązaniem. Co warto wiedzieć przed wynajęciem samochodu na Seszelach? Przede wszystkim to, że panuje tam ruch lewostronny, drogi są kręte i często dość wąskie. Bywają miejsca, gdzie ciężko się minąć. Zupełnie brak tutaj poboczy. Jednym słowem trzeba uważać. Szczególnie na pędzące autobusy.
Praktycznie wszystkie wynajmowane samochody to automaty, więc o tyle ułatwia to sprawę, że nie musimy martwić się o zmienianie biegów lewą ręką. Koszt wynajęcia samochodu to 40 euro za dzień, na obu wysepkach. Nie kupowaliśmy żadnego dodatkowego ubezpieczenia. Międzynarodowe prawo jazdy nie jest wymagane. Przy oddaniu samochodu warto pamiętać, żeby w bagażniku ani na wycieraczkach nie było piasku, bo mogą wam za to doliczyć kilkadziesiąt euro. W naszym e-booku o Seszelach znajdziecie namiary na sprawdzoną przez nas wypożyczalnie samochodów zarówno na Mahe jak i na Praslin. Przy porcie czekał na nas pan z kluczykami i umową, wszystko trwało max 10 minut.
Jedzenie na Seszelach – Poradnik Seszele
To chyba największa niespodzianka jaka na Seszelach nas spotkała! PRZEPYSZNE jedzenie! Nie przesadzę, jeśli napiszę, że to była najwspanialsza podróż kulinarna jaką w życiu odbyliśmy. Nie pamiętam żebyśmy w jakimkolwiek kraju mieli taką ucztę dla podniebienia. Zaznaczę jednak od razu, że jedliśmy tylko i wyłącznie w miejscach z polecenia. Dwa razy zdarzyło nam się tylko zjeść w przypadkowym miejscu, bo akurat w pobliżu nie było żadnej sprawdzonej miejscówki no i niestety oba miejsca to była mega porażka, do tego wcale nie tania. Generalnie jeśli jedzenie odgrywa w waszym życiu ważną rolę i chcecie zasmakować prawdziwych kreolskich smaków, jedzcie tylko w sprawdzonych miejscach.
Wiem, że o dobre miejscówki trudno, wiele osób wraca bardzo rozczarowanych kuchnią kreolską, dlatego specjalnie dla was przygotowaliśmy listę 10 najlepszych miejsc w których wasze kubki smakowe oszaleją z radości! Najważniejsze żeby unikać przeciętnych restauracji i znaleźć pewnego rodzaju balans pomiędzy tymi droższymi i tanimi takeawayami. Wtedy nie zbankrutujecie, a wrócicie z urlopu ze wspaniałymi kulinarnymi wspomnieniami! W naszym e-booku o Seszelach znajdziesz nasze TOP 10 polecanych restauracji, oraz nazwy tych które trzeba omijać szerokim łukiem 🙂
Przykładowe ceny jedzenia i picia na Seszelach w 2021 roku
frytki: 50 SCR
obiad w takeaway dla dwóch osób: 120 -200 SCR
obiad w restauracji dla dwóch osób: 1000-1200 SCR
pizza z pieca w restauracji: 200 SCR
duża ryba z grilla dla dwóch osób: 400 SCR
1 kg sera żółtego: 240 SCR
butelka wody: 20 SCR
puszka coli: 30 SCR
1 kg ryżu: 240 SCR
kawa expresso: 45 SCR
mleko: 20 SCR
1 kg bananów: 40 SCR
lokalne piwo z beczki pół litra : 40 SCR
1 kg pomarańczy: 20 SCR
Najpiękniejsze plaże na Seszelach – Poradnik Seszele
Czy wszystkie plaże na Seszelach są tak piękne jak na pocztówkach? hmmm…Oczywiście, że nie każda plaża na Seszelach jest rajska, jest całkiem sporo takich na które nie warto tracić czasu, ale jest też całe mnóstwo perełek, które bezapelacyjnie powalają na kolana. Warto wiedzieć, że wszystkie, ale to dosłownie wszystkie plaże na całych Seszelach są publiczne. Nawet te należące do najbardziej luksusowych hoteli, a nawet te leżące na prywatnych wyspach. Tak więc możecie sobie wyobrazić, że wynajmujecie sobie łódkę i płyniecie na prywatną wyspę (tak, możecie na nią wejść) i opalacie się na czyjeś prywatnej plaży i ta osoba nie może wam tego zabronić. Nasze TOP 10 najpiękniejszych plaży, znajdziecie w naszym e-booku o Seszelach. Przynajmniej 3 z nich to ukryte plaże, których nie znajdziecie na żadnych mapach ani w przewodnikach.
Bezpieczeństwo na Seszelach – Seszele na własną rękę – poradnik i informacje!
Przyznam szczerze, że czuliśmy się tam bardzo bezpiecznie, nie mieliśmy żadnych dziwnych sytuacji. Natomiast to wcale nie znaczy, ze wyspy są całkowicie bezpieczne i pozbawione kieszonkowców. Znam wiele osób, które tam zostały okradzione w mniej lub bardziej brutalny sposób, tak więc trzeba uważać. My celowo omijaliśmy typowo turystyczne i najbardziej zaludnione plaże. Zasadza jest prosta, najwięcej naciągaczy, naganiaczy i kieszonkowców kręci się tam gdzie jest dużo ludzi. Przed napisaniem tego posta rozmawiałam z kilkoma osobami, które zostały tam okradzione i wszystkie kradzieże miały miejsca właśnie na najbardziej turystycznych plażach.
Tak więc generalnie trzeba uważać, bo takie rzeczy się zdarzają szczególnie na Praslin i Mahe. Na La Digue ludzie jeszcze nie są zepsuci turyzmem. Na wszelki wypadek nie noście przy sobie za dużo gotówki, tylko tyle ile planujecie wydać w danym dniu, resztę zostawcie w sejfie, nawet najmniejszy guest house ma sejf w pokoju. My na wszelki wypadek mieliśmy ze sobą fejkowy portfel z kilkoma euro, przeterminowanymi kartami i stary telefon, który ledwo działa. W razie czego mamy co dać rabusim, a strata jest minimalna.
Fotografowanie na Seszelach – Poradnik Seszele
Najprzyjemniejsza rzecz na świecie! Fotografuje się głównie plaże i krajobrazy w związku z czym nie ma sensu zabierać ze sobą plecaka pełnego obiektywów. My mieliśmy ze sobą tylko Sony A7RIII z obiektywem 24-70 i to było całkowicie wystarczające. Więcej kompletnie nie trzeba. Ani raz nam nie brakowało większego zooma. Tak więc im mniej zabierzecie tym lepiej. Do tego nie ukrywam, że więcej niż połowę zdjęć i filmów robiliśmy telefonami i powiem wam szczerze, gdyby nie nasze zboczenie zawodowe to prawdopodobnie dobry smartphone całkowicie na takie wakacje wystarczy.
Czy można latać dronem na Seszelach? Poradnik Seszele
Oj tak, jeśli tylko macie, to zabierajcie ze sobą nawet się nie zastanawiajcie. Seszelki z lotu ptaka to poezja! Nie trzeba żadnego pozwolenia, bez problemu wwozimy nasze cacko i latamy. Oczywiście trzeba przestrzegać głównych zasad, żeby nie latać w promieniu 15 km od lotniska, itd. My najwięcej lataliśmy na La Digue, trochę na Mahe, a na Praslin w sumie tylko na Anse Lazio.
Ceny na Seszelach – Ile kosztuje wyjazd na Seszele?
Czy na Seszelach jest drogo? To jest pewno pytanie, na które większość z was chciałoby znać odpowiedź. Powiem tak. To nie jest Azja, gdzie za nocleg zapłacimy 10 euro a za obiad 3 euro. Na takie ceny nie ma tam co liczyć. Natomiast jak czasami czytam opinie w internecie, że Seszele są mega drogie, to też absolutnie się z tym nie zgodzę. Ceny są dokładnie takie same jak w europejskich miastach zarówno pod względem noclegów, które bez problemu zaczynaja się już od 50 euro za noc, jak i pod względem wyżywienia, gdzie za obiad w dobrej restauracji zapłacimy tyle samo co w Amsterdamie, Paryżu czy innym mieście.
Do tego jest też wersja budżetowa, tzw Take Away gdzie możemy zjeść bardzo smaczny obiad już za kilkanaście złotych. Oczywiście nie brakuje luksusowych hoteli gdzie możemy zostawić sumę wartości samochodu, no ale umówmy się, mało kto tak podróżuje. Do tego najpiękniejsze widoki na Seszelach czyli wspaniałe plaże są całkowicie darmowe. Poza jedną plażą na La Digue Anse S D’Argent, czyli tą najsłynniejszą z kamieniami, która niestety jest płatna, gdyż leży na terenie parku narodowego. Wstęp kosztuje 115RP.
Ile zatem kosztuje wyjazd na Seszele?
No to w takim razie zliczamy wszystkie wydatki i zobaczmy ile trzeba przeznaczyć na 11 dniowy urlop na Seszelach. Zakładam, że w tym czasie odwiedzacie wszystkie 3 wysepki.
-Bilety lotnicze 500 euro na os
-Przemieszczanie się pomiędzy wyspami samolot + dwie przeprawy promem = 60 euro + 50 euro + 14 euro = 124 euro
-Wynajęcie samochodu na obu wyspach, dwa dni na Praslin i 2 dni na Mahe = 80 + 80 euro = 160 euro + 30 euro benzyna = 190 euro
-Średnio 100 euro za nocleg = 11 x 100 = 1100 -Jedzenie – jedząc obiady w restauracjach i take away z naszej listy, trzeba liczyć średnio 50 euro na dzień za 2 os = 550 euro
-Reasumując: 500euro + 124 euro + 80 euro + 550 euro + 275 euro = 1529 euro za os
W tej cenie macie wakacje życia w miejscu o którym wiele osób marzy, a tak naprawdę można spokojnie tę kwotę jeszcze zmniejszyć wybierając tańsze noclegi np za 70 euro, lub jeśli ominiecie Praslin (to najdroższa wyspa pod względem noclegów oraz jedzenia). Wg mnie można od razu popłynąć na La Digue. Odpadają wam koszty wynajęcia samochodu oraz drogie restauracje. Wtedy spokojnie można zmieścić się w 1000 euro. To tyle co wydaje się średnio na wakacje w Europie!
No i już tradycyjnie na końcu relacji taki mały poradnik, może komuś przydadzą się informacje w nim zawarte.
Kiedy jechać – to właściwie najważniejsze pytanie, które sobie stawiamy wybierając ten kierunek. Naszukałam się sporo w internecie zanim znalazłam właściwą odpowiedź. Oczywiście dla nas najważniejszym celem były pola lawendy, piękne, duże i mega fioletowe, czyli nie przekwitnięte, ale też wystarczająco rozwinięte by uchwycić ich kolor. Okazało się, że wcale nie jest łatwo znaleść w sieci rzetelne informacje. Było ich dużo, ale często rozbieżne. A informacja, że lawenda kwitnie od końca czerwca do połowy sierpnia do niczego nam się nie przyda. Uściśliliśmy, że w rejonie, który nas interesuje najlepiej pojechać w lipcu, ale dopiero kiedy napisałam maila do opactwa Senanque, dopiero dostałam satysfakcjonującą mnie odpowiedź. Jeśli wybieracie się na poszukiwania lawendy w rejony Simiane La Rotonde, Sault, Valensole to najlepiej udajcie się tam od 01 do 10 lipca. My w tych rejonach przebywaliśmy od 9 do 11 lipca i szczerze mówiąc tylko w okolicach Valensole trafiliśmy na najpiękniej rozwiniętą lawendę. Ponieważ jest troszkę wyżej, lawenda kwitnie ciut później, w pozostałych miejscach byliśmy kilka dni za późno. Dlatego pierwszy tydzień lipca będzie idealny. Wtedy również kwitną słoneczniki. Pod tym linkiem znajdziecie mapę kwitnienia lawendy również w innych miejscach, aczkolwiek za jej wiarygodność nie biorę odpowiedzialności.
Ile czasu potrzeba na zobaczenie Prowansji -10 dni to optymalny czas. Pewno w tydzień też uda się zobaczyć najważniejsze punkty, ale ciężko byłoby mi wymienić 3 miejsca z naszej listy, które moglibyście sobie darować. Natomiast gdyby doskoczyły ze 3-4 dni do naszego planu to na pewno rozszerzylibyśmy go o Monaco i Cannes, może na jedną noc zatrzymalibyśmy się w Valensole, tak żeby głębiej odetchnąć lawendą :). No i nie ma co ukrywać, że nasz plan był mocno napięty i w zasadzie na leniuchowanie czasu nie było, więc jeśli macie ochotę powygrzewać się w słonku na Lazurowym Wybrzeżu to myślę, że dwa tygodnie to minimum.
Wynajęcie samochodu – w zasadzie to nie wyobrażam sobie podróżowania po Prowansji innym środkiem transportu niż samochód. Jeśli przyjeżdżacie swoim trzeba się liczyć z dość sporymi kosztami benzyny. Myślę, podróż dla dwóch osób taniej wyjdzie jeśli przylecimy np do Marsylii tanimi liniami i tam wypożyczymy samochód. My zarezerwowaliśmy samochód na stronie Rentalcars i skorzystaliśmy z wypożyczalni Thrifty. Mieli najlepszą ofertę. Za Nissana Mikrę za 10 dni zapłaciliśmy 300 euro. Nie wykupowaliśmy żadnego dodatkowego ubezpieczenia. Na karcie zablokowano nam tylko 180 euro, które po tygodniu od powrotu zostało odblokowane. Już drugi raz korzystaliśmy z tej wypożyczalni i wszystko w jak najlepszym porządku. Tak więc polecam.
Gdzie spać – nie ukrywam, że poszukiwanie miejsc noclegowych zajęło mi chyba najwięcej czasu. Jak się okazało, zabrałam się za ich szukanie zdecydowanie za późno, bo dopiero w maju, czyli ok 2 miesiące przed wylotem. Wtedy już prawie 80% wszystkich miejscówek było zarezerwowane. Zostały tylko same drogie, albo te z najgorszymi opiniami. Wtedy na pomoc przyszło mi kilka stron francuskich, na których wybór był trochę większy. Ale z kolei trzeba było do każdego Chambre pisać maila z zapytaniem o dostępność. Nie wszyscy odpisywali, niektórzy po francusku. Sporo stresu mnie to wszystko kosztowało, bo czas leciał, a ja dalej nie miałam noclegów. Do tego trzeba też pamiętać, że wiele pokoi może być wynajęte jedynie na tydzień, szczególnie w sezonie, czyli wtedy gdy kwitnie lawenda. Tak więc radzę rezerwować pokoje tak szybko jak to się tylko da. Tutaj kilka linków do francuskich stronek z Chambre, a także z domkami, w razie gdyby ktoś miał ochotę stacjonować w jednym miejscu w większym gronie: Gites de France, The best bed and breakfast France, Chambres – Hotels lub skorzystajcie z wyszukiwarki Hotelscombined.
Jedzenie -zaskoczyło nas totalnie. Jakoś nigdy nie gustowałam we francuskiej kuchni, zawsze bliżej mi było do włoskiej, a tutaj taka niespodzianka. Kubki smakowe miały ucztę niemalże przy każdej kolacji. Co mi się najbardziej podobało to duży wybór w sałatkach. Chyba nie trafiliśmy na złą, ba nawet na przeciętną. Każdy lunch był mega pyszny. Wiele restauracji i kawiarenek bazuje na produktach ekologicznych i swojskich wyrobach. Naprawdę było w czym wybierać. Kolacje też pyszne, marynowane kaczki, króliki, wątróbki i inne dziwne potrawki. Wszystko dosmakowane i co najważniejsze nie jakoś ekstremalnie drogie. Najczęściej na kolację zamawialiśmy obiad 3 daniowy. Przystawka, danie główne i deser co w sumie kosztowało ok 20-25 euro. Wiele razy zamawialiśmy danie dania, czyli tzw petit dejeuner, który był zwykle tańszy niż pozostałe zestawy i zawsze było smaczne. Śniadania mieliśmy często w cenie noclegu, w pozostałych przypadkach posiłkowaliśmy się pysznymi kroasantami i bagietkami z serem 🙂
Ceny -no tutaj nie mam niestety dobrych wieści. Prowansja jest droga. Szczególnie właśnie w sezonie. Najgorsze były noclegi. Musiałam nieźle balansować, żeby nie puścić naszego portfela z dymem. Wszystkie urocze lokalizacje się cenią od 75 do 100 euro za nocleg. Dlatego też w miejscach, gdzie nam za bardzo nie zależało na widokach rekompensowaliśmy sobie Ibisem Budget, który wychodził ok 35-40 euro za pokój, co nie zmienia faktu, że średnia za noclegi wyszła nam ok 70 euro za noc, czyli w sumie ok 700 euro za 10 dni. Wypożyczenie samochodu 300 euro za 10 dni, bez ubezpieczenia, z ubezpieczeniem ok 200 euro więcej. Bilety lotnicze z bagażem rejestrowanym 280 euro. Benzyna 1,7 euro za litr. Zrobiliśmy około 800 kilometrów i na benzynę wydaliśmy ok 140 euro. Do tego wstępy, które też niestety do najtańszych nie należą, no i to pyszne jedzonko, które może zawrotnie drogie nie było, ale stołując się dwa razy dziennie w restauracjach 100 euro na dzień pęka jak nic. Suma sumarum 10 dni w Prowansji wyszło nas mniej więcej tyle samo co 3 tygodnie w Tajlandii. Teraz już wiem dlaczego nie lubię wakacji w Europie, co nie zmienia faktu, że nie żałujemy ani jednej wydanej złotówki, bo to była jedna z piękniejszych podróży jakie odbyliśmy 🙂
Strony, linki przydatne przy planowaniu podróży – planując naszą wyprawę po Prowansji przetrząsnęłam chyba cały internet w poszukiwaniu cennych informacji, niestety nie znalazłam ich zbyt wiele. Relacje innych podróżników najczęściej kończyły się na Lazurowym Wybrzeżu. Jednak znalazłam jednego bardzo fajnego bloga, prowadzonego przez Sebastiana, z dużą ilość cennych wskazówek: Prowansja. To z niego zaczerpnęłam najwięcej informacji, a Sebastian to bardzo miły i pomocny chłopak. No i oczywiście w razie pytań możecie jak zawsze liczyć na moją pomoc 🙂 A na koniec filmik z Prowansji, mam nadzieję, że się wam spodoba i zachęci to zobaczenia tego pięknego zakątka na ziemi 🙂 Całuje i do następnej podróży 🙂 Aaaa…wiem, że pewno pasowałyby bardziej do tego slajdu jakieś francuskie piosenki, ale te nie zostały tutaj wkomponowane przez przypadek 🙂 To właśnie piosenki z płyty, którą kupiliśmy w Avignon. Podczas podróży przesłuchaliśmy ją chyba z 20 razy i to właśnie z nimi będziemy już na zawsze będziemy kojarzyć Prowansje. Tylko nie wiem czemu drugą piosenkę strasznie źle mi skonwertowało…buuu…musicie trochę głośność przyciszyć…:)
na Sardynię możemy się wybrać w zasadzie od maja do października. W maju temperatury wahają się w okolicach 23-25 stopni, więc jeśli nie macie żadnego pomysłu na weekend majowy, Sardynia będzie jak znalazł. Wakacje szkolne to oczywiście szczyt sezonu i wysokie temperatury. Ci co muszą wybrać ten termin ze względu na dzieci muszą liczyć się z tym, że ceny nie będą przyjazne. Po sezonie ceny kwater, oraz przelotów spadają o połowę, a nawet czasami więcej. No i oczywiście będzie gorąco. Jeśli chcecie bardziej aktywnie spędzić czas, to polecamy wrzesień. My byliśmy w ostatnim tygodniu września i po pierwsze temperatury były idealne. Tylko w pierwszym dniu mieliśmy kilka godzin deszczu, po południu wyszło słonko, a później już była piękna pogoda. Ceny jak na Sardynie po sezonie naprawdę rewelacyjne.
Noclegi
jeśli wybieracie się na własną rękę przy rezerwacji noclegów trzeba bardzo uważać. Sardynia to jedyne w swoim rodzaju miejsce, które rządzi się swoimi prawami. Ceny podane za nocleg bardzo często nie zawierają opłat za pościel, ręczniki, media (gaz, prąd, internet), sprzątanie. Nasuwa się zatem pytanie za co w takim razie płacimy. Nie wiem, dla mnie to tez było niezrozumiałe i sporo nerwów kosztowała mnie rezerwacja noclegów. Niestety nie wszyscy są świadomi tych dodatkowych kosztów. Często okazuje się, że dopiero po przyjeździe dowiadujemy się, że cena za którą zarezerwowaliśmy naszą kwaterę to jedynie połowa kosztów. To mniej więcej tak jakby zarezerwować sobie pokój, a po przyjeździe okazało się, że jest bez łóżka, za które dodatkowo trzeba zapłacić. Tak więc dokładnie czytajcie wszystko, najlepiej rezerwować przez booking.com tam przynajmniej wszystko czarno na białym napisane, choć nie ukrywam, że zdecydowanie większy wybór jest na ichniejszych stronach, które to podaje wam na końcu wpisu w linkach.
Jedzenie
było ok, ale bez fajerwerków. Tzn, dla nas, bo każdy pod tym pojęciem może rozumieć coś innego. My lubimy bardzo włoską kuchnię, sami dużo gotujemy, korzystamy z przepisów znajomych Włochów i ta kuchnia nie jest nam obca. Wiemy jak smakuje DOBRE risotto i dobry, świeży makaron. Dlatego po Sardynii spodziewaliśmy się czegoś więcej. Większego WOW. Było ok, ale jedzonko w Prowansji zaskoczyło nas bardziej pozytywnie. Ale trzeba wziąć pod uwagę to, że Sardynia to nie to samo co Włochy. Oni trzymają sie swoich sardyńskich zwyczajów, o których we Włoszech nawet krążą dowcipy. Tak więc, mam nadzieję, że prawdziwa włoska kuchnia dopiero przed nami 🙂
Poruszanie się
zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem jest wynajem samochodu. Oczywiście jeśli, ktoś wybiera się swoim samochodem do Włoch, to można bez problemu zabrać samochód na prom i przedostać się na wyspę. W sumie rozważaliśmy też taką podróż do Włoch, bo moglibyśmy więcej po drodze zobaczyć, ale ja osobiście źle znosze takie długie podróże autem. Siedzenie tyle godzin w jednej pozycji doprowadza mnie do szału, a i spać w samochodzie nie umiem, bo wiecznie mnie coś uwiera. Choć odkąd kupiłam sobie taką specjalna poduszkę typu rogalik, który można dostać w sklepach podróżniczych lub sprzedających akcesoria samochodowe
zabieram ją nie tylko w podróż samochodem, ale i samolotem, zdecydowanie lepiej się mi podróżuje. Nasz samochód na Sardynii rezerwowaliśmy jak zawsze przez stronę Rental Cars. Cena była bardzo przyjazna. Za cały tydzień z ubezpieczeniem zapłaciliśmy 180 euro. Jeździliśmy Oplem Corsą z wypożyczalni Sicili By Car. Mieli najlepszą ofertę, więc się skusiliśmy, choć nie ukrywam, że czytanie ich opinii w internecie nie ułatwia podjęcia decyzji. My nie mieliśmy żadnych problemów, wszystko odbyło się zgodnie z planem, kaucję zwrócili w 100%. Dodam jeszcze tylko, że bagażnik Corsy mieści bez problemu 4 bagaże podręczne i 3 niewielkie plecaki, bo przy wyborze samochodu mieliśmy z tym nie lada problem.
Ceny
zaskoczyły nas bardzo pozytywnie, co chyba było głównie zasługą tego iż byliśmy tam już po sezonie. Bilety z Ryanair w dwie strony 75 euro od os z dwoma bagażami podręcznymi. Wynajęcie samochodu 180 euro wraz z ubezpieczeniem. Przejechaliśmy około 600 km i zużyliśmy nie całe 2 baki paliwa. Paliwo wtedy kosztowało 1,7-1,8 euro za litr. Parkingi na La Maddalenie są bezpłatne i generalnie nie ma problemów z parkowaniem. Często można zostawić samochód gdzieś wzdłuż drogi. Na Sardynii jest już trochę gorzej. Raczej wszędzie trzeba za parking płacić i można parkować jedynie w wyznaczonych do tego miejscach. Koszt parkingów od 1-2 euro za godzinę. Koszty noclegów to w sumie 440 euro za cztery osoby. Mimo, że śniadania robiliśmy sobie na kwaterach to chyba najwięcej wydaliśmy na jedzenie, w sumie ok 1000 euro za 4 osoby. Chociaż śniadania robiliśmy sobie na kwaterach. Zakupy spożywcze w supermarkecie dość drogie. Sama byłam zaskoczona bo było drożej niż w Holandii. Największym szokiem było dla mnie pieczywo. Ciabatta – 1 euro. Czyli w sumie tydzien superowych wakacji na Sardynce kosztowal około 500 euro od os.
No właśnie, oto jest pytanie. Nowa Zelandia jest niestety krajem deszczowym i to bardziej niż nam się wydawało. Do Islandii bym może nie porównywała, ale nawet latem potrafi padać tydzień lub dwa. Lato trwa od grudnia do marca, ale dopiero w lutym pogoda jest najbardziej ustabilizowana. Niestety gwarancji nie ma żadnej. Możemy mieć szczęście i podróżować przez miesiąc w słońcu i upałach, albo i pecha i zaliczyć kilka dni deszczu bez przerwy tak jak nam się do przytrafiło. Reguły nie ma, a najgorsze jest to, że nawet prognozy pogody nie sprawdzają się na dłużej niż 3 dni. Tak więc pozostaje dopasowywać plan podróży do pogody, tak ja my to zrobiliśmy, dlatego pod tym względem trzeba być elastycznym.
Od początku lutego do połowy marca wydaje się być idealny czas na podróż do kraju kiwi. Jednak trzeba wziąć pod uwagę, że właśnie w tym czasie jest tam najwięcej turystów. My byliśmy właśnie od połowy lutego do połowy marca i poza tym, że oberwało nam się trochę przez cyklon, który przyszedł z nad Fiji to mieliśmy w zasadzie idealne warunki pogodowe. Miłośnikom budzącej się do życia wiosny polecam listopad i grudzień. Wtedy kwitną też łubiny nad Tekapo, to niesamowity widok, ale tak naprawdę, to większość kraju jest zielona przez cały rok. Nowa Zelandia – Poradnik – Informacje Praktyczne.
2. Nowa Zelandia – na jak długo jechać?
Na tak długo jak tylko się da 🙂 Najlepiej na kilka miesięcy wtedy będziecie się mogli na spokojnie nacieszyć tym cudownym miejscem. No ale wiem, że tylko nieliczni mogą sobie pozwolić na taki długi urlop, choć przyznam szczerze, że w trakcie podróży, nie ważne z kim rozmawialiśmy, wszyscy podróżowali dłużej niż my. Przypomnę, że my mieliśmy na miejscu do dyspozycji 4 tygodnie, więc jak dla nas to już było nasze maximum możliwości. Podczas planowania musiałam z wielu rzeczy zrezygnować, bo czas nas niestety ograniczał. No i całkiem spora lista została do zobaczenia na następny raz 🙂 Można się wybrać na 3 tygodnie, myślę, że to jest minimum, na mniej nie ma sensu lecieć, bo podróż i długa i nie tania. Plan podróży na 4 tygodnie znajdziecie tujaj KLIK, napisałam, też z czego bym zrezygnowała gdybym miała do dyspozycji 3 tygodnie.
3. Nowa Zelandia – wiza, waluta
Polscy obywatele wyjeżdżając do Nowej Zelandii na maksymalnie 3 miesiące nie potrzebują wizy. Trzeba jednak pamiętać, żeby paszport był ważny minimum 3 miesiące od daty powrotnej. Co do waluty to w nowej Zelandii posługujemy się dolarami nowozelandzkimi. Przed wyjazdem przeliczaliśmy i najlepiej wyszło nam płacenie na miejscu kartą kredytową Maestro z konta w euro. Z konta w złotówkach też przelicznik nie był zły. Zwykłą kartą do rachunku bieżącego, nie udało nam się nigdzie zapłacić. Co do wymiany na miejscu to wymienialiśmy zarówno dolary amerykańskie jak i euro. W przeliczniku nie było różnicy, przy czym dolar amerykański praktycznie w każdym miejscu miał taka samą cenę, a euro im dalej od dużego miasta tym kurs był gorszy.
Tak więc jeśli wybieracie się z gotówką, to najlepiej wymienić pieniądze od razu w Auckland na całą podróż. Tam był najlepszy kurs. Poza tym przy każdej wymianie pobierają prowizję, więc im rzadziej wymieniamy tym lepiej. Powyżej 500 euro trzeba mieć przy sobie paszport, bo spisują wszystkie dane. No i w niektórych miejscowościach może nie być banku, tak więc najwygodniejsza jest karta, albo większa wymiana gotówki od razu w dużym mieście. Nie ma kantorów, pieniądze wymienia się w banku.
4. Nowa Zelandia – biosecurity
Żeby wjechać do Nowej Zelandii trzeba przejść na lotnisku przez specjalną kontrolę tzw Bio Security. Kontrola ta ma na celu zabezpieczenie przed przedostaniem się na wyspy szkodników i chorób zarówno zwierzęcych jak i roślinnych. W samolocie otrzymacie Passenger Arrival Card którą należy wypełnić przed wjazdem do Nowej Zelandii. Jest to dokument prawny i jeśli złamiecie prawo podając nieprawdziwe informacje będzie to skutkować karami, a może nawet więzieniem. Jest całkiem spora lista produktów, których do NZ nie można wwozić, lub trzeba zdeklarować, że się je posiada. My mieliśmy sporo batonów, orzeszków, słodyczy. Nie było problemu, tylko musieliśmy mieć zaznaczone, że je wwozimy.
Pan celnik kiedy zobaczy, że jesteście z Polski, na pewno zapyta was czy nie przewozicie przypadkiem kiełbasy 🙂 tak więc jakbyście mieli w planach, to możecie sobie darować. Dobrze sprawdźcie sobie co macie w plecaku, żeby się nie okazało, że zapomnieliście zadeklarować jabłka, bo może was to kosztować $200. Jeśli wwozicie sprzęt sportowy, buty trekkingowe, czy namiot przygotujcie się, że zostaną one dokładnie sprawdzone, a w razie jeśli nie będą czyste to ładnie je wam umyją. Kolejka do kontroli może być długa, w zależności o której przylecicie. U nas nie trwało to dłużej niż 30 min, ale może trwać nawet do 2 godzin. Dokładne informacje co można wwozić do NZ a co nie znajdziecie tutaj: KLIK
5. Nowa Zelandia – noclegi
Każdy kto trochę interesował się w cenach noclegów hotelowych w Nowej Zelandii na pewno wie, że do najtańszych one niestety nie należą. Najtańszy pokój dwuosobowy ok 80$, więc przy miesięcznej podróży możecie sobie szybko policzyć jaka wychodzi z tego kwota 🙂 Dlatego każdy szuka jakiejś alternatywy. Jedni wybierają hostele lub dzielone pokoje (ok 30-35$ od osoby), inni noclegi na kempingach, można spróbować szczęścia w couchserfingu, albo wynająć samochód z możliwością spania tzw campervan. Ta ostania opcja jest bardzo popularna. Vanów przerobionych na sypialnie na kółkach wiedzieliśmy setki. Myślę, że jeśli podróżuje się w dwójkę to jest to najtańsza opcja i warto ją rozważyć. Może nie najwygodniejsza, ale zdecydowanie można sporo zaoszczędzić. Ponieważ my jechaliśmy w pięć osób, najtańszą opcją było wynajęcie campera.
6. Nowa Zelandia – czym się poruszać
W zasadzie najlepszym środkiem transportu jest samochód. Kolej leży i kwiczy, autobusy jeżdżą tylko pomiędzy dużymi miastami i to raz dziennie, stop podobno nie wypada najgorzej, ale taki rodzaj podróżowania trzeba lubić. Ponieważ mieliśmy jedno wolne miejsce w camperze zabieraliśmy zawsze autostopowiczów. Z ich relacji wynikało, że całkiem dobrze się podróżuje na stopa. Bywali tacy co nie czekali dłużej jak 10 min. Choć najczęściej przybierają inni turyści, bo ich zdecydowanie częściej spotyka się na drogach niż miejscowych. Ale jeśli stop nie jest waszym wymarzonym środkiem transportu to samochód wydaje się być niezastąpiony. Do wyboru do koloru, od osobowych, przez vany po campery. Jedyny minus jest taki, że większość samochodów w rozsądnej cenie ma swoje lata. To tyczy się nie tylko osobówek ale także camperów.
Na drogach bardzo rzadko spotyka się nowe campery. Przypuszczam, że większość sprowadzana jest z Australii, dlatego tak to wygląda. Nie zapomnijcie, że w Nowej Zelandii panuje lewostronny ruch i żeby wynająć samochód trzeba posiadać międzynarodowe prawo jazdy.
7. Nowa Zelandia – camper
Zanim zdecydujecie się na podróżowanie camperem warto wiedzieć kilka rzeczy przed podjęciem decyzji. Wiem, że często się czyta, że Nową Zelandię najlepiej i najtaniej zwiedzać camperem, ale w praktyce wcale nie wygląda to tak różowo. Jeśli wybieracie się w dwójkę, to camper w ogóle odpada, chyba że chcecie zbankrutować. W trójkę, czy w czwórę dalej jest średnio opłacalny (hostel +samochód wyjdzie wam na to samo). Zaczyna się opłacać przy 5 osobach, przy czym w tym momencie nawet wynajmując największego campera 6 osobowego, czyli takiego jak my mieliśmy w 5 dorosłych osób robi się na pokładzie bardzo ciasno. W 6 w ogóle nie wyobrażam sobie podróżować. No chyba, że to są 2 dorosłe osoby + 4 dzieci. Kolejna sprawa jest taka, że fakt, że podróżujemy camperem wcale nie oznacza, że nie płacimy za noclegi. Płacimy, owszem i to wcale nie mało.
W zależności od campingu jaki wybierzemy ceny wahają się od 0-25$ od osoby. Oczywiście trzeba trochę balansować, czasami spać na darmowych campingach, ale wtedy nie mamy ani prysznica ani kuchni więc max dwa dni z rzędu można sobie na to pozwolić, bo uwierzcie mi, że branie prysznica w camperze i to w 5 osób jest trochę skomplikowane. Poza tym co 2-3 dni trzeba zmieniać wodę, więc trzeba skorzystać z tzw dump station, które najczęściej są na płatnych parkingach. Kolejna sprawa to paliwo, które może drogie nie jest, ale campery potrafią całkiem sporo palić. Szczególnie jeśli nie są najnowsze. Nasz spalał na szczęście tylko 13 litrów, ale przez pierwsze kilka dni mieliśmy niby ten sam model, tylko rok starszy i spalał 18 litrów/100km. To całkiem spora róznica, więc zwracajcie na to uwagę przy rezerwowaniu. Kolejna rzecz, to jeśli jedziecie w szczycie sezonu (grudzień-luty) to rozglądajcie się za camperem minimum pół roku wcześniej.
My rezerwowaliśmy 3,5 miesiąca wcześniej i wszystko było już zajęte. Warto też wiedzieć, że ceny camperów w sezonie są dwa razy wyższe niż poza sezonem. No i największy minus podróżowania camperem jest taki, że nie mamy praktycznie żadnego kontaktu z mieszkańcami, jedynie z innymi podróżującymi – gdzieś na campingach. Jak dla mnie to był największy minus, którego kompletnie nie przewidziałam.
8. Nowa Zelandia – kempingi
Przed wyjazdem, kalkulując koszty myślałam, że wybierając campera jako środek transportu odpadną nam koszty noclegu. Będziemy się zatrzymywać w jakichś uroczych miejscach i spać na dziko. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze większość kempingów jest płatna, po drugie spanie w nieprzeznaczonych do tego miejscach jest zabronione. Oczywiście można zaryzykować, ale może się okazać, że o 6 rano obudzi nas jakiś sympatyczny pan wręczając mandacik. Nam się w sumie tylko raz tak zdarzyło, bo byliśmy zmęczeni i zatrzymaliśmy na jakimś zajeździe przy drodze, ale ruszaliśmy dalej skoro świt, więc nawet straż pewno w tym czasie spała 🙂 Bezpłatnych kempingów jest całkiem sporo, często w bardzo uroczych miejscach, ale też dość szybko się zapełniają i jeśli przyjedziemy późno to może już nie być miejsca. Poza tym, żeby z nich skorzystać trzeba być “self-contained”. To znaczy mieć własną wodę oraz toaletę (może być przenośna).
Na bezpłatnych kempingach mamy zazwyczaj tylko piękny widok. Czasami toalety i zimną wodę. Koszy na śmieci zwykle brak. Campingi Low Cost od 1-10$ posiadają zwykle toaletę, zimny prysznic, czasami ciepły, ale na żetony (dodatkowo płatne) pitną wodę, grille, stoły piknikowe, raczej rzadko miejsca z prądem. Warto wziąć pod uwagę, że nawet w środku lata branie zimnego prysznica jest średnio przyjemne. Większość czasu byliśmy tak zmarznięci, że marzyliśmy o długim, gorącym prysznicu 🙂 Płacenie za takie kempingi zwykle odbywa się albo przez telefon albo na zasadzie wzajemnego zaufania, czyli do puszki. I trzeci rodzaj kempingów Medium 11-20NZ$ to już w zasadzie mamy dostęp do wszystkiego, prąd, ciepłe prysznice – czasami mogą być na żetony, dostęp do kuchni, zdarza się, że jest internet. I ostatnie to kempingi Premium lub Holiday Parki powyżej 20NZ$ i tutaj już mamy full wypas. Prąd, gorące prysznice zwykle bez limitów, kuchnię w pełni wyposażoną, grille, internet (zazwyczaj dodatkowo płatny ok 3-5$), informację, toalety, czasami nawet jacuzzi, wypożyczalnie rowerów itd. Więcej informacji o kempingach znajdziecie TUTAJ. Przed wyjazdem dobrze jest sobie sprawdzić trasę i poczytać opinie o kempingach. Ja korzystałam ze strony RANKERS.
9. Nowa Zelandia – jedzenie
Ceny jedzenia w restauracjach w Nowej Zelandii są na poziomie europejskim. Za obiad musimy średnio liczyć od 20-30NZ$. tak więc codzienne stołowanie się w restauracjach może dość mocno naciągnąć budżet. Prostym sposobem na zaoszczędzenie jest gotowanie, ale oczywiście trzeba mieć do tego warunki. Na szczęście pod tym względem Nowa Zelandia jest bardzo dobrze przygotowana. Jeśli nastawiacie się na gotowanie, czy to w camperze, czy na kempingach to będziecie mieć przeważnie dostęp do kuchni, garnków itd. Bardzo często kuchnie na kempingach są wyposażone tak samo jak wasza kuchnia. Znajdziecie wszystkie przyrządy do gotowania. To jednak dotyczy tylko tych droższych kempingów. Na tych tańszych kuchnie są wyposażone jedynie w czajnik, kuchenkę i toster. A na bezpłatnych kuchni nigdy nie ma. Co też na pewno warto wiedzieć, to że na większości campingów jest zakaz grillowania, chyba że na grillu gazowym. Warto sobie taki grill wypożyczyć razem z camperem, my często używaliśmy.
Ponieważ mięso w Nowej Zelandii mają mega pyszne wystarczy kupić kawałek jagnięcinki, pyszne hamburgery balack angust czy świeże krewetki do tego troszkę świeżych ziół i w kilka minut jedzonko gotowe. No, ale ponieważ jesteśmy na wakacjach, nikt nie chce codziennie siedzieć w garach. Poza tym trzeba też skosztować miejscowych specjałów, tak więc raz na jakiś czas jedzonko w dobrej restauracji obowiązkowe. Co powinniście koniecznie skosztować w Nowej Zelendii: pyszne nowozelandzkie sery, wino Riesling 2014 z winiarni Giesen, chipsy z kumary (słodkie ziemniaki) ciasteczka gingernuts, meat pie – kruche ciastko z mięsem, frytki z kumary, kultowe lody hockey-pockey z kuleczkami toffi, fish & chips oczywiście (najlepsze w Akaroa) – no i małże! Omomomm!
10. Nowa Zelandia – sklepy/zakupy
Jeśli nastawiacie się na własne wyżywienie, to sklepy w nowej Zelandii będziecie odwiedzać dość często. My robiliśmy zakupy średnio co 2-3 dni plus codziennie świeże pieczywo. Przed wyjazdem naczytałam się, że w NZ mają okropny chleb. Po części to prawda. Dobrego chleba, takiego jak nasz polski to można szukać ze świeczką. W większości przeważa chleb tostowy, ale często w supermarketach mają całkiem dobre bagietki i okrągłe chlebki, które jak są świeże to są całkiem w porządku. W jakiś mniejszych mieścinach mają też piekarnie, albo sklepiki z eko żywnością i tam też można często znaleźć coś lepszego. Niestety ceny w tych małych sklepikach są koszmarne, więc po kilku razach omijaliśmy je szerokim łukiem. Zakupy najczęściej robiliśmy w Paknsave lub w Countdown. Ceny były porównywalne. W jednym i drugim za zakupy powyżej jeśli się nie mylę 60NZ$, dostaje się zniżkę 0,6NZ$ na benzyne. Fajna sprawa, zawsze można kilka groszy zaoszczędzić.
Ceny w sklepach na poziomie europejskim. Mniej więcej jak w Holandii. Supermarkety duże i super zaopatrzone. Warzywa, owoce świeże i bardzo smaczne. Mięso tak jak wspominałam mega aromatyczne, nie to co u nas. Znajdziecie wszystko co potrzeba, poza mocniejszym alkoholem. Jedynie piwo i wino, a reszta w specjalistycznych cenach z alkoholami. Przy czym ceny dość wysokie. Najtańsza butelka 0,7 ok 20NZ$. Warto wiedzieć, że w małych miejscowościach nie zawsze są supermarkety. Wtedy mamy jakieś mniejsze sklepiki. Ceny też mogą być wyższe, więc najlepiej sobie sprawdzać na bieżąco na mapie, gdzie się jedzie i czy będzie tam jakiś supermarket.
11. Nowa Zelandia – paliwo
Cena paliwa w Nowej Zelandii zaskoczyła nas bardzo pozytywnie. No ale, na całym świecie ropa poszło mocno w dół więc nie ma się co dziwić. Natomiast rozrzut cenowy pomiędzy wyspą północną i południową jest bardzo duży. Najtaniej tankowaliśmy (diesla) na północy w okolicach Bay of Island ok 0,72$ za litr. A najdrożej na południu w okolicach Mt Cook, ponad 1,05$. Różnica 30% to całkiem sporo. Najlepiej tankować w dużych miastach na stacjach samoobsługowych. Wtedy wychodzi najtaniej. Można też użyć kuponów zniżkowych z Paknsave lub Countdown, zawsze to coś. Najdroższe paliwo jest na małych wioskach, o ile w ogóle jest. Dwa razy jechaliśmy na oparach i się modliliśmy żeby dojechać do najbliższej stacji. Często odległość między stacjami benzynowymi to 300 km. Tak więc zaopatrujcie się zawsze w pełny bak, żeby nie było niespodzianek. Szczególnie jeśli pojedziecie na Milford Sound, tam gdzieś w pobliżu Te Anau jest stacja, ale najdroższa na całej wyspie.
12. Nowa Zelandia – ceny
Panuje powszechna opinia, że Nowa Zelandia jest bardzo droga. Czy ja wiem? Na pewno nie jest droższa niż Holandia, Francja czy inne europejskie państwo. Problem polega na tym, że lecimy tam nie na weekend, nie na tydzień, tylko na co najmniej 3-4 tygodnie, a nawet dłużej i to powoduje, że podróż wychodzi całkiem sporo. Myślę, że gdybyśmy podróżowali miesiąc po Francji, to wydalibyśmy nie wiele mniej. Przed wyjazdem przygotowałam plan wraz z rozbiciem budżetu na poszczególne części i w efekcie końcowym, gdyby nie skok ze spadochronem, którego nie przewidywaliśmy zmieściliśmy się w zakładanym budżecie idealnie.
Podaje wam ceny za miesięczny pobyty od osoby: bilety lotniczy do NZ z Emirates – 1050 euro, bilet lotniczy Christchurch – Aucklend – 50euro, camper – 1200euro, benzyna – 75euro, jedzenie 320euro, campingi + nocleg w Auckland- 220euro, bilety wstępów + inne atrakcje 1120euro z czego (Hobbiton – 79NZ$, pływanie z delfinami 153NZ$, łódź Milford Sound 65NZ$, bus na Tongariro – 35NZ$, kajaki 200NZ$, Gondola Christchurch – 28NZ$, WaiOtapu – 32NZ$, Wine by Bike – 40NZ$, Heli Hike Tasman Glacier – 550NZ$, Sky Diving Wanaka – 620NZ$). Czyli w sumie – 4035 euro. Tak wiec szybko możecie wywnioskować, że jeśli kupicie bilet do NZ na promocji za 600 euro i darujecie sobie skok ze spadochronem oraz lot helikopterem, to możecie bez problemu zaoszczędzić ponad tysiąc euro.
13. Nowa Zelandia – fotografowanie
No co moge tutaj napisać 🙂 Nowa Zelandia jak żaden inny kraj na świecie, jest mega fotogeniczna. Nie ważne gdzie będziecie, krajobrazy powalają. Oczywiście jeśli jest pogoda, bo jeśli nie to jest mniej uroczo, ale miejmy nadzieję, że jak pojedziecie, to będzie tylko słonko 🙂 Ale w tym punkcie nie o tym chciałam pisać. Jak zwykle przed podróżą trzeba zdecydować jakie obiektywy ze sobą zabrać, żeby nie nosić niepotrzebnych kilogramów. Zabraliśmy ze sobą trzy obiektywy Sigma Art 24mm, Sigma Art 50mm i Nikon 14-24mm. Najwięcej zdjęć robiliśmy 24mm, 50-tka praktycznie w ogóle się nie przydała, 14-24mm – dobrze mieć, szczególnie przy fotografowaniu gwiazd. Natomiast bardzo żałuję, że zostawiłam w domu 70-200, bo bardzo często mi go brakowało, żeby ściągnąć jakaś górę czy krajobraz trochę bliżej. Tak więc moja rada, zabierać ze sobą zooma. I tak już po fakcie, myślę, że bardziej by się sprawdził Nikon 24-70mm niż Sigma 24mm i 50mm oddzielnie. Filtr polaryzacyjny koniecznie i jeśli lubicie zamrożoną wodę to koniecznie zabierzcie filtr szary. Do zdjęć gwiazd, czy wschodów z zamrożoną wodą niezbędny bedzie statyw.
14. Nowa Zelandia – co ze sobą zabrać
To przede wszystkim wszystko zależy od tego kiedy się wybieracie i jak zamierzacie podróżować. Generalnie jeśli wybieracie się tamtejszym latem, tak jak my to i tak zaopatrzcie się w dużą ilość ciepłych ubrań. Ja zabrałam dwie bluzy i dwie pary długich spodni, reszta to były krótkie spodenki i koszulki. Powiem szczerze, że przez 80% czasu chodziłam z długim rękawem, a 50% czasu w długich spodniach. Nawet jeśli było słonecznie to i tak wiał dość rześki wiatr i było chłodnawo. Z innych rzeczy, które się na pewno przydadzą to: przejściówka, telefon bez simloka, przedłużacz na 5 gniazdek jeśli będziecie podróżować camperem, transformator z rozdzielnikiem do wtyczki żeby naładować tel czy baterie jeśli będziecie poza zasięgiem prądu, CD z muzyką – nasz samochód nie miał wtyczki na usb, radio tam w ogóle nie działa, więc żebyście mieli co słuchać w trakcie jazdy 🙂 Kremy z filtrem – aczkolwiek my kupowaliśmy na miejscu i był tańszy niż u nas 30 zł za dużą półlitrową butelkę Nivea filtr 50. Szczegółową listę znajdziecie tutaj: KLIK
15. Nowa Zelandia – telefon, internet
Zaraz po przylocie zaopatrzcie się w turystyczną kartę Travel SIM z Vodafona. Najlepiej od razu na lotnisku (nie, nie jest droższa niż w innym miejscu). My tego nie zrobiliśmy i potem już nigdzie tej karty nie mogliśmy kupić. Miasta omijaliśmy szerokim łukiem, a w małych miasteczkach jeśli w ogóle był salon Vodafona to nie mieli tej karty. Kupiliśmy w supermarkecie zwykłą kartę Pre-Paid za 50NZ$, bo wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to musi być NZ Travel SIM i po 2 dniach się nam skończyła :(. Na karcie NZ Travel SIM macie do wykorzystania 200 minut i 3GM internetu. Kosztuje 49NZ$, jest ważna przez 60 dni i powinna wystarczyć na 3-4 tyg pobyt. Szczegóły znajdziecie tutaj: KLIK.
Poza tym z internetu możecie skorzystać niemal w każdym Holiday Parku, zwykle jest dodatkowo płatny 3-5NZ$ na dobę. W większych miastach bez problemu znajdziecie jakaś restaurację czy bibliotekę z bezpłatnym wifi. W małych wioskach poza nimi raczej ciężko z internetem, może być też problem z zasięgiem. Na Milford Sound nie ma w ogóle sieci. Jeśli nie macie ochoty na kupowanie karty, szukanie sklepów, wożenie ze sobą dodatkowego telefonu i całe to zamieszanie z doładowaniem warto rozważyć opcję zabrania ze sobą Pocket Wifi. Podczas podróży po Japonii korzystaliśmy z XOXO Wifi i sprawdził się idealnie. Po opłaceniu internetu na daną ilość dni, przysyłają wam router, urządzenie wielkości telefonu, z hasłem do Wifi, które wpisujecie w telefonie. To wszystko. Internet zawsze i wszędzie pod ręką. Można korzystać na kilku urządzeniach.
16. Nowa Zelandia – bezpieczeństwo
Nowa Zelandia to jeden z bezpieczniejszych krajów. Generalnie nie ma się co obawiać o kradzież czy jakieś włamania. Jedynie gdzie trzeba uważać to parking przy Tongariro, tam ponoć zdarzają się włamania do camperów. Wiadomo, wszyscy są na 8 godzinnym trekkingu więc miejsce sprzyjające dla rabusiów. A że Tongariro leży na północnej wyspie, tam gdzie mieszka największa ilość Maorysów, to warto być ostrożnym. Ponieważ my w camperze woziliśmy dość sporo elektroniki, zostawiliśmy go na campingu, na którym spaliśmy. Na Tongariro Crossing wzięliśmy autobus za 35NZ$ od os, który nas zawiózł i przywiózł z powrotem. Czyli tylko 5NZ$ wiecej niż autobus w jedną stronę, który i tak musicie wziąć żeby wrócić, bo trasa na Tongariro jest one way.
17. Nowa Zelandia – przydatne aplikacje
Najważniejszą i najbardziej przydatną aplikacją, która działa offline jest Camper Made. Jest to bezpłatna aplikacja, którą najlepiej zainstalować jeszcze przed wyjazdem. Trochę czasu zajmuje zciągnięcie mapy. Dzięki tej appce bez problemu znajdziecie odpowiedni camping, dump-station, internet, stacje benzynową czy supermarket. Posiada rozbudowaną wersję filtrowania, tak więc bez problemu i szybko wszystko znajdziecie. Nam często ratowała tyłek, radziła sobie lepiej z drogami niż nawigacja.
18. Nowa Zelandia – zniżki
Wyjazd do NZ jest dość kosztowny, więc każda możliwość zaoszczędzenia jest dobra. Tak jak już wcześniej wspominałam robiąc zakupy w Paknsave czy w Countdown możemy zaoszczędzić 0,6NZ$ na benzynie. Koniecznie zalogujcie się na stronie Rankers. Tam znajdziecie kupony zniżkowe 10% na wiele kempingów, oraz innych atrakcji takich jak pływanie z delfinami w Kaikoura, skok na bungy, skok ze spadochronem w Wanaka, kajaki w Abel Tasman Park, czy wycieczka rowerowa po winiarniach. Wystarczy się zalogować i wydrukować kupony. Koniecznie ściągnijcie sobie appke na telefon z mapą. Ułatwi wam to szukanie w pobliżu zniżek.
1. Gęstość zaludnienia wynosi 16 osób/km². Większość kraju to rozległe pastwiska oraz parki narodowe. Nie ma się więc czemu dziwić, że spotkanie kogoś na drodze graniczy niemal z cudem.
2. Kraj ten zamieszkuje około 6 000 Polaków. Na przełomie lutego i marca, była tam jeszcze co najmniej trójka tymczasowo przebywających 🙂
3. Źródła Waikoropupu w pobliżu Nelson zawierają najczystszą wodę źródlaną na świecie. Ich wydajność to 2 160 000 litrów wody na dobę. Tak czystej wody jeszcze nigdy na własne oczy nie widziałam.
4. Jezioro Frying Pan, w pobliżu Rotorua, czyli Jezioro Patelnia, jest największym na świecie źródłem gorącej wody, które osiąga w najgłębszym punkcie 200° C.
5. W lokalnym języku maoryskim Nowa Zelandia nazywa się Aotearoa co oznacza “kraj długiej, białej chmury”. Oj chmury mają tam najpiękniejsze na świecie 🙂 Sa i białe i długie, i poszarpane…w każdym kształcie 🙂 Nie wspominając o wschodach i zachodach słońca 🙂
6. Prawdopodobnie najdłuższa nazwa geograficzna na świecie to Taumatawhakatangihangakoauauotamateapokaiwhenuakitanatahu – czyli jedno ze wzgórz w Nowej Zelandii o wysokości 305 metrów. Co prawda nie udało nam się do tego wzgórza dotrzeć, ale mam dla was inne:) Prawdopodobnie wyższe i ładniejsze 🙂
7. W kraju tym jest ponad 47 milionów owiec, co daje średnio około 12 owiec na osobę. Niestety ich fotografowanie do najłatwiejszych nie należało, jak tylko widziały, że się zbliżam to uciekały 🙁
8. Hymn Nowej Zelandii jest w języku maoryskim. Na zdjęciu dwie Maoryskie dziewczynki 🙂
9. Narodowe zwierzę to ptak kiwi. Ale to wcale nie jest tak, ze kiwi można spotkać wszędzie. Występują tylko w niektórych parkach i wcale nie jest łatwo je znaleźć.
10. Narodowym owocem jest kiwi. Pyszne, słodkie i soczyste. Niestety jego cena w sklepie powala z nóg. Pudełeczko 0,5kg kosztuje 6-7$ 🙂 W sprzedaży mają też kiwi europejskie, które jest 3 razy tańsze 🙂 Jak widać swoje bardzo cenią 🙂
11. Auckland ma największą na świecie liczbę łodzi na jednego mieszkańca. Faktycznie port oglądany z wieży TV robi wrażenie.
12. Nowa Zelandia jako pierwsza na świecie wita każdy nowy dzień 🙂 Wschody i zachody słońca mają najpiękniejsze na świecie. Jeśli jeszcze nie widzieliście posta, to zapraszam tutaj: KLIK
13. W Nowej Zelandii wymyślono znany deser bezowy “Pavlova”, nazwany tak od nazwiska znanej prima baleriny Anny Pawłowej. Niestety nigdzie w karcie nie znaleźliśmy, żeby skosztować 🙁 Były za to lody i smaku miodowym 🙂 Jedliście kiedyś? 🙂
14. Tongarino National Park był drugim po Yellowstone National Park w USA utworzonym na świecie parkiem narodowym. Nie dziwię się, bo to najpiękniejsze miejsce na północnej wyspie!
15. Tylko tutaj żyją nie latające papugi Kakapo oraz papugi alpejskie Kea. Trzeba na nie uważać, bo lubią napsocić. Wyskubują uszczelki z samochodów, albo podprowadzają buty z przed namiotu 🙂
16. 128 km – to największa odległość, na jaką można się oddalić od morza w Nowej Zelandii. Cudowna sprawa. Nie ważne gdzie jesteś, w trochę ponad godzinkę jesteś na morzem. Marzenie!
17. Wellington to najdalej wysunięta na południe stolica świata. Szkoda, że byliśmy tam zaledwie kilka godzin, ale za to widzieliśmy jeden z piękniejszych wschodów słońca.
18. Nowa Zelandia wraz z Danią są najmniej skorumpowanymi państwami na świecie. Nie sprawdzaliśmy 🙂
19. Nie występuje tam ani jeden gatunek węży. ANI JEDEN. Ciekawe, co na to pobliska Australia. 🙂 Ale spotkaliśmy za to jednego pająka 🙂 To też ponoć rzadkość 🙂
20. W Nowej Zelandii występuje najwięcej gatunków pingwinów. Niestety nie udało nam się spotkać żadnego. No dobra, był jeden 🙂
21. Jedną trzecią kraju stanowią parki narodowe. Dlatego tam trzeba co najmniej na pół roku się wybrać, żeby wszystko zobaczyć. A i pewno pół roku intensywnego zwiedzania by nie wystarczyło.
22. Piwo, które pili bohaterowie filmowego “Władcy Pierścieni”, to popularne nowozelandzkie Sobering Thought.
23. Gospodarka Nowej Zelandii zyskała dzięki temu filmowi ok. 200 mln dolarów. Rząd powołał tam nawet ministra ds. Władcy Pierścieni, aby jak najwięcej zarobić na tej marce 🙂
24. Jedynym ssakiem lądowym, jaki żył w Nowej Zelandii, był nietoperz. Wszystkie pozostałe sprowadzili Maorysi i Europejczycy. Niestety tych zwierząt jak na lekarstwo i to jest chyba jedyna rzecz której mi tam brakowało. W sumie poza hodowlami owiec, krów i saren nie widzieliśmy żadnych sworzeń.
25. Sir Edmund Hillary, urodzony w Auckland Nowozelandczyk, to pierwszy człowiek, który zdobył Mount Everest. Jego podobiznę znaleźć można na tamtejszym banknocie o nominale 5 dolarów. A skoro już jesteśmy przy kasie, to banknoty w NZ są drukowane na fenomenalnym papierze, a może nawet to nie papier tylko folia. Tak przyjemnych w dotyku pieniędzy jeszcze nigdy w życiu nie miałam 🙂
Takiej Nowej Zelandii jeszcze nie widzieliście! To była nasza pierwsza wyprawa z dronem, ale na pewno nie ostania. I choć przed wyjazdem długo się zastanawialiśmy, czy to oby dobry pomysł, to absolutnie nie żałujemy. Fakt, że fotografowanie/filmowanie z drona zajmuje w podróży całkiem sporo czasu, to jednak każda minuta poświęcona na uwiecznienie Nowej Zelandii z lotu ptaka była tego warta. Szkoda tylko, że w kraju Kiwi tak bardzo wieje. Nie zawsze i nie wszędzie były warunki do puszczanie drona, a po mrożącej krew w żyłach przygodzie, kiedy to wiatr porwał go i przez pół dnia szukaliśmy go po krzakach kilka kilometrów dalej, byliśmy jeszcze bardziej ostrożni:) A najlepsze w tym wszystkim jest to, iż dopiero po powrocie do domu i przejrzeniu wszystkiego na spokojnie na dużym ekranie dotarło do nas, że to całkiem inna Nowa Zelandia. Takiej nigdzie nie zobaczycie, nawet będąc już tam na miejscu. A fakt, że dopiero od ubiegłego roku można wjeżdżać do Kiwusów z dronem, sprawia, że nawet w internecie zdjęć jak na lekarstwo. Teraz jeszcze bardziej zazdroszczę ptakom, że mają tę możliwość podziwiania świata z innej perspektywy. Nie będę zatem dużo czasu zajmować wam pisaniem, zdjęcia opowiedzą wam wszystko 🙂 Miłego oglądania 🙂
Wedding photography Santorini Fotograf ślubny | Za oknem zimno, szaro i ponuro, pomyślałam więc, że zabiorę was ponownie na cudowną wyspę Santorini 🙂 Przedstawiam wam naszą kolejną wspaniałą parę 🙂 Z Agą i Rafałem spędziliśmy całe popołudnie dzięki czemu mieliśmy możliwość zrobić zdjęcia w kilku różnych miejscach, nie tylko w Oia. Santorini wbrew pozorom nie jest takie malutkie i przemieszczenie z jednego końca na drugi trwa często nawet do godziny czasu. Do tego podczas sesji mieliśmy przygodę jakich mało. Po zdjęciach w Oia pojechaliśmy do Pyrgos. Gdzieś po drodze, akurat w pobliżu naszego hotelu postanowiliśmy kupić wodę, bo upał był straszny. Ponieważ mój portfel zalegał gdzieś w plecaku ze sprzętem w bagażniku, Marcel dał mi swój portfel, wyjęłam z niego 10 euro i pobiegłam szybko do sklepu, a Marcel podjechał trochę dalej na parking. Wróciłam szybko zadowolona, że możemy zgasić pragnienie, ruszmy dalej w stronę Pyrgos i nagle….
Sesja ślubna na Santorini
….Marcel pyta mnie gdzie jest jego portfel. No to mówię mu, że przecież mu oddałam. No nie oddałaś bo go nie mam. Ale jak to, przecież ja też go nie mam, a pamiętam doskonale, że w sklepie na pewno go nie miałam przy sobie, trzymałam w ręce tylko 10 euro. No i zaczęła się panika i szukanie portfela. Były tam wszystkie karty, prawo jazdy, dowód osobisty, na szczęście gotówka była w moim portfelu. Najpierw przetrząsnęliśmy cały samochód, włącznie z zaglądaniem pod wycieraczki. Przecież nie mógł się zapaść pod ziemię. Wróciliśmy dla pewności do sklepu, ale tam nikt go nie widział. Przeszukaliśmy cały parking i pobliskie kosze na śmieci, a nuż, ktoś podniósł zobaczył, że gotówki brak i wyrzucił. Ale nic. Sytuacja była dość nerwowa. Bo z jednej strony trzeba by jak najszybciej zgłosić to na policje, a z drugiej strony jesteśmy w pracy i mamy określony czas na zdjęcia, program wyliczony co do minuty, tak, żeby zdążyć objechać wszystkie miejsca i zakończyć przy zachodzie słońca.
Ślub na Santorini
Długo się nie zastanawialiśmy. Ja wskoczyłam za kółko, Marcel za telefon, żeby szybko zablokować wszystkie karty i pojechaliśmy dalej. Ustaliliśmy, że w drodze powrotnej podjedziemy na komisariat, żeby zgłosić zaginięcie portfela. Oczywiście mieliśmy nadzieję, że w tym czasie nikt nie weźmie na jago dowód samochodu na kredyt…Nasza para była na Santorini tylko jeden dzień, przypłynęli specjalnie z Krety, tak więc nawet nie moglibyśmy się z nimi umówić na jakiś inny dzień. Ech…no sytuacja nie do pozazdroszczenia. Staraliśmy się, żeby to nie miało żadnego wpływu na resztę dnia, ale myśl, jak to się stało, że ten portfel zgubiłam wracała co chwilę jak bumerang. Przecież jakby mi gdzieś wypadł, to musiałabym to poczuć, usłyszeć, albo przynajmniej zobaczyć jak wracałam do samochodu. No dla mnie to normalnie zagadka.
Po skończonej sesji, pojechaliśmy na komisariat, który był praktycznie po drugiej stronie ulicy ze sklepem, gdzie portfel został zgubiony. Przyszliśmy, odstaliśmy trochę w poczekalni, powiedzieliśmy w jakiej sprawie jesteśmy, pan pytana o imię i nazwisko. Podajemy, a ten się uśmiecha i mówi: O to my mamy pana portfel. Jakaś pani znalazła przed sklepem i przyniosła nam tutaj. Oczy wyskoczyły nam niemal z orbitek, ze zdziwienia. Poważnie? To była chyba ostatnia rzecz jaką się tego dnia spodziewaliśmy usłyszeć. Tak! Odzyskaliśmy portfel z całą zawartością! Czasami to jednak, gdzieś tam na górze ktoś nad nami czuwa 🙂 Ufff…podróż bez przygody to nie podróż…choć takie szczerze mówiąc wolałabym, żeby się nam nie przytrafiały więcej 🙂
Santorini – Informacje praktyczne – Poradnik – powstał z myślą o tych wszystkich, którzy wybierają się na Santorini na własną rękę i szukają wskazówek. Znadziesz tutaj najpotrzebniejsze wskazówki do zaplanowania Twojej podróży!
Santorini – kiedy jechać?
Nie będzie to nowiną jeśli napiszę, że najlepiej omijać tę wyspę naszym latem. Jest tam wtedy niemiłosiernie gorąco i kluczenie po wąskich uliczkach w pełnym słońcu nie należy do najprzyjemniejszych. Nasz pobyt przypadł na ostatni tydzień sierpnia i wciąż było bardzo gorąco. Jeśli wybieracie się w podróż poślubną lub po prostu na wakacje, to najlepiej wybrać się tam w drugiej połowie września lub w październiku. Maj i czerwiec to też idealne miesiące. Wtedy omijamy najbardziej upalny okres, najwyższe ceny, no i przede wszystkiem tłumy turystów. Jeśli panujecie nam sesję zdjęciową, to zdecydowanie polecam okres poza sezonem.
Santorini – gdzie spać?
Przed wyborem idealnego miejsca długo się zastanawialiśmy. Kierowaliśmy się nie tylko cenami, ale także dobrą bazą wypadową. Jeśli lubicie plażowanie i wiecie, że tam będziecie spędzać najwięcej czasu to najlepiej zarezerwować hotel w rejonie Perissa lub Kamari. Tam są największe plaże i najniższe ceny noclegów oraz jedzenia. Jeśli jedziecie po to, żeby posiedzieć w przyjemnych i klimatycznych knajpkach, z mega pięknymi widokami, to na pewno przypadnie wam do gustu Imegrovigli, Firostefani oraz Fira. Tam codziennie możecie jeść śniadanie, lunch oraz kolacje w uroczych miejscach. Trzeba tylko liczyć się z tym, że za te widoki płaci się odpowiednią cenę 🙂
Samej Oia na miejscówkę hotelową raczej nie polecam, zdecydowanie za dużo turystów i daleko do wszystkich ciekawych miejsc. A jeśli szukacie kompromisu pomiędzy ceną, a lokalizacją to bardzo polecam rejon Kalderados, czyli miejscowość w której my się zatrzymaliśmy. Na najbliższej plaży byliśmy w 10-15 minut samochodem, do Firy na romantyczną kolację mieliśmy rzut beretem. Przy hotelu mieliśmy rewelacyjną Tawernę z najlepszym jedzeniem jakie jedliśmy na Santorini, a odwiedziliśmy całkiem sporo restauracji łącznie z tymi z listy top 20. Jeśli jeszcze kiedyś tam wylądujemy to na pewno będzie to ta sama miejscowość, albo Casa Florina w Imerovigli, jej położenie jest bajeczne!
Santorini – Czym się poruszać?
Tutaj macie szeroki wybór, w zależności od preferencji. Od komunikacji miejskiej, która działa całkiem sprawnie, przez samochód po kład lub skuter. Autobusy jeżdżą do wszystkich miejscowości. Problem tylko w tym, że przemierzając wyspę wzdłuż, czy w szerz trzeba się przesiadać. Musicie się jednak liczyć się z ograniczeniami czasowymi, autobusy nie jeżdżą zbyt często, mogą mieć opóźnienia i nie jeżdżą do późnych godzin nocnych. Ci co lubią nutkę adrenaliny i wiatr we włosach mogą wynająć skuter lub kłada.
Przemieszczanie się tymi środkami transportu jest bardzo popularne, wszędzie łatwo dojedziecie i zaparkujecie. Ale czy przemierzanie całej wyspy na kładzie jest wygodne, tego nie wiem, bo nie próbowaliśmy 🙂 To chyba trzeba po prostu lubić 🙂 I kolejną opcją, wg mnie najwygodniejszą i w niewygórowanej cenie jest samochód. Nasz samochód Ford Fiesta, wynajęty na tydzień przez rentalcars.com kosztował mniej niż wynajęcie kłada. Z parkowaniem nie ma tam problemu. Często można parkować wzdłuż drogi, jest też cała masa parkingów. Poza jednym w Oia wszystkie były bezpłatne. Cena benzyny wyższa niż w Holandii o jakieś 10%.
Santorini – kuchnia, co jeść ?
Pod względem kulinarnym Santorini zaskoczyło nas bardzo na plus. Można powiedzieć, że codziennie fundowaliśmy uczę naszym kubkom smakowym. Codziennie zaskakiwały nas nowe potrawy, idealnie przyrządzone i dosmakowane. W pierwszym dniu pobytu znajomy podesłał nam listę z najlepszymi restauracjami na Santorini. Najlepsze nie znaczyło wcale najdroższe. Ceny na całej wyspie są raczej porównywalne. W rejonie Perissy i Kamari nieco taniej niż w innych rejonach. Oia oczywiście pod tym względem była najdroższa. Staraliśmy się wypróbować jak najwięcej tamtejszych specjałów, więc kuchnia tradycyjna serwowana w Tawernach interesowała nas najbardziej. Z potraw które koniecznie musicie spróbować to:
Jagnięcina – smak tamtejszego mięsa jest obłędny. My osobiście uwielbiamy jagnięcinkę i kosztowaliśmy ją w kilku różnych miejscach, przyrządzoną na różne sposoby.
Feta grillowana – jedna z naszych ulubionych przystawek. W każdej restauracji inaczej podawana, ale zwykle w tym samym towarzystwie: pomidory, papryka, cebula czerwona oraz przyprawy.
Tzatzikki – nigdzie tak dobrze nie smakuje jak oczywiście w greckich państwach. Idealne jako dodatek do pity.
Biały bakłażan grillowany – nigdy nie przepadałam za bakłażanem, ale ten na Santorini skradł moje serce. Grillowany, podawany z cebulką, czosnkiem, pietruszką, olejem i octem balsamicznym. Po prostu niebo w gębie.
Szaszłyki. Z każdego rodzaju mięsa. Z góry chrupiące, w środku idealnie soczyste. Nie wiem jak oni to robią, ale tak smacznych szaszłyków nigdzie jeszcze nie jadłam.
Pomidory zapiekane w cieście
Lody jogurtowe z owocami…mnianmniam :)Santorini – kuchnia, co jeść ?
Santorini – gdzie zjeść?
Zaraz po przylocie, pierwszego dnia za radą naszej sympatycznej pani z recepcji poszliśmy do Tawerny, którą mieliśmy 2 minuty od naszego hotelu. Po wyglądzie zewnętrznym nie spodziewaliśmy się zbyt wiele. Powiedziałam nawet, że gdyby nie fakt, że poleciła nam go właścicielka hotelu, to pewno obrócilibyśmy się na pięcie i poszlibyśmy szukać czegoś dalej. I to byłby błąd. Bo to była najlepsza Tawerna do jakiej podczas całego pobytu trafiliśmy. Nasze serce skradł przemiły kelner, który umilał nasz każdorazowy posiłek, a było ich co najmniej 5, bo było pysznie i w rozsądnej cenie. Nasz kelner Ivan, również był miłośnikiem dobrego jedzenia ( co nawet było trochę było po nim widać :)) i od razu zweryfikował naszą listę top 20 restauracji i podpowiedział, gdzie najlepiej zjeść. W sumie odwiedziliśmy 10 restauracji. Listę najlepszych znajdziesz w naszym ebook Santorini – Poradnik i Plan Podróży.
Santorini – ceny
Prawie jak w Dubaju, można wydać tutaj za tygodniowy pobyt w hotelu równowartość dobrego samochodu (ok 20 tys euro), ale też można w całkiem przyzwoitych warunkach znaleść hotel w bardzo rozsądnej cenie 50-70 euro za noc. Wszystko zależy od preferencji i celu wyjazdu. Wiadomo, że jeśli ktoś wybiera się tutaj w podróż poślubną, to ma to być coś ekstra. Niestety trzeba się liczyć z tym, że za to ekstra słono się płaci 🙂
Ceny jedzenia na Santorini są umiarkowane. Średnio wydawaliśmy za obiad ze świeżym sokiem i piwkiem w okolicach 25-35 euro za 2 osoby. Wynajęcie samochodu na 7 dni – 180 euro z podstawowym ubezpieczeniem. Full opcji nigdy nie bierzemy. Wynajmowaliśmy samochód przez internet www.rentalcars.com przez Trifty. Sprawdzona firma, zawsze u nich wynajmujemy. Należy do Hertza, żadnych problemów przy oddaniu, doszukiwania jakichś rysek, wszystko szybko i sprawnie. Przez tydzień zużyliśmy jeden bak paliwa. Cena za paliwo ok 1,6-1,7 euro.
Santorini – dla kogo?
Czy jest to wyspa dla każdego? Wydaje mi się, że tak. Każdy powinien znaleść tutaj coś dla siebie. Aczkolwiek, zdecydowana większość turystów to pary, z wiadomego względu. Romantyczne zachody słońca, kolacje, spacery itd. Najwięcej turystów w Japonii/Chin, sporo Włochów, Hiszpanów i o dziwo Amerykanów.
Santorini – co robić/ co zobaczyć?
Zakładając, że jedziecie na tydzień, co bardzo polecam, bo wyspa ma naprawdę, dużo więcej do zaoferowania niż zachód słońca w Oia, który i tak nie jest najpiękniejszym zachodem na wyspie, bo zdecydowanie fajniejszy jest Imegrovigli. Tak więc co można robić tam przez siedem dni? Nasz plan podróży znajdziecie tutaj: Plan podróży Santorini.
Santorini – Fotografowanie – Najlepsze miejsca do zdjęć
Każdy zna Santorini z pocztówek i pewno większość zdjęć pocztówkowych zrobione jest w Oia. Jednak piękne widoki są porozrzucane po całej wysepce i nie wszystkie można tak od razu znaleźć. Trzeba cierpliwie pokluczyć po uliczkach, żeby znaleść niektóre miejscówki. Niektóre z nich udało mi się znaleść dopiero po tygodniu poszukiwań. Żeby jednak ułatwić wam sprawę podaję wam jak na tacy wszystkie moje ulubione miejsca: Santorini – 13 najlepszych miejsca na zdjęcia
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Malta.
Kochani mam dla was jeszcze mały poradnik odnośnie Malty. Ponieważ tanie linie lotnicze Wizzer otwarły całkiem nie dawno nową trasę Gdańsk – Malta, Ryanair już wcześniej latał tam z Krakowa i Wrocławia, myślę, że coraz więcej osób będzie wybierać się na tę niewielką ale jakże uroczą wysepkę.
Ile czasu potrzeba na zobaczenie Malty
wszystko zależy od tego co chcecie tam robić. Jeśli wybieracie wyjazd rodzinny i chcecie poleżakować przy basenie, pozwiedzać to myślę, że można i na dwa tygodnie. Jeśli tylko chcecie zwiedzać to tydzień maksymalnie. Malta to malutka wyspa, razem z Gozo w bardzo spokojnym wręcz żółwim tempie możecie objechać wszystko w ciągu 6-7 dni. Albo jeśli macie ochotę tak jak my wyskoczyć gdzieś na dłuższy weekend, to jest to jak najbardziej dobry pomysł. W trzy dni, można zobaczyć wszystkie najważniejsze miejsca na Malcie. Do tego jednak dobrze byłoby wynająć samochód, bo komunikacją miejską obskoczyć wszystko w tak krótkim czasie byłoby ciężko.
Kiedy jechać
Malta jest w zasadzie dobrym kierunkiem na cały rok. Jednak trzeba pamiętać, że to dość wietrzna wyspa. Mamy tutaj dwie pory roku, zimę i lato. Pora deszczowa trwa od października do lutego, przy czym najwięcej dni deszczowych możemy się spodziewać w grudniu. Od maja do września mamy tutaj niemal gwarantowaną, słoneczną pogodę. Jeśli wybieracie się na plażing, smażing i swimming to najcieplejsza woda jest w sierpniu i we wrześniu. Jeśli chcecie zwiedzać wyspę to najlepiej jechać w maju, czerwcu i wrześniu wtedy temperatury są bardziej przyjazne zwiedzaniu. Nasz pobyt w maju był idealny. Codziennie ok 25 stopni, lekki wiaterek, wszędzie zielono, kwitną maki, jeszcze przed sezonem więc nie było ani tłoczno, ani drogo.
Czym się przemieszczać
Na Malcie macie kilka możliwości podróżowania. Albo komunikacja miejską, która na wielu forach jest bardzo polecana. Trzeba jedynie liczyć się z tym że autobusy niestety do punktualnych nie należą, no i pokonujemy dane odcinki dość powoli, co oczywiście w przypadku jeśli mamy dużo czasu nie ma większego znaczenia. Jeśli nie macie dużo czasu i cenicie sobie niezależność, to proponujemy wynajęcie samochodu. Nie jest to może najtańsze rozwiązanie, ale zdecydowanie najwygodniejsze. Nie zapominamy o lewostronnym ruchu, do którego w sumie przyzwyczajamy się szybciej niż nam się wydaje. Jeśli jednak nie odważycie się na wynajem auta, a spędzanie długich godzin w autobusach miejskich też do was nie przemawia, to macie trzecią opcję do wyboru autobusy Hop On Hop Off. Są dwie trasy tego autobusu, niebieska i czerwona. Czerwoną zwiedzamy południe wyspy, a niebieską północ. Jest jeszcze zielona i nią możemy zwiedzić Gozo. Rozkład jazdy oraz przystanków znajdziecie tutaj. Niestety ceny są mało przyjazne. 17 euro od osoby za jedną linie.
Wynajęcie samochodu
Sprawa wynajęcia samochodu jest w zasadzie prosta. Trzeba jednak pamiętać o kilku rzeczach. My wynajęliśmy autko przez stronkę Rental Car Group. Dostaliśmy potwierdzenie rezerwacji. Na lotnisku czekał na nas przedstawiciel. W 15 min podpisaliśmy umowę. Niestety ceny jakie są na stronce nie są ostateczne. Dodatkowo ok 8-10 euro za dzień płacimy za wykupienie ubezpieczenia własnego ryzyka. Oczywiście nie musimy tego robić, ale wtedy zablokują nam ok 1000 euro na karcie kredytowej i w razie wypadku potrącają nam tę kwotę. Przy lewostronnym ruchu, woleliśmy nie ryzykować i wykupiliśmy dodatkowe ubezpieczenie. Nawigacja też tania nie jest, od 5 do 10 euro za dzień w zależności od firmy na którą się zdecydujecie. Do tego dochodzi opłata za paliwo 3/4 baku ok 35 euro. Nie trzeba go jednak odkupywać, my wyjeździliśmy niemal wszystko. Tak więc z 35 euro za 3 dni robi sie 150 euro. To tak dla waszej wiadomości, żeby ceny na stronce was nie zmyliły 🙂
Gdzie nocować na Malcie
Niestety nie mogę wam polecić naszego noclegu, bo to była totalna wtopa, nawet nie będę wam pisać. Jedyne co mogę wam doradzić to, żeby szukać hotelu gdzieś w okolicach Valetta: Noclegi w Valetta
Plażowanie
ogólnie jak dla mnie Malta to nie do końca miejscówka na plażowanie. Jeśli marzycie o wakacjach na plaży to myślę, że dobrze byłoby pomyśleć o jakimś innym kierunku. Plaż jest bardzo niewiele, a jak są to jest na nich dość tłoczno. W przewadze brzegi są skaliste, kamieniste i nienadające się do plażowania, czy kąpania.
Co zobaczyć
główne atrakcje na Malcie to: Valetta ( można ja obejść spokojnie w jedno popołudnie, w tym koniecznie widoki z obu ogrodów Barrakka), Blue Grotto, Mdina, Klify Dingli, Marsaxlokk, Gozo, Azure Window, Blue Lagoon, Popeye Village, Golden Bay, Tuffieha Bay. To oczywiście tylko najważniejsze miejsca. Ciekawych jest jednak o wiele więcej. Sporo zabytkowych kościołów, klasztorów, muzea, ruiny megalityczne, katakumby, schrony wojenne, a także zabudowania militarne. Jeśli ktoś lubi wycieczki rowerowe, to ponoć na Malcie znajdują się najbardziej klimatyczne ścieżki rowerowe. Malta mimo swoich niewielkich rozmiarów oferuje naprawdę wiele ciekawych atrakcji i zdecydowanie warto się tam wybrać.
Jedzenie
w przewadze kuchnia włoska i śródziemnomorska. Nam bardzo smakowała! Szczególnie polecamy Restaurację Barracuda, jedzonko na prawdę pierwsza klasa. Na dobrą, ale taką naprawdę dobrą pizze, możecie udać się do Piccolo Padre. A jeśli udacie się na Gozo i będziecie chcieli doznać prawdziwej rozkoszy kulinarnej, to zaprzyjaźniony blog Malta i Gozo polecają II Kartel w Marsalforn. Gdyby ich wpis na blogu pojawił się przed naszym wyjazdem na Maltę, z całą pewnością byśmy się tam udali. No ale trudno, może będzie nam jeszcze kiedyś wpaść na Gozo 🙂 wtedy na pewno tam zajrzymy 🙂
Więcej informacji o Malcie
Malta jest jeszcze mało popularnym kierunkiem z Polski, a co za tym idzie mało informacji o tej uroczej wysepce w naszym języku. Teraz kiedy tanie linie lotnicze uruchomiły swoje połączenia z Maltą, myślę, że coraz więcej osób będzie ciekawych tego kierunku. Ja znalazłam jednak bardzo fajnego bloga, prowadzonego przez bardzo sympatyczną parę. To Malta i Gozo. Znajdziecie tam wiele cennych wskazówek, porad, pięknych zdjęć a także odpowiedzi na większość nurtujących was pytań. Zajrzyjcie do nich koniecznie przed planowaniem podróży na Maltę!
A żeby was tak nie zostawić z samym tekstem, to wrzucam jeszcze kilka niepublikowanych fotek 🙂 Ja tymczasem pędzę pakować walizki. Kolejną przygodę zaczynamy już w sobotę 🙂
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Kuba.
Na koniec relacji z Kuby mam dla was kochani jak zawsze krótki poradnik z najważniejszymi informacjami. Zanim jednak do niego przejdę, chciałam jeszcze napisać kilka słów podsumowujących naszą podróż. Ponieważ kilka osób odniosło momentami wrażenie (szczególnie na początku relacji), że wcale nam się tam nie podobało, że Kuba nas rozczarowała. To nie tak. Kuba zachwyciła nas i oboje jednogłośnie możemy stwierdzić, że to była jedna z najpiękniejszych podróży jaką odbyliśmy. Spełniliśmy nasz cel, czyli odnaleźliśmy prawdziwą Kubę, poznaliśmy wspaniałe osoby. Nasz przewodnik po Baracoa Luis odwiedził nas jakiś czas temu we Wiatrakowie, w tym roku bierze ślub na który zostaliśmy zaproszeni. Latem odwiedzili nas również Roy i Tali, bardzo możliwe, że w tym roku uda nam się wpaść do nich z wizyta do Izraela. Takie znajomości to najpiękniejsze rzeczy jakie w podróży mogą nas spotkać i cenimy sobie je bardziej niż jedzenie czy jakieś atrakcje na miejscu. To dzięki nim pobyt na Kubie będzie długo niezapomniany. Poza tym był to zdecydowanie nasz najlepszy kierunek pod względem fotograficznym. Przywieźliśmy kilka tysięcy zdjęć, nawet nie sposób było wam wszystkie pokazać. A to, że czasami pisałam o “minusach” na Kubie, to tylko i wyłącznie dlatego, żebyście wiedzieli jak tam jest naprawdę. Niestety, ale wiele osób, które tam nie było ma wciąż przekłamany obraz Kuby. Może i kilkanaście lat temu było tak jak większość Kubę sobie wyobraża, ale niestety co roku Kuba się zmienia, a najbardziej zmieniają się ludzie i ich podejście do turystów. Oczywiście mogłam pisać wam tutaj same ochy i achy, zachwycać się wszystkim czym popadnie, ale myślę, że każdy kto czyta te wpisy planując podróż w tamtym kierunku nie tego oczekuje. Poza tym ja zawsze wyznaję teorię, że lepiej być przygotowanym na gorsze i się miło zaskoczyć niż niemiło rozczarować. Natomiast absolutnie nie było moim celem zniechęcenie was do tego kierunku, wręcz przeciwnie. Zachęcam, Kubę trzeba koniecznie zobaczyć, poczuć jej klimat na własnej skórze i to najlepiej jak najszybciej, bo za kilka lat może nie być tam co oglądać. To teraz do rzeczy, co powinniście wiedzieć przed wyjazdem.
Kuba – Wiza
– a dokładnie karta turystyczna jest wymagana, aby wjechać na teren Kuby. My mieliśmy to szczęście, że nasza karta była wliczona w koszt biletów lotniczych i nie musieliśmy się o nią starać. Niestety tak jest tylko w przypadku lotów czarterowych, tak więc przypuszczam, że w większości przypadków będziecie musieli ją załatwić sami. Jej koszt w Ambasadzie Republiki Kuby to 22 euro (płatne tylko gotówką). Możemy pojechać sami do Warszawy lub zlecić to firmie pośredniczącej za odpowiednią opłatą (ok. 100 zł). W obu przypadkach do jej wydania potrzebny będzie paszport, ważna polisa ubezpieczeniowa oraz mail z rezerwacją noclegu. Paszport musi być ważny min. 6 miesięcy od daty planowanego wyjazdu z Kuby. Trzeba mieć również bilet wylotowy (nie koniecznie powrotny na tej samej trasie). Ambasada Kuby mieści się przy ul. Domaniewskiej 34a w Warszawie.
Kuba – Waluta
– Jak wszyscy wiedzą waluty są dwie CUC i CUP, ale to nie jest tak, że CUP jest tylko dla Kubańczyków, a CUC dla turystów. Kubańczycy tak samo bardzo często, za wiele rzeczy muszą płacić w CUC. Jest bardziej podział na to, za jakie rzeczy można płacić CUC, a za jakie CUP. Za CUP czyli ichniejszą walutę w zasadzie już niewiele. W sumie to tylko warzywa, owoce, mięso oraz inne artykuły spożywcze. Jedzenie w Kafeterijach, czyli tych okienkach, gdzie sprzedają pizze, napoje, kanapki, czy jakieś ciastka. W zasadzie już nie ma restauracji w których można by zapłacić w CUP. Tzn można, ale i tak po przeliczeniu z CUC, więc na to samo wychodzi. Jeśli Kubańczyk chce pójść do restauracji, kupić sobie nowe spodnie, bilet na autobus (nie mylić z ciężarówkami), telefon, czy jakichkolwiek inny sprzęt do domu to musi zapłacić w CUC. I teraz tak, jeśli ktoś ma kontakt z turystą, czytaj żyje z niego, bo ma casę, taksówkę, swoją knajpę, jest przewodnikiem, albo sprzedaje kradzione cygara, to on się tam ma jak u pana Boga za piecem i w zasadzie nic mu do szczęścia nie potrzeba, bo ma wszystko co tylko sobie zamarzy. I on też nic dla ciebie nie zrobi taniej, bo niby po co? Jak nie ty to inny. Za CUP już żadnych usług dla turystów nie świadczą. Spotkaliśmy w jednym z ostatnich dni taką właśnie grupkę “bogatych Kubańczyków”, których było stać na to, żeby na weekend pojechać sobie do hotelu, żeby poleżeć w basenie, wypić kilka butelek rumu i wypalić kilka paczek dobrych cygar. I rozmawiając z nimi widać było, że oni po prostu kochają ten kraj. Bo dom, media, szkolę i szpital mają za darmo. A całą resztę sobie mogą kupić. A ten Kubańczyk co nie ma żadnego kontaktu z turystą, czyli zapewne jakiś rolnik, żyje sobie gdzieś na wsi i klepie biedę. I poza tym co sobie zasadzi i potem sprzeda za CUP sąsiadowi to w zasadzie nie ma nic. Nie ma na telefon, ani na nowe spodnie, o jedzeniu w restauracji nie wspominając. Dlatego, każdy kto ma trochę oleju w głowie robi co może, żeby sprzedać cokolwiek turyście.
Kuba – Kiedy jechać
Najlepsza pora na odwiedzenie Kuby to pora sucha, która występuje tam od drugiej połowy listopada do kwietnia. Od maja zaczyna się pora deszczowa i trwa ona do października. Należy jednak pamiętać, że to są Karaiby, a na Karaibach jak wiadomo pogoda czasami jest nieprzewidywalna. W porze suchej może nagle padać, a i w porze deszczowej możemy trafić tak, że będziemy tam tydzień i nie spadnie ani jedna kropla deszczu. My byliśmy dokładnie od 9-23 marca i pogodę mieliśmy idealną. Temperatura była bardzo przyjemna, fajnie się zwiedzało, jedynie w Santiago de Cuba mieliśmy dwa dni dość dużych upałów, a tak to powiewała świeża bryza. Polecam ten okres przede wszystkim tym, którzy poza leżakowaniem na plaży mają w planach zwiedzanie.
Kuba – Czym się poruszać
W zasadzie to można się poruszać wszystkim. Trzeba tylko wziąć pod uwagę dystans jaki mamy do pokonania. Jeśli wybieracie się do Baracoa, to polecam dostać się tam samolotem. Wylot jest tylko z Hawany, więc jeśli lądujecie w Varadero, to trzeba najpierw dostać się do stolicy. Trasa do Baracoa jest dość długa i jeśli macie tylko dwa tygodnie, jak większość podróżujących samolot jest idealnym rozwiązaniem. Radze jednak rezerwować go tak wcześnie jak tylko się da. Samoloty maja tylko 24 miejsca i bilety szybko się kończą. Autobus szczególnie polecam z Barcoa do Trinidadu. Jedzie on cała noc, więc nie tracicie cennego czasu. No i można zaoszczędzić na noclegu. Celowo zmieniałam trasę, żeby nie tracić całego dnia na podróż. Autobus na trasie Trinidad-Baracoa jedzie w ciągu dnia. Bilety na autobus – Viazul – rezerwujemy TUTAJ. Taksówki – to był nasz główny środek transportu. W zasadzie zawsze korzystaliśmy w czwórkę więc koszty fajnie się rozkładały. Ważne żeby nie dać nabić w butelkę, bo te ceny taksówek czasami są rożne, szczególnie na dłuższych dystansach. Na krótkich mają raczej takie same ceny. Cena taksówki nie powinna przekraczać 3 krotności biletu na Viazula.
Kuba – Gdzie spać
Najlepiej w casas particulares czyli w wynajmowanych przez Kubaczyków pokojach. Jest to najtańsza i zdecydowanie najfajniejsza forma noclegownia. Nie wiem jak jest w hotelach, bo nie byłam, ale jeśli chcecie poznać prawdziwy klimat Kuby, posiedzieć z Kubańczykami, wypić z nimi mojito, posłuchać co mówią o Fidelu, to zdecydowanie taką formę noclegową polecam. Jest ona całkowicie bezpieczna. Każda casa jest zgłoszona do rejestru, każdy turysta wpisywany do książki (choć kilka razy zdarzyło nam się nocować na czarno:)) tak więc nie ma obaw. Warto też zamówić u właścicieli casy obiad. Jest on zawsze tańszy niż w restauracji, a bardzo często smaczniejszy. Każda casa ma nad drzwiami tabliczkę z niebieską kotwicą i po tym od razu można poznać, że tutaj wynajmowane są pokoje.
Kuba -Kiedy robić rezerwacje
No właśnie, to temat dość ważny, bo pewno czytając w necie różne relacje czy blogi często natkniecie się na informacje, że Kuby nie da się zaplanować, że najlepiej jechać na żywioł i planować z dnia na dzień. Jeśli macie do dyspozycji miesiąc, to oczywiście można sobie na taką przygodę pozwolić, jeśli jednak lecicie na dwa tygodnie i macie w głowie pewne miejsca, które chcecie zobaczyć to nie ma co zwlekać, tylko układać plan jak najszybciej i rezerwować casy oraz kupować bilety. Szczególnie jeśli lecicie w sezonie czyli od grudnia do marca. Oczywiście jeśli komuś nie zależy na czasie, lubi sobie pól dnia spacerować z walizkami i szukać noclegu, albo nie zależy mu czy będzie spał z karaluchami, psami czy innymi stworzonkami, to oczywiście droga wolna. Ja tam wole przyjemne i schludne miejsca, tym bardziej, ze ceny w danym mieście są mniej więcej na tym samym poziomie, a różnica w warunkach OGROMNA. Na miejscu nic nie utargujecie, no może raz się nam udało zaoszczędzić 5CUC, ale to nie są pieniądze warte zachodu. Lepiej sobie zarezerwować case za 5CUC więcej i wiedzieć, że jest fajna, czysta, że za oknem nie będzie dyskoteki i ze dostaniemy na śniadanie coś więcej niż jajka. Tak wiec kochani Kubę zalecam jak najbardziej planować, jeśli macie określony czas, wiecie dokładnie co i gdzie chcecie zobaczyć to nie widzę powodu, dla którego mielibyście tego nie robić. Nic nie stracicie, a możecie jedynie zyskać! Na całym pobycie wydacie możne 70CUC więcej za dwie osoby, a unikniecie nieprzyjemnych niespodzianek. Oczywiście casy najlepiej rezerwować z polecenia od kogoś kto był tam i spał. Ja na pewno z czystym sumieniem polecę wam trzy casy, co do reszty, to myślę, że można było w tej samej cenie coś lepszego znaleźć. A z tymi casami z polecenia od Kubańczyków, to jest jedna wielka loteria, zazwyczaj polecają się wzajemnie, maja kilka takich osób w danym mieście i dzwonią po kolei i pytają kto ma wolny pokój, tak wiec raz może się nam trafić super casa a innym razem…lepiej nie mówić… a jak już przyjedziemy na miejsce, właściciel odbierze nas z dworca, to trochę tak głupio kręcić nosem i powiedzieć, sorki nie podoba nam się, idziemy szukać czegoś innego.
Tak więc jeszcze raz REZERWOWAĆ wszystko przed wylotem na tyle wcześnie na ile się da. Gdybyśmy nie kupili wcześniej biletów lotniczych to z całą pewnością moglibyśmy zapomnieć o dotarciu do Baracoa, bo na miejscu nie było już ani jednego wolnego miejsca. Tak samo z Viazulem, nie na wszystkie dni były dostępne bilety. Za casy w większości nie trzeba płacić żadnych zaliczek, chyba ze rezerwujecie przez pośrednictwo, wtedy czasami żądają przedpłatę całości lub części. Za Viazula i bilety lotnicze płaci się od razu kartą kredytową. To tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś zadawał sobie pytanie, planować czy nie planować tej nieprzewidywalnej Kuby.
Kubie – Plaże
Każdy ma jakieś tam swoje wyobrażenia o Kubie. Ja zanim zaczęłam planować wyjazd myślałam, że skoro Kuba należy do Karaibów to na pewno jest cała pokryta rajskimi plażami takimi jak na Dominikanie. Nic bardziej mylnego. Tylko w kilku miejscach na Kubie znajdziemy piękne plaże, niczym z katalogów. Takie plaże w większości znajdują się na północy Kuby i najpiękniejsze z nich to Cayo Guillermo, Cayo Coco, Cayo Santa Maria. Na południu Cayo Largo (niestety tam tylko możemy dostać się samolotem) i w okolicach Hawany Playas del Este. Poza tym zdarzają się oczywiście gdzieniegdzie małe klimatyczne plaże, ale z tymi Dominikańskimi to nie ma co porównywać. Tak naprawdę, to na Kubę trzeba lecieć, żeby poznać kulturę, ludzi i obyczaje, a jak macie ochotę na wakacje pod palmami w hotelu all inc to zdecydowanie bardziej polecam Dominikanę.
Jedzenie
Chyba z wszystkich krajów jakie do tej pory odwiedziliśmy najgorsze i najmniej urozmaicone. Oczywiście zależy co kto lubi i co je na co dzień. My lubimy sobie smacznie zjeść. Lubimy kiedy smaki się uzupełniają, zaskakują. Na Kubie wszystko smakuje tak samo. Codziennie rano będziecie jeść jajka, albo jajka 🙂 tak, jajka sadzone, albo omlety, do tego owoce i sok. Na obiad kurczak z grilla, który jest tak naprawdę zwykłym kurczakiem z patelni, ryba i owoce morza najczęściej przesmażone/przegotowane. Wszystko ocieka dość mocno tłuszczem. Do tego sałatka, która na 14 obiadów w różnych miejscach 13 razy wyglądała identycznie! Pokrojone plasterki pomidora z jednej strony talerza, z drugiej ogórek, albo coś do niego podobnego a na środku poszatkowana biała kapusta. I ryz z fasolą. A i chipsy bananowe, te akurat dla odmiany niemal wszędzie były przepyszne.
Kuba – Fotografowanie
Nieco trudniejsze niż myślałam. W Hawanie możemy zapomnieć o jakichkolwiek portretach. No chyba, że ktoś lubi robić zdjęcia pozujących pań z cygarem. Generalnie w Hawanie jeśli tylko widzą turystę z aparatem to się odwracają, albo każą sobie zapłacić. Dlatego też nie mamy praktycznie żadnych zbliżeń. Kilka zdjęć z większych odległości (do tego niezbędny okazał się obiektyw 70-200 Nikkor f2.8) i kilka portretów osób, z którymi udało nam się nawiązać jakąś rozmowę (choć bez znajomości hiszpańskiego to nie lada wyzwanie). Zdecydowanie lepiej sprawa wygląda na wschodzie Kuby. W Baracoa i Santiago ludzie zdecydowanie bardziej przyjaźni. Sami wręcz proszą się o zdjęcia i dają adresy, żeby im je później przesłać. Tak więc jeśli, ktoś wybiera się na Kubę w celach fotograficznych, Baracoa i Okolice obowiązkowe do zobaczenia.
Kuba – Na co uważać
Generalnie Kuba to bezpieczny kraj, więc pod względem kradzieży, czy ogólnego niebezpieczeństwa na ulicach jest ok. W casach zostawialiśmy często wszystkie nasze cenne rzeczy, nigdy nic nie zginęło. Natomiast Kubańczycy mają inne sposoby wyciągania od turystów pieniędzy i warto o nich wiedzieć, żeby nie dać się nabrać. Najczęściej stosowane: Wydawanie w CUP. Jeśli płacicie w CUC to muszą wam wydać w CUC, niestety zdarza się, że wykorzystują często niewiedzę turystów i wydają w ichniejszej walucie, która jak wiadomo ma 25 krotnie niższą wartość. Warto przed wyjazdem zapoznać się z banknotami. Pomniki to CUC, ludzie to – CUP, tak najłatwiej zapamiętać. Drugi trik, to chętnie odsprzedadzą wam banknot 3 CUP z Che za 1-CUC twierdząc, że jest unikatowy oraz wycofany z obiegu. Trzeci trik – to przewodnicy, lub taksówkarze rowerowi zabiorą was chętnie do super restauracji, gdzie drink z niewyczuwalna ilością alkoholu będzie was kosztował 5CUC. Kolejny to taksówkarze, którzy podchodzą na dworcu autobusowym, oferują przejazd za niską cenę, a kiedy już wasz autobus odjedzie cena nagle zwiększa się kilkukrotnie i zostajecie na lodzie. W Trinidadzie nie polecam brania wycieczki na koniach w casie, tylko bezpośrednio u kowboja, bo właściciele cas doliczają sobie całkiem sporą marżę, czasami nawet dwukrotną. Jeśli zobaczą was z aparatem większym niż kompaktowy, mogą od was zażądać dodatkowej opłaty, za “profesjonalny sprzęt”. Często za wejście do jakiegoś baru jest pobierana opłata, niby wliczony jest w nią drink, ale jak akurat nie masz na niego ochoty, tylko na wodę, to reszty ci nikt nie wyda.
Kuba – Ceny
Jednym słowem, zupełne nieadekwatne do jakości. Oczywiście rozumiem, że to biedny kraj i tak naprawdę, oni żyją jedynie z turystów, ale niektóre ceny były naprawdę z kosmosu. Absolutnie nie oczekuję, że ktoś mi coś da za darmo, ale ceny jedzenia w restauracji na poziomie europejskim, kiedy tak naprawdę francuskiemu, czy włoskiemu jedzeniu nie dorasta nawet do pięt, to trochę przesada. Tak samo bilety wstępów do różnego rodzaju atrakcji/muzeów. Wiadomo, że atrakcji nie ma co porównywać, bo to co znajdziemy na Kubie nie znajdziemy w Paryżu, ale jednak często podawana kwota szokowała. Najdroższe z wszystkiego jest przemieszczanie się, samolot, taksówki oraz wynajem samochodów. Nam się udało akurat zawsze podróżować w 4 osoby i te koszty trochę się rozkładały, ale i tak transport pożarł największą część budżetu. Nasze wydatki na parę za 14 dni: bilety lotnicze na Kubę – 800 euro, bilety lotnicze wewnętrzne – 300 euro, taksówki+autobus – 400 CUC, noclegi – 350CUC, jedzenie+picie – 700CUC, wstępy+przewodnik+wycieczki+inne wydatki – 400CUC co w sumie daje kwotę ok 3 tyś euro za parę.
Przykładowe średnie ceny na Kubie:
nocleg na prywatnej kwaterze (casa particular) 25-30 CUC w Hawanie , 20-25 CUC na prowincji
wynajem samochodu: od 80 CUC za dzień, plus ubezpieczenie i kaucja
litr paliwa: 1 CUC
autobus Hawana – Trinidad: 25 CUC
autobus Santiago de Cuba – Trinidad: 33 CUC
taksówka z lotniska do centrum Hawany: 20-30 CUC
wejście do muzeum: 1-9 CUC
1,5 litra wody butelkowanej: 1-1,5 CUC
piwo lub napój gazowany w puszce 0,33l: 1 CUC
ceny w restauracjach od 10-25 CUC za danie, w zależności od standardu restauracji
ceny posiłków na kwaterach: śniadanie 3-5 CUC, obiad 7-10 CUC
butelka rumu od 4 CUC -6 CUC
drink na bazie rumu w kawiarni/restauracji od 3 CUCchleb: 3 peso
sok ze owoców lub napój mleczno-owocowy: 1-3 peso
kawa: 1-3 peso
kanapka z serem/szynką: 5-15 peso
mała pizza z serem/szynką: 10-20 peso
piwo: 10 peso
owoce, warzywa: 2-20 peso
Przydatne linki -planując naszą podróż na Kubę posiłkowałam się kilkoma blogami/stronami, podaje wam linki może się wam przydadzą:
http://cuba-miamor.blogspot.nl/
http://simplicite.pl/przewodnik-bardzo-subiektywny-kuba-czesc/ http://olazplecakiem.blogspot.nl/ http://www.tuitam.net/category/kuba/ http://holidaycuba.blogspot.nl/ http://www.cubaccommodation.com/ (tutaj rezerwowaliśmy casę i kupowaliśmy bilety lotnicze do Baracoa) http://www.viazul.com/ (tutaj kupicie bilety na autobus, żeby to zrobić trzeba się zalogować) Swoje wrażenia z Kuby opisała również Agnieszka, zajrzyjcie koniecznie: Taste and Travel. No i na zakończenie tradycyjnie filmik z ulubionymi zdjęciami 🙂 Pamiętajcie, żeby przełączyć na HD, dla należytej jakości 🙂 Miłego oglądania 🙂 Relację z Kuby dzień po dniu znajdziecie tutaj: KLIK
To chyba jedno z najczęściej zadawanych mi pytań. Dostaje je tak często, że postanowiłam wreszcie napisać o tym posta. BTW w ankiecie chyba też ktoś o to prosił. Zobaczcie jak pięknie spełniam wszystkie wasze życzenia 🙂 Prosicie i macie 🙂 A tak na poważnie, to wiele osób, które jeszcze nie było na Karaibach ma z tym problem. A odpowiedź w zasadzie jest banalnie prosta. Koniecznie trzeba zobaczyć oba miejsca 🙂 Nie pomogłam? No dobra, to teraz już całkiem na poważnie, bo rozumiem, że to pytanie zadają głównie osoby, które właśnie wybierają się na wakacje i nie mogą się zdecydować na konkretny kierunek. Postaram się wam zatem pomóc. Przede wszystkim wszystko zależy od tego po co jedziecie na wakacje. Tak jak już kiedyś pisałam wam w Poradniku o Kubie wiele osób myśli, że skoro Kuba leży na Karaibach i jest praktycznie rzut beretem od Dominikany to, że jest tak samo porośnięta gajami palmowymi i że białe, piaszczyste plaże ciągną się kilometrami. No niestety, tutaj muszę was rozczarować. Kuba i Dominikana to dwa różne światy. I to nie tylko pod względem plażowym, ale praktycznie pod każdym innym.
Dla kogo zatem Dominikana?
Od kilku tygodni, a może miesięcy nie marzysz o niczym innym jak położenie się na wygodnym leżaku, najlepiej na pięknej piaszczystej plaży, gdzieś pomiędzy jedną palmą, a drugą. Nie masz ochoty na codziennie przemieszczanie setek kilometrów, spanie w prymitywnych warunkach, czy codziennie jedzenie jajek na śniadanie. Nie myślisz o niczym innym jak odespanie ostatnich ciężko przepracowanych miesięcy. Chcesz zatonąć w powieści ulubionego autora, którą kupiłeś już dawno temu, ale do tej pory nie miałeś okazji jeszcze przeczytać. Najlepiej, żeby nikt ci nie przeszkadzał, ani nie przerywał, no może jedynie kelnerka z kolejnym zimnym drinkiem 🙂 Jak już odpoczniesz, odeśpisz i zrelaksujesz się na maksa, może przyjdzie ci ochota na jednodniową wycieczkę organizowaną przez hotel. Na Saonę, katamaranem, z drineczkim w ręce, na miejscu obiad z langusty? Czemu nie. Ale tłuc się całą noc autobusem, z klimą, której nie da się wyregulować, do jakiejś wsi, gdzie żeby coś zobaczyć trzeba znowu cały dzień przemaszerować. Nie, nie…zdecydowanie bardziej wolisz, powiew świeżej bryzy i bujanie się na hamaku, nie dalej jak 5 metrów od baru. O nie! Odległość właściwie nie ma znaczenia, bo pani kelnerka przyjdzie to ciebie z kolejnym zimnym drinkiem jak tylko dostrzeże, że wziąłeś ostatniego łyka 🙂 Masaż? O! czemu, nie? Na plaży przy akompaniamencie szumiących fal, czy w romantycznym SPA przy dźwiękach relaksacyjnej muzyki? W zasadzie wszystko jedno, byle w końcu spięte mięśnie szyjne wreszcie się rozluźniły. Lubisz, kiedy wchodząc do restauracji, wita cię serdeczny uśmiech, który jest w stanie zrobić dla ciebie wszystko, aby twoje wakacje w raju, były dokładnie takie jak sobie wymarzyłeś 🙂 W takim razie wybór jest jasny, Dominikana to twoje miejsce na ziemi, możesz spokojnie rezerwować bilety 🙂
[sociallocker]
Dla kogo Kuba?
Nie potrafisz usiedzieć w miejscu? Uwielbiasz aktywny wypoczynek? Fajne plaże są dla ciebie ok, ale tak max na 3 dni, potem cię nosi i zaglądasz pod każdego palmowego liścia w nadziei, że znajdziesz coś czego jeszcze przez ostatnie 3 dni nie widziałeś. Nie przepadasz za hotelowymi leżakami ułożonymi jeden obok drugiego, bufetem szwedzkim i tabunami turystów na plaży. Najchętniej uciekasz w miejsca, gdzie jest cisza, spokój, ty i co najwyżej ptaków śpiew. Nie straszne ci są długie podróże mało komfortowymi środkami transportu. Kilkanaście godzin w autobusie, to żaden problem, byleby uciec jak najdalej od stąpających ci po odciskach turystów. Na wakacje jedziesz głównie po to aby poznać ludzi, ich kulturę, obyczaje, ich prawdziwe życie. Lubisz wieczorami posiedzieć i posłuchać ich opowieści. Lepsze to zdecydowanie niż oglądanie śmiesznych animatorów w hotelach. Uwielbiasz obcować z przyrodą. Całodniowe wędrówki do donikąd mógłbyś uprawiać codziennie, byleby po drodze były zapierające dech w piersiach widoki. Uwielbiasz fotografować ludzi, klimatyczne miasta oraz zabytkowe samochody. Kochasz jeść jajka w każdej postaci 🙂 Jeśli na większość pytań odpowiedziałeś tak, to znaczy że Kuba to właśnie miejsce dla ciebie. Tylko uważaj, bo wykupując wycieczkę w biurze podróży na 14 dniowy pobyt w Varadero, możesz otrzymać dokładnie coś odwrotnego 🙂
Byliście kiedyś na Kubie albo na Dominkanie? Jeśli tak to podzielcie się koniecznie spostrzeżeniami. A jeśli nie dajcie znać, która z tych wysp leży bliżej waszego serca 🙂
Jeśli spodobał ci się post i uważasz, że zawarte w nim informacje mogą przydać się innym udostępnij go,
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Japonia.
Tokio jest tak ogromne, że można tutaj bez problemu spędzić miesiąc czasu i wciąż za każdym rogiem będzie czekać na nas jakaś niespodzianka. Jakieś wielkie wow! Jakieś zaskoczenie. Przygotuj się na to, że już pierwszego dnia zgubisz się na sam widok mapy metro, która wygląda jak duży talerz pełen spaghetti. Później utoniesz w morzu niedorzeczności, które będą spływać na ciebie każdego dnia. A jeśli wybierzesz się w trakcie hanami, to prawie na pewno dostaniesz zawrotu głowy od ilości kwitnących wiśni 🙂 Jeśli lubisz sushi to twoje kubki smakowe będą codziennie tańczyć czacze z radości! Więcej niż pewne, że po kilku dniach zwiedzania będziesz miał taki ból w stopach od chodzenia, ze będziesz cieszyć się jak dziecko, kiedy w końcu usiądziesz w shinkansenie do Kioto. Jedno jest pewne, nie ma tutaj miejsca na nudę. Każdy znajdzie dla siebie coś odpowiedniego.
To jakie jest to Tokio?
Bardzo różne
Często zaskakujące, czasami niepojęte. W podziemiach metra bardzo tłoczne, w innych miejscach puste, spokojne i bardzo ciche. Jednego dnia myślisz, że wszystko jest tutaj przemyślane i poukładane, drugiego dnia łapiesz się za głowę i zastanawiasz gdzie tu sens i logika. To wszystko sprowadza się na pewno do tego że jest bardzo ciekawie i zaskakująco. Na pewno trzeba znaleźć się w Tokio chociaż raz w życiu.
Czyste
Słowo czyste przybiera w Tokio innego wymiaru. Tam jest sterylnie czysto! Można jeść z ziemi. Nie żartuję. To najbardziej czyste miasto jakie w życiu widziałam. Lotnisko, stacje metra, pociągi, ulice, parki, hotele, wszędzie! Nie spotkaliśmy, ani jednego papierka na drodze. A najlepsze jest to, że tam nie ma praktycznie w ogóle koszy na śmieci. Jak coś zjesz, to zabierasz ze sobą papierek i w domu segregujesz. Czasami zdarzały się kosze na śmieci przy automatach z piciem. Ale naprawdę trzeba się mocno naszukać, żeby je znaleźć. Jak widać, to skuteczna metoda!
Zorganizowane
Już na lotnisku, można było zauważyć, że wszystko działa jak w zegarku. Piękna kolejeczka do kontroli paszportowej, szła jak po maśle. Wystarczająca ilość stanowisk. Obsługa bardzo sprawna. Niby staliśmy w długiej kolejce, ale nawet się nie obejrzeliśmy, a już składaliśmy odciski palców. Na ruchomych schodach, wszyscy stoją po prawej stronie, lewa strona jest dla tych którzy się spieszą. Wszyscy tej reguły bardzo przestrzegają.
Zakolejkowane
Kolejki są dosłownie wszędzie. Nie ma przepychania, się, wyprzedzania, podchodzenia gdzieś z boku. Każdy zna swoje miejsce i go pilnuje. Czy to stojąc w kolejce to pociągu, metra, autobusu, czy do restauracji. Tak, nie przesłyszeliście się. Najwięcej czasu w kolejkach spędziliśmy czekając na stolik do szamania. Szczególnie wieczorową porą kiedy wszystkie białe kołnierzyki wracają z pracy, muszą coś zjeść, wtedy przed każdą (dobrą) restauracja tworzą się kolejki. Spowodowane jest to, tym, że restauracje są maleńkie, często mają dosłownie 5-6 miejsc przy barze i po prostu trzeba swoje odstać w oczekiwaniu na stolik ( a właściwie na krzesło :)). Najdłużej staliśmy 1,5h.
Skomplikowane
Oj tak, szczególnie jeśli chodzi o transport. To jest chyba zmora każdego turysty, który przyjeżdża do Tokio dostaje mapkę z rozrysowanymi liniami metro, autobusów, pociągów, innych autobusów i innych pociągów i jeszcze innego metro. Tak, tak, pomieszanie z poplątaniem. Znaleźć wyjście ze stacji to jest jakaś masakra. Pewnego razu, chcieliśmy wyjść ze stacji głównej, żeby wziąć autobus do hotelu. Przez ponad godzinę szukaliśmy właściwego wyjścia i najgorsze jest to, że nikt nam nie umiał pomóc.
Pyszne
Jedzonko mają pierwsza klasa. Szczerze mówiąc, byliśmy bardzo miło zaskoczeni różnorodnością japońskiej kuchni. Marcel bał się trochę, że przez 18 dni będzie skazany na rybę, a tu miła niespodzianka, bo chyba częściej niż ryby jedliśmy tam mięso, i to jakie mięso! Zdecydowanie najlepsze, jakiego mieliśmy okazję skosztować! 🙂 Kuchnia Japońska jest bardzo zróżnicowana, mają ogromne ilości potraw, o których nigdy wcześniej nie słyszałam, a które często były mniam mniam.
Zadziwiające
Pamiętam jak dziś, kiedy po raz pierwszy nasza noga stanęła na dworcu. Poszliśmy coś zjeść. Stanęliśmy przed witryna restauracji, na której były wystawione wszystkie potrawy jakie restauracja serwowała. Najpierw przez minutę patrzyliśmy na te dania, potem na siebie i zastanawialiśmy się, kto normalny robi wystawę z jedzenia. Czy oni to wymieniają codziennie? Nie! To jedzenie jest plastikowe, ale tak zrobione, że można sobie dać głowę uciąć, że ten ramen spoglądający na nas z witryny jest żywy, nawet oczka tłuszczu pływały po nim.
Pulsujące
Idąc ulicami Tokio, z każdej strony coś do nas mruga, coś pulsuje, coś przykuwa uwagę. Czasami nie wiadomo na co patrzeć. Szyld goni szyld, jeden zasłania drugi, czasami jak się czegoś szuka to trzeba się mocno skupić, żeby w tym gąszczu szyldów i migających reklam znaleźć coś co nas interesuje.
Rozrywkowe
Oj tak, Japończycy zadbali i to, żeby nikt w Tokio się nie nudził. Bez względu na to, czy będziecie tam tydzień, czy miesiąc codziennie można znaleźć inne rozrywki. Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Zbudowali w tym celu nawet specjalna dzielnicę, która nazywa się Odaiba. Znajdziecie tam: Park Wodny, Olbrzymie Diabelskie Koło, galerię z wystawą samochodów Toyota Mega Web, galerię dzieł sztuki cyfrowej – teamLab Borderless – naprawdę polecam, robi wrażenie, Legoland, ageHa – największy klub nocny w Tokio, Pływający bar Jicoo – ultranowoczesny statek wycieczkowy Himiko, jest tam też całe mnóstwo sklepów oraz centrów handlowych.
Zatłoczone
Mnóstwo neonów, gwar i morze ludzi, które przelewa się przez najbardziej zatłoczone skrzyżowanie na świecie. Znajduje się ono w centralnym punkcie handlowo-rozrywkowej dzielnicy Shibuya. W ciągu godziny, przechodzi tam ponad 100 tyś ludzi, a podczas jednej zmiany świateł nawet 3 tysiące. Z góry wygląda to trochę jak duże mrowisko 🙂 o dziwo nikt na siebie nie wpada, ruch odbywa się bardzo sprawnie, jedynie turyści czasami zatrzymują się na środku, żeby zrobić zdjęcie czy nakręcić film.
Inspirujące
Tokio jest bardzo inspirującym miejscem. Przechadzając się ulicami miast można zaobserwować, wiele ciekawych sklepów czy wstaw. Najbardziej jednak w tym mieście zainspirowała mnie architektura. Nowoczesność oraz prostota połączona z tradycją. To właśnie tam, znalazłam inspirację do naszej łazienki. Nie ma się zatem czemu dziwić, że wybitni Polscy projektanci, jak np. Maciej Zień również inspirował się tym miastem do tworzenia kolekcji Tokio dla marki Tubądzin
Męczące
Niby sieć metra, pociągów i autobusów w Tokio jest super rozwinięta, ale mimo to codziennie pokonywaliśmy po 25 kilometrów na nogach. Za każdym razem, kiedy musieliśmy gdzieś dotrzeć to mało kiedy, mogliśmy wysiąść w pobliżu i wejść do środka, zawsze trzeba była dojść z kilometr czasami nawet dwa. Często nawet przesiadając się z jednego metra do drugiego, albo na pociąg też trzeba się ponad kilometr przespacerować. Jednym słowem, po 3 dniach byliśmy tak zmęczeni jakbyśmy jakiś maraton przebiegli.
Irytujące
Jeszcze nigdy w życiu, żadne miejsce na świecie mnie tak nie irytowało. Główny problem polegał na tym, że praktycznie z nikim nie można było się tam dogadać po angielsku. Bariera językowa potrafi mocno utrudnić podróżowanie. Irytujący są Japończycy sami w sobie. Ta ich przesadna uprzejmość. Jeszcze miesiąc po powrocie słowo Arigatō (dziękuję), dźwięczało mi w uszach. Irytujący jest skomplikowany transport oraz brak przystanków przy wielu atrakcjach turystycznych. No i chyba najbardziej irytowało mnie stanie w kolejce do restauracji, kiedy człowiek po całym dniu chodzenia był mega zmęczony, chciał coś zjeść, a tu wszędzie kolejki. Często zdarzało się, że nam mówili, że nas już nie przyjmą bo np. ryż się skończył. WTF, jak w Japońskiej restauracji, może się skończyć ryż????
Ślub na Dominikanie? Dlaczego nie? To jest prostsze niż wam się wydaje 🙂 Ponieważ kilka osób pytało jak taki ślub zorganizować od czego zacząć, pomyślałam, że napiszę na ten temat oddzielnego posta. Kto wie, może komuś się przyda 🙂 Dzięki mojej pomocy już sześć osób wzięło ślub w tym pięknym miejscu 🙂 Bardzo więc możliwe, że ta liczba się jeszcze zwiększy 🙂 Myślę, że jest dużo takich par, które chciałyby ten wielki dzień spędzić w jakiś szczególny sposób, ale brakuje im po prostu odwagi, żeby to zrobić. Poza tym dokonanie wyboru pomiędzy tradycyjnym weselem, a ślubem we dwoje w jakimś wyjątkowym dla nas miejscu, to nie lada wyzwanie. Pewno gdybym sama stanęła przed takim wyborem, miałabym problem. Na szczęście my nie musieliśmy wybierać. W lutym wzięliśmy ślub cywilny na Dominikanie, a w czerwcu ślub kościelny w Polsce z całą rodzinką i najbliższymi znajomymi 🙂
Jeśli już podjęliście decyzję o ślubie we dwoje, należy się zastanowić gdzie ten ślub się odbędzie. U nas padło na Karaiby, ale rozważaliśmy wiele opcji. Począwszy od wysp greckich takie jak Santorini, przez Malediwy, Seszele, Mauritius, Curasao czy Sri Lankę. Jedno było pewne, miała to być plaża. Oczywiście, każdy ma swoje marzenia i powinien za nimi podążać. Ślub cywilny można tak naprawdę wziąć wszędzie. W górach, w lesie, albo nad rwącą rzeką. Nie wiem jak jest na dzień dzisiejszy z Malediwami, ale w momencie kiedy my się interesowaliśmy tematem, nie był on uznawany w Polsce za ważny. Mauritius i Seszele odpadły głównie ze względu na cenę. Być może teraz w dobie tanich biletów lotniczych różnica nie jest tak drastyczna, wtedy koszty były niemal dwukrotne wyższe w porównaniu z Dominikaną. Co ciekawe koszt ślubu na Santorini był również w podobnej cenie jak ślub na Dominikanie, dlatego też rajskie plaże wygrały 🙂
Wpływ na wybór miejsca powinien mieć również miesiąc w którym planujemy tę wielką uroczystość. Jak wiadomo nie wszystkie miesiące są idealne na ślub na Dominikanie, ze względu na porę deszczową. I choć nie ma tutaj jakiejś reguły, bo nawet w porze suchej potrafi tam padać przez kilka dni, czego doświadczyliśmy na własnej skórze, to mimo wszystko wzięłabym to pod uwagę. Najmniejsze prawdopodobieństwo opadów na Dominikanie to miesiące od listopada do marca. Dlatego jeśli planujecie ślub w wakacje, lepiej wybrać jakieś inne miejsce, albo dostosować termin ślubu do pory suchej na Karaibach.
Kolejny krok to decyzja, gdzie uroczystość powinna się odbyć. Tak naprawdę mamy dwie opcje. Albo zdamy się na hotel, który zorganizuje nam ten dzień na przyhotelowej plaży, albo na agencję, która zorganizuje nam uroczystość na dzikiej plaży z dala od tłumów plażowych gapiów. No właśnie. Tutaj trzeba dobrze się zastanowić, na czym tak naprawdę nam zależy, bo zwykle przeglądając piękne zdjęcia z hotelowych folderów widzimy piękną parę samotnie spacerującą po plaży, czy też pięknie nakryte stoły na zupełnie pustej plaży. Rzeczywistość jest niestety często zupełnie inna. Mało który hotel ma wydzieloną część plaży, na której odbywa się uroczystość, co często powoduje, że zamiast romantycznego ślubu we dwoje, mamy wokoło kółeczko gapiów w strojach kąpielowych, którzy biegają z telefonem z każdej strony, żeby tylko zrobić jakąś fotkę. Widziałam takich ślubów wiele, i zdecydowanie nie chciałabym w takim kółeczku się znaleźć. Tak więc jeśli już by się zdarzyło, że ktoś zdecyduje się na ślub w hotelu, to dowiedzcie się dokładnie co i jak, żeby później nie było wielkiego rozczarowania.
Zdecydowaliście się na ślub w cichym i ustronnym miejscu? No to pora na wybranie firmy, która wam ten piękny ślub zorganizuje. Myślę, że w Punta Cana jest ich co najmniej kilka. My od razu trafiliśmy do właściwej. Jakoś tak się poskładało, że najpierw znaleźliśmy fotografkę, która nam poleciła tę firmę i to na nich się zdecydowaliśmy. Firma się nazywa Val Weddings. Tutaj namiary na ich FP KLIK. Tam najlepiej kontaktować się z Valery, bardzo sympatyczna dziewczyna. Kontakt w języku angielskim. Najlepiej poprosić o ofertę. Dostaniecie zapewne kilka do wyboru. Różne pakiety, różne plaże, dodatki typu karaibskie trio, biały koń, żywe kwiaty itd. Nie wiem jak są ceny teraz, my płaciliśmy 1300$ za pakiet podstawowy, plus dodatki: koń, trio, owoce, kwiaty coś ok 500$.
EDIT: maj 2017. Kochani niestety Valery wróciła do Kanady i już nie organizuje ślubów na Dominikanie 🙁 Rozmawiałam kilka dni temu z naszą fotografką Julią Eskin i ona teraz współpracuje z inną firmą. Tutaj macie namiary na tę firmę: Dos Bananas.
Fotograf – wydawałoby się, że zrobienie pięknych fotek w tak cudownym miejscu, to żadna filozofia i że każdy kto nazywa siebie fotografem powinien je umieć zrobić. Sprawa jednak jest bardziej skomplikowana. Poziom usług fotograficznych na Dominikanie niestety do wysokich nie należy. Szybko okazało się że naprawdę ciężko znaleźć kogoś, kto sprostałby naszym wymaganiom. Na szczęście trafiliśmy na Julię Eskin, która robi cudowne fotki. Zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia. Julia jest przesympatyczną osóbką. Współpraca z nią i jej mężem to sama przyjemność. Koszt 5h sesji ślubnej na dzień dzisiejszy to 1200$. Druga opcja jest taka, że my od kilku lat sami fotografujemy śluby i możecie nas ze sobą zabrać 🙂 Nasze portfolio znajdziecie tutaj: Fotograf na Dominikanie. W razie pytań piszcie na info@marylafossen.nl
Jeśli zaplanowaliście już wszystkie szczegóły dotyczące ślubu, czas aby rozejrzeć się za sukienką i jakimś odzieniem dla swojego wybranka. Przy wyborze sukienki polecam zwrócić uwagę na następujące rzeczy. Fason – no umówmy się, że beza średnio pasuje na ślub na plaży. Poza tym nie chciałbym się topić w kilkuwarstwowej sukni na 35 stopniowym upale przez pięć godzin. Sukienkę musimy jakoś ze sobą zabrać, więc im mniej miejsca nam zajmie tym lepiej. Ja swoja miałam w walizce w bagażu podręcznym, ale moja była leciutka, coś ponad 1,5 kg do tego była z niegniotącego się materiału więc była idealna. Strój dla wybranka też powinien być przemyślany. Wiem, że to wasz ślub, ale na litość boską nie wciskajcie swoich facetów w garnitury. Każdy może mieć tutaj oczywiście swoje zdanie, ale jeśli decydujecie się na taki ślub na luzie, wy też na tym luzie powinniście być. Naprawdę nie mogę się nadziwić, jak można stąpać po piasku w czółenkach i nie daj boże w czarnym garniaku. Ani to ładne, ani wygodne. Poza tym ciemne kolory nie wygadają fajnie na tle lazurków 🙂
To byłoby chyba na tyle. Mam nadzieje, że o niczym nie zapomniałam. W razie czego piszcie, pytajcie. Chętnie pomogę 🙂
Edit: Od naszego ślubu minęło prawie 6 lat. Wiele od tego czasu sie zmieniło, dziś sami fotografujemy śluby 🙂 Tak więc jeśli palnujecie ślub na Dominikanie, ślub na Seszelach, lub gdziekolwiek indziej i szukacie dobrego fotografa to piszcie do nas, chętnie wybierzemy się z wami. Ponieważ sami dużo podróżujemy, wy pokrywacie jedynie koszty sesji a my koszty całej podróży. Wiecej informacji na ten temat znajdziecie tutaj: Fotograf ślubny za granicą.
Dziś kochani jest szczególny dzień 🙂 Dzień zakochanych 🙂 Na pewno wasi ukochani, już od rana zasypują was całusami, pięknymi czerwonymi różami, czekoladkami i innymi niespodziankami 🙂 Ja też mam dla was niespodziankę 🙂 Bo dla nas ten dzień jest nie tylko dniem zakochanych, to także nasza druga rocznica ślubu cywilnego na Dominikanie 🙂 Skąd pomysł na taki ślub? Odkąd pamiętam zawsze marzył mi się ślub na pięknej, najlepiej dzikiej plaży. Ale tak to czasami w życiu bywa, że często o naszych marzeniach zapominamy. Kiedy padło hasło ślub – od razu, zarezerwowaliśmy miejsce, znaleźliśmy fotografa, zespół itd. Dopiero pół roku przed ślubem przeglądając zapewne jakieś strony z inspiracjami ślubnymi natrafiłam na pewną agencję, która wchodziła dopiero na rynek i chcąc rozpromować swoje usługi, właśnie dotyczące organizacji ślubów za granicą, zorganizowała konkurs. Trzeba było wysłać wspólne zdjęcie z wakacji i para, która uzyskała największą ilość głosów mogła wygrać ślub na Santorini. Jak się pewno domyślacie, mimo wszelkich starań znajomych, którzy całym sercem zaangażowani byli w konkurs, nie udało nam się wygrać. Ale wtedy właśnie obudziło się we mnie uśpione marzenie, które postanowiłam za wszelką cenę zrealizować. Od razu zaczęłam wertować oferty rożnych biur, które zajmują się organizacją takich ślubów. Niestety ceny jakie otrzymywaliśmy w ogóle nie wchodziły w rachubę, tym bardziej, że właśnie oszczędzaliśmy na ślub kościelny. Postanowiłam zatem, że zorganizujemy sobie ten ślub sami. Bez niczyjej pomocy. Ile ja wtedy godzin spędziłam w internecie, ile się naszukałam, ile maili nawysyłałam, ile nocy nie przespałam to wiem tylko ja. I choć w pewnym momencie nie wiele wskazywało na to, żeby moje marzenie miało się spełnić, to jednak się udało 🙂 Po długich poszukiwaniach znalazłam firmę na Dominikanie, która w rozsądnej cenie zorganizowała nam przepiękny ślub na dzikiej plaży. Znalazłam też wspaniałą fotografkę, która uwieczniła dla nas te piękne chwile. No i w końcu dzięki pomocy zaprzyjaźnionego biura, udało nam się znaleźć przepiękny, romantyczny hotel w bardzo promocyjnej cenie. W niecały miesiąc udało nam się wszystko pozałatwiać i pozostało już czekanie na ten wyjątkowy dzień. Niestety dwa tygodnie przed wylotem mój ukochany zerwał sobie na treningu ścięgno Achillesa i nasz wyjazd stanął pod wielkim znakiem zapytania. Normalnie zerwane ścięgno=gips na 6 tygodni i leżenie w łóżku, ale kiedy lekarz usłyszał, że za dwa tygodnie pobieramy się na Dominikanie, zaproponował operację i zszycie ścięgna. Dwa tygodnie unieruchomienia i kontrola, czy wszystko przebiega bez komplikacji. Wylot mieliśmy w piątek w godzinach nocnych, a rano czekała nas wizyta w szpitalu i decyzja czy możemy lecieć. Wszystko gotowe, walizki spakowane, suknia na wieszaku, klapki z napisem Just Married i ta niepewność. Największy koszmar w moim życiu. Na szczęście wszystko zrastało się prawidłowo, Marcelowi założono specjalny obcas, usztywniono nogę i mogliśmy ruszać. Co prawda o kulach, bo nie mógł się przez kolejne dwa tygodnie opierać na nodze, ale mogliśmy jechać 🙂 Jhuuu!
Jak przebiegał ślub pisać nie będę bo pewno po takim długim wstępnie i tak już nikt dalej nie będzie czytał 🙂 Zostawiam Was z całą masą zdjęć i krótkim filmikiem który opowie wam wszystko 🙂
Jeśli klikniecie w poniższy link przeniesiecie się na kilka minut do raju 🙂 Czeka tam na was dużo większa porcja fotek. Nie wrzucam filmiku tutaj, bo jakość od razu się pogarsza. Zapraszam i miłego dnia wszystkim moim wspaniałym czytelnikom życzę 🙂Slub M&M Dominikana
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Dubaj.
Dziś będzie mało zdjęć, za to dużo tekstu. Prawdopodobnie będzie to jeden z trudniejszych tematów jaki poruszę, dlatego nie wspominałam o tym w relacji, pomyślałam, że ta sprawa zasługuje na oddzielny post. Opisując nasze wyprawy staram się zawsze przekazywać wam obiektywne informacje o danym miejscu, nie rozpływam się nad wszystkim jak leci, jak mi się coś nie podoba albo jest mocno przereklamowane to po prostu wam o tym piszę. Po co macie się na miejscu rozczarować. Tak też będzie z Dubajem, tylko tutaj sprawa jest większej wagi. Dubaj to miasto przyszłości, które na pewno warto chociażby raz zobaczyć, natomiast zanim się tam wybierzecie, powinniście wiedzieć to czego ja wyjeżdżając nie wiedziałam. To o czym wiedziałam to fakt, że Dubaj jest obecnie najszybciej rozrastającym się miastem na świecie. Pełen placów budowy na których robotnicy gorączkowo wznoszą największe i najgłębsze konstrukcje świata. Raj dla każdego biznesmena, bo nie płaci się tutaj podatków. Przy realizacji projektów wartych 100 mld dolarów pracuje tam w tym momencie 50% dźwigów świata. Pierwsze co przychodzi człowiekowi do głowy, to to, że zapewne ludzie, którzy pracują przy takich wielkich i wypasionych projektach muszą zarabiać dobre pieniądze. I niewątpliwie, wiele osób te pieniądze zarabia. Architekci, inżynierowie i menagerowie z całą pewnością nie mają się źle. Jednak ktoś potem musi te budynki zbudować. I nie jest to na pewno szejk, on co najwyżej może za to zapłacić. Kto zatem wybudował te wszystkie wspaniałe drapacze chmur?
Zanim zrobiłam poniższe zdjęcie, na którym widzicie kilku robotników po skończonej pracy zapytałam stojącego obok człowieka, wyglądającego na kierownika budowy czy nie ma nic przeciwko. Z uśmiechem na ustach powiedział, oczywiście Ma’am, cyknęłam fotkę i poszłam dalej nie zastanawiając się zupełnie nad tym czy ci pracownicy mieli ochotę na to zdjęcie czy nie. Wieczorem na spotkaniu z naszymi znajomymi, którzy mieszkają tutaj od lat (dla uściślenia nie są to Arabowie) usłyszeliśmy mrożącą krew w żyłach historię o ciemnej stronie Dubaju. O czymś o czym się głośno nie mówi, nawet specjalnie nie pisze. W internecie udało mi się po powrocie znaleźć jedynie kilka głębszych artykułów w języku angielskim i jakieś niewielkie wzmianki na kilku blogach, które piszą o życiu w Emiratach. Kim są zatem robotnicy wznoszący te wszystkie zapierające dech w piersiach wieżowce? To głównie ludność napływowa z Indii, Pakistanu, Bangladeszu czy Sri Lanki. Jak wiadomo życie na półwyspie indyjskim do najłatwiejszych nie należy. Bardzo trudno tam o pracę, a rodziny do utrzymania całkiem spore. Dlatego też mężczyźni łapią się każdej okazji, a wyjazd do pracy w Dubaju wydaje się być wręcz zwrotami do nieba. W Bangladeszu powstało wiele pośrednictw pracy, które „pomagają” robotnikom w załatwieniu pracy na budowie w Dubaju. Przedstawiając warunki pracy, opwiadają o tym jaki to Dubaj piękny, obiecują zarobki w wysokości 800 euro na miesiąc, pracę o 9-17, wspaniałych warunkach mieszkaniowych, pysznym jedzeniu i dobrym traktowaniu pracowników. Kto by nie chciał takiej pracy? Warunek jest tylko jeden trzeba załatwić wizę pracowniczą, która niestety tania nie jest. Po przeliczeniu ok 3 tyś euro, ale w sumie biorąc pod uwagę, że po 4 miesiącach ta kwota się im zwraca, to nadal jest to wspaniała perspektywa. Ludzie sprzedają ziemię, zapożyczają się, żeby tylko dostać się do raju.
Żegnają się ze swoimi rodzinami, zostawiając je najczęściej na dłużej niż się tego spodziewali, bo zaraz po przylocie do Dubaju, firma budowlana zabiera im paszport. Kiedy dowiadują się, że będą pracować po 14 godzin dziennie, 7 dni w tygodniu przy 50 stopniach, za 200 euro, czyli 1/4 stawki którą im obiecywano, czar o raju pryska, a ich życie zamienia się w jeden wielki koszmar. Mogą nie przyjąć pracy, ale za co wrócą do kraju? Nie mają paszportu, ani pieniędzy na bilet powrotny, więc nie maja też innego wyjścia. Zostawili swoją rodzinę, żonę, dzieci, którzy czekają na pierwsze pieniądze, a oni żeby tylko odrobić dług zaciągnięty na dostanie się tutaj, będą pracować 2 lata. W tym momencie zaczyna się ich życiowy koszmar. Zawożą ich do mieszkania, gdzieś na pustyni, które okazuje się być starym barakiem z małą, betonową, wąską celą z trzypiętrowymi łóżkami. Śpią po 11 osób w jednym małym pomieszczeniu, bez klimatyzacji, bez wentylatorów. W rogu pokoju znajduje się toaleta, z której przy pustynnych upałach wydobywa się okropny smród. W takich warunkach nie da się zmrużyć oka. Całą noc pocą się i drapią. W środku lata, kiedy temperatury sięgają 55-60 stopni, śpią na podłogach, dachach, wszędzie gdzie mogą doznać chociażby jakiegokolwiek powiewu wiatru. Woda dostarczana jest do baraków w dużych białych kontenerach, prawdopodobnie nie jest dokładnie przefiltrowana, bo czuć posmak soli. Wielu z nich w związku z tym choruje, ale i tak wszyscy ją piją, bo do innej wody nie mają dostępu. A jaka jest sama praca? Podobno najgorsza na świecie. Muszą nosić 50 kilogramowe przedmioty, worki z cementem w największych upałach. Turystom w temperaturach letnich nie zaleca się przebywać dłużej na powietrzu jak 5 minut, a oni pracują po 14 godzin. Po tym jak przy pracy w takich upałach zmarło wiele osób, wprowadzono zakaz wykonywania prac powyżej 55 stopni Celsjusza. W takich upałach pot spływa po nich strumieniem przez cały dzień, do tego stopnia, że nawet nie sikają bo nie mają żadnej wody w organizmie. Z wycieńczenia kręci się im w głowie. Pomimo upału i zmęczenia nie mogą nawet na chwilę odpocząć, mają tylko jedną godziną przerwę na lunch. Jeśli ktoś zgłosi, że jest chory, nie dostaje za ten okres pieniędzy, w związku z czym musi dłużej pracować, żeby odrobić swoje długi. Po pracy są od razu pakowani do pracowniczych autobusów, tak żeby przypadkiem nie mieli kontaktu z żadnymi turystami. Autobusy są oczywiście bez klimatyzacji.
Czy są źli? Możecie się tylko domyślić, ale nie mogą tego okazywać. Siedzą cicho i się nie odzywają. Jeśli ktoś zacznie pokazywać swoje niezadowolenie z pracy i warunków najpierw wsadzają go na długi czas do więzienia, a potem czeka go deportacja. Jakiś czas temu większa grupa zorganizowała manifesty, przyjechała policja, wozy strażackie, zlali ich wodą i kazali wracać do pracy. Rocznie umiera tam ok 40 osób, dwa razy tyle popełnia samobójstwa. Wszystkie zgony odnotowane są jako wypadki przy pracy. To tak w skrócie o obozach pracy w Dubaju. Być może część z was o tym słyszała, ja przyznam się szczerze przed wyjazdem nie miałam o tym zielonego pojęcia i pewno gdyby nie nasi znajomi, nadal żyłabym w nieświadomości. Najgorsze jest to, że takich ciemnych stron Dubaju jest więcej. Nie lepiej traktowane są pomoce domowe, kobiety, które tak samo przyjeżdżają z półwyspu Indyjskiego w poszukiwaniu lepszego, życia. I jeszcze taka jedna dygresja. Trochę w innym temacie, ale jakoś mi się teraz nasunęła. Jakiś czas temu cały internet obiegł filmik na którym pokazano płaczące blogerki, które pojechały do Bangladeszu, do jednej z fabryk, która szyje ciuchy dla sieciówek i tam zobaczyły jak są traktowani pracownicy i w jakich warunkach muszą pracować. Od razu pojawiła się lawina blogerów udostępniających ten filmik i nawołujących, że lepiej nie kupować ubrań w sieciówkach, bo tym samym wspieramy ten system, lepiej odłożyć kasę i kupić droższe ciuchy. Kominek na swoim blogu pojechał po całości i stwierdził, że jakbyśmy mieli wystarczająco kasy i kupowali same markowe rzeczy to nie byłoby tego problemu. No więc jak widzicie kochani, reguły nie ma, często konsumując coś drogiego i markowego np. śpiąc w jakimś wypasionym hotelu w Dubaju nie mamy najmniejszego pojęcia ile bólu i cierpienia kryje się w murach naszego pokoju.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Dubaj.
Wizy – wizy dla Polaków zostały zniesione w ubiegłym roku. Tak więc możemy swobodnie lecieć do Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
Kiedy jechać – dobry sezon na Dubaj trwa od listopada do marca. W tym czasie jest tam ichniejsza zima i powiedzmy temperatury znośne dla nas. Na pewno nie poleca się okresu wakacyjnego, czyli czerwiec, lipiec, sierpień. Są to okresy najwyższych temperatur, mogą one sięgać nawet 60 stopni. Na pewno nie jest to dobry czas na zwiedzanie, bo na zewnątrz nie da się wytrzymać. No chyba, że ktoś lubi zwiedzać centa handlowe, to wtedy jak najbardziej, bo klima działa tam na całego 🙂 Natomiast taki najlepszy czas na Dubaj to wg mnie początek grudnia. Dlaczego? Bo po pierwsze jeszcze przed sezonem, wtedy mamy szanse na najtańsze bilety lotnicze, czy też inne promocje, my właśnie z takiej skorzystaliśmy. Po drugie temperatura w tym czasie jest całkiem przyzwoita. Ok 27-29 stopni. Idealna na zwiedzanie. I po trzecie, wg mnie najważniejsze, o czym niestety dowiedzieliśmy się dopiero na miejscu, 4 grudnia obchodzi się w Dubaju święto narodowe i można w tym dniu zobaczyć wspaniały pokaz sztucznych ogni. My przylecieliśmy dosłownie kilka dni po, gdybyśmy wiedzieli to na pewno dopasowaliśmy lot, bo moim marzeniem było znaleźć się tam na Sylwestra, niestety ceny biletów i hotele są w tym czasie 3 razy droższe.
Gdzie spać – oczywiście wybór hotelu zależy od naszych możliwości finansowych. Ceny za pokój zaczynają się od kilkudziesięciu euro a kończą na kilkunastu a może nawet kilkudziesięciu tysiącach euro. Tak więc myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie 🙂 Bardziej tutaj chciałam się skupić na lokalizacji, bo tak jak już wcześniej wspominałam Dubaj jest wielki i w zasadzie złotego środka tutaj nie ma. Gdzie byśmy nie postanowili się zatrzymać to któregoś dnia będzie nas czekać wycieczka na drugi koniec miasta. Najlepsza byłaby lokalizacja w pobliżu Dubaj Mall, bo tam mamy największe atrakcje takie jak fontanny, Bujr Khalifa, akwarium, i największe centrum Dubaj Mall, jednak na pewno nie będzie to najtańsza opcja noclegowa. Dubaj Marina, na pewno będzie idealnym rozwiązaniem dla tych, którzy lubią długie wieczorne spacery, życie nocne i duży wybór restauracji. Myślę, że tam też można stracić fortunę. Albo można wybrać tak jak my, budżetowy hotel w Starym Dubaju i choć w pobliżu nie ma nic ciekawego, to wydaje mi się, że to całkiem racjonalny wybór. W końcu i tak codziennie byliśmy gdzieś indziej.
Co zobaczyć – generalnie zależy od ilości czasu, który mamy do dyspozycji. Z atrakcji, które my widzieliśmy i polecamy w kolejności, która nas najbardziej zachwyciła: Fontanny przy Dubai Mall, Meczet w Abhu Dabi, Bujr Khalifa nocą, Dubai Marina, Pustynia, Old Dubai ( tutaj w szczególności przepłyniecie łodzią po Dubaj Creek), Flamingi, Jumierach Madinat, Jumierach Beach, Al Bujr Arab, Al Mamzar Beach, Dubai Mall i Akwarium, Emirates Palace w Abu Dhabi. I atrakcje, których nie zaliczyliśmy z różnych względów: Przejazd kolejką linową nad Palmą, ponoć nieziemskie widoki, niestety jakoś nie doszukałam się tej atrakcji przed wyjazdem. Ferrari World w Abu dla zwolenników tej marki samochodów. Park wodny w Atlantis – dla dorosłych i dla dzieci. Ski – jesli ktoś ma ochotę na białe szaleństwo na pustyni.
Bezpieczeństwo – Dubaj to zdecydowanie najbardziej bezpieczne miasto w jakim kiedykolwiek byłam. Nawet przez trzy sekundy nie poczuliśmy się niebezpiecznie. Mało tego, pewnego wieczoru, kiedy to pojechaliśmy ze znajomymi do Hotelu Atlantis, zostawiliśmy na tylnim siedzeniu nasz plecak z całym sprzętem fotograficznym. Klucze do samochodu dostał szofer, który zabrał samochód na myjnię. Samochód wrócił oczywiście czysty i z całą zawartością plecaka. Generalnie większość pracowników tutaj, to ludność napływowa, jeśli, ktoś popełni błąd, lub nie daj boże coś ukradnie od razu zostaje deportowany z pieczątka, że ma zakaz wstępu do ZEA. Dlatego, nikt nie ryzykuje, bo dla nich praca tam to często być albo nie być. Inna sytuacja. Jadąc autobusem na lotnisko kierowca zapomniał sobie zamknąć luft z bagażami i tak sobie jechaliśmy przez jakiś czas z otwartym. Kiedy się zorientował, najpierw zrobiliśmy dwa razy kółko na tej trasie, żeby sprawdzić czy jakiś bagaż nie wypadł, a potem jeszcze wysiedliśmy z autobusu i każdy musiał sprawdzić czy jego bagaże są w lufcie. Myślę, że w niejednym kraju nikt by sie tym specjalnie nie przejął. Zamknąłby bagażnik i pojachał dalej, ale kierowca wiedział widocznie, że w razie gdyby jednak jakiś bagaż zaginął, to może się pożegnać z pracą i wracać do swojego kraju. Tak więc policja w Dubaju, w swoich sportowych, luksusowych radiowozach, nie ma zbyt wiele pracy. ZEA należą do krajów o najniższym wskaźniku przestępczości, a Dubaj to jedno z najbezpieczniejszych miejsc na ziemi. Praktycznie nie ma tu kradzieży, nie mówiąc już o rozbojach czy napadach. Samochody pod supermarketem zostawia się na włączonym silniku (żeby działała klimatyzacja), a mieszkania często nie zamyka się na klucz. Jeśli przypadkiem zostawisz swoją komórkę na ławce, to, kiedy wrócisz po nią po dwóch godzinach, prawdopodobnie będzie się tam nadal znajdowała. Dlaczego jest tu niemal zerowa przestępczość? Rodowici Emiratczycy to dziś jeden z najbogatszych narodów świata, a imigrantom jak wspominałam za popełnienie przestępstwa grozi więzienie i deportacja.
Ceny – zaskoczyły nas bardzo pozytywnie. Wiem, że wiele osób ma inne wyobrażenie o Dubaju, ja tez takie miałam, dlatego jakoś nigdy nie planowałam podróży w tym kierunku. Oczywiście, jeśli ktoś ma ochotę to może wydać tam całą fortunę, na pewno atrakcji, które mogą ją pochłonąć nie zabraknie, ale jeśli tej fortuny się nie posiada, to też można tam całkiem miło spędzić czas. Jeśli trafimy na fajną promocje biletów lotniczych, czy też pakietu z hotelem, to połowa sukcesu. My za przelot+hotel ze śniadaniem+transfer z lotniska zapłaciliśmy 460 euro od os. Na miejscu ceny są porównywalne do polskich. Cena taxówki za km 1,5 zł, obiad dla dwóch osób 60 zł, bilet dzienny na metro 17 zł. Generalnie Dubaj jest tańszy niż Europa, tydzień w Dubaju kosztował nas mniej niż w Prowansji. Tak więc jeśli ktoś marzy o tym kierunku, wystarczy polować na dobrą cenę biletów. A na miejscu to już bułka z masłem. My na miejscu wydaliśmy za cały pobyt 800euro za 2 os. I to beż żadnych wyrzeczeń, zobaczyliśmy wszystko co chcieliśmy, jedliśmy 2 razy dziennie w restauracjach i cały czas jeździliśmy taksówkami.
Alkohol – w Dubaju jak w każdym muzułmańskim kraju jest zakaz sprzedaży alkoholu. Nie dotyczy on jedynie hoteli, tam możemy bez ograniczeń spożywać trunki wszelkiej maści. Można też zaopatrzyć się w kilka butelek po przylocie na lotnisku. Kiedy wylądowaliśmy połowa samolotu poszła od razu do sklepu wolnocłowego, wtedy jeszcze nie wiedziałam po co i nie ukrywam, że nie mogłam wyjść z podziwu, po co wszyscy tam gnają. Oczywiście znajdują się nielegalne sklepy z alkoholem, w tzw podzimiach Dubaju. Zazwyczaj w miejscu, do którego jest ciężki dostęp i trzeba znać kogoś kto nas tam zaprowadzi. Ale to jeszcze nie znaczy, że kupimy tam alkohol. Żeby zaopatrzyć się w trunek, trzeba mieć specjalną „kartę pijaka”.
O czym warto pamiętać – jeśli nie chcecie żeby każdy przechodzący obok facet mierzył was z góry na dół, to odradzam szorty. Krótkie spodenki przed kolano myślę, że nie powinny być już problemem. Na plaży oczywiście można się opalać i chodzić w stroju kąpielowym. Piątek to dzień wolny dla Dubajczyków. W tym dniu nieczynne są muzea, urzędy, niektóre sklepy. Metro jeździ dopiero od godziny 14:00, ostatni kurs tez jest później niż w pozostałe dni tygodnia. No i pamiętajcie, żeby nie przesadzać z okazywaniem sobie publicznie uczuć. Chodzi głównie o całowanie. Nas taksówkarz postraszył aresztem 🙂
Internet – my korzystaliśmy jedynie z hotelowego, ale jeśli potrzebujecie dostęp również poza hotelem to warto rozważyć opcję zabrania ze sobą Pocket Wifi. Podczas podróży po Japonii korzystaliśmy z
XOXO Wifi i sprawdził się idealnie. Po opłaceniu internetu na daną ilość dni, przysyłają wam router, urządzenie wielkości telefonu, z hasłem do Wifi, które wpisujecie w telefonie. To wszystko. Internet zawsze i wszędzie pod ręką. Można korzystać na kilku urządzeniach.
Fotografowanie – Dubajczycy nie lubią kiedy się im robi zdjęcia. Generalnie o jakichkolwiek portretach można zapomnieć. No chyba że wybierzecie się na targ rybny, tam ponoć można zrobić kilka portretów, ale nie wiem jak to wygląda w rzeczywistości, bo nie byliśmy. Generalnie Dubajczycy jak mało, który naród nie życzą sobie zdjęć. Robią też często problemy jeśli widzą, że używamy statywu. Kilka razy podchodził do nas ktoś z ochrony i prosił o nie używanie. Bez statywu można robić zdjęcia praktycznie wszędzie. Tylko, że umówmy się zdjęcia nocą bez statywu to raczej ciężka sprawa.
Czy Islandia jest droga? Jak tanio podróżować po Islandii, ceny! Zapewne każdy, kto wybiera się w tym kierunku zadaje sobie to pytanie. Dlatego postanowiłam napisać kilka słów o cenach na Islandii.
Czy Islandia jest droga?
Tanio nie jest, ale miałam wrażenie, że ceny były mniej więcej europejskie. Wiadomo, że Twój budżet będzie w dużej mierze zależał od tego, na jak długo się wybierzesz i jaki styl podróżowania preferujesz, oraz – przede wszystkim – w jakim miesiącu odwiedzisz Islandię. Jeśli wybierasz się latem, warto zabrać ze sobą namiot lub wypożyczyć go na miejscu. Pozwoli Ci to oszczędzić na noclegach w miejscach, gdzie może być drożej.
Ceny noclegów na Islandii
Na pewno najtańszą opcją są oclegi na campingach, w namiocie. Niestety fakt, że jest to najtańsza opcja, nie znaczy, że jest bardzo tanio. Średnio za nocleg płaciliśmy 2000 ISK od osoby. Do tego trzeba doliczyć płatne prysznice, 300–500 ISK za 5 minut, ewentualnie dostęp do elektryczności około 1000 ISK za dzień. Często jednak pada, wieje, jest zimno i nieprzyjemnie. Niestety są takie miejsca jak interior, gdzie spania w namiocie trudno uniknąć, bo albo nie ma innej opcji, albo inna opcja jest kosmicznie droga.
Drugą możliwością jest samochód z namiotem na dachu. Zalety są takie, że namiot bardzo szybko się rozkłada, opłaty na campingach są takie same i ma się fajne grube materace w środku. Koszt wynajmu takiego samochodu to ok 120 EUR za dzień. Trzecia możliwość to hostele oraz B&B. Ceny to 250–450 PLN. Warto wcześniej zarezerwować miejsce, bo jest większy wybór. My objechaliśmy całą Islandię dookoła i rezerwowaliśmy noclegi z kilkugodzinnym wyprzedzeniem. Nie było najmniejszego problemu. Kilka razy trafiliśmy naprawdę na perełki. Informacje o wszystkich fajnych miejscówkach, w jakich się zatrzymaliśmy, znajdziesz w naszym e-booku
Koszty wynajmu samochodu na Islandii.
Koszty wynajmu małego samochodu osobowego w sezonie zaczynają się od 70 EUR za dzień, a za wynajem SUV-a 4×4 trzeba zapłacić od 120 EUR za dzień w górę. Tyle właśnie płaciliśmy za wynajęcie naszego samochodu z namiotem na dachu, dzięki czemu można sporo zaoszczędzić na noclegach. O tym gdzie wynajmowaliśmy taki samochód napisaliśmy w naszym e-booku. Cena benzyny na dzień 01.01.2020 to 1,75 EUR za litr.
Ceny jedzenia w restauracjach.
Jedzenie w restauracjach na Islandii nie jest najtańszym rozwiązaniem. Według nas ceny były porównywalne do tych w Holandii, więc jakoś przeżyliśmy. W trakcie naszej 10-dniowej podróży przetestowaliśmy 16 różnych restauracji oraz food trucków. Ceny w restauracjach wahają się od 15 EUR – 35 EUR za obiad od osoby.
Jak tanio podróżować po Islandii?
Mimo iż Islandia nie jest najtańszym krajem, to bez problemu można podróżować po nim budżetowo. Co zrobić zatem aby tanio podróżować po Islandii?
przede wszystkim podróżuj poza sezonem, w sezonie czyli od czerwca do września, wszystko jest nawet dwa razy droższe,
poluj na bilety w dobrej cenie, loty na Islandię można kupić już od 200 PLN, na pewno poza sezonem uda Ci się się znaleźć lepsze ceny niż w sezonie,
wynajmij niewielkie, ekonomiczne auto, zaoszczędzisz też na benzynie,
nocuj na campingach lub w samochodzie, w miejscach gdzie jest to dozwolone,
zabierz ze sobą jedzenie z Polski, lub przygotuj je na miejscu.
Islandia – jaka jest waluta na Islandii, czym najlepiej płacić? Wybierasz się na Islandię? Zastanawiasz się jaka obowiązuje waluta na Islandii? Czym najlepiej płacić? W poniższym tekście na pewno znajdziesz odpowiedzi na nurtujące cię pytania.
Jaka jest waluta na Islandii?
Waluta Islandii to korona islandzka (ISK). Średni kurs w dniu 01.01.2020 to: 100 ISK = 3,10 PLN
Czym najlepiej płacić na Islandii?
Na Islandii najlepiej płacić kartą, dlatego nie ma sensu zabierać ze sobą dużej ilości gotówki, bo płatności kartą są niemal wszędzie akceptowane. Nawet za toaletę można zapłacić kartą. Niemniej jednak warto mieć przy sobie niewielką ilość gotówki, tak na wszelki wypadek. Na jednym campingu, który odwiedziliśmy, nie było terminala płatniczego. Jeśli chodzi o płatności kartą, idealnie sprawdził się Revolut, z którego korzystamy już od kilku lat. Bezsprzecznie ma najlepszy przelicznik walutowy i nie zdarzyły nam się problemy z płatnościami. Dlatego jeśli jeszcze nie masz karty Revolut, korzystając z linka Karta Revolut, zamówisz ją bezpłatnie.
Wybierasz się na Islandię? Zastanawiasz się czym się poruszać? Jakie auto wynająć na Islandii? Gdzie najlepiej wypożyczyć samochód? Na te pytania znajdziesz odpowiedź w poniższym tekście.
Islandia – czym się poruszać po Islandii?
Nie ma tutaj rozwiniętego transportu kolejowego, nie ma torów. Autobusy kursują, ale raczej rzadko, do tego są bardzo drogie. Najpopularniejsi przewoźnicy to firmy Straeto oraz Sterna. Autostop ponoć działa całkiem nieźle, ale trzeba liczyć się z tym, że nawet na często uczęszczanych drogach ruch jest niewielki. Poza tym nie wiem, czy czekanie na stopa przy szybko zmieniającej się pogodzie jest przyjemne. Najlepszym i najrozsądniejszym wyborem jest samochód. Dzięki niemu masz wolność, swobodę, ciepełko, dach nad głową i dotrzesz do miejsc, do których nie zabierze Cię żaden inny środek transportu.
Jakie auto wynająć na Islandii?
Wszystko zależy od tego, o jakiej porze roku wybierzesz się na Islandię, a także gdzie będziesz chciał dotrzeć. Zimą w zasadzie wybór jest prosty, bez 4×4 z Reykjaviku bym nie wyjeżdżała. Latem – jeśli nie planujesz wyprawy w interior, można pokusić się o zwykły samochód, lecz od razu nadmienię, że do najpiękniejszych miejsc dotarliśmy właśnie dzięki napędowi 4×4. Więc dla mnie odpowiedź jest tylko jedna. Jeśli Islandia, to porządny 4×4, nawet nie SUV, tylko jakieś Pajero, które poradzi sobie z większymi rzekami w interiorze.
Gdzie najlepiej wynająć samochód na Islandii?
Wypożyczalni samochodów na Islandii jest całkiem sporo. Ja zawsze rozpoczynam poszukiwania od strony DiscoverCars, bo tam mają duży wybór samochodów i niższe ceny w porównaniu z konkurencją. Więc jeśli interesuje Was zwykły osobowy samochód to polecam tą wyszukiwarkę. A jeśli zdecydujecie się na wynajęcie samochodu 4×4 z namiotem na dachu, to koniecznie zajrzyjcie do naszego e-booka z planem podróży po Islandii, ponieważ tam znajdziecie informacje, gdzie go wynajęliśmy.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Meksyk.
Wakacje w Meksyku na własną rękę – jak je zorganizować? Dzięki tym wskazówkom z łatwością zorganizujesz wakacje w Meksyku na własną rękę. Naszym skromnym zdaniem, Meksyk jest jednym z fajniejszych miejsc na wakacyjny odpoczynek. Na pięknych, piaszczystych plażach znajdziesz stylowe bary plażowe, w których można idealnie odpocząć, delektując się koktajlem i kilkoma pysznymi nachos. W międzyczasie można podziwiać starożytne świątynie Majów i kąpać się w błękitnych cenotach. Jeśli widzisz już siebie pływającego w Morzu Karaibskim, ale nie do końca wiesz, jak zaplanować wakacje w Meksyku? Ten wpis na pewno ci w tym pomoże. Znajdziesz tutaj wszystko, co musisz wiedzieć przed wyjazdem, aby łatwo i samodzielnie zorganizować wakacje marzeń w Meksyku.
Jukatan – idealne miejsce na wakacje w Meksyku
Jeśli chcesz wyjechać na wakacje do Meksyku, wybór jest prosty. Półwysep Jukatan jest idealnym regionem. Jest nastawiony na turystykę, jest bezpieczny, jest tutaj całe mnóstwo fajnych hoteli, a atmosfera jest niezwykle spokojna. Jeśli dodamy do tego fakt, że znajdziesz tu najpiękniejsze plaże w całym kraju to już wiesz, dlaczego musisz tam jechać. Jukatan to ogromny region. Jest nawet ciut większy niż nasza Polska. Łatwo tutaj dostaniesz się samolotem. Najlepiej wylądować w Cancun. Samo Cancun jest mocno turystyczne, więc radzimy zatrzymać się tutaj tylko na pierwszą noc po przylocie i później udać się w dalszą podróż. Najlepiej wynająć samochód, aby mieć swobodę w poruszaniu się oraz mieć możliwość dotarcia w różne ciekawe miejsca, które nie zawsze są łatwo dostępne. W tym wpisie znajdziesz wszystko co musisz wiedzieć na temat wynajęcia samochodu w Meksyku.W dalszej części dowiesz się, które miejsca są najciekawsze i co warto zobaczyć.
Co jest lepsze: podróż na własną rękę czy wycieczka z biurem podróży?
Jeśli nie masz jeszcze dużego doświadczenia w samodzielnym planowaniu podróży, możesz zawsze rezerwować wakacje przez biuro podróży. Nie musisz wtedy się o nic martwić, wszystko zostanie załatwione za ciebie. Jeśli lubisz niezależność i lubisz planować, szukać ciekawych miejsc, a odrobina adrenaliny dobrze Ci robi to zdecydowanie polecamy zorganizowanie podróży na własną rękę. My tak jeździmy od ponad 10 lat i nie wyobrażamy sobie inaczej. Planowanie podróży po Meksyku jest stosunkowo łatwe. Odległości między najfajniejszymi miejscami na Jukatanie nie są duże i są łatwe do pokonania autobusem lub wypożyczonym samochodem. Transport publiczny w Meksyku jest bardzo dobrze zorganizowany, a ze względu na dobre drogi, samodzielna jazda jest również bardzo dobrą opcją.
Co musisz wiedzieć przed wyjazdem do Meksyku?
Meksyk jest stosunkowo odległym kierunkiem wakacyjnym i dlatego będziesz musiał przygotować się trochę lepiej niż na wakacje w Europie. Należy pamiętać o następujących kwestiach.
1. Wiza do Meksyku
Jeśli wyjeżdżasz na wakacje do Meksyku i przebywasz w tym kraju krócej niż 90 dni, jako obywatel polski nie potrzebujesz wizy. Po przyjeździe otrzymasz wizę turystyczną, wystarczy okazać paszport oraz bilet powrotny. Pamiętaj, że Twój paszport musi być ważny co najmniej 6 miesięcy. Bądź ostrożny, kiedy lecisz do Meksyku przez Amerykę. Wtedy mimo iż tylko przesiadasz się na lotnisku musisz złożyć wniosek o ESTA. Jeśli nie masz ESTA, linie lotnicze odmówią zabrania Cię na pokład. Warto to wziąć pod uwagę podczas rezerwowania lotu.
2. Szczepienia do Meksyku
Na wakacje w Meksyku zalecane są szczepienia przeciwko DTP (błonica, tężec i polio) oraz szczepienie przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu A (żółtaczka zakaźna).
3. Czym płacić w Meksyku
W Meksyku płaci się Peso meksykańskim. Jeśli chcesz zabrać ze sobą gotówkę, to najlepiej zabrać dolary amerykańskie i na miejscu wymienić na Peso. Gotówką można płacić prawie wszędzie (wyjątkiem są restauracje przy hotelach w Tulum), a w miejscach turystycznych zawsze jest bankomat. Przydatna będzie karta kredytowa, można nią płacić w większości restauracji oraz hotelach, choć może się zdarzyć, że w niektórych miejscach zostanie doliczone 2-5% procent więcej od całej kwoty. Nam zdarzyło się to tylko w jednym hotelu. Przed wyjazdem nie zapomnij ustawić karty bankowej do użytku na całym świecie, w przeciwnym razie nie będziesz móc wypłacić pieniędzy w Meksyku. Jeśli masz konto w USD lub EUR to warto używać tej karty, bo ma lepszy przelicznik niż złotówkowa. My korzystaliśmy z Revoluta. Sprawdził się idealnie. Około 80% wydatków płaciliśmy Revolutem. W sumie za wszystkie hotele i większość restauracji. Gotówkę potrzebowaliśmy głównie na wstępy, benzynę, przewodników oraz jedzenie na ulicy.
4. Bankomaty w Meksyku
Są praktycznie wszędzie. Najlepiej korzystać jednak z bankomatów które znajdują się przy bankach. Są pewniejsze. Lepiej omijać bankomaty zlokalizowane w sklepach, czy na ulicy ze względów bezpieczeństwa. My w pierwszym dniu zrobiliśmy sporą wycieczkę odwiedzając 5 różnych banków i próbując wybrać pieniądze z 6 różnych kart. Żadna poza Visą nie działała. Tak więc warto mieć ze sobą różne karty. Nie polecam wybiec w ATM-ach bo pobierają duże prowizje. Jeśli nie macie konta w EUR czy USD to korzystniej jest wybierać pieniądze z Revoluta (nawet po przekroczeniu limitu i doliczeniu prowizji 2% i tak wychodzi korzystniej niż przeliczając po kursie bankowym ze złotówek – przetestowaliśmy tę opcję)
5. Bilety lotnicze do Meksyku
Kiedy jedziesz na wakacje na Jukatan w Meksyku, lecisz do Cancun. Bilet tam i z powrotem do Cancun kosztuje średnio około 700 EUR, ale cena zależy od sezonu. Po pandemii zauważyliśmy, że ceny poszły dość mocno do góry. Aby kupić bilety w dobrej cenie najlepiej rezerwować je z kilku miesięcznym wyprzedzeniem.
6. Bezpieczeństwo w Meksyku
Meksyk regularnie pojawia się w wiadomościach od negatywnej strony, głównie z powodu przestępstw narkotykowych. Wszystkie te wydarzenia mają miejsce zwykle na północy Meksyku, zwłaszcza w pobliżu granicy z Ameryką. Jukatan znajduje się na południu Meksyku i czuliśmy się tam bardzo bezpiecznie. Oczywiście warto zachować ostrożność i nie błąkać się po nocach w ciemnych uliczkach.
7. Transport w Meksyku
Jak już wspomniałam, transport w Meksyku (Jukatan) jest dobrze zorganizowany. Odległości nie są jakieś mega duże w porównaniu do innych regionów, a drogi całkiem dobre. Możesz wybrać podróż autobusem lub wynająć samochód. Najlepszą firmą autobusową w Meksyku jest ADO. Kursują praktycznie między każdym celem podróży, a autobusy są bardzo wygodne i mają wysoki standard, co jednak wiąże się z wyższą ceną. Można też podróżować bardziej budżetowo lokalnymi liniami lub skorzystać z tzw colectivo. Jeśli natomiast chcesz podróżować bez ograniczeń najlepszą opcją będzie wynajem samochodu. Na szczęście jazda po południowym Meksyku jest bardzo łatwa i bezpieczna. Pomiędzy wsiami i miastami są proste autostrady. Drogi te są bardzo szerokie, dobrze utwardzone i niezbyt zatłoczone. Samochód w Meksyku najlepiej wypożyczyć na lotnisku. My płaciliśmy 36 EUR za dzień z pełnym ubezpieczeniem za samochód średniej klasy. Tutaj znajdziesz informacje gdzie najlepiej i najtaniej wynajmiesz samochód:
Najlepszy sezon na odwiedzenie południowego Meksyku to okres od listopada do marca. W pozostałych miesiącach również można odwiedzić Meksyk, ale temperatury są wtedy dużo wyższe i jest duża szansa na opady deszczu. Sierpień i październik to sezon huraganów, więc staraj się unikać tych miesięcy. My byliśmy na przełomie stycznia i lutego i to był idealny czas. Temperatury około 25-30 stopni, praktycznie zero deszczu i dobra przejrzystość wody. W sumie na 17 dni, jeden dzień padało, dwa razy przeszły kilkuminutowe mrzawki. Natomiast mieliśmy też kilka pochmurnych popołudni. Rano było zawsze słonecznie, a po południu zbierały się czasami chmury.
9. Jakie miejsca warto odwiedzić w Meksyku?
Jeśli chcesz odwiedzić wiele miejsc podczas wakacji w Meksyku, zalecamy zrobienie sobie około 5 różnych baz noclegowych i zostanie tam po około 3-4 noce w zależności od tego co chcecie zobaczyć na miejscu. Podczas naszej wycieczki po Meksyku szukaliśmy najpiękniejszych miejsc i udało nam się je wszystkie zobaczyć podczas 17 dniowej podróży. Jeśli masz mniej czasu, możesz skrócić trasę. Jeśli masz więcej czasu, możesz zostać dłużej w miejscach, które wydają Ci się najprzyjemniejsze. Tutaj znajdziesz nasz plan podróży. Opisaliśmy w nim dokładnie naszą trasę, wyszczególniliśmy najpiękniejsze miejsca do zobaczenia, zrobiliśmy ranking najlepszych cenot i najbardziej rajskich plaż. Znajdziesz tam również wszystkie polecane przez nas noclegi oraz pyszne restauracje.
Do planu podróży złączyliśmy mapę, dzięki której szybko zlokalizujesz wszystkie miejsca oraz zobaczysz zdjęcia. Patrząc z perspektywy czasu, to był idealny plan, nic bym w nim nie zmieniła, ale oczywiście możesz go potraktować jedynie jako inspirację i ułożyć swój własny. Dzięki temu planowi zaoszczędzisz mnóstwo czasu na szukaniu informacji. Ci co podróżowali z nami już wcześniej wiedzą jak dokładnie wszystko planujemy i sprawdzamy. Dzięki naszemu planowi zaoszczędzisz też pieniądze. Podpowiadamy gdzie najlepiej wymieniać walutę, przez jaką stronę wynająć taniej samochód, gdzie najtaniej kupować wycieczki oraz jak zaoszczędzić na noclegach. Trasa podróży obejmuje najpiękniejsze miejsca na Jukatanie, najbardziej rajskie plaże, najpiękniejsze cenoty, świątynie Majów, ciekawe miejsce bliższe poznanie kultury majów, niezapomniane przeżycie kulinarne, lazurowe laguny, niespotykaną przyrodę. Czyli to wszystko co na Jukatanie jest najpiękniejsze!
Islandia – bezpieczeństwo na Islandii. Na co uważać na Islandii? Jeśli wybierasz się w podróż i zadajesz sobie takie pytania. Jesteś w dobrym miejscu, na pewno znajdziesz tutaj odpowiedź na swoje pytania.
Islandia – bezpieczeństwo
Islandia jest jednym z bezpieczniejszych krajów w Europie. Jeszcze kilka lat temu nikt nie zamykał tam domu ani samochodu na klucz. Ale to się powoli zmienia, dlatego trzeba najzwyczajniej w świecie zachować zdrowy rozsądek. Na pewno nie zostawiłabym kluczyków w stacyjce, ale ryzyko, że ktoś Cię w nocy napadnie, jest raczej małe.
Na co uważać na Islandii?
Islandia może jednak być niebezpieczna pod innym względem. Na co szczególnie uważać na Islandii:
Zagrożenia to:
śnieżyce, zaspy,
śliskie drogi zimą,
niebezpieczne oraz wysokie fale,
niestabilne tafle lodu,
nieprzewidywalna pogoda,
silne wiatry, które mogą nawet przewrócić samochód,
gorące źródła, które mogą być bardzo gorące,
jaskinie lodowe, które mogą się zawalić,
żwir oraz kamyki, które mogą uszkodzić szybę samochodu,
rzeki, które znienacka mogą się pojawić na nieutwardzonej drodze,
burze piaskowe, które mogą uszkodzić samochód,
grząskie, nieutwardzone drogi, w których można się zakopać,
ptaki, które mogą rozbić się na przedniej szybie,
wszechobecne owce, które mogą wpaść pod koła samochodu,
inni turyści, którzy nie są przyzwyczajeni do trudnych warunków na drogach.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Meksyk.
Koszt i budżet podróży – Ceny w Meksyku na Jukatanie. Decydując się na podróż po Meksyku, jesteś naturalnie ciekawy kosztów, aby określić swój budżet. Meksyk jest niezwykle dużym krajem i dlatego ceny są bardzo zróżnicowane. W głębi lądu ceny są znacznie niższe niż w miejscowościach turystycznych na wybrzeżu karaibskim. Odbyliśmy podróż przez półwysep Jukatan i na tym właśnie opiera się ten artykuł. W tym artykule możesz przeczytać wszystko o kosztach transportu, wyżywienia, zakwaterowania, atrakcji. A także o wypłacaniu pieniędzy oraz napiwkach w Meksyku.
Czy Meksyk jest drogi? Ceny w Meksyku.
Szczerze mówiąc myślałam, że będzie trochę taniej. Jednak obserwując różne relacje na instagramie widzę, że ceny na Jukatanie rosną z dnia na dzień. Miesiąc temu ktoś był w cenocie, gdzie wstęp kosztował 170 MXN, a teraz już kosztuje 395 MXN. Meksyk to jeden z niewielu krajów, który był praktycznie cały czas otwarty na turystów w trakcie pandemii. To poskutkowało tym, że wszyscy, którzy chcieli gdzieś lecieć lecieli właśnie tam. No i między innymi to spowodowało, że ceny poszły dość mocno w górę. Myślę, że są bardzo porównywalne do cen w Polsce, a nawet często wyższe.
Wyciąganie pieniędzy z bankomatu w Meksyku
W Meksyku płaci się meksykańskim peso, a za pomocą karty debetowej Maestro lub Visa można wypłacać pieniądze w wielu bankomatach. Zawsze płacisz trochę więcej, bo masz zagraniczną kartę, ale w jednym banku płacisz więcej prowizji niż w innym. Wysokość prowizji jest zawsze wyraźnie widoczna podczas procesu karty debetowej. Często jest to stała kwota na transakcję, dlatego najlepiej jest wypłacić jak najwięcej pieniędzy za jednym razem. Maksymalna kwota, jaką możesz wypłacić, różni się w zależności od banku. Dodatkowo zawsze zostaniesz zapytany, czy chcesz zaakceptować czy odrzucić kurs banku. Prawie zawsze taniej jest odmówić i automatycznie skorzystać z kursu własnego banku. Najniższą prowizję pobierał nam Banjercito – 18.55 MXN bez względu na kwotę. Najdroższy był HSBC. Dobrze jest mieć też niewielką ilość gotówki. Najlepiej w USD. Dolary najlepiej wymieniać w bankach. Mają najlepszy kurs. My wszędzie płaciliśmy kartą Revolut. Nigdy nie było problemu ani z płatnościami, ani z wyciąganiem pieniędzy z bankomatu.
Koszty jedzenia i napojów w Meksyku
Kuchnia meksykańska to zdecydowanie jedna z naszych ulubionych kuchni! Praktycznie za każdym razem mieliśmy ucztę dla naszych kubków smakowych. Pomyśl o aromatycznych tacos, tostadas, ceviche, burrito, guacamole, quesadillas czy cochinita pibil. Ceny jedzenia i napojów są dość zróżnicowane. Im bardziej turystyczna miejscowość, tym droższe ceny w restauracjach. W Tulum płacisz podwójnie za taco w porównaniu do tacos w wiosce oddalonej o kilka kilometrów. Obiad na ulicy czy w lokalnym barze około 100 MXN. W przeciętnej restauracji płacisz około 150 MXN za danie. Jeśli wyjdziesz na kolację do nieco droższej restauracji, która ma dobre opinie na Tripadvisor, za obiad główne zapłacisz od 200 MXN – 500 MXN od osoby. Dokładniejsze ceny oraz namiary na sprawdzone restauracje znajdziesz w naszym ebooku:
Poziom kosztów hoteli w Meksyku zależy oczywiście od tego, czy chcesz zatrzymać się w luksusie, budżetowo, czy też zdecydujesz się na złoty środek. Za pokój dwuosobowy w dobrym hostelu płaci się od 20 do 35 euro za noc. Za pokój dwuosobowy w hotelu płaci się nieco więcej niż pokój w hostelu. My najczęściej płaciliśmy od 45 do 50 euro za noc. Łóżko w pokoju wieloosobowym w dobrym hostelu kosztuje od 12 do 20 euro za noc. Koszt hoteli zależy również od miejsca docelowego. Na przykład hotele w Valladolid są dużo tańsze niż hotele w Tulum czy na Holbox. W Tulum płaciliśmy 100 EUR za noc, a na Holbox 220 EUR za noc. Dokładne ceny oraz namiary na nasze sprawdzone noclegi znajdziesz w naszym ebooku:
Samochód w Meksyku najlepiej wypożyczyć online z odbiorem na lotnisku. My płaciliśmy 36 EUR za dzień z pełnym ubezpieczeniem za Chevrolet Beat. W sumie za 17 dni koszty wynajmu samochodu wyniosły nas 612 EUR. Zrobiliśmy w sumie około 2000 kilometrów. Na benzynę wydaliśmy około 1800 MXN. Parkingi kosztowały nas 700 MXN. Autostrady około 200 MXN. Wypożyczenie roweru na Holbox na 24H 250 MXN. Prom na Holbox w dwie strony 440 MXN od osoby. Taxi na Holbox do hotelu i z powrotem 200 MXN. Prom na Cozumel 440 MXN od osoby w dwie strony. Na Cozumelu wynajęliśmy skuter na 1 dzień. Koszt razem z benzyną i ubezpieczeniem około 500 MXN. Informacje o tym gdzie najlepiej i najtaniej wynająć samochód oraz na co uważać zamieściliśmy w naszym ebooku:
Wejście do Chitzen Itzá – 571 MXN od osoby plus 500 MXN za przewodnika na 2 osoby.
Punta Laguna – wstęp 200 MXN od osoby + 600 MXN przewodnik dla 2 osób
Cenote SAC – AUA – 175 MXN od osoby + 50 MXN Kajak
Cenote Xcanahaltun – 175 MXN od osoby
Las Coloradas – wstęp 300 MXN od osoby
Ria Lagartos – 400 MXN od osoby
CHEF ROSALÍA CHAY – 2058 MXN od osoby
Cenote Suytun 150 od osoby
Ruiny Majów w Tulum 200 MXN od osoby z przewodnikiem
Cenote Taak Bi Ha – 350 MXN od osoby
Laguna de Kaan 300 MXN od osoby + 150 MXN Dron
Łódź w Bacalar – 350 MXN osoby
Napiwki w Meksyku
Co kraj to obyczaj. Po to jeździmy do innych krajów, żeby poznać nową kulturę, która nas czasami fascynuje, czasami zaskakuje, a czasami wręcz potrafi nawet zbulwersować. I w Meksyku też nas kilka rzeczy zaskoczyło. Jedną z nich były napiwki jakie życzą sobie kelnerzy za obsługę. Generalnie rzecz biorąc napiwki zostawiamy zawsze, no chyba że faktycznie obsługa nie zasłużyła, wtedy nie zostawiamy. Kiedyś pracowałam jako kelnerka, wiem, że bez napiwków byłoby się ciężko utrzymać więc wiem jak są one ważne w tej branży. Zazwyczaj zostawiamy 10% . W Meksyku po raz pierwszy spotkaliśmy się z bardzo agresywną kulturą napiwków. Po pierwsze napiwki czasami doliczane są do rachunku, więc chcąc czy nie chcąc trzeba go zapłacić.
Napiwki w hotelu, restauracji, na stacji benzynowej
I jakby to mnie specjalnie nie dziwi, bo np. we Włoszech też napiwek jest doliczany, natomiast bardziej szokujące są kwoty jakie oni sobie liczą. 10% jeśli uważasz że serwis był dobry, 15% jeśli uważasz że serwis był bardzo dobry i uwaga 25% a nawet 30% jeśli serwis był idealny. No, powiem Wam szczerze, że z takimi kosztami serwisu jeszcze nigdy się nie spotkałam. I daj tu teraz człowiekowi 10% – to jakbyś uznał, że jego serwis nie był wystarczająco dobry. Wg mnie to troszkę przegięcie, bo kiedy dajesz te 10% to słychać w ich głosie takie rozczarowanie….ale co tylko 10? A ja się tak starałem! I żeby jeszcze te napiwki trzeba było dawać kelnerom, to jeszcze pół biedy, ale tutaj wypadałby te napiwki dawać wszystkim dookoła.
W hotelu na recepcji, w pokoju za sprzątanie, w restauracji za kolacje, na plaży bo ktoś ci przyniósł drinka, na parkingu bo pan pomóc Ci zaparkować (czytaj wskazał wolne miejsce), w sklepie bo pan podjechał twoim wózkiem od kasy do samochodu, na stacji bo pan zatankował Ci auto, na skrzyżowaniu bo pan umył Ci szyby (nawet jeśli były czyste), przy atrakcjach dla przewodnika (mimo że już wcześniej za niego zapłaciłeś). No powiem Wam, że byliśmy trochę w szoku 🙂
Islandia – zorza polarna, kiedy na zorzę polarną na Islandii? Marzy Ci się zobaczenie zorzy polarnej na Islandii? Chcesz wiedzieć kiedy lecieć aby zobaczyć to niesamowite zjawisko? Na te pytania znajdziesz odpowiedź w poniższym tekście.
Islandia – zorza polarna.
Wydawałoby się, że Islandia, ze względu na swoje położenie, jest idealnym miejscem do obserwacji zorzy polarnej. Niestety z powodu bardzo kapryśnej pogody oraz częstego zachmurzenia jest miejscem dobrym, ale nie idealnym. Może się zdarzyć, że nawet jeśli zimą spędzisz dwa tygodnie na Islandii, trafisz na niekorzystne warunki pogodowe i ze zorzy nici. Ale bądź pozytywnie nastawiony i pełen nadziei 🙂
Kiedy najlepiej oglądać zorzę polarną na Islandii?
Oficjalny sezon na oglądanie zorzy polarnej na Islandii trwa od października do marca, ale w ostatnich latach ponoć można było zaobserwować to zjawisko już w sierpniu. Według badań najlepszym miesiącem na obserwację jest luty, jednak wszystko zależy od aktywności słońca oraz pogody na wyspie.
Co pomoże Ci w zobaczeniu zorzy?
Przede wszystkim bezchmurne niebo, co będzie się niewątpliwie wiązało z niską temperaturą.
Ubierz się ciepło!
Im ciemniej, tym lepiej, dlatego szukaj miejsca jak najbardziej oddalonego od miasta oraz oświetlonych terenów.
Zainstaluj na telefonie apkę Aurora Forecast, dzięki której będziesz mógł przewidzieć pojawienie się zorzy. Im wyższy współczynnik KP, tym większe szanse na piękną zorzę.
Wybierasz się na Islandię? Właśnie pakujesz swój plecak? Nie wiesz co ze sobą zabrać? Przeczytaj nasz post: Islandia – co zabrać ze sobą na Islandię. Dzięki niemu prawdopodobnie o niczym nie zapomnisz!
Jakie ubrania zabrać ze sobą na Islandię?
Jeśli pakujesz swój bagaż na Islandię i zastanawiasz się nad tym, czy nie zapomniałeś o czymś ważnym, zerknij poniżej. Spisałam najważniejsze rzeczy, które powinieneś zabrać bez względu na porę roku:
kurtka lub płaszcz, który ochroni Cię przed deszczem oraz wiatrem,
polar lub gruby wełniany sweter,
czapka, rękawiczki, szalik – tak, przydadzą się nawet latem,
dobre buty trekkingowe, najlepiej nad kostkę,
bielizna termalna,
strój kąpielowy
ręcznik,
latem możesz zabrać jedną parę krótkich spodenek i t-shirty, ale nie wiem, czy ich użyjesz, nam się nie udało 🙂
zimą dodatkowo grube wełniane skarpety.
Jakie inne rzeczy zabrać ze sobą na Islandię?
balsam do ust, który ochroni Twoje usta przed wiatrem,
Kiedyś na temat pakowania się w podróży napisaliśmy obszernego posta. Z pewnością przyda Ci się on podczas pakowania na Islandię. W tym poście znajdziesz informacje, jakich błędów nie popełniać podczas pakowania. Znajdziesz także check listę, dzięki której łatwo się spakuje i o niczym nie zapomnisz. Zobacz: Jak się spakować w podróż – 8 popełnianych błędów.
Islandia – kiedy najlepiej zwiedzać, jechać na Islandię? Marzysz aby wybrać się na Islandię? Zastanawiasz się kiedy? Na te pytania znajdziesz odpowiedź w poniższym tekście.
Islandia – kiedy najlepiej zwiedzać?
Wszystko zależy od tego, co chcesz na Islandii zobaczyć oraz jakie krajobrazy są bliższe Twojemu sercu. Islandia to jedno z tych miejsc na świecie, które warto zobaczyć o każdej porze roku. Każda pora ma swoje plusy i minusy. Najlepiej zestaw ze sobą wady i zalety wizyty na Islandii w różnych porach roku, porównaj je i zdecyduj, na czym najbardziej Ci zależy. Poniżej przedstawiam Ci krótkie za i przeciw dla dwóch pór roku: lata i zimy.
Kiedy najlepiej jechać na Islandię? Lato – plusy.
Masz dużą szansę na ciepłe i słoneczne dni. Tak, szansę, bo w lipcu nocą mieliśmy kilka razy temperaturę bliską zera, a powyżej 15 stopni było zaledwie dwa razy. Przez praktycznie cały pobyt temperatura oscylowała
w przedziale 10–12 stopni.
Drogi w interiorze są przejezdne, dzięki czemu możesz zobaczyć najpiękniejszą część Islandii.
Jest to czas, kiedy można obserwować maskonury.
Dzień jest długi, dzięki czemu można więcej zobaczyć, słońce wschodzi o 2:00 rano, a zachodzi o 24:00.
Na przełomie czerwca i lipca Islandię pokrywa dywan usłany z łubinów, to jest coś niesamowitego.
Można się wybrać na obserwowanie wielorybów.
Można spać na campingach.
Kiedy najlepiej jechać na Islandię? Lato – Minusy.
Szczyt sezonu – zdecydowanie najwięcej turystów wybiera właśnie tę porę roku, a z tym wiąże się nie tylko fakt, że w niektórych miejscach może być tłoczno, ale przede wszystkim to, że ceny będą dużo wyższe.
Większość jaskini lodowcowych jest w tym czasie zamknięta.
Nie zobaczysz zorzy polarnej.
Trawa może być wysuszona i mniej zielona niż na wiosnę.
Aby upolować wschód lub zachód słońca, trzeba praktycznie w ogóle nie spać w nocy :).
Kiedy najlepiej jechać na Islandię? Zima – plusy.
Piękne, białe śnieżne krajobrazy. Islandia zimą ma naprawdę świetny klimat.
Duże szanse na zobaczenie zorzy polarnej.
Poza sezonem – zdecydowanie mniej turystów, w wielu miejscach będziesz sam, a ceny mogą być naweto połowę niższe niż latem.
Nawet jeśli jesteś śpiochem, masz duże szanse na piękne wschody i zachody słońca.
Przy odrobinie szczęścia możesz zobaczyć piękne, białe jak śnieg lisy polarne.
Możesz zobaczyć jaskinie lodowcowe.
Islandzkie konie są bardziej fotogeniczne, bo mają dłuższą sierść :).
Kiedy najlepiej jechać na Islandię? Zima – minusy.
Może być bardzo zimno i bardzo śnieżnie, co może utrudnić zwiedzanie. Wiele dróg jest w tym czasie zamkniętych, na pewno nie zobaczysz interioru.
Krótkie dni – czyli mało czasu na zwiedzanie. Najkrótsze dni są w grudniu i styczniu, trwają tylko 3–4 godziny.
Duże ryzyko utknięcia gdzieś, jeśli w nocy spadnie dużo śniegu i zostanie zamknięta droga.
Odpadają noclegi na campingach, są zimą nieczynne.
Nie zobaczysz maskonurów 🙁
Reasumując, najlepiej wybrać się na Islandię dwa razy, raz zimą, a drugi raz latem, żeby zobaczyć ten cudny kraj w każdej odsłonie 🙂 Jednak na pierwszy raz, zdecydowanie polecam porę letnią.
Wybierasz się na Islandię? Poszukujesz informacji na temat: Gdzie leży Islandia, jak dostać się i zaplanować wycieczkę na Islandię? Ze względu na to, iż wiele osób organizuje podróże do Islandii na własną rękę, postaramy się odpowiedzieć na Wasze pytania.
Gdzie leży Islandia?
Islandia jest krajem wyspiarskim, położonym na granicy Oceanu Atlantyckiego oraz Arktycznego . Stolicą państwa jest Reykjavik. Islandia jest jednym z krajów nordyckich.
Jak dostać się na Islandię?
Na Islandię można dotrzeć samochodem, przedostając się promem na wyspę. Natomiast najszybszym i najpopularniejszym rozwiązaniem jest zdecydowanie przelot samolotem. Od niedawna na Islandię latają tanie linie lotnicze WizzAir. Bezpośrednie loty do Reykjaviku, stolicy Islandii, są możliwe z Warszawy, Katowic, Wrocławia i Gdańska Ceny biletów zaczynają się już od 220 PLN za osobę w dwie strony. Warto polować na promocje.
Jak zaplanować wycieczkę na Islandię?
Nie od dziś wiadomo, że podróże na własną rękę zawsze wychodzą dużo taniej niż z biurem podróży. Jeśli jeszcze nigdy sam nie podróżowałeś przygotowaliśmy dla Ciebie gotowy plan podróży, z którym bez najmniejszego problemu sam zaplanujesz podróż. Na początek ściągnij sobie nasz bezpłatny ebook, w którym znajdziesz wszystkie potrzebne informacje o Islandii. E-book Islandia – Praktyczny Poradnik.
Maskonury na Islandii – kiedy i gdzie najlepiej je zobaczyć? Wybierasz się na Islandię i chcesz zobaczyć maskonury? W tym poście znajdziesz informacje gdzie i kiedy je najlepiej zobaczyć.
Maskonury na Islandii – kiedy najlepiej je oglądać?
Najlepszy czas na spotkanie maskonurów na Islandii to od połowy maja do połowy sierpnia. To jest ich okres lęgowy i właśnie w tym czasie te sympatyczne ptaszyska schodzą na ląd, aby złożyć tam jaja. Przyznam szczerze, że są to absolutnie najsłodsze ptaki, jakie w życiu widziałam. Biały brzuszek, czarne pióra, czarujące spojrzenie i piękny pomarańczowo-czerwony dzióbek. Już od samego patrzenia na nie buzia się śmieje, szczególnie gdy obserwuje się, jak chodzą i lekko kolebią się na boki.
Maskonury na Islandii – gdzie najlepiej je zobaczyć?
Jest kilka miejsc na Islandii, gdzie maskonury założyły kolonie. W jednych miejscach jest ich więcej, w innych mniej. W części miejsc można je zobaczyć z bliska, w innych z daleka. Wszystko zależy od tego, ile masz czasu i jak bardzo jesteś w stanie się poświęcić, aby je zobaczyć. Gdzie zatem ich szukać? Najpopularniejsze miejsca, jadąc od Reykjaviku na wschód, to:
wyspa Heimaey,
półwysep Dyrholaey na południu,
wyspa Papey,
Borgarfjordur Eystri,
Grimsey,
Vigur,
klify w Latrabjarg na Fiordach Zachodnich.
Jeśli jesteś ciekaw, do którego z tych miejsc dotarliśmy, aby zobaczyć tysiące maskonurów na wyciągnięcie ręki, zerknij do naszego e-booka
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Bali.
Dobry i zaufany kierowca na Bali! Wybierasz się na Bali, potrzebujesz zaufanego kierowcy? Koniecznie przeczytaj posta o naszym kierowcy. Wspaniały, uśmiechnięty i życzliwy, po prostu idealny!
Dlaczego potrzebujesz kierowcy na Bali?
Jadąc na Bali wiedziałam jedno. Nie wchodzi w grę stacjonowanie w jednym hotelu i zwiedzanie wyspy poprzez jednodniowe wycieczki. Dlaczego? Bo pewne miejsce trzeba przeżyć, trzeba je zobaczyć skoro świt albo o zachodzie słońca. Takich wrażeń nie dostarczy wam żadna wycieczka jednodniowa. No chyba, że macie ochotę wstawać codziennie o 3:00 rano, żeby po 3h dotrzeć w dane miejsce i zobaczyć go w porannym blasku. No i jeszcze trzeba byłoby znaleźć takiego kierowcę, który chciałby z wami uprawiać takie sporty 🙂 Generalnie nie do wykonania. Pamiętam, kiedy szukałam kierowcy, który pojechałby z nami w tygodniową podróż dookoła Bali, wszyscy stukali się w czoło i mówili, że mam sobie wszystkie “wycieczki” zrobić z Ubud. Problem w tym, że mnie właśnie te wycieczki w ogóle, ale to w ogóle nie interesowały. W końcu kilku kierowców się zgodziło, ale krzyknęli sobie też ostro, bo to niestandardowa usługa, przecież będą przez tydzień poza domem. No tak, z jednej strony mają rację, a z drugiej strony też nie chcieliśmy wydawać na to fortuny. Szukałam dotąd dopóki nie znalazłam. Okazało się, że najciemniej pod latarnią, kierowcę poleciła nam właścicielka naszej willi i to był strzał w 10!
Dobry i zaufany kierowca na Bali?
No to teraz kilka słów o naszym wspaniałym kierowcy o nietuzinkowym imieniu Nono.
Przyznacie, że imię bardzo oryginalne :). Marcel żartowniś już na lotnisku, kiedy Nono nam się przedstawił mówi: A to jakaś pomyłka, my zamawialiśmy kierowcę, który ma na imię YesYes 🙂 Potem było całe mnóstwo żartów z jego imieniem, ale mój ulubiony to: -Nono do you know the driver who the name is YesYes? -MaybeMaybe 🙂 Spędziliśmy z Nono w sumie jakieś 8 dni, tak więc całkiem sporo czasu, poznaliśmy go zatem dość dobrze. Kiedy zobaczyłam go na lotnisku po raz pierwszy, z tym wielkim uśmiechem od ucha do ucha, rzuciłam mu się na szyję jakbyśmy się znali od lat, a to był dopiero początek naszej znajomości. Nono, to przede wszystkim przesympatyczny człowiek o wielkim sercu. Już na lotnisku wyjął z lodówki samochodu dwie butelki zimnej wody, bo stwierdził, że na pewno jesteśmy spragnieni po podróży. Od pierwszej chwili zachwyciła nas jego znakomita znajomość angielskiego. Nawet mój nie był w połowie tak dobry jak jego. Dzięki temu, w trakcie jazdy można było porozmawiać z nim na każdy temat. Dosłownie każdy, jest bardzo inteligentny, oczytany, otwarty na świat i inne poglądy. Chętnie opowiada o Bali i jest ciekaw opowieści przywiezionych z Europy. Do tego jest skromny i bardzo uczciwy. To nie jest ten typ kierowcy, który ma sieć samochodów, podnajętych pracowników i jedyne o czym myśli, to zarobić jak najwiecej na kolejnym turyście. Co warto wiedzieć jeszcze o Nono? Jest Muzułmaninem, w związku z czym nie zdziwcie się jak nie będzie chciał jeść w tym samym warungu co wy, bo nie może jeść w miejscach, gdzie podawana jest wieprzowina. Druga rzecz to czasami będzie musiał się gdzieś w drodze zatrzymać, żeby się pomodlić, takie rzeczy trzeba uszanować.
Dlaczego powinieneś wybrać Nono?
1. Zaufanie – można go zostawić z bagażami
Jedyna rzecz, która nie dawała mi spokoju, kiedy próbowałam sobie wyobrazić nasza objazdówkę po Bali, co z bagażami, w momencie gdy np. Będziemy w drodze z hotelu A do B i po drodze będziemy chcieli zrobić jakiś trekking do wodospadu czy zobaczyć jakąś świątynię. Na ile można zaufać jakiemuś obcemu kierowcy, zostawiając go z wszystkimi naszymi bagażami. Dodatkowy aparat, obiektywy, laptop, dysk itd. Wiadomo, że część rzeczy mieliśmy ze sobą, ale ponieważ fotografowaliśmy tam ślub, wszystko mieliśmy podwójnie. Te rzeczy musiały być bezpieczne. Nie wyobrażałam sobie zaczepić jakiegoś obcego kierowcę na ulicy i zaufać mu na tyle, żeby go ze wszystkim zostawić. Nono, zaufałam bo został nam polecony – i naszego zaufania nie zawiódł. Myślę, że to ważna kwestia.
2. To jedyna możliwość, żeby zobaczyć prawdziwe Bali w krótkim czasie
Wiele osób wraca z Bali z wielkim rozczarowaniem, krzyczą wszem i wobec, że na Bali już nie wrócą bo plaże brzydkie, wszędzie śmierdzi, hałas na ulicach nie do zniesienia, naciągacze czyhają na każdym rogu, w kantorach oszukują, śmieci walają się wszędzie….długo można by wymieniać. I wiecie co, najgorsze jest to, że oni mają rację. Tak myślę, że mają, bo za dużo tych “niezadowolonych “ wraca, więc coś musi w tym być. Ale to wszystko co przed chwilą wymieniłam, można spokojnie ominąć, po prostu w tych miejscach nie być i ich nie widzieć, tak jak my to zrobiliśmy.
Dzięki Nono znaleźliśmy prawdziwe Bali, takie, którego wiele osób nie widziało i nie doświadczyło…mimo iż tam byli.
3. Zobaczycie miejsca, bez turystów
Wyobraźcie sobie, że podczas całego naszego pobytu, nawet w najbardziej turystycznych miejscach, praktycznie w ogóle nie spotykaliśmy turystów. Zapytacie, jak to możliwe? Bardzo prosto. Wyobraźcie sobie, że jedziecie z Ubud np. Do świątyni Pura Lempuyang na jednodniową wycieczkę z jakimś kierowcą. Wstajecie rano o 8;00, myjecie, ubieracie, jecie śniadanie o 9;30 czeka nas was kierowca, do celu macie jakieś 2,5-3h, na miejsce docieracie koło południa, mniej więcej w tym samym czasie co 99% turystów. My ponieważ nocujemy w pobliżu, jesteśmy tam najpóźniej o 10:00 i poza nami nie ma żywej duszy. No może czasami 4 w porywach do 10, bo ktoś podróżuje też tak jak my.
4. Wszędzie się dogada i pomoże
Jeśli ktoś ma dużo czasu i może sobie miesiąc podróżować po Bali, odkrywając powolutku wszystkie jego zakamarki, wcale nie musi wynajmować kierowcy, może poruszać się na stopa, albo komunikacją miejską, ale do tego potrzeba czasu. Nie mniej jednak, często, szczególnie poza utartymi ścieżkami znajdowaliśmy się na jakiejś wiosce, szukaliśmy jakiegoś wodospadu i nikt nie mówił po angielsku. Wtedy do akcji wkraczał Nono i załatwiał wszystko po swojemu. Dzięki czemu nie traciliśmy czasu na szukanie i błądzenie.
5. Poznacie wspaniałe historie
Spędzenie tylu wspólnych godzin w samochodzie musi zaowocować długimi rozmowami, ciekawymi historiami i wzruszającymi opowieściami. Nono opowiadał nam bardzo dużo o swojej rodzinie, którą to w ostatnim dniu naszej podróży mieliśmy okazję poznać. O tym jak z dnia na dzień musiał pożegnać się z pracą, którą bardzo lubił, o żonie, która wspiera go i pomaga w utrzymaniu rodziny zabijając kurczaki i przerabiając je na pyszne szaszłyki, o synu, którego mimo trudnej sytuacji finansowej wysłał na studia do Jakarty. O tym jak czasami ciężkie jest życie na Bali. Ostatniego dnia zaprosił nas do swojego bardzo skromnego domu, co jeszcze bardziej utwierdziło nas w przekonaniu, że musimy mu jakoś pomóc. Stąd taki obszerny post na blogu. Bo zasłużył na to, bo jest cudownym człowiekiem. Wy też możecie pomóc Nono, wystarczy, że wynajmiecie go jako swojego kierowcę.
Ile kosztuje dobry i zaufany kierowca na Bali?
To teraz trochę o kosztach, bo na pewno jesteście tego ciekawi. Przed wyjazdem zrobiłam mały research ile taki kierowca powinien kosztować, więc do rozmowy z Nono byłam przygotowana. Kiedy przedstawiłam mu nasz plan podróży, cena jaką dostałam to 1 000 000IDR za dzień, w tym miał już być wliczony jego nocleg, o który miał się sam zatroszczyć oraz jedzenie. Jakoś tak mam, że zawsze się targuję i w efekcie końcowym zeszliśmy do ceny 800 000IDR za dzień co i tak było dobrą ceną w porównaniu do innych ofert. Po ponad tygodniu spędzonym razem i po “pokochaniu” Nono całym sercem, nie wyobrażałam sobie, żeby mu zapłacić mniej niż cena którą zaproponował i dostał 1 000 000IDR na dzień, bo absolutnie na to zasłużył. Ale to już jest decyzja każdego z was. Dodam tylko, że normalna cena za kierowcę na dzień to średnio 600 000IDR. Zakładając że dochodzi do tego nocleg i jedzenie to cena jest naprawdę niska. Jeśli zdecydujecie się na wynajęcie Nono, koniecznie go od nas pozdrówcie i wyciskajcie mocno! Namiary do niego znajdziecie tutaj: Nono Rayyan (+62 878 605 559 92)
Update grudzień 2024
Właśnie wróciliśmy z naszej miesięcznej podróży po Indonezji. Oczywiście nie mogliśmy pominąć Bali i ponownego spotkania z Nono Rayyan (+62 878 605 559 92), który przywitał nas na lotnisku z otwartymi ramionami i tym samym serdecznym uśmiechem co 5 lat temu (no i oczywiście z zimną wodą i piwem!).
Jedyna zmiana była taka, że tym razem otworzył nam drzwi do nowiutkiego, pachnącego samochodu. Chwilę później opowiedział nam, że nie musi już pracować na trzy etaty, żeby utrzymać rodzinę. Że utrzymuje się wyłącznie z obwożenia turystów po wyspie i że — UWAGA — 95% jego klientów to Polacy, którzy trafili do niego z mojego bloga!
Łzy leciały mi strumieniami po policzkach, kiedy to usłyszałam, bo kompletnie nie spodziewałam się, że jednym wpisem na blogu można realnie zmienić czyjeś życie. Nono milion razy nam dziękował, a nawet odmówił zapłaty za 5 dni, które nam poświęcił. Oczywiście oberwało nam się trochę, kiedy mimo wszystko znalazł pieniądze zostawione w bagażniku 🙂 I to wcale nie nasza zasługa — to wszystko jego praca. Nono jest po prostu wspaniałym człowiekiem. Sam zapracował na to, co dziś ma. My tylko doceniliśmy jego dobrą duszę, skromność, fantastyczny angielski i byliśmy wdzięczni, że mogliśmy zobaczyć Bali jego oczami 🙂 Dlatego jeśli ktoś z Was wybiera się na Bali, polecam Nono jeszcze bardziej niż 5 lat temu. Komfort jazdy jest teraz zupełnie inny, a wiedza i doświadczenie Nono — jeszcze bogatsze o kolejne lata.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Bali.
Wulkan Batur – Bali – Indonezja
Wulkan Batur na Bli. W Indonezji niemal na każdej wysepce znajdziecie jakiś wulkan. Nie mogło ich zabraknąć również na Bali. Największy z nich Agung, do ostatniej chwili przed wylotem trzymał nas w napięciu grożąc wybuchem. Na szczęście nie mieliśmy w planach wychodzenie na niego, gdyż to całkiem spora góra i mimo, że lubimy wspinaczki, to ta akurat nie była naszym celem. Lubię się powspinać, ale nie dla wysiłku samego w sobie i dla zdobywania szczytu, tylko dla widoku. Więc jeśli z mniejszego wulkanu mam ten sam widok, to wybór jest dla mnie prosty. Dlatego też wybraliśmy trekking na wulkan Batur i to był strzał w dziesiątkę. Jest jeszcze wulkan Abang, ale ponoć najfajniejsze widoki są z Batura, dlatego też jego wybraliśmy. Poniżej krótki poradnik jak najlepiej zorganizować wejście na wulkan Batur.
Jak się dostać pod wulkan Batur?
Są dwa sposoby. Jeśli stacjonujecie gdzieś w Ubud lub na południowym wybrzeżu możecie wykupić zorganizowaną wycieczkę. Wtedy kierowca odbiera was z hotelu, gdzieś w okolicach 1:00 – 2:00 w nocy, zawozi was pod wulkan. Z Ubud to ok 2h jazdy. Tam czeka nas was przewodnik i wychodzicie razem na górę. Koszt takiej wycieczki zorganizowanej zaczyna się od 550 tys IDR. Jest kilka opcji do wyboru, ze śniadaniem lub bez, z relaksem w Hot Spring lub bez. Decyzja należy do was. Jeśli podróżujecie po Bali tak jak my, przemieszczając się codziennie, wtedy musicie dotrzeć do wioski u podnóża wulkanu i tam załatwić sobie lokalnego przewodnika. Jak to zrobić zaraz wam napiszę.
Kiedy najlepiej wchodzić na wulkan Batur?
Oczywiście najlepiej na wschód słońca. Pobudkę mieliśmy coś koło 3;00 rano. Dzień wcześniej poprosiliśmy o przygotowanie śniadania na wynos, które zostało ładnie zapakowane. Dobrze jest mieć swój termos, chłopaki zrobili nam herbatę, która była jak znalazł na górze.
Czy wejście na wulkan Batur jest trudne?
Kiedy wyszliśmy z naszego hotelu panowała totalna ciemność. Poza latarkami współtowarzyszy nie było widać zupełnie nic. Szliśmy sobie gęsiego wąską dróżką, najpierw minęliśmy jakąś wioskę, później był już praktycznie tylko las. Podłoże jest raczej piaszczysto-żwirowe, jak to na wulkanie. Buty koniecznie zamkniete, żadne sandały nie wchodzą w grę. Nie muszą być trekingowe, byle by były pełne. Adidasy mogą być jak najbardziej. Odkąd weszliśmy do lasu szlismy cały czas pod górę. Nie było praktycznie ani jednego płaskiego kawałka. Po drodze zatrzymujemy się często, niby coś zdjąć, niby napić się wody, ale tak naprawdę brakuje nam oddechu. Marcel dźwiga prawie 10 kg sprzętu, aparat, obiektywy, dron, go pro no i statyw oczywiście. Tak więc jest co dźwigać. Na szczęscie nasz przewodki, który biega lekko jak sarenka czasami pomaga w niesieniu plecaka. Bardzo miły chłopak.
Może i jest trudno, ale na pewno warto!
Kiedy doszliśmy do pierwszego punktu widokowego, gdzie teoretycznie można zostać i nie wspinać się już wyżej, byłam tak zmęczona, że najchętniej zostałabym już tam. Wioska była jeszcze spowita we mgle, a szanse na jej rozejście się były marne. Tym bardziej nie chciało mi się wychodzić wyżej, ale chłopaki nie dawali za wygraną. Chcą na szczyt. No trudno, jestem w mniejszości, nie mam wyboru. Na szczyt zostało zaledwie 20 minut. Ale za to jakie 20 minut. Stromo jak cholera, nogi grzęzną w szrucie, najchetniej zostałabym tam gdzie stoję i tu poczekam na ten wschód, a oni niech sobie idą na górę. Nogi już mi odmawiają posłuszeństwa, trzęsą sie jak galaretki, ludzie mnie mijają….ech…trzeba będzie popracować nad kondycja. W pocie czoła wychodzę na górę, zajmujemy szybko fajne miejscówki na przedzie i czekamy na wschód, który właśnie się zaczyna. Słonko powoli zaczyna się przebijać przez chmury, wiatr przepędza mgłę i nagle widzimy w dole całą wioskę. No i tak, dla tego widoku warto było tutaj wejść. Warto było się pomęczyć. Takich chwil się nie zapomina. Odpwiadając zatem na pytanie czy wejście jest trudne…i tak i nie. Zawsze mówię, że jak ja weszłam to każdy wejdzie.
Jak znaleść lokalnego przewodnika na wulkan Batur?
No właśnie. To zadanie okazało się wcale nie takie łatwe jakby się wydawało. Byłam pewna, że jak podjedziemy do wioski, to taki trekking będzie dużo tańszy niż wyprawa z Ubud. Nic bardziej mylącego. Na miejscu ciężko znaleźć przewodnika, bo mało kto wybiera tą metodę. Można bez problemu załatwić go przez hotel w którym się nocuje, ale cena jaką nam zapodali o mało nas nie zabiła (1 000 000IDR). Czyli niemal 2 razy drożej niż z Ubud. Taki paradoks. Do tego jeszcze dochodzą koszty noclegu. Na szczęście nasz rezolutny kierowca, wykonał kilka telefonów i załatwił nam lokalnego przewodnika za 700 tys rupii od 2os ( w tym już jest wejściówka na wulka za 100 tysIDR os). Całkiem nie mała rożnica. Tutaj podaję namiary na naszego: Komang Sudiarta +6287761751798
Czy można wejść na wulkan Batur bez przewodnika?
Zaraz zapytacie, no ale po co ten cały przewodnik, nie można pójść bez niego? No nie można. Turyści muszą wchodzić z przewodnikiem. Co prawda nikt tego nie pilnuje, ale powiem szczerze, że nie mam pojęcia jak w środku nocy, po ciemku mielibyśmy tam wychodzić sami. Na szlaku to jeszcze pół biedy, bo ludzi cała masa idzie i zgubić się nie da, ale trzeba jeszcze wiedzieć gdzie ten szlak się zaczyna. My wychodziliśmy z hotelu i szliśmy od razu na piechote, przez różne pola, gospodarstwa, wioski. No sami byśmy w życiu tam nie dotarli. Nie jest to również nigdzie zaznaczone na mapie. Tak więc przewodnika chcąc nie chcąc dobrze mieć.
Co zabrać ze sobą na wulkan Batur?
Oczywiście najważniejszy jest aparat 🙂 Tak, dla nas najważniejszy 🙂 Dla kogoś innego będą wygodne buty, albo jeszcze coś innego. Śniadanie jeśli nie macie w pakiecie wykupione, woda, termos z herbatą – bardzo się na górze przydaje, bo zimno jak cholerka. Ubranie na cebulkę. Po drodze będzie wam ciepło. A na górze zimno. Najlepiej koszulke, bluzę z kapturem, żeby na górze zarzucić na głowę, cieniutka kurtka przeciwwietrzna. No i latarka, najlepiej czołówka gdyż cała trasa na górę jest po ciemku.
Ile trwa wejście na wulkan Batur – Bali?
Wejście na wulkan Batur z naszego hotelu zajęło nam coś około 2-2,5h.
Gdzie nocować przed wyjściem nam wulkan Batur?
W wiosce u stóp wulkanu jest kilka miejsc gdzie można się przenocować. My staraliśmy się wybierać tak miejsce, żeby było jak najbliżej wejścia na szlak. Wybraliśmy hotel Volcano Terrace. Cena za nocleg ze śniadaniem to 36 euro. Bardzo przyjemny hotel, ładnie urządzony. Super położony. Nie znajduje się przy samym jeziorze tak jak wynikałoby to z mapy, jest na wzniesieniu. Do jeziora jest kilkunastominutowy spacer. Ale widoczki z góry są obłędne, szczególnie, że pokoje są przeszklone i nawet nie wychodząc na zewnątrz możemy cieszyć oczy tym co za oknem. Niestety widzę, że ten hotel mocno stracił na opiniach. Ale mam dla Was inny hotel. Może nie jest tak blisko, ale za to widok na niesamowity: Black Wood Cabin
Co można jeszcze robić w Batur?
Zejście z góry to już bułka z masłem. W zasadzie to z niej zbiegliśmy. Nasz przewodnik specjalnie poprowadził nas przez wioskę, żebyśmy zobaczyli życie u stóp wulkanu o poranku. Pięknie się wszystko mieniło z blasku wschodzącego słońca. Kiedy doszliśmy do hotelu, spakowaliśmy nasze walizki i ruszyliśmy dalej w stronę Sideman. W okolicach Batur raczej nie ma co robić.
Hot Spring, czy warto?
To zależy kiedy się tam udacie. Jeśli zaraz po trekkingu na wulkan, to prawdopodobnie będziecie się tam relaksować wraz z kilkomaset turystami, którzy wpadli na ten sam pomysł. Albo nawet nie wpadli, tylko Hot Spring było częścią wycieczki, którą wykupili w Ubud. Natomiast jeśli wybierzecie się po południu, tak jak my, to zdecyowanie warto! My byliśmy dzień przed wejściem na wulkan, gdzieś w okolicach 17:00 i byliśmy tam uwaga – sami 🙂 cały Hot Spring dla nas. Woda była cieplutka, widoki przyjemne, można posiedzieć z godzinkę albo nawet i dłużej. Zamykają chyba coś koło 19:00. Niestety ceny nie zapisałam i za nic w świecie nie pamietam, ale jakoś tanio bardzo nie było.
Islandia – dron, fotografowanie na Islandii. Wybierasz się na Islandię, chcesz zabrać ze sobą drona. Tutaj znajdziesz odpowiedź czy potrzebujesz licencji oraz jakich zasad należy przestrzegać latając dronem
Dron na Islandii
Dobra wiadomość jest taka, że można używać drona w celach prywatnych. Nie trzeba też żadnych specjalnych pozwoleń. Wystarczy trzymać się zasad, które wyznaczył Icelandic Transport Authority. Poniżej lista niektórych zasad przetłumaczonych z ich strony:
Opisz swojego drona imieniem, nazwiskiem, adresem oraz numerem telefonu.
Masa drona nie może przekroczyć 3 kg, poza miastem 25 kg.
Drony o masie powyżej 20 kg powinny być ubezpieczone.
Zakaz latania w miejscach zatłoczonych oraz ponad ludźmi.
Zakaz latania powyżej 120 m nad ziemią oraz powierzchnią wody.
Miej drona zawsze w zasięgu wzroku.
Zakaz latania w promieniu 2 km od lotniska międzynarodowego oraz 1,5 km od innych lotnisk.
Przestrzegaj ogólnych zasad prywatności.
Zakaz latania w promieniu 150 m od budynków publicznych.
Operator drona jest odpowiedzialny za wszystkie szkody, które wyrządzi, używając drona.
Fotografowanie na Islandii.
Islandia to raj dla fotografów. Przyznam szczerze, że chyba nigdy nie byłam w tak fotogenicznym kraju. Natura jest tak piękna, że aparatu praktycznie nie wypuszczałam z ręki. Jedzie się drogą i chciałoby się zatrzymywać co 5 minut. Niestety z tym jest mały problem. Islandczycy w ogóle nie pomyśleli o zrobieniu zatoczek w miejscach z fajnymi widokami. Oczywiście przy oficjalnych atrakcjach czy punktach widokowych można się zatrzymywać, ale często mijaliśmy miejsca, które aż się prosiły o zdjęcie, nie było jednak opcji, żeby się zatrzymać.
Co do sprzętu fotograficznego, to poza uniwersalnym obiektywem, np. 24–70 mm, na pewno przyda Ci się szeroki kąt, my używamy 14–24 mm f2.8 z Nikkora. To dobry wybór szczególnie w różnych jaskiniach oraz przy niektórych wodospadach czy kraterach. Przez to, że często chcieliśmy sfotografować rozległą przestrzeń, używaliśmy też 70–200 mm f2.8 Nikkor. Tak więc w tę podróż trzeba zabrać ze sobą cały arsenał :). Ale na szczęście jeśli ma się samochód, nie jest to bardzo uciążliwe.
Używamy plików cookies oraz podobnych technologii, aby poprawić komfort korzystania z naszej strony internetowej. Przeczytaj naszą Politykę prywatności.
Przeczytaj naszą Politykę prywatności.