Macham do was kochani z Zanzibaru 🙂 Jesteśmy, dotarliśmy cali i zdrowi…bez niespodzianek się oczywiście nie obyło 🙂 ale po kolei…
Ponieważ wylot mieliśmy dość wcześnie, bo o 6:00 rano, o 2:15 czyli totalnie w środku nocy obudził nas budzik…i całe szczęście, bo miałam jakiś terrorystyczny koszmar….nie wiem, czy to w wyniku przeżywania podróży, czy skutek uboczny tabletek na malarię…ale byłam przeszczęśliwa, że budzik wyrwał mnie z tego strasznego snu…Przed 4:00 byliśmy już na lotnisku, zwarci i gotowi na kolejną przygodę 🙂 Po dojściu do odpowiedniej bramki, co zajmuje na Schipholu ponad pół godziny, spotkała nas pierwsza niespodzianka, a mianowicie rozmiary naszego samolotu. Zwykle na takich dystansach, latają Boingi 747, na nas czekał malutki 737, czyli taki którym nawet godzinny przelot potrafi być męczący, a co dopiero kilkunasto…ech…no ale tak to jest jak się szuka najtańszych biletów i nie czyta jakim samolotem będą nas transportować…mamy nauczkę na przyszłość, ale wizja 15 godzin, w tym czymś do najprzyjemniejszych nie należała. No i wyjaśniło się też dlaczego tak długo musimy lecieć, to małe gówienko musi przecież w drodze zatankować, w związku z czym czekało nas międzylądowanie w Jordanii…po wejściu na pokład okazało się, że nie siedzimy obok siebie 🙁 tzn siedzieliśmy, tyle że po dwóch stronach przejścia…ałć…nie spodobało mi się to do końca, bo nie dość, że długi lot, miejsca mało, to jeszcze nie miałam sobie na kim głowy wesprzeć. Tzn, pewno bym i mogła, na starszym panu obok, ale jego towarzyszce mogłoby się to nie do końca spodobać 🙂 więc wolałam na wszelki wypadek nie ryzykować 🙂 Na szczęście dzięki wąskiemu przejściu mogłam czasami potrzymać Marcela za rękę 🙂 Lot się troszkę dłużył…ale mieliśmy całkiem sympatyczne towarzystwo obok, co prawda większość leciała do Kenii…(tak, tak czekało nas jeszcze jedno międzylądowanie w Mombasie :)) ale było bardzo wesoło 🙂 Zrobiło się troszkę mniej, kiedy podczas dyskusji na temat szczepień, pojawił się przed moimi oczami obraz, dwóch żółtych książeczek leżących w szafce…pot oblał mnie z góry na dół, i pomimo złudnego przetrząśnięcia całej torebki ( licząc na jakiś cud, może się tam same przetransportowały :)) niestety…nie znalazłam ich…leżą sobie pewno wygodnie tam gdzie je położyłam, a nas pewno na Zanzibar nie wpuszczą i będziemy nocować na lotnisku…
Po wylądowaniu na Zanzibarze, modliłam się, żeby jakoś udało się z nimi dogadać…żebyśmy z powrotem do domu nie musieli lecieć…stojąc w kolejce po wizę, układałam sobie w głowie, jak to najlepiej rozegrać…no i tutaj spotkała nas kolejna niespodzianka, okazało się, że w ogóle nie sprawdzali żółtych książeczek..yupppi…udało się nam 🙂
Przy wyjściu z lotniska czekał na nas sympatyczny Mambo z kartką z naszymi imionami, od razu wskoczyliśmy do samochodu i wyruszyliśmy do naszego hotelu.
Ponieważ było już całkiem ciemno, za wiele po drodze nie zobaczyliśmy, jedyne co dość mocno zapadło mi w pamięci, to unoszący się zapach palonego drewna. Nie wiem, czy to tylko moje skojarzenie, ale ten zapach pozostanie moich zapachem Zanzibaru 🙂 Jedni kojarzą Zanzibar z wanilia, inni z cynamonem…a dla mnie będzie to palone drewno 🙂 Być może jest to spowodowane faktem, że wzdłuż drogi, która przemierzaliśmy, stało pełno straganów, budek z jedzeniem, grillami a nawet ogniskami, przy których skupiały się grupki Zanzibarczyków. Poza tym ciemność, lewostronny ruch, brak poboczy, którymi spacerowali muzułmanie, których osobiście w tej ciemności ledwo dostrzegałam skojarzyło mi się z dużą ilością wypadków i potraceń, co jak się okazało w rozmowie z naszym szoferem, wcale prawdą nie było. Droga do hotelu trwała coś koło godzinki, po dotarciu, zostaliśmy bardzo mile przywitani w Bellevue Hotel, i po szybki zapoznaniu się z miejscem padliśmy w łóżku jak muchy…Poranek przywitał nas piękną, słoneczną pogodą, śpiewającymi ptakami i zapachem smażonych naleśników. Mmmmm…:) Mogłabym się tak budzić codziennie 🙂 Kilka słów o samym hostelu. Bardzo klimatyczny, kameralny ( zaledwie 8 domków) …właściwie powiedziałabym wręcz rodzinny klimat. Niestety nie jest położony przy samej plaży, trzeba się przejść ze 100 metrów, co oczywiście nie jest żadnym problemem, ale widoków na morze z domków niestety nie ma…jest osadzony jakby troszkę w buszu. Bardzo czyste, przyjemne pokoje, które dzięki dużym dachom w ogóle się nie nagrzewają. Spaliśmy bez klimy i nie było w ogóle duszno. Obsługa przesympatyczna 🙂
A tak wyglądała nasza gliniana chatka 🙂
Zniecierpliwiona widokiem morza o poranku, wyciągnęłam jak najszybciej Marcelinka z łóżka, na szczęście bardzo nie protestował 🙂 Chyba sam był ciekaw 🙂 A to co zastaliśmy po wyjściu na plażę 🙂
Po 10 minutach podszedł do nas Mambo przedstawiają się jako rodowity Masaj, z intencją sprzedaży jakichś koralików. Ja tam takich rzeczy nigdy nie kupuje, ale Marcello lubi czasami coś sobie powiesić na szyi, i za kilka dolarów kupiliśmy od Masaja, jego własne koraliki, bo spodobały nam się najbardziej 🙂 Ponieważ musieliśmy wrócić do hotelu po kasę, wypożyczyliśmy od razu rowery i ruszyliśmy wzdłuż plaży 🙂 Nigdy nie jeździłam rowerem po plaży, ale muszę przyznać, że to było jedno z piękniejszych przeżyć w moim życiu 🙂
Wspaniała pogoda, cudowne plaże, piasek niewiarygodnie biały i taki miły w dotyku, niemal jak mąka 🙂 Do tego lekki wiaterek…i co nas najbardziej zdumiewało, pustka, totalna pustka, żadnych turystów…tylko my…czasami przejeżdżają na rowerach tubylcy…
Ewentualnie kobiety pracujące przy algach…niestety nie mamy zbyt wielu fotek, bo niezbyt chętnie pozowały do zdjęć, wręcz robiły się agresywne, jeśli tylko zauważyły że podchodzę za blisko z aparatem…także mamy kilka z ukrycia, albo z daleka, ale na portrety niestety nie było szans…
Tak mięciutkiego piasku, moje stopy jeszcze nigdy nie doświadczyły, dlatego pozwoliłam im stąpać…i stąpać…bez końca…:)
Te patyczki poniżej to specjalne tyczki do hodowli alg…
Tutaj algi w pełnej okazałości…tak naprawdę to było coś co strasznie chciałam zobaczyć i sfotografować…niestety moje wyobrażenia o pięknych portretach pracujących tam kobiet legły w gruzach…ale kto wie, może jeszcze gdzieś spotkamy poletka algowe…
Po drodze napotkaliśmy sympatyczną parę, która pstryknęła nam wspólną fotkę, czyli coś co jest u nas rzadkością 🙂
I pędzimy dalej w stronę Jambiani na rowerach 🙂 Mam nadzieję, że uda nam się zdążyć przed przypływem, bo jak to nie będziemy musieli wracać drogą….której oczywiście nie znamy 🙂
Spieszymy się zatem, żeby jak najwięcej zobaczyć 🙂
Jednak wspaniałe widoki i ciągłe zatrzymywanie się na ich uwiecznienie, nie sprzyjało szybkiej jeździe 🙂 ale co tam 🙂 cieszylśmy oczy ile się tylko dało 🙂
Jedni z nielicznych tubylców, którzy nie mieli nic przeciwko fotkom 🙂
Plaża Paje…To tutaj zatrzymaliśmy się na na colę 🙂 Widoki niesamowite 🙂
Miałam wrażenie, że im dalej jedziemy, tym piękniejsze plaże, bez wodorostów…coraz wspanialszy kolor morza…achhhh….cudownie…
Niestety w pewnym momencie poziom wody zaczął tak gwałtownie się podnosić, że w obawie przed zalaniem plaży…postanowiliśmy zawrócić…
W drodze powrotnej spotkaliśmy kolejnego Masaja, albo raczej Beach Boya, który podawał się za Masaja i był przemiły, pozował z uśmiechem do zdjęć, aż do momentu kiedy próbował nam sprzedać kolejne koraliki, a za które podziękowaliśmy. Od razu, kazał nam wykasować wszystkie zdjęcia 🙂 I przegonił kijem 🙂 udało się nam jednak ocalić dwie sztuki 🙂
Tak minął nasz pierwszy dzień 🙂 widoki o których zawsze marzyłam zostały uchwycone, zdecydowanie jeden z piękniejszych dni w moim życiu 🙂 jestem pod takim wrażeniem, że aż ciężko mi wyrazić uczucia 🙂
Wieczorem wybraliśmy się jeszcze raz na plażę, tym razem w drugą stronę od hotelu…tym razem spotkaliśmy innego Mambo, z którym zrobiliśmy fajnego deala na jutrzejsze Blue Safari 🙂 Już się nie mogę doczekać…:)
Pozdrawiam wszystkich moich czytelników 🙂
Na koniec kilka praktycznych informacji dotyczących cen:
-bilety lotnicze na Zanzibar – 700 euro – choć ostatnio widziałam kilka fajniejszych promocji 🙂
Dzień drugi przywitał nas tak samo piękną pogodą jak dzień pierwszy…Jak tylko otwarłam oczy to od razu patrzyłam czy przez szparę od drzwi przebija słońce…:) Szybko zjedliśmy śniadanko, bo o 8:30 byliśmy umówieni z naszym beach boyem Ally, który o dziwo przyjechał bardzo punktualnie. Aż się zdziwiłam, bo jestem przyzwyczajona do tego, że w Afryce to wszyscy mają czas i wszędzie się spóźniają. Ledwo weszliśmy do samochodu, a Ally pyta nas czy mamy dla niego pieniążki, bo benzyna w samochodzie się kończy i musimy najpierw zatankować. Ok, żaden problem dałam mu 50$, niestety musieliśmy najpierw podjechać do wioski i je wymieć na szylingi bo na stacji benzynowej $ zapłacić nie można. Dzięki temu, wjechaliśmy do wioski, do której chyba raczej turyści nie zaglądają, bo była ona z dala od głównej drogi. W sumie chyba nie chciałabym znaleźć się tam bez opieki przewodnika…widok, no cóż smutny…chciałam zrobić dla was kilka fotek, ale niestety Marcel mi surowo zabronił. Stwierdził, że to naruszanie ich prywatności. Ehhh…no to muszę wam zatem opisać co widziałam…bieda…bieda…straszna bieda. Domki lepianki…a przy nich biegające na bosaka dzieci…Aż serce się kroiło, kiedy widziałam te malutkie nóżki, całe brudne, w podartych ubrankach…Roczne dziecko, którego nikt nie ma czasu nakarmić, więc siedzi sobie z butelką w ręce i karmi się samo…kobiety ubrane w pięknych kolorowych sukniach…w chustach na głowie, jak to nakazuje ich religia. Życie toczy się na ulicy, widać, że Ally zna tutaj wszystkich. Kiedy w końcu udało się nam wymienić dolary, udaliśmy się na stację…a tu niespodzianka, na stacji skończyło się paliwo…a my już tak od dobrej pół godziny na oparach…ale nasz uśmiechnięty Ally woła Hakuna Matata – czyli no problem 🙂 wróciliśmy znowu do wioski, tym razem w poszukiwaniu benzyny…sprzedają, ja po prostu na litry…zastanawiacie się po co? Po pierwsze do motorów, których tam całkiem sporo się porusza, po drugie codziennie regularnie koło 20:00 w wiosce, oraz w naszym hotelu, wyłączają prąd, a wtedy w ruch idą agregaty, i to właśnie dlatego w kilku miejscach można kupić benzynę na litry. W końcu udało nam się zatankować…tzn…wlać do baku 5litrów 🙂 Mogliśmy zatem ruszyć spokojnie dalej. Co prawda myślałam, że zaraz dotankujemy na najbliższej stacji, ale tak się nie stało, wywnioskowałam więc, że chyba lubią jeździć na oparach 🙂 Do naszego celu, czyli do portu z którego musieliśmy wyruszyć było około godzinkę drogi. Spodziewałam się jakiejś plastikowej łódki i przynajmniej 20 towarzyszy wycieczki, jak to zwykle bywa na takich imprezach, a tutaj niespodzianka, czekała na nas prawdziwa rybacka łódź z drewnianym masztem i całkiem kameralna grupka 🙂 Wskoczyliśmy od razu na pokład i wyruszyliśmy. Trochę wiało i bujało tą skorupą, ale jakoś udało nam się dotrzeć na miejsce…
A miejscem docelowym była wysepka, albo raczej płachta pięknego białego pisku, na którym zrobiliśmy sobie piknik, nakarmiono nas pysznymi soczystymi arbuzami, ananasami, pomarańczami i kokosami, napojono, poopalaliśmy się…no i napstrykaliśmy jak zawsze mnóstwo fotek 🙂 Piasek był bielutki, mięciutki i czysty…a kolor wody…sami zobaczcie 🙂
Kolejnym naszym punktem docelowym była rafa i snurkowanie, ja zostałam na łodzi i pstrykałam fotki, ale Marcello mówił, że jakiegoś szału nie było, więc chyba nie wiele straciłam…
Później udaliśmy się na inna wysepkę, na lunch. To była dopiero uczta. Nie dość, że widoki zapierające dech w piersiach, to jedzenie iście po królewsku. Najpierw na stół wjechały krewetki, ośmiornice, rybki i inne owoce morza, najedliśmy się tak, że brzuszki mało nam nie popękały…później homary i owocki na deser 🙂 ja tam co prawda zwolenniczką homarów nie jestem, ale u większości towarzyszy wywołały one nie lada zachwyt…:)
Po obiadku z pełnymi brzuszkami udaliśmy się w głąb wyspy, nasz Ally pokazał nam piękne stare, przewrócone drzewo, które pomimo tego, że było przewrócone, korzenie nadal tkwiły w piasku, i drzewo nadal żyje…bardzo ciekawy widok 🙂 szczególnie biorąc pod uwagę jego rozmiary 🙂
Zaraz obok drzewa, stała wieża widokowa, na którą od razu się wspięliśmy. Wyzwanie było nie lada, bo chyba była baaardzo stara, belki łamały się pod nogami, no ale wyszliśmy, ponapawaliśmy się widokami, zeszliśmy i żyjemy, więc to najważniejsze 🙂
Na końcu małe zakupy, żeby wesprzeć finansowo sprzedające tam kobietki…zresztą sukienek, torebek i chust nigdy za wiele 🙂
Czas na wyspie dobiegł końca…buuu…wskoczyliśmy z powrotem do naszej łajby i na otwartych żaglach ruszyliśmy do naszego portu. Wiało mocno, bujało, ale było cudownie 🙂 Po powrocie od razu umówiliśmy się z naszym Allym na jutro. Zabierze nas do Stone Town i na wyspę Prison Island 🙂 Już się nie mogę doczekać 🙂 A tutaj macie zdjęcie najsympatyczniejszego uśmiechu Alliego 🙂
Z praktycznych informacji:
– Safari Blue u Alliego – koszt 50$ od osoby, cena hotelowa 90$
– podróż do miejsca wypłynięcia łodzi – ok 1h
– rejs łodzią – ok 1-1,5h na wyspę
– ogólne wrażenia – bezcenne 🙂
Witajcie kochani 🙂 Troszkę mnie nie było…ale już jestem 🙂 Wczoraj wróciliśmy z Zanzibaru…lwy nas nie pożarły 🙂 Od razu zabieram się za nadrabianie zaległych postów…a jest tego trochę 🙂 Dziś mam dla was relację z trzeciego dnia, kiedy to wybraliśmy się do Stone Town i na Prison Island…
Ally czekał pod naszym hotelem już sporo przed czasem, nie wiem, czy to tylko taki jego przywilej czy wszyscy Zanzibarczycy są tacy punktualni, ale całkiem nam się to spodobało. Jak tylko wsiedliśmy do samochodu, nie mogłam sobie odmówić zażartowania, czy znowu mamy pusty bak 🙂 no i nie pomyliłam się 🙂 pierwsze co to pojechaliśmy zatankować, na szczęście tym razem na stację i co najważniejsze było na niej paliwo 🙂 dobry początek dnia, przynajmniej nie stracimy godziny na poszukiwaniu kilku litrów benzyny. Do Stone Town jechaliśmy jakąś godzinkę, przyglądając się życiu na ulicy, nie odrywałam nosa od szyby. Udało mi się zrobić nawet kilka fotek w biegu. Niestety w związku z tym, że były robione z pędzącego samochodu nie powalają ani kadry ani ich jakość. Ale bardzo chciałam wam pokazać życie na ulicach Zanzibaru, więc wrzucam takie jakie mam…
Kiedy dotarliśmy już do centrum, zatrzymaliśmy się przy porcie, Ally poszedł załatwić nam łódkę, którą to przedostaliśmy się na maleńka Prison Island, na której znajdują się ruiny więzienia i ogromne lądowe żółwie. Przepłynięcie trwało ok 20 min.
Nazwa wyspy pochodzi od zbudowanego w XIX wieku więzienia, w którym przetrzymywano zanzibarskich niewolników. Z dawnego więzienia zostały już tylko mury, obecnie największą atrakcją wyspy są potężne żółwie Aldabry sprowadzone z Seszeli u kresu XIX wieku. Najstarsze okazy tego gatunku dożywają nawet 250 lat, osiągając wagę 400 kg!
Tutaj możecie zobaczyć jakie z nich olbrzymy:) Można je dotykać, głaskać, karmić kapustą…bardzo lubią kiedy drapie się je po szyi, wyciągają wtedy mordkę tak wysoko…niemal jak koty 🙂
Pogłaskaliśmy żółwie i zrobiliśmy rundkę po pozostałościach więzienia. Muszę przyznać, że widoki mieli do pozazdroszczenia 🙂
Po zwiedzeniu wysepki Ally zaprowadził nas do lokalnej restauracji, albo raczej jadalni na obiad. Chcieliśmy zjeść coś typowo ichniejszego, ale ponieważ nazwy z menu nic nam nie mówiły zdaliśmy się na naszego przewodnika i wybraliśmy to co ona nam polecił. Niestety nazwy nie zapamiętałam, ale pyszne było.
Po obiedzie, z pełnymi brzuszkami wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Zaczęliśmy od miejskiego bazaru, na którym kupić można było dosłownie wszystko. Tłumy ludzi powodowały, że musieliśmy uważać, żeby się nie zgubić, a co najważniejsze żeby nie zgubić naszego przewodnika 🙂
Ośmiorniczki…
Wędzone rybki…
Daktyle…
Świeże szprotki…choć po kilku godzinach na słońcu, mogą takie świeże już nie być…:)
Ubrania prosto z naczepy samochodu…:)
Makaron we wszystkich kolorach tęczy…
I oczywiście przepyszne, słodkie jak miód banany 🙂
Odwiedziliśmy też targ rybny…
I mięsny…
I warzywno owocowy…
Jak widać niektórzy zamiast pilnować interesu ucięli sobie drzemkę 🙂
Stone Town to niesamowite miejsce i choć na pewno znajdą się tacy, którym może nie przypaść do gustu mi jego klimat bardzo się spodobał. Niezliczona ilość klimatycznych, wąziutkich uliczek, w których zapewne bez pomocy Alliego błądzilibyśmy bez końca. Małe knajpki, sklepiki z pamiątkami, rzeźbami, maskami, ręcznie robionymi za naprawdę dobre pieniądze. Można się w nie tutaj zaopatrzyć jeśli ktoś takowe potrzebuje, bo lepszych cen już nigdzie później nie spotkaliśmy. Targować się oczywiście trzeba, i to dość mocno. Mi udało się zbić prawie 70% ceny na 5 rzeźbach. Polecam zaopatrzyć się też w przyprawy…ja zakupiłam ich całe mnóstwo…bo lubię gotować 🙂
Stone Town czyli Kamienne miasto to właściwie dzielnica obecnej stolicy. To najstarsza część miasta pamiętająca czasy sułtanów osmańskich, którzy rządzili tutaj kiedyś, gdy handel niewolnikami był największym biznesem w tej części Afryki. Miasto jest stare i zniszczone. Nawet bardzo zniszczone ale to właściwie ten wilgotny klimat powoduje, że białe mury stają się czarne. Wąskie uliczki ze stykającymi się niemal dachami, bawiące się dzieci, kobiety w pięknych kolorowych sukniach, mężczyźni siedzący bezczynnie na schodach i tysiące kabli wiszących nad głowami…takie jest właśnie Stone Town…
Szwendając się po uliczkach próbowałam sobie wyobrazić jak to miasto wyglądało 100 lat temu, kiedy rządził sułtan, kiedy było pięknie i bogato, gdy tylu ludzi tutaj cierpiało podczas gdy sprzedawano ich na targu jako niewolników, kiedy musieli na zawsze opuścić swoje domy, rodziny, a często nawet stracić życie…
Jest jeszcze jedna rzecz, która zasługuje na szczególną uwagę: drzwi…przepiękne, kute, rzeźbione…nadawały nawet najbardziej zniszczonemu budynkowi uroku, klimatu…czegoś czego nigdy się nie zapomina…historia tych drzwi jest bardzo ciekawa. Takie masywne drzwi były kiedyś najważniejszym elementem każdego domu. Drzwi były symbolem bogactwa i pomyślności, swego rodzaju wizytówką. Najbardziej zamożni Arabowie najpierw zamawiali i stawiali drzwi, a potem dopiero dookoła nich budowli dom. Na wielu drzwiach nabijano potężne metalowe kolce. Moda ta przyszła z Indii. Tak zabezpieczone drzwi stanowiły zabezpieczenie przed włamaniem. Metody włamywania się w Indiach nie były subtelne 🙂 Po prostu dosiadano słonia i już prosto w drzwi, które słoń swoją siłą powalał i było się w środku. Jednak słonie bały się właśnie tych metalowych kolców. dlatego w ten sposób poprzez kilka rzędów wystających kolców zabezpieczano się przed włamaniami za pomocą słoni. Kupcy z Indii którzy w XIX wieku osiedlali się na Zanzibarze przenieśli tą modę tutaj. Byli bogaci i mieli czego pilnować choć na Zanzi słoni nie ma to drzwi zostały. Dla miłośników takiej sztuki Stown Tawn stanowi świetne miejsce na poszukiwanie oryginalnych, starych i pięknych drzwi.
Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy i które odwiedza chyba każdy turysta przybywający do tego miasta to dom gdzie rzekomo urodził się Farrokh Bulsara. Pewnie nikomu z Was nic to nie mówi ale… jak napisze Freddy Mercury to już wiecie o kogo chodzi 🙂 Ten genialny wokalista grupy Queen urodził się właśnie na Zanzibarze. Przy ulicy Kenyata jest dom, zupełnie niepozorny gdzie ponoć Freddy się urodził i spędził pierwsze 10 lat swojego życia. Tak na prawdę to nie wiadomo czy to ten dom, ale legenda ściąga tutaj tłumy. Najbardziej pewnie cieszy się właściciel sklepiku z pamiątkami na rogu, bo biznes idzie mu świetnie choć sprzedaje turystyczne badziewie 🙂 Oczywiście my też zrobiliśmy pamiątkowe fotki 🙂
Jednym z najważniejszych i najładniejszych zarazem budynków w Ston Town jest House of wonders, czyli dom cudów, a lokalna nazwa to Beit El Ajib. Był to pałac sułtana. Zbudowano go w 1883 roku. Pałac celowo wybudowano nad samym oceanem aby w komnatach czuło się rześki wiatr. Dlaczego dom cudów? Otóż dlatego, że był to pierwszy budynek gdzie był prąd i winda. Na ówczesne czasy wynalazki zupełnie zdumiewające i nowatorskie. Obecnie jest tam muzeum. Weszliśmy do środka, dostaliśmy nawet przewodnika, który oprowadził nas po komnatach, opowiedział spory i ciekawy kawałek historii, ale nie będę wam jej pisać…jak kiedyś tam pojedziecie, to sami usłyszycie 🙂W połowie oprowadzania, przewodnik poinformował nas, że teraz jest jego pora na modlitwę, i zostawił nas samych 🙂 Religia pond wszystko 🙂
I obraz sułtana Barghasha ibn-Saida, który jako pierwszy sprzeciwił się hanlowaniu niewolnikami. Chwała mu za to!
A poniżej, w ogrodzie pałacu cmentarz rodziny sułtanów…
Po zwiedzaniu pałacu byliśmy już tak zmęczeni, że postanowiliśmy wracać do hotelu. Ja taszczyłam ze sobą cały dzień pełną torbę cukierków, lizaków i kolorowych pisaków, które chciałam dać jakimś dzieciakom. Ally zaproponował, że w drodze powrotnej zatrzymamy się na jakiejś wsi, co też uczyniliśmy…
Radość i uśmiechnięte buzie dzieciaków to było zdecydowanie najpiękniejsze zakończenie dnia 🙂
Po dotarciu do hostelu, czekała na nas przepyszna kolacja. Przy jednym długim stole wszyscy hostelowi goście…czyli w sumie 11 osób…kameralnie…przesympatyczna atmosfera, wymiana wrażeń z całego dnia, zdjęcia, wymiana maili…czuliśmy się niemal jak w dużym gronie znajomych 🙂
Ostatni dzień na Zanzibarze przywitał nas jak zwykle przepiękną pogodą, aż żal było wyjeżdżać i nawet perspektywa niesamowitej przygody na safari nie wiele pomagała. Zjedliśmy śniadanko i wybraliśmy się na ostatni spacer po plaży. W pobliżu naszego hotelu, przynajmniej tak wynikało z mapy, znajduje się słynna The Rock Restaurant na skale, gdzie postanowiliśmy się udać. Jeszcze przed wyjściem zapytaliśmy w hotelu ile się tam idzie, usłyszeliśmy, że nie całą godzinkę, więc wyruszyliśmy. O 13:00 byliśmy umówieni z Allym, że nas podrzuci na lotnisko więc obliczyliśmy, że bez problemu zdążymy obejść tam i z powrotem. I tak sobie szliśmy i cieszyliśmy oczy, staraliśmy się zapamiętać każdy drobny szczegół, nawdychać się bryzy, która rozwiewała nasze włosy, uchwycić na zdjęciach ptaki w locie…
Poza tym, że nadal nie mogliśmy uwierzyć, że tutaj jesteśmy, to jeszcze bardziej, nie mogliśmy uwierzyć w to, że przemierzyliśmy kilka kilometrów wzdłuż, jednej z piękniejszych plaż na świecie i nie spotkaliśmy ani jednego turysty. Taka cisza i spokój…czasami jakiś Mambo przejeżdżający na rowerze. Już wiem, że jeśli kiedyś będę miała ochotę na leniuchowanie na rajskiej plaży bez turystów, to będzie to właśnie Zanzibar! 🙂
Mniej pocieszający był fakt, że tak sobie już szliśmy grubo ponad godzinę, a The Rock Caffe, nie było widać. Przyspieszyliśmy kroku i po jakichś 15 minutach doszliśmy do przepięknej zatoczki, gdzie znajdowało się kilka hoteli i przepiękne molo. Niestety nadal nie było widać naszego obiektu docelowego.
Marcel już chciał zawracać, w obawie, że spóźnimy się na samolot, ale ja nie dałam za wygraną. Zagadałam z jednym z beach boysów i po kilku minutach siedzieliśmy w jego samochodzie, a po kolejnych kilku, byliśmy już pod The Rock Caffe. Okazało się, że stała sobie tuż za cypelkiem zatoczki 🙂 no ale i tak musielibyśmy wracać z powrotem taksówką, bo plażą byśmy nie zdążyli. No i zobaczyłam moje magiczne miejsce 🙂 co prawda podczas odpływu dość mocno traci na swojej magiczności, ale i tak byłam w siódmym niebie, że tam dotarliśmy.
Sympatyczny Mambo odwiózł nas do naszego hostelu, wzięliśmy szybki prysznic, spakowaliśmy się i byliśmy gotowi na wyjazd. Ally podjechał po nas prawie pół godziny przed czasem, znów nas zaskoczył, tym razem z zatankowanym samochodem 🙂 Droga na lotnisko minęła szybko, lot również. Lądując wypatrywałam wierzchołka Kilimandżaro, ale niestety ukrył się pod pierzynką z chmur 🙂 Po wylądowaniu i wyjściu z lotniska wypatrywaliśmy kogoś z naszymi imionami. Sandra, właścicielka Tembo Tamu miała odebrać nas z lotniska, ale nikt na nas nie czekał. Po 10 minutach czekania, podjęliśmy decyzję zabrania się do Moshi taksówką, którą wzięliśmy z 3 innymi dziewczynami, które jechały w tym samym kierunku. Dziwne trochę, że o nas zapomnieli, no ale zdarza się, może coś jej wypadło. Jakoś się nad tym nie zastanawiałam. Z przylepionym nosem do szyby obserwowałam życie na ulicach Tanzanni. Szybko zauważyłam, że dzieci wracające ze szkoły mają dużo schludniejsze ubranka niż te z Zanzibaru, kobiety chodzą w butach na obcasie, a nie w rozpadających się klapkach, zdecydowanie więcej pań bez nakryć głowy, mniej rozpadających się budynków…jednym słowem, troszkę lepszy standard życia. Po nie całej godzince, byliśmy w centrum Moshi, w jakimś niewiadomym miejscu wysadzaliśmy dziewczyny, a moje zdziwienie sięgnęło zenitu, kiedy to do samochodu podchodzi biała kobieta i pyta: Pani Maria? Myślałam, że to jakiś żart, kiwam głową, a ta wyciąga rękę i się przedstawia jako Sandra. Coś tam mówi o jakimś mailu, którego do nas wysłała i bała się, że nie zdążymy go przeczytać, ale się cieszy, że jednak zdążyliśmy 🙂 Nic z tego nie czaiłam, ale byłam szczęśliwa, że jesteśmy w dobrych rękach 🙂 Od razu poznaliśmy parę Australijczyków, którzy mieli nam towarzyszyć na safari i jak się okazało przylecieliśmy z Zanzibaru tym samym samolotem, mało tego siedzieliśmy obok siebie, a wysłany mail miał nam pomóc znaleźć się na lotnisku i wziąść razem taksówkę i przyjechać nią właśnie w miejsce w którym przypadkowo, a może i nie, wysadzaliśmy dziewczyny, no ale to dopiero dowiedzieliśmy się po przyjeździe do hotelu i sprawdzeniu poczty 🙂
BB Tembo Tamu okazał się bardzo przyjemnym, klimatycznym i czyściutkim miejscem. Sandra zrobiła od razu zakupy na kolację, pieczony kurczaczek i tanzanijska pizza, która zupełnie nie przypominała ani wyglądem ani smakiem tej europejskiej. Mało tego, była jeszcze pyszniejsza 🙂 Przy kolacji, którą zjedliśmy przy świecach w jej domu, ustaliliśmy program na najbliższe dni. Sandra zasugerowała nam małą zmianę planów, zamiast Lake Manyara, z którego ponoć ostatnio jej klienci nie byli zbytnio zadowoleni poleciła Park Tarangire. Co prawda, na początku nie byłam za tym pomysłem, bo głównie zależało mi na zobaczeniu tam flamingów, ale ponoć w Kraterze Ngorongoro ich nie brakuje więc zdecydowaliśmy wspólnie, że zgadzamy się na tę zmianę. Po kolacji do spanka. Jutro zaczynamy przygodę życia 🙂
Przydatne informacje:
spacer plażą z Bellevue Hotel do The Rock Restaurant ponad półtorej godziny,
taksówka z The Rock do Bellevue – 15$
taksówka z Bellevue na lotnisko – 35$
przelot Zanzibar-Kilimandżaro liniami Fastjet – 20$+10$ bagaż od osoby
taksówka Kilimandżaro-Moshi – 40$ ewentulanie shuttle bus – 10$ lub 10000 szylingów od os. ( warto więc mieć ze sobą szylingi bo wychodzi taniej)
safari 5 dniowe z Tembo Tamu 870$ od osoby przy grupie 4 os, ewentualnie prywatne safari 2 os za 1200$ od osoby
Dziś zaczynamy wielką przygodę 🙂 Wstałam już przed 6:00, żeby nie zakorkować łazienki, którą dzieliliśmy z naszymi towarzyszami podróży. Bo ja jak już wchodzę, to godzinka mija jak nic. Szybko wyszło na jaw, że przy wczorajszym oprowadzaniu po pokoju i łazience nie uważałam, bo za cholerę, nie mogłam znaleźć gdzie się włącza ciepłą wodę. A że nie miałam sumienia nikogo budzić, wzięłam zimny prysznic…brrrr…nawet w ciepłych krajach to średnia przyjemność, zwłaszcza, gdy trzeba umyć też włosy….no ale jakoś przeżyłam. Po śniadanku szybkie pakowanie plecaka, walizki zostały pod opieką Sandry. Mimo, że zabrałam tylko najpotrzebniejsze rzeczy, to i tak nasz plecak był dwa razy większy od naszych towarzyszy 🙂 sama nie wiem jak to możliwe 🙂 O 8:30 nasz samochód stał spakowany, a my zwarci i gotowi na przygodę….
Przed nami długa podróż. Ponieważ safari zaczynamy od Parku Tarangire musimy pokonać ok 250 km, co przy dobrych wiatrach i małych korkach w Arushy powinno się udać w 4 godziny. Humory nam dopisywały, krajobrazy zmieniały się jak w kalejdoskopie, czas biegł całkiem szybko. Kierowca trafił nam się bardzo sympatyczny, młody, nawet całkiem przystojny jak na Murzynka 🙂 Na imię miał Armani i cały czas przeglądał się w lusterku czy dobrze wygląda 🙂 poprawiał sobie włoski…przeczesywał grzebykiem 🙂 od razu dorobiliśmy sobie do tego swoją historyjkę 🙂
Krajobrazy Tanzanii są przepiękne i zmieniają się w zaskakującym tempie. Wspaniałe drzewa pokryte niezliczona ilością fioletowych kwiatów, Masajowie pilnujący swoich krów, dzieciaki siedzące przy drodze i wyciągają ręce do każdego wolniej jadącego samochodu…kobiety sprzedające tandetne bransoletki…i kurz…dużo kurzu…
Po czterech godzinach dotarliśmy na nasze “pole namiotowe”. Jakież było moje zdziwienie kiedy owe pole leżało w środku parku, bez ogrodzenia, bez jakichkolwiek drutów zabezpieczających…no i wszystko wskazywało na to, że będziemy na nim sami, bo nie było na nim żywej duszy…no ale nic, nie miałam czasu się nad tym dłużej zastanawiać, bo musieliśmy szybko wyładować wszystko z samochodu, żeby zobaczyć jeszcze jakieś zwierzątka. Nasz kucharz zajął się rozkładaniem namiotów, a my wyruszamy na poszukiwanie lwów 🙂 Po nie całych pięciu minutach zobaczyliśmy pierwszych mieszkańców parku 🙂 Impala, czyli najczęściej spotykana antylopa w Afryce, główne pożywienie afrykańskich drapieżników. Figlujące małpki vervet…całą chmarę bawołów, gnu i najbrzydsze jak do tej pory guźce 🙂
Aparaty poszły w ruch, nie wiedzieliśmy co fotografować…gdzie spojrzeliśmy tam łaziły zwierzęta…jechaliśmy wolno, z otwartym dachem…co chwilę Armani się zatrzymywał, żebyśmy mogli spokojnie porobić zdjęcia. Ktoś nagle krzyczy słonie!….jej…słonie?…gdzie??? Gdzieś tam pojawiły się na horyzoncie….ktoś inny krzyczy…Idą w naszą stronę! No to stajemy, gasimy silnik i czekamy. Najpierw obserwujemy je przez lornetki, bo są jeszcze daleko, idą wprost na nas…machają zawadiacko trąbami….Armani przesuwa lekko samochód do przodu, żeby nie stać im na drodze, jeszcze gotowe by były nas stratować 🙂 kiedy przechodzą tuż za samochodem delektujemy się ich widokiem, piękne, ogromne, dostojne…cała rodzinką…małe, duże…wyglądają jakby się do nas uśmiechały :)…cudowny widok!
Jeszcze nie ochłonęliśmy po spotkaniu oko w oko z sympatycznymi słoniami, a tu zobaczcie, kto odpoczywa pod drzewem 🙂 Ajjjj…jaka piękność 🙂
Byłam w szoku, że po niespełna 10 minutach w parku już spotkaliśmy gromadkę słoni i piękną panią lwicę. Rozglądaliśmy się za lwem do pary, bo ponoć zawsze chodzą parami, ale nie udało nam się namierzyć…pewno spał sobie smacznie, gdzieś zakamuflowany w trawie…
Jedziemy dalej, rozkoszujemy się widokami…rozglądamy na wszystkie strony…i nagle znów ktoś krzyczy…zebry! Dużo zebr!…podjeżdżamy bliżej, powolutku, żeby ich nie spłoszyć…zebry chyba są najbardziej płochliwe z wszystkich zwierzaków…a oto co widzimy…:)
Po pierwszym spotkaniu z pasiastymi zwierzakami, wiem już, że to będą moje ulubione modelki 🙂 Tak wdzięcznie pozowały do zdjęć…pięknie uśmiechały, zmieniały pozycje ciągle patrząc w obiektyw 🙂 Niesamowite…zakochałam się w zebrach 🙂 Mogłabym je fotografować bez końca 🙂 Zafascynowana zebrami, nawet nie zauważyłam kiedy z drugiej strony pojawiła się kolejna rodzinka słoni 🙂
Prawda, że są słodkie 🙂 Chyba nie ma nic przyjemniejszego i wspanialszego niż obserwacja tych olbrzymich, ciężkich czworonogów, w ich własnym środowisku. Przyglądanie się z jaką łatwością łamią gałęzie, czy nawet spore konary, z jaką gracją pokonują przeszkody, jak troszczą się o swoje maleństwa zasłaniając je swoim ciałem, jak potrafią przegonić samochód, który stoi na ich drodze. Wystarczy, że machną dwa razy uszami, poniosą trąbę do góry i już samochód znika w mgnieniu oka 🙂 Myślę, że nikt nie chce mieć nic wspólnego z rozzłoszczonym słoniem 🙂 Słonko powoli zachodzi…zbieramy się powoli do naszego obozu. Jeszcze orzełek…i bawiące się słonie 🙂
No i to o czym zawsze marzyłam, żeby zobaczyć…afrykański zachód słońca…mmmmm…poezja 🙂
Dotarliśmy do naszego obozu. Namioty stały już rozłożone. Od razu poszłam sprawdzić grubość materacy. Bałam się, że będą takie cieniutkie i twarde, ale na szczęście, były porządne…grube, i sprawiały wrażenie wygodnych. Do tego poduszki ze świeżymi, pachnącymi poszewkami 🙂 No to może jednak jakoś uda mi się tutaj zasnąć 🙂
Poszłam szybciutko się umyć…o ciepłej wodzie można było pomarzyć, no ale na to jakby byliśmy przygotowani. Wskoczyliśmy od razu w grube dresy, bo trochę wiało…Zasiadamy do stołu, a tam już czeka na nas gorąca herbatka, kawka i popcorn 🙂 A że głodni byliśmy jak lwy, popcorn zniknął w mgnieniu oka. Okazało się, że poza nami, w obozie nocuje jeszcze sympatyczny Francuz z dwójką dzieci, na moje oko, 7 i 12 lat. Przyjechali na safari na 5 tygodni. Kurcze, safari z 2 dzieciaków i to jeszcze takie długie…hmmm…no nie wiem…
Po pysznej kolacji składającej się z zupki cukiniowej, rybki, ryżu i różnych sałatek siedzieliśmy jeszcze długo z naszymi kompanami i rozprawialiśmy o wrażeniach z pierwszego dnia. Sue i Mitch bo tak mieli na imię są w rocznej podróży po świecie. Ona jest Angielką, on Grekiem, a mieszkają razem w Australii. Kochają podróże i przygody tak jak my 🙂 Fajnie się nam gadało.
Zmęczenie jednak szybko dało się we znaki. Rozeszliśmy się do namiotów i nastała cisza. Taka błoga cisza…i ciemność…zamknęłam oczy…i dopiero teraz zaczęły mnie dochodzić dziwne dźwięki łamiących się i trzaskających gałęzi…na początku słabe, jakby z daleka, a później coraz bliżej i głośniej…wyobraźnia zaczęła działać…czy to słonie, czy zebry….a może żyrafy…po chwili słyszymy co jakiś czas ryknięcia…Marcel uspakaja mnie, że to tylko słonie, a ja mam wrażenie, że słyszę lwa…już sobie wyobrażam, że to pewno ta piękność, którą widzieliśmy niespełna 10 min od obozu…pewno zgłodniała i szuka czegoś do jedzenia….a tutaj nie ma żadnego ogrodzenia, ani strażników…i pewno nas zje na kolację….Marcel dalej twierdzi, że to słonie, ale w sumie to nie wielkie pocieszenie…już sama nie wiedziałam, czy lepiej zostać pożartym przez lwa, czy podeptanym przez słonia. Jak sobie przypomniałam z jaką gracją pokonują one przeszkody wielkości naszego 2-osobowego namiociku to nie było mowy o jakimkolwiek zaśnięciu. I choć starałam się nie wpadać w panikę to wizja słonia na mojej głowie zdecydowanie wygrywała z liczeniem baranów…przez koleją godzinę nie mogłam zmrużyć oka. W końcu przypomniało mi się, że mam gdzieś stopery do uszu…może jak nie będę słyszeć tych trzasków i ryków, to jakoś prędzej zasnę….chyba poskutkowały…
Safari, dzień drugi…i długi jednocześnie. Pobudka o 6:00 rano, śniadanko w miłym towarzystwie Australijczyków. Krótka pogawędka z Francuzem, którego dzień wcześniej poznaliśmy. I rozwiązanie zagadki: co robi młody, przystojny facet na 5 tygodniowym Safari z dwójką dzieciaków. Odpowiedź bardzo smutna, próbuje się pozbierać po tym jak kilka tygodni temu zmarła jego żona…Straszne to musi być przeżycie, ale może właśnie taki wyjazd, takie odcięcie się od świata i rzeczywistości, choć trochę pomoże im w tych trudnych chwilach…
Ekipa zwarta i gotowa na kolejną przygodę 🙂 Od prawej ja, Mitch, Sue, kucharz i kierowca. Plan na dziś jest taki, że przejeżdżając przez Krater Ngorongoro przemieszczamy się do Parku Serengeti. Do pokonania mamy ok 350 km, tak więc spory odcinek. Chłopaki pakują nasze namioty i ruszamy w drogę.
Droga do Serengeti trwała 5 godzin. Ale czasu na nudę nie było. Armani zabawiał nas śmiesznymi historiami. Za oknem też dużo się działo. Szczerze mówiąc jadąc tutaj byłam przygotowana, na brak asfaltowych dróg, a tutaj drogi lepsze niż w Polsce. Szerokie i bez dziur 🙂 Spektakularne krajobrazy w okolicach Parku Ngorongoro przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Zobaczcie sami:
Po drodze mijaliśmy liczne wioski Masajów. W jednej z nich mieszkał Masaj rekordzista z 30 żonami z którymi ma 137 dzieci i 145 wnuków :). Zastanawialiście się kiedyś jak by to było, bycie żoną takiego Masja. Żyło w maleńkiej wiosce, jak poniżej, z 29 innymi żonami męża. Aż dziwnie to brzmi 🙂 I do tego wkoło biegające dziesiątki dzieciaków, wszystkie jednego mężczyzny 🙂 Zapytałam od razu Armaniego, czy te dzieci się później dalej rozmnażają w tej wiosce, ale na szczęście nie…choć na pewno przypadki się zdarzają.
Tak sobie jedziemy i myślę sobie, że fajnie byłoby się zatrzymać gdzieś na chwilę, żeby porobić fotki…już miałam poprosić Armaniego, żeby znalazł jakiś wygodny punkt widokowy, a ten właśnie zjeżdża na bok. Okazało się, że złapaliśmy gumę, więc przystanek obowiązkowy 🙂 I to jaki przyjemny 🙂 Nawet udało się nam porozmawiać z kilkoma Masajami. Wiecie, że oni wszyscy całkiem dobrze mówią po angielsku? Zaskoczona byłam bardzo!
Asfaltowa droga dawno temu się skończyła, już od dłuższego czasu jedziemy wyboistą drogą z kamieniami….za nami kłęby kurzu…temperatura wciąż rośnie. Najgorzej jechać za jakimś innym samochodem. Wtedy nie ma dosłownie czym oddychać. Chustki w tym momencie bardzo się przydają. Dojeżdżamy w końcu do długo wyczekiwanej bramy Serengeti. Zatrzymujemy się na moment. Dookoła rozpościera się kamienista nicość…z błękitnym niebem…horyzontu nie widać…przed nami cudowna nieskończoność…Już wiemy dlaczego Park nazwano Serengeti – co oznacza właśnie nieskończoność. Otaczają nas od razu Masajki próbując sprzedać nam biżuterię hand made. Nic nie kupujemy, ale oddajemy im swój lunch i kilka butelek wody dzięki czemu dostajemy przyzwolenie na kilka fotek 🙂 Armani, obiecuje im, że jak będziemy wracać to zostawimy im całą wodę jaka nam zostanie. Dobry chłopina z niego…
O i jakaś biała Masajka się tutaj zaplątała…aż straszy swoją bladością 🙂
Za bramą zatrzymujemy się na chwilkę, Armani zapewne musiał zapłacić za park, my korzystając z przystanku robimy siku, i wychodzimy na niewielkie wzgórze skąd rozpościerał się taki oto widok:
Jedziemy dalej i krajobraz znowu się zmienia. Niesamowite! Od razu widać, że za magicznym słowem Serengeti coś się kryje…po kamienistej prerii zaczyna robić się zielono, pojawiają się pierwsze zwierzęta, najpierw niewielkie grupki, później większe…w końcu widzimy całe stada…na horyzoncie pojawiają się pierwsze kępy akacji…i pierwsze żyrafy…:)
W związku z tym, że większość dnia spędziliśmy w podróży, czasu na Safari Game nie zostało nam dużo. Mimo wszystko doświadczyliśmy wspaniałych grup przeróżnych zwierzaków. Nie będę wam wszystkich fotek wrzucać, bo znów się będzie post zacinał 🙂 Jednym słowem Serengeti mnie oczarowało swoim klimatem, ilością zwierząt, przepięknymi krajobrazami. Na koniec kilka fotek przed zachodem słońca.
Po dotarciu do naszego obozu troszkę się rozczarowaliśmy. Ilość namiotów rozłożyła nas na łopatki, było ich całe mnóstwo…a zamiast odgłosów dzikich zwierząt słyszeliśmy jedynie przekrzykujących się ludzi. Dużo młodzieży. Miałam wrażenie, że całe wycieczki szkolne nastolatków. Kolejki do pryszniców, o dziwo z ciepłą wodą. Problem z naładowaniem baterii, kontakty działały tylko dopóki świeciło słońce. Sue bolała strasznie głowa, to pewno przez te długą podróż. Po pysznej kolacji dość szybko poszliśmy spać…jutro musimy wstać o 5:00. Robimy game safari przy wschodzie słońca. Mam nadzieję, że zobaczymy więcej lwów albo może nawet gepardy…Staram się zasnąć, ale ludzkie odgłosy skutecznie mi to utrudniają…w końcu udało się…śpię…i śnię o biegnącym w moją stronę stadzie zebr…biegną dosłownie na mnie, jakby nie w ogóle nie widziały…kucam, zakrywam się rękami, jakby to miało mnie przed nimi ochronić…budzę się, słyszę jak otwiera się zamek w naszym namiocie…skacze na równe nogi…to tylko Marcel…idzie siku…ech…to jak się już obudziłam, to idę z nim. Dziwnie cicho, wszyscy śpią. Jedyne co słychać to chrapanie dochodzące z namiotów…szybko do WC…wracamy…i nagle widzimy w odległości 3-4 metrów dwie pary świecących się oczu…patrzących prosto na nas…od razu łapię za rękę Marcela…zwalniamy kroku…nie wiemy czy stać, czy uciekać…a w ciemności nawet nie mamy pojęcia czyje to oczy…Nagle oczy znikają…uciekły…pffff…chyba jeszcze szybciej niż one, zwialiśmy do namiotu. Następnego dnia przy śniadaniu dowiedzieliśmy, że mieliśmy w obozie gości – hieny! Czyżby to było spotkanie w cztery czy z hienami? Wolę o tym nie myśleć….
Trzeci dzień w Serengeti i zarazem ostatni. Po wrażeniach z dnia poprzedniego, od samego śniadania zastanawialiśmy się co dziś ciekawego nas spotka. Pierwszy raz kiedy nie musieliśmy wstawać jeszcze przed wschodem słońca. Dziś opuszczamy Serengeti i jedziemy do Krateru Ngorongoro. Długa droga znowu przed nami, trzeba zjeść porządne śniadanko. Nasz kucharz jak zawsze staje na wysokości zadania, serwując nam pyszne naleśniki. Ogólnie to do jedzonka nie mamy żadnych zastrzeżeń. Jest dużo, nawet bardzo dużo, nie jesteśmy w stanie zjeść nigdy wszystkiego co zostanie podane na stół. Wybór zawsze taki, że każdy znajdzie coś dla siebie. Nasz kucharz złapał dziś mimo wszystko dużego minusa. Od wczoraj chodzi w tym samym podkoszulku, upał niemiłosierny, a co za tym idzie mały smrodek…tzn, nie mały duży smród. Już jak nam podawał śniadanie, ciężko było tego nie poczuć. Oczywiście wszyscy od razu zaczęli robić sobie z tego żarty, ale mi do śmiechu wcale nie było, bo przed nami kilka godzin jazdy, a ja siedzę centralnie za nim w samochodzie…ehhh…no nic, mamy jeszcze cały czas nadzieję, że przed wyjazdem wskoczy pod prysznic i założy świeży podkoszulek. Nawet szepnęliśmy Armaniemu dwa słowa na ucho, może by mu coś delikatnie zasugerował. Chłopaki poskładalii namioty. Zapakowali samochód. I możemy ruszać. Niestety, nasz kucharz, w tym samym podkoszulku…matko jak ja przetrzymam cały dzień z tym smrodkiem w samochodzie…dobrze, że miałam jakąś próbkę Chanel, zpsikałam sobie chustkę, założyłam na nos i w drogę…
Ponieważ przed nami kilka godzin jazdy, nie robimy safari, oglądamy tylko to co napotkamy na drodze. Nie będę was już zanudzać tysiącem zdjęć, wybrałam tylko kilka najfajniejszych…
Lista życzeń na dziś to gepardy, hieny i nosorożce, choć Armani od razu nas sprowadził na ziemię i powiedział, że na nosorożce to nie mamy co dziś liczyć. Może jutro w kraterze, uda się nam jakiegoś spotkać. Jak będziemy mieć szczęście oczywiście. Niestety ani hien, ani gepardów nie widać. A Marcel tak liczył na to, że jakiś gepardzik wskoczy nam na samochód, i będzie mu pstrykał fotki 🙂 Spotykamy za to kolejne ogromne stado zebr. Jeszcze większe niż wczoraj. Były ich setki tysięcy, dosłownie wszędzie. W pewnym momencie znaleźliśmy się w środku tego stada. I dosłownie gdzie by nie patrzeć, tam widać było pasiaste stworzenia. Widoki nie do opisania, nie do uwiecznienia na zdjęciach, ani nawet nie do sfilmowania. To trzeba po prostu zobaczyć na żywo. Poczuć na własnej skórze….usłyszeć…ten cudowny dźwięk jaki one wydają, jest po prostu niesamowity. Marcel był pod takim wrażeniem, że ach zadzwonił do rodziców, żeby mogli tych odgłosów posłuchać przez telefon 🙂 Tak, mnie też zaskoczyło, że jest tam zasięg 🙂
Najprawdopodobniej były to stada po migracyjne. W tym roku zwierzęta dużo wcześniej niż zwykle przeszły przez rzekę Marę. Po zebrach spotkaliśmy jedno z większych stad słoni. Cała rodzinka, małe, duże i jeden olbrzym 🙂
Jedziemy sobie dalej, nagle czuję, jak mnie coś upierdzieliło w nogę. A mnie jak coś ugryzie, to mam taki odruch, że to coś od razu zabijam. Ból od ugryzienia był taki, że aż zakrzyczałam. Armani się od razu zatrzymał, bo nie wiedział co się dzieje. Okazało się, że to mucha, pokazałam mu ją od razu, bo była jakaś mega wielka. Temu miana nagle spoważniała, patrzy na mnie i mówi: Ale to nie ta mucha cię ugryzła mam nadzieję. No to mi też mina spoważniała, i mówię, no ta, bo ją od razu zabiłam. A ten jeszcze bardziej poważnie: no to mamy problem….pytam co to za mucha, a on mi mówi, że CC i że musimy szybko jechać do szpitala…No to mi już serce zaczyna walić jak zwariowane, usiadłam sobie, i już mam wizje swojej śmierci na Safari….no to zajebiście…zaraz zapadnę w śpiączkę i tak się skończy moja wielka przygoda…już mi powoli łzy zaczynają do oczu napływać, a ten nagle zaczyna się śmiać i mówi, że to żart i że na pewno nic mi nie będzie…o matko…myślałam, że go tam gołymi rękami uduszę! Pffff…niestety nie mogłam się długo na niego dąsać, bo właśnie ktoś z tyłu krzyczy: Chita’s! Chita’s!
Uradowana widokiem gepardów szybko zapomniałam o ugryzieniu przez muchę. Ale na wszelki wypadek od razu nałożyłam dodatkową warstwę Deeta. Co prawda on jest teoretycznie na komary, ale miejmy nadzieję, że na muchy też będzie skutkował. Mieliśmy ze sobą pięćdziesiątkę. Ponoć to najsilniejszy środek przeciwko komarom. Można kupić też wyższe stężenie, ale podobno na 50 żaden komar nie siada. Te wyższe mogą powodować podrażnienia skóry. Niestety ja nie spotkałam w Taznzanii ani jednego komara, więc ciężko było go przetestować. Sporo komarów było wieczorami na Zanzibarze, ale tam mieliśmy jeszcze jakieś pozostałości płynu z Tajlandii. Wyjeżdżając już niemal z Serengeti spotkała nas pożegnalana niespodzianka, przy samej drodze, pod drzewkiem wylegiwał się pan lew…i nie tylko…mieliśmy niecodzienną okazję podglądać…hmm…sami zobaczcie co 🙂
Kochanie wstawaj, mam ochotę na szybki numerek 🙂
No wstawaj proszę, nie drocz się ze mną 🙂
Mrauuuu…tak pięknie pachniesz 🙂
No chodź do mnie 🙂 Przecież wiem, że lubisz jak cię skubię po szyi 🙂
Mrauuu…i za uszkiem 🙂
I jeszcze drugie uszko…:) O tak 🙂
No i po numerku 🙂 wszystko trwało nie całą minutę…i działo się 5 metrów od nas 🙂
A tak wygląda zadowolony lew “już po” 🙂 Niesamowite przeżycie 🙂
Przy bramie wyjazdowej z Serengeti zatrzymaliśmy się przy grupie Masajskich kobiet, które spotkaliśmy w drodze do parku. Daliśmy im obiecaną wodę. Zostało nam 7 butelek, daliśmy im więc wszystkie. Uśmiech tych ludzi – bezcenny 🙂 Po kilku męczących godzinach jazdy, szczególnie dla mnie…najgorzej było jak kucharz wystawiał sobie łokieć za szybę, wtedy powiewało mi smrodkiem w samą twarz…nawet Coco Noir nie pomagał…ehh…cali w kurzu, dotarliśmy na brzeg krateru, skąd rozciągał się wspaniały widok. Miałam cichą nadzieję, że właśnie w tym miejscu będziemy nocować, i tak właśnie się stało…to była nasza kolejna przystań 🙂 Zdecydowanie najpiękniejsza sceneria ostatnich dni!
Na polu namiotowym było jeszcze dość pusto, mogliśmy sobie wybrać miejsce na rozbicie namiotu. Od razu wybraliśmy punkt najbardziej oddalony, przy samym brzegu, z dala od reszty namiotów. Czy to był dobry wybór dowiecie się już w kolejnym poście 🙂
Piąty i zarazem ostatni dzień naszego safari. Zanim jednak przejdę do opisu dnia, to jeszcze kilka słów o wieczorze i nocy. Po kolacji stwierdziłam, że pójdę pod prysznic. Ponoć była ciepła woda, ale przed kolacją już się na nią nie załapałam. Dlatego zaraz po jedzonku chwyciłam za ręcznik, latarkę, bo już oczywiście ciemno było i poszłam do łazienki.Idę sobie, przyświecam pod nogi, żeby przez coś nie przepaść, już skręcam w stronę drzwi od prysznica, kiedy czuję nad sobą jakiś dziwny cień…podnoszę głowę i najpierw widzę dużą nogę, potem jeszcze większe uszy, długie kły….i trąbę podkradającą właśnie wodę ze zbiornika…krok do tyłu to był pierwszy odruch…potem myśl, cholera czemu ja nie mam przy sobie aparatu….no i przebłysk, że może 3 metry od kilkutonowego zwierza to jednak mało rozsądna odległość…tak więc kolejne dwa kroki w tył, w końcu sprint na miejsce gdzie reszta załogi dojadała kolację, krzyczę, że słonia mamy koło prysznica…oczywiście wszyscy pobiegli go zobaczyć…ja w tym czasie biegiem do namiotu po aparat, no i wróciłam…ale słonia już nie było…ponoć ktoś tam zaczął głośniej gadać i słonia spłoszyli….ech no i nici ze zdjęcia…ale spotkanie w cztery oczy ze słoniem i tak było bezcenne 🙂
W końcu udało mi się wziąć ciepły prysznic. Zapakowałam się w gruby dres, bo zimno jak cholera…zaledwie 5 stopni…chyba pierwszy raz użyłam grubego śpiwora no i staramy się z Marcelem jakoś zasnąć…sprawa jednak nie jest prosta i to wcale nie za sprawą słonia, a za sprawą wiatru, który wydawało się, że zaraz porwie nas razem z namiotem…od razu zaczęłam żałować, że rozłożyliśmy się przy samym brzegu. Nie przewidziałam takiego silnego wiatru, który telepał całym namiotem. Był tak głośny, że nie było szans zasnąć. Nawet stopery do uszu nie pomagały. Wiatr ucichł dopiero nad ranem, i dopiero wtedy udało mi się zmrużyć oko. Ehhh…
Po ciężkiej nocy, przyszła jednak nagroda. Majestatyczny wschód słońca nad kraterem wynagrodził nieprzespaną noc 🙂
Po pysznym śniadanku, ruszamy w głąb krateru. Tym razem nasz kucharz wziął prysznic i nawet założył czysty podkoszulek. I całe szczęście, bo już się zastanawialiśmy czy nie podarować mu jakiegoś w prezencie. Najpierw rzut okiem na krater z góry. Zatrzymaliśmy się żeby umieścić opłatę za park. Zaraz później zjeżdżamy powoli w dół krateru. Żyjące tutaj zwierzęta nie mają możliwości wyjścia poza krater, co powoduje, że rozmnażają się w tych samych grupach. A to powoduje w efekcie końcowym, osłabienie genów, a w przyszłości być może problemy genetyczne.
Temperatura nadal dość niska. Wszyscy w bluzach i długich spodniach. Jednak zwierzątek jak na lekarstwo. Nie wiem, czy jeszcze śpią, czy się gdzieś pochowały, ale spodziewałam się ich tutaj zdecydowanie więcej. Tym bardziej, że wszyscy mówili, że ostatni park jest najpiękniejszy i w związku z niewielką powierzchnią skupia wszystkie zwierzęta. Hmmm…no piękny jest to prawda. Biorąc pod uwagę krajobrazy, zdecydowanie jest najbardziej malowniczy…no ale zwierzyny mniej, niż w każdym innym parku, który do tej pory widzieliśmy.
Od samego początku safari molestowałam Armaniego o flamingi. Strasznie ale to strasznie chciałam je zobaczyć i to najchętniej w dużych ilościach. Niestety w związku ze zmianą planów na samym początku i pominięciu Lake Manyara, szanse za zobaczenie flamingów niemal znikły. Ponoć tylko tam można je zobaczyć, choć nie jestem pewna czy z bliska. Dziś Armani powiedział, że postara się spełnić moje marzenie o flamingach, i być może przy odrobinie szczęścia będę mogła je zobaczyć. I udało się, zobaczyłam, ale z takiej odległości, że moje pragnienie nie zostało zaspokojone…nie można było bliżej podjechać…o podejściu też nie było mowy…buuuu…
Były za to duże ilości lwic, które przechadzały się koło samochodów, zupełnie nie zwracając na nie uwagi. No właśnie, jak wiecie, z samochodu nie można wychodzić pod żadnym pozorem, a mi od prawie samego początku chciało się siku. Nie robiłabym z tego powodu problemu, gdyby nie fakt, że chciało się coraz bardziej, a zimno jeszcze pogarszało sprawę. Nie mogłam się już nawet skupić na oglądaniu zwierząt, bo cały czas myślałam, że muszę siku. Hehhh…W końcu powiedziałam Armaniemu, że mamy mały problem, no i mój problem okazał się większy niż mały, bo lwy co kawałek. Do tego samochodów, też sporo, ciężko było pobyć gdzieś na uboczu, bo ciągle ktoś przejeżdżał. Na szczęście nie byłam sama, moja towarzyszka miała ten sam problem. W dwójkę zawsze raźniej 🙂 W końcu udało się nam zatrzymać w ustronnym miejscu, wyskoczyłyśmy z samochodu i z miną najszczęśliwszego dziecka pod słońcem oddałyśmy co trzeba 🙂 Faceci tymczasem obserwowali, czy nie czai się gdzieś w trawie jakiś głodny lew 🙂
Po lunchu i krótkim odpoczynku nad uroczym jeziorkiem wracamy do Moshi. Przed nami kilka godzin w podróży i ciąg dalszy podziwiania krajobrazów i życia Tanzańczyków na ulicy.
W drodze do Moshi zatrzymaliśmy, żeby obfocić Kilimandżaro. Ponieważ bardzo często kłębią się wokół niego chmury i często nie widać wierzchołka korzystaliśmy z okazji.
Zmęczeni ale szczęśliwi dotarliśmy po 7 godzinach do Moshi. Sandra czekała już na nas z kolacją. Pożegnaliśmy się z Armanim i z kucharzem. Aż łezka się w oku zakręciła. Spędziliśmy razem pięć dni. Pięć pięknych dni pełnych niezapomnianych wrażeń. Na pewno będziemy je wspominać do końca życia, a może nawet jeden dzień dłużej 🙂
Następnego dnia wieczorem wylatujemy z powrotem na Zanzibar. Mamy zatem jeszcze cały dzień w Moshi. Dzięki pomocy Sandry będziemy podglądać życie u stóp Kilimandżaro 🙂
Odkąd zaczęliśmy planować naszą podróż widziałam, że musimy zarezerwować sobie jeden dzień na zobaczenie jak żyją ludzie u stóp Kilimandżaro. Komplikacje były przy tym nie małe, bo głupia najpierw zarezerwowałam hotel na Zanzibarze, a dopiero później szukałam lotu. Pech chciał, że tanie linie, którymi lecieliśmy do Tanzanii Fast Jet nie latają niestety codziennie i akurat w tym dniu, w którym przypadł nam powrót na Zanzibar nie było lotu. Zostaliśmy zatem skazani na lot z Precision Air. Za ten kaprys słono zapłaciliśmy, ale przynajmniej będę mieć nauczkę na przyszłość, najpierw samolot, a później hotel. Dla ścisłości, przełożenie rezerwacji hotelu o jeden dzień kosztowało tyle samo co różnica w cenie biletów, więc mijało się to z celem.
No ale wracając do ostatniego dnia w Tanzanii, po śniadaniu pożegnaliśmy z naszymi towarzyszami z Australii. Sandra z Tembo Tambu zamówiła nam taksówkę, która zawiozła nas do niewielkiej, uroczej miejscowości ( nazwy niestety nie zapamiętałam) u stóp Kili. Tam poczęstowano nas herbatką i przydzielono sympatycznego przewodnika, który zabrał nas w niezapomnianą podróż pośród olbrzymich bananowców!
To był niezapomniany dzień. Zapowiadał się tak niewinnie, ale zostawił głęboki ślad w pamięci. Nasz przewodnik Augustin, starszy pań, na moje oko po sześćdziesiątce, zabrał nas w podróż w czasie. Do miejsca w którym ludzie żyją bez prądu, wodę noszą w wiadrach z pobliskiej rzeki, jedzą zupę z bananów wyhodowanych w ogródku, wszyscy wszystkich znają, pomagają sobie wzajemnie, gdzie ludzie są zawsze uśmiechnięci, a dzieci bawią się na drodze…do krainy szczęśliwości 🙂
Augustin prowadził nas przez gąszcze palm i bananowców, opowiadając przy tym napotkanych roślinach, uprawie banów, a przede wszystkim o życiu tutejszej ludności. O tym jak ciężko muszą pracować aby przeżyć. Z ciekawostek, pod Kili hoduje się kilkaset różnych odmian banów. O różnych rozmiarach, kolorach i smakach. Jedliśmy nawet jedne takie, które w smaku bardziej przypominały ziemniaki niż banany. To właśnie z nich robi się zupę bananową.
Wiecie jak wygląda kawa, zanim trafi do waszej filiżanki? 🙂 Właśnie tak 🙂 Więc możecie sobie tylko wyobrazić ile czasu i pracy kosztuje, żeby z tych kuleczek zebrać, a później oczyścić na kilogram kawy. To właśnie głównie z uprawy kawy, bananów i avocado żyją tutejsi mieszkańcy.
Dzieci nie mają komórek, I-phonów, komputerów, ani nawet TV. Co zatem robią? Bawią się w chowanego pomiędzy ogromnymi bananowcami. Biegają cały czas koło nas. Uśmiechają się. Ale też ciężko pracują. Poniżej kilkuletnie dzieciaki z ogromnymi workami pełnych liści, które noszą z lasu. Liście te stanowią pożywienie dla krów.
Tak sobie idziemy za naszym przewodnikiem i zaobserwowaliśmy ciekawą rzecz. Przechodząc obok pewnej kobiety Augustin coś tam do niej powiedział po ichniejszemu, ona mu odpowiedziała i tak idąc wymieniali się krótkimi zdaniami dopóki przestali się słyszeć…za pierwszym razem myśleliśmy, że po prostu o czymś rozmawiają, za którymś z kolei, stwierdziliśmy, że nasz przewodnik jest po prostu bardzo gadatliwy, ale kiedy zauważyliśmy że ona tak z każdą napotkaną osobą rozmawia, nie zatrzymując się przy tym, zapytaliśmy, czy on zna te wszystkie osoby i o czym tak rozprawiają. A tu się zdziwiliśmy, bo oni się tylko wzajemnie pozdrawiali i obsypywali komplementami 🙂 taka po prostu miła i sympatyczna wymiana pozdrowień 🙂 był bardzo zdziwiony że w Europie nie rozmawia się z nieznajomymi 🙂
A poniżej jeden z nielicznych domów, który ma tutaj dostęp do prądu. Mieszka w nim lekarz.
Ludzie, których spotykaliśmy na drodze byli zawsze uśmiechnięci. Każdy się zatrzymywał, witał z nami. Pozdrawiał. Udało się nawet z kilkoma osobami porozmawiać po angielsku, czym byłam bardzo zaskoczona. Biło od nich takie błogie szczęście 🙂 Tylko, czy oni są tak naprawdę szczęśliwi?
Augustin opowiadał nam dużo o swoim życiu, o swojej rodzinie i malutkim domku w którym mieszka. Kiedy zapytałam, czy to daleko stąd powiedział, że rzut beretem i jeśli tylko mamy ochotę to zaprasza nas do siebie na herbatkę 🙂 Niemal podskakując z radości przyjęliśmy zaproszenie i po kilku minutach byliśmy na jego podwórku. Oprowadził nas po wszystkich zakątkach swojego domostwa 🙂 Pozwolił nam zajrzeć do wszystkich pomieszczeń z dumą opowiadając, co się w nim znajduje. I tak odwiedziliśmy w kolejności pomieszczenie w którym znajdowała się najważniejsza żywicielka rodziny, czyli krowa, później malutka kuchenka w której właśnie chyba coś się przypalało, tak mi się wydaje, a może wędziło, bo było tam pełno dymu, sypialnie z drewnianym łóżkiem, i pokoje synów. Wszystkie pomieszczenia były malutkie, ciemne i bardzo wilgotne. Na końcu pokazał nam swoją największą dumę. Pokój gościnny, w którym znajdowały się łóżka, takie prawdziwe, jedna sofa i stół. Wszystko było starannie przykryte prześcieradłami, żeby pewno się nie zakurzyło. Jeśli, ktoś ma ochotę przenieść się na chwilę w czasie i pożyć kilka dni jak tamtejsi mieszkańcy, to właśnie można się u Augustina zatrzymać 🙂 Pewno gdyby to nie był nasz ostatni dzień w Tanzanii chętnie byśmy zostali 🙂
Augustin poczęstował nas herbatą z mlekiem i pysznymi bananami 🙂 Udało nam się też porozmawiać z jednym z jego synów. O czym? O marzeniach 🙂 Wiecie jakie jest jego marzenie? Skończyć szkołę i dostać pracę. Nie ważne jaką…po prostu, chce gdzieś pracować….a o czym marzą nastolatki w Polsce? Hmmm…chyba wolę nie wiedzieć….
Wracając przechodziliśmy obok szkoły, która wyglądała tak. Zaraz poniżej szkolne WC.
I pewna staruszka, która mieszka tutaj zupełnie samiuteńka. Właśnie przygotowywała zupkę z bananów 🙂
To był cudowny dzień! I mam już kolejne marzenie! Żeby wrócić tu kiedyś i zamieszkać w jednym z takich małych domków chociażby na jakiś czas. Bez TV, bez komputera, bez internetu…tak po prostu wyłączyć się i cofnąć na chwilę w czasie 🙂
Po powrocie ze wspaniałej wędrówki czekał na nas pyszny lunczyk przygotowany z tradycyjnych tanzańskich potraw. Zupa bananowa, która zupełnie nie przypominała w smaku bananów, ale była przepyszna. Do tego duszone mięsko z ryżem i najwspanialsze avocado jakie w życiu jadłam. Tak nie wiele, a daje tyje szczęścia 🙂
Wieczorem lecimy na Zanzibar. Mamy nadzieję wreszcie porządnie się wyspać, odpocząć i zrelaksować 🙂 Oczywiście na lotnisku w Tanzanii modlimy się, żeby nas wpuścili bez naszych nieszczęsnych żółtych książeczek. O dziwo, przy odprawie nie było ani żywej duszy. Przeszliśmy więc na legalu bez książeczek, nawet wiz nie sprawdzali. Pewno dlatego, że to był wewnętrzny lot.
A o kolejnych wrażeniach z Zanzibaru już w kolejnym poście 🙂
Informacje praktyczne
– taksówka w dwie strony do miejscowości z której zaczyna się wędrówka – 30$
– 3h wędrówka, do wyboru jest kilka różnych tematów, Coffie Tour, Village Tour (szkoła, kościół i targ) my wybraliśmy Nature Tour i myślę, że to był najlepszy wybór 🙂 – 19$/os + 7$ lunch
-napiwek dla przewodnika, my daliśmy 20$, ale to oczywiście zależy już od was…
-bezpośredni przelot z Precision Air, Kilimandżaro – Zanzibar – 180$/os co oczywiście odradzamy z całego serca, z Fast Jet można lecieć za 45$
Trochę lata w środku zimy czyli ciąg dalszy naszych rajskich wakacji na Zanzibarze 🙂
Pewno co poniektórzy zdziwieni, że po raz drugi lądujemy na Zanzibarze, ale jakoś tak od samego początku planowania wyjazdu chciałam pobyt na Zanzibarze podzielić na dwie części. Przed i po safari. Dlaczego? Bo przed safari fajnie jest pobyczyć się na plaży, poczuć ten wspaniały tropikalny klimat, wypić kilka mohito w dobrym towarzystwie, żeby później z naładowanymi bateriami móc rozpocząć safari. Równie fajna, jeśli nawet nie fajniejsza jest opcja powrotu na te rajskie plaże już po jakby na to nie patrzeć troszkę męczącym safari. Mężu początkowo ostro protestował przeciwko rozdzieraniu plażowania na dwie części, ale już ostatnich dniach safari dziękował mi, że nie musimy od razu z wszystkimi wrażeniami wracać do domu, tylko mamy jeszcze całe 5 dni na odpoczynek i przeżywanie ostatnich kilku dni pod parasolem z zimnym piwkiem w ręce 🙂
Na Zanzibarze wylądowaliśmy już późnym wieczorem. Od razu skierowaliśmy do wyjścia i złapaliśmy taksówkę. Problemu nie ma, stoją i czekają. Udało nam się zbić nawet trochę z ceny. Miły taksówkarz o imieniu Mohamed, okazał się przesympatycznym młodym człowiekiem. W ciągu godziny, którą musieliśmy pokonać w drodze do hotelu, opowiedział nam niemal całą historię swojego życia. O tym jak się zakochał w dziewczynie z którą ze względu na jej rodziców nie mógł być. O tym jak dzielnie o nią nią walczył. O tym ile z tego powodu cierpiał, jak dzielnie znosił upokorzenia i pomówienia. O tym jak musiał wszystkim udowadniać, że wcale nie jest tym, za kogo go uważają. Niesamowita historia. Słuchaliśmy jej niemal z niedowierzaniem i momentami ze łzami w oczach. Na szczęście historia dobrze się skończyła, rodzice wybranki w końcu zgodzili się na ślub, i teraz mają trójkę ślicznych łobuziaków 🙂 Skąd wiem, że ślicznych? Dowiecie się już niedługo 🙂
Po godzinie, która minęła jak z bicza strzelił dotarliśmy do hotelu Melia. Pożegnaliśmy się z Mohamedem i wzięliśmy od niego numer telefonu, będziemy potrzebować czymś wrócić na lotnisko, to będzie jak znalazł 🙂 Wchodzimy do hotelu, pierwsze wrażenie mega pozytywne. Od razu zaopiekował się nami pan który przywitał nas na recepcji. Usiedliśmy wygodnie w fotelach, pan spisał co tam trzeba było, wytłumaczył co i jak, dostaliśmy mapkę, odświeżające ręczniki, powitalnego drinka i wraz z boyem hotelowym udajemy się do pokoju. Pokój okazał się jeszcze piękniejszy niż na zdjęciach i tak naprawdę szkoda było z niego wychodzić, ale że niestety burczenie w brzuchach przypomniało nam, że dobrze byłoby jeszcze wrzucić coś na ruszt. Wzięliśmy zatem szybki prysznic, wskoczyliśmy w stosowne ubranie i udało nam się jeszcze zahaczyć o kolację.
Pędząc do głównej restauracji czułam się jakoś dziwnie. Dopiero co wróciliśmy z pięciodniowego safari, gdzie spaliśmy w namiocie, włosów nie myłam przez 5 dni, nóg nie goliłam, bo kto by tam o tym myślał, zamiast wody używałam chusteczek nawilżających. Posiłki jedliśmy na stole polowym, który kiwał się na wszystkie strony. Do kibelka bałam się iść, żeby mnie coś nie zjadło. A tu nagle hotel wysokiej klasy, wszędzie wszystko lśni i błyszczy, obsługa skacze koło nas na paluszkach, jedzonko pięknie podane, goście odstrzeleni od stóp do głów, faceci w długich spodniach, dziewczyny full make up i złote szpileczki, a ja taka sierotka z mokrymi włosami i w gumowych japonkach. Zawsze zapominam zabrać ze sobą jakieś wieczorowe buty, jakoś jak się pakuję to zawsze myślę, żeby było lekko i wygodnie. No nic, może następnym razem 🙂
Kolejny dzień rozpoczęliśmy oczywiście od plażowania. W zasadzie wszystkie pozostałe dni spędziliśmy na plaży. Jakoś nie przepadam za basenami hotelowymi. Zwykle woda jest w nich dla mnie za zimna. Nawet jak na zewnątrz jest 30 stopni, to zdecydowanie wolę kąpać się w ciepłym morzu aniżeli w zimnym basenie. Dlatego też codziennie byliśmy na plaży. Poznaliśmy tam bardzo sympatyczną parę. Francuza i Ukrainkę. Tak się jakoś w pierwszym dniu dosiedliśmy do ich stolika podczas lunchu i już później codziennie się spotykaliśmy na plaży. I albo gdzieś razem łaziliśmy, albo graliśmy w Camelota:)
Pewnego dnia wracając razem z plaży mieliśmy śmieszną przygodę. Do hotelu zawsze wozili nas wózkiem golfowym, no i któregoś dnia przychodzimy, a tam chyba z 12 osób w punkcie odjazdu. Na raz do wózka wchodzi max 6 osób, wiec stwierdziliśmy ze za dużo czekania i poszliśmy na nogach. Po kilku minutach słyszymy za sobą nadjeżdżający wózek. Bez odwracania się tamujemy dla żartów drogę, ten się zatrzymuje, bo nawet wyjścia za bardzo nie miał, odwracamy się a tam tylko 2 os. No to bez zastanowienia pchamy się do wózka, upychając po kątach parę, która w nim jechała i jeszcze ochrzaniamy ich tak żartobliwie oczywiście, jak to tak można, że oni sobie sami jadą a tam tyle ludzi na przystanku czeka. No i się okazało, że to jakiś szejk z żoną i ten wózek to na ich wyłączność 🙂 Trochę się nam głupio zrobiło, ale na szczęście szejk okazał się wyrozumiały i nie wyrzucił nas na ulicę, za co bardzo grzecznie podziękowaliśmy 🙂 pod hotelem nie mogliśmy się powstrzymać ze śmiechu…:) i do dziś wspominamy tą wpadkę z ogromnym rozbawieniem 🙂
Co robiliśmy oprócz wylegiwania się pod palmami? Marcello pochłaniał książki jedna za drugą, uczył tamtejszego fotografa hotelowego jak ma fotografować, ja zaś biegałam z aparatem tam i z powrotem. Cały czas polowałam na panie pracujące na poletkach algowych. Marzyły mi się ich zdjęcia z bliska. Wyruszyłam jednego dnia na dłuższy spacer. I udało mi się znaleźć kilka pań, a nawet całą grupkę. No to teraz tylko jak je tutaj z bliższa złapać, żeby się na mnie nie złościły i nie przeklinały. Z ukrycia nie było szans, bo nawet nie miałam ze sobą właściwego obiektywu. Postanowiłam więc, że pójdę po prostu do nich i zagadam. Tylko po jakiemu…hmmm. Aparat zarzuciłam na plecy, żeby ich nie spłoszyć, macham do nich z daleka, uśmiecham się…i o dziwo uśmiech odwdzięczają 🙂 jest dobrze 🙂 zaczynam nawijać po angielsku, a one uśmiechnięte od ucha do ucha coś tam odpowiadają po swojemu. Pewno znając życie nabijają się ze mnie. Ale są przy tym miłe i uśmiechnięte. Zainteresowałam się tym co robią, pooglądałam. Próbowałam znaleźć jakieś wspólny język, ale to ciężka sprawa. Niemniej jednak po kilkunastu minutach w ich towarzystwie zapytałam czy mogę im zrobić zdjęcie pokazując aparat. I o dziwo zgodziły się 🙂 Pofociłam panie troszkę, podziękowałam i poszłam dalej. I taki sam myk zrobiłam jeszcze z kilkoma innymi. Czyli jednak można je fotografować, tylko umiejętnie. Nie rzucać się od razu z aparatem, ale poświecić im więcej czasu. Zainteresować się tym co robią. A może po prostu w tej części Zanzibaru, kobiety są bardziej przyjazne. Tak też może być.
A już w następnym poście trochę więcej o hotelu w którym przebywaliśmy. O jego plusach, minusach i pięknych widokach 🙂
Na Sardynie przylatujemy już późnym wieczorem. Po wylądowaniu udajemy się od razu do okienka w którym podpisujemy umowę na wynajęcie samochodu. Korzystamy ze sprawdzonej już wypożyczalni. Dzięki temu, że lecimy tylko z bagażem podręcznym podchodzimy do sympatycznej pani jako pierwsi, za nami od razu ustawia się kilkunastoosobowa kolejka. Podpisanie dokumentów sprawne i bez jakiegokolwiek problemu. Wynajęliśmy Opla Corsę, idealna na 4 osoby, z czterema bagażami podręcznymi. No to możemy ruszać do naszego miejsca noclegowego w okolicach Stintino. Nawigacja bez problemu znajduje wskazany adres, no to jedziemy. Po ok 40 min w zupełnych ciemnościach i przez totalne odludzie, docieramy do rzekomego punktu docelowego. Tylko, że w tym miejscu ani domu, ani innej drogi…nic, szczere pole. Ciemno jak w d… ani żywego ducha, ba nawet żaden samochód nas nie mija. Kręcimy się trochę po okolicy. No nic dzwonimy do naszego BB, odbiera starsza pani, ni w ząb po angielsku, nasz włoski nie lepszy, no nie dogadaliśmy się. Najgorsze było to, że naprawdę nie było kogo zapytać o drogę…ehh…wracamy kilka km, bo pamiętamy, że mijaliśmy niewielkie rondo, a przy nim chyba coś w rodzaju baru. Pani właśnie zamyka kasę, pokazuję jej nazwę BB na szczęście kojarzy i pokazuje nam drogę. Okazało się, że na rondzie źle pojechaliśmy, po kilku minutach byliśmy na miejscu. Ufff, całe szczęście…jesteśmy ocaleni, ale szukanie po ciemku miejscówki noclegowej na Sardynii nie było najlepszym pomysłem. O samym BB napiszę na końcu.
Sympatyczny starszy pan dał nam klucze do pokoi. Zostawiliśmy walizki i wróciliśmy się kilkaset metrów, gdzie była restauracja. Wciągnęliśmy po olbrzymiej pizzy (spokojnie mogła być dla 2 osób) i wróciliśmy do naszego B&B. Nie spałam całą noc. Sama nie wiem czemu. Pierwszy raz mi się to zdarzyło. Zasnęłam jak już się zaczęło robić jasno. Chyba za dużo myśli ganiało mi po głowie 🙂 Pierwszy dzień na Sardynce rozpoczynamy od odwiedzenia Cala Pelosa. Znalazłam ją na pierwszym miejscu długiej listy najpiękniejszych plaż Sardynii. Faktycznie, plaża cudowna i jedyna w swoim rodzaju z charakterystyczna wieżą. Niestety pogoda plażowaniu nie sprzyjała, burza wisiała w powietrzu i choć było cieplutko, to po zrobieniu kilku fotek szybko się zwijaliśmy, bo już zaczęło padać. Do plaży jest dobry dojazd, można zaparkować zaraz wzdłuż plaży. Parking jest płatny i choć nam bez problemu udało znaleźć się miejsce, to przypuszczam, że w sezonie, trzeba się tam mocno nagimnastykować, żeby znaleźć tam jakieś wolne miejsce.
Burza rozpętała się na całego, a niebo przykryło się grubym ciemno szarym płaszczem zasłaniając tym samym słonko. Opuszczamy zatem Stintino i udajemy się w kierunku Porto Tores. Niestety ponieważ nie przestaje padać, jedziemy dalej. Nie lubię deszczu na wakacjach 🙁 od razu wpędza mnie to w zły i smutny nastrój. Tym bardziej, że plan mamy tak ułożony, że nie mamy możliwości odwiedzenia tych miejsc w innym dniu, czy powrotu do nich. No nic, trudno. Mijamy również Castelsardo, pięknie położone miasteczko na wybrzeżu. Padało tak mocno, że nawet na chwilkę nie było jak wyjść z samochodu, a najgorsze było to, że niebo było przykryte grubymi deszczowymi chmurami i sprawiały wrażenie jakby miało padać przez cały tydzień…buuu…Na pocieszenie zatrzymujemy się przy jednym z przydrożnych straganów warzywnych i zaopatrujemy się pyszne owoce, winogrona, śliwki, banany i brzoskwinki takie mięciutkie, soczyste (ostatnio takie jadłam chyba z 20 lat temu). Dochodzi pora lunchu, zatrzymujemy się więc w przydrożnej restauracji na jedzonko. Po wczorajszej uczcie pizzowej szukam w karcie czegoś lekkiego. Rukola, mozarella, pomidory, krewetki jak dla mnie idealne składniki na sałatkę. Reszta załogi podchwyciła temat, też mieli ochotę na sałatkę. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy kelner przychodzi do nas z czterema pizzami. O nie, tylko nie to! Ostatnia rzecz na jaką miałam ochotę to pizza. Ehhh…nie dość, że pada, to jeszcze wychodzą na wierzch nasze umiejętności włoskiego. Wcisnęliśmy te pizze jakoś, płacimy, wychodzimy a tu słońce na całego, błękitne niebo, po deszczu ani śladu. No to mi się podoba 🙂 Zjeżdżamy w takim razie na Costa Paradiso!
Od razu humory wszystkim wracają 🙂 Co to słońce potrafi zdziałać 🙂 Costa Paradiso, to perełka północnej Sardynii. Przepięknie położony kompleks domków z basenami i pięknym widokiem. Zdziwiły nas jedynie pustki. Nie było tam dosłownie nikogo poza nami. Domki wszystkie opuszczone, tzn wygląda na to że sezon całkiem zakończony, a szkoda, bo temperatura po wyjściu słonka niczego sobie i spokojnie można by w wodzie się popluskać. Formacje skalne, bardzo przypadły nam do gustu. Połaziliśmy dość długo po nich. Posiedzieliśmy, pomoczyliśmy nogi, pozwoliliśmy rybkom na poobgryzanie martwego naskórka 🙂 wpałaszowaliśmy wszystkie brzoskwinki i poszliśmy zobaczyć co więcej oferują w tym uroczym miejscu.
Znaleźliśmy parking, i budkę z piciem, i dróżkę, która prowadziła w tajemnicze miejsce. Woda zakupiona, no to idziemy sobie pospacerować, zobaczymy co kryje się za zakrętem. Spacerek w takich okolicznościach przyrody, to sama przyjemność. Słonko świeci, wiaterek wieje, jej jak ja to kocham! Doszliśmy wreszcie do celu. Patrzymy, a tam całkiem przyjemna plaża. Chętnie byśmy sami poplażowali, ale niestety przed nami jeszcze spory kawałek drogi, a słonko coraz niżej.
Wracamy zatem do samochodu i w drogę. Musimy dotrzeć do Palau, skąd promem czeka nas przeprawa na wyspę La Maddalena. Prom na który można zabrać samochód odpływa średnio co pół godziny. Trasa ta jest obsługiwana przez dwie firmy. Okienka w których można zakupić bilety są zlokalizowane po dwóch stronach ulicy. Na ich wysokości stoi pan wspomagający ruch i informujący o czasach odprawy promów a także wręczający ulotki. I tutaj UWAGA! Podeszłam do pierwszego okienka po prawej stronie, mówię panu, że chcę bilet na samochód, podaję markę, ilość osób sztuk cztery, a on mi podaje cenę 85 euro. Ja na niego wielkie oczy, podziękowałam ładnie i idę do drugiego okienka, bo wiem, że znajomi za ten bilet w lipcu (czyli w sezonie) płacili 50 euro. Tam pani po zadaniu tych samych pytań podaje mi cenę 72 euro. No pytam jak to możliwe, że znajomi za te samą trasę kilka tygodni temu płacili mniej. Pani cos tam zaczęła nawijać o mozliwości zakupu z wyprzedzeniem i że wtedy dostaje się jakaś zniżkę. Coś tam poklikała w komputerze i powiedziała, że może nas podciągnąć pod wieczorną taryfę i wtedy nas wyjdzie 60 euro. No dobra, to już zdecydowanie lepiej niż pierwsza cena. Kupiłam bilety, poszłam do samochodu, trochę jeszcze postaliśmy na zewnątrz, a tu podchodzi do mnie pan z pierwszego okienka i mówi, że się pomylił i że może nam sprzedać te bilety za 65 euro. Podziękowałam mu i powiedziałam, że właśnie kupiłam za 60. Tak więc tutaj uważajcie, bo ceny ewidentnie z kosmosu i mam wrażenie, że nacinają na nie jak tylko mogą. Przeprawa promem, trwa ok 15 min. Z parkingu odbiera nas właściciel naszego lokum i jedziemy do naszego domku. Z portu jakieś 5-7 min. Miejscówka wręcz idealna! Ale o tym w następnym poście.
Jeszcze kilka słów o miejscu noclegowym w okolicach Stintino. Poza tym, że nawigacja źle nas pokierowała i w ciemnościach nie mogliśmy jej znaleźć to wszystko w najlepszym porządku. Bardzo fajne, przyjemnie urządzone pokoje. Super łazienka, czysto i pachnąco. Łóżko wygodne, komarów brak. Co najważniejsze, brak żadnych dodatkowych opłat typu pościel, ręczniki itd. Kilkaset metrów od BB znajduje się restauracja w której serwowali pyszną pizze i krewetki. Naprawdę smaczne jedzonko. Nie da się jej nie znaleźć, bo to jedyna restauracja po drodze do BB.
Informacje praktyczne:Przelot Ryanairem do Alghero – 70 euro od os/tylko bagaż podręcznyWynajem samochodu na 7 dni – 180 euro z ubezpieczeniem, rezerwacja zrobiona w Sicily By CarNocleg w Stintino – B&B Nonno Stacca– 50 euro za pokój dwuosobowy ze śniadaniem
.
Alghero – B&B Nonno Stacca – 45 kmStintino – Costa Paradiso – 100 kmCosta Paradiso – Palau – 52 kmPrzeprawa promem na La Maddalena – 60 euro za Opla Corse z 4 osobami
Zanim zaczniemy pisać szczegółową relację z naszej podróży po Sri Lance, wrzucam wam taką małą zajawkę. Moje ulubione kadry z tego cudownego kraju. Pewno zauważycie, że jest wiele zdjęć, które powstały przy wschodzie lub przy zachodzie słońca. To zdecydowanie moje ulubione pory do fotografowania. To nic, że w związku z tym niemal codziennie wstawałam o 5:00 rano, jeszcze całkiem zaspana najpierw wyglądałam przez okno, żeby sprawdzić czy na niebie już się coś maluje. Słonko wschodziło zwykle ok 6:20 ale tak naprawdę najpiękniejsze rzeczy na niebie dzieją się jeszcze na długo przed.
Biorąc pod uwagę fakt, że dni są tam bardzo krótkie, już o 19:00 jest całkiem ciemno, takie poranne wstawanie wyszło nam tylko na dobre. Mieliśmy długie dni, sporo czasu żeby się przemieszczać, zwiedzać, fajne światło i całą masę pięknych widoków, których byśmy nie zobaczyli wstając o 8:00 rano 🙂 W ciągu dnia, słońce było tak intensywnie ostre, że zrobienie jakiegoś fajnego zdjęcia, graniczyło praktycznie z cudem. To pewno dlatego na początku tak niechętnie podchodziłam do Sri Lanki, bo kiedy oglądałam w googlach te wszystkie przepalone słońcem zdjęcia, myślałam sobie, jejku tam nic ciekawego nie ma, po co my tam w ogóle jedziemy. Na szczęście było kilka osóbek, które dość uporczywie nas przekonywały, że Sri Lanka jest piękna i że koniecznie musimy tam pojechać i zobaczyć ją na własne oczy.
I mieli rację, Sri Lanka całkowicie skradła nasze serce. Ale nie tylko ze względu na wspaniałe i zróżnicowane krajobrazy, ale przede wszystkim ze względu na kulturę, na ich sposób bycia, bezinteresowną pomoc i uśmiech na twarzy. Czasami miałam wrażenie że słowo stres, w ogóle w ichniejszym słowniku nie występuje 🙂 Dlatego jeśli nie byliście na Sri Lance i jeszcze to miejsce nie znajduje się na waszej liście, to mam nadzieję, że po obejrzeniu tego posta zmienicie zdanie 🙂 A tym którzy tak samo jak my mają bzika na punkcie ładnych zdjęć polecam wczesne wstawanie 🙂 No dobra, już was nie zamęczam, oglądajcie i dajcie koniecznie znać jak się wam podoba 🙂
Zabytkowe miasto – Polonnaruwa
Pola herbaciane Lipton’s Seat
Wschód słońca w drodze na Horton Plains National Park
Haputale – życie na ulicy, a właściwie na torach
Wczesny poranek w Tangalle i wypływ rybaków na połowy
Mirissa – rybak na plaży
Wschód słońca Pasikudah
Pola herbaciane Lipton’s Seat
Wschód słońca z naszego guest house w Polonnaruwa
Herbatka na dachu świata 🙂
Wschód słońca z naszego guest house w Haputale
Rybak naprawiający łódkę przy naszym guest house w Tangalle
Ella – Nine Arch View Point
Widok podczas wchodzenia do Świątyni w Skale – Dambulla
Kandy – ceremonia wieczorna w Świątyni Zęba
Wodospad Hunnasgiriya – w drodze do jeziora Sembuwatte – okolice Kandy
Wschód słońca w zatoczce w Tangalle
Pola herbaciane w okolicy Sembuwatte Lake
Zachód słońca z Pidurangala Rock
Zabytkowe miasto – Polonnaruwa
Wschód słońca – Haputale
Mirissa – raj dla serferów
Rybak przed wypływem na połów w Tangalle
Mechanik samochodowy spotkany gdzieś w drodze na pola herbaciane w Haputale
Baker’s Vall – Horton Plains – Haputale
Wschód słońca Little Adam’s Peak
Najpiekniej położone pola herbaciane – Sembuwatte Lake – okolice Kandy
Plaża w Tangalle – okolice hotelu Eva Lanka
Tamilka schodząca z pola herbacianego – niosąca ok 30 kg liści herbaty
Rybacy wyciągający sieci z połowów
Stacja kolejowa w Haputale
Małpka w swoim królestwie – Polonnaruwa
Mgły nad polami herbacianymi w Haputale
Gdzieś w drodze do Pasikudah – pociąg – wagon 3 klasa
Targ w Batticaloa
Piękna Lankijska twarz, gdzieś na stacji kolejowej w Ella
Dzieci na lekcji WF – okolice Lipton’s Seat
Widok z Words End – Horton Plains
Kobiety wyciągające sieci z połowami – Tangalle
Tamilka na polu herbacianym Haputale
Rybacy na palach – których już nie ma – okolice Wiligama
Sri Lanka – Kandy – Sembuwatte Lake | Ufff…no i po 27h godzinach w podróży dotarliśmy do Kandy. O tym jak nie popełniać moich błędów mogliście poczytać w poprzednim poście. Zdrzemnęliśmy się chwilkę. Jakieś 3h pewno. Wystarczyło to, żeby naładować akumulatorki na dalszą część dnia. O naszym GH nie będę pisać, bo to była chyba najgorsza miejscówka w całej naszej podróży, zresztą jedyna zarezerwowana przed wyjazdem. Było tak źle, że spałam w podkoszulku i getrach, na mojej podróżniczej poduszce którą zawsze zabieram do samolotu. Prysznic brałam w klapkach, z zamkniętymi oczami modląc się, żeby w tym czasie nie wskoczył na mnie jakiś pająk. Ehhh…no nic, na szczęście, tylko pierwszy dzień był taki. Później już było tylko lepiej 🙂 Kiedy Marcel jeszcze spał ja wymknełam się z pokoju, żeby kupić nam coś do jedzonka. Akurat na przeciwko była piekarnia z bułeczkami i przekąskami. Kupiłam całą reklamówkę za jakieś grosiki i wróciłam do naszego GH. Po drodze zorganizowałam nam tuk-tuka do pewnego tajemniczego miejsca. Wiedziałam, że na zwiedzanie miasta, nie jestem psychicznie gotowa, ten gwar, trąbienie i spaliny to nie był dobry pomysł. Poza tym dalej nie mogłam się przyzwyczaić do tej wysokiej temperatury.
Kandy – Sembuwatte Lake
Postanowiliśmy zatem, że uciekniemy gdzieś daleko poza miasto. Do Sembuwatte Lake. Tuk-tukarz był mocno zaskoczony, że chcemy tam jechać, bo niezbyt wielu turystów wie o tym miejscu. Ale bardzo się ucieszył, bo mówił, że dawno tam nie był i chętnie odwiedzi to miejsce. Droga była dość długa. Mimo, że to nie całe 30km, to tuk-tukiem i to mocno pod górę trochę trwało. Ale ciągle się gdzieś zatrzymywaliśmy, a to, żeby zobaczyć widoki, a to sprawdzić jak rosną na drzewach goździki czy pieprz. Jakoś nigdy wcześniej nie miałam przyjemności, żeby zobaczyć goździków w ich naturalnym środowisku. A tutaj był ich cały ogrom. Tutejsza ludność żyje z ich uprawy oraz suszenia. W całej okolicy roznosi się cudowny zapach tej aromatycznej przyprawy. Spotkaliśmy nawet Tamilki, które właśnie wracały do domu po skończonej pracy.
.
Chwilka, tu, chwilka tam i tak nam czas pędził. W końcu dotarliśmy do jeziora Sembuwatte. Coś niesamowitego. Myślę, że spokojnie znalazłoby się to miejsce w top 3, które na całej Sri Lance widzieliśmy. Wspaniałe położenie jeziora i te pola herbaciane dookoła. Do tego ani jednego turysty, tylko kilka dzieciaków pluskających się w basenie po drugiej stronie. Idealne miejsce na dłuższy spacer wokoło jeziora, albo po plantacjach herbacianych. Taka nieodkryta perełka na Sri Lance 🙂
Jak się dostać do Sembuwatte Lake
Myślę, że najszybszym i najwygodniejszym transportem jest po prostu Tuk-Tuk. Wie dokładnie gdzie ma nas zabrać. Natomiast na drodze widzieliśmy też autobus, więc wszystko wskazuje na to, że nim też się tam dostaniemy. Ale na pewno nie jeżdżą często, tak więc trzeba by dopytać skąd wyjeżdża i jak często kursuje. Jeśli tylko macie wolne popołudnie to zdecydowanie warto się tam wybrać. My nawet dla tego miejsca zrezygnowaliśmy z Ogrodu Botanicznego w Kandy, jakoś tak wolimy naturę bardziej dzika niż tą stworzona przez człowieka. Tak więc wybór należy do was. Jeśli chcecie zobaczyć więcej atrakcji w Kandy to należałoby się tam zatrzymać na min dwa dni.
Kandy – wodospad Hunnasgiriya
W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o wodospad Hunnasgiriya. Ten już takiego wrażenia na nas nie zrobił. Było fajnie, bo po drodze praktycznie. Ale bez szału. Mają na Sri Lance piękniejsze wodospady 🙂 A może takie wrażenie mieliśmy, bo mocno się zachmurzyło, troszkę nawet zaczęło padać i uciekaliśmy stamtąd szybko. Poza tym musieliśmy jeszcze zdążyć na ceremonie do pewnej świątyni, ale o tym napisze wam w kolejnym poście.
Gdzie nocować w Kandy?
SWP Eco Lodge Kandy to spokojny, kameralny eco-lodge położony w zielonej okolicy. Idealny wybór, jeśli chcesz odpocząć od miejskiego zgiełku, a jednocześnie mieć dobrą bazę do zwiedzania Świątyni Zęba Buddy i okolicznych atrakcji. Proste, komfortowe pokoje, dużo zieleni i wyraźny nacisk na bliskość natury sprawiają, że to naprawdę fajna miejscówka.
Informacje praktyczne:
Tuk – tuk do Sembuwatte Lake i wodospadu Hunnasgiriya – 2700 LKR
Na Sri Lance wylądowaliśmy gdzieś ok 2:00 w nocy. Lot minął nam całkiem szybko, godzinna przesiadka w Doha również. Tutaj od razu informacja dla tych wszystkich, którzy lecą przez Qatar albo ZEA, często mają godzinę na przesiadkę i boją się czy im wystarczy czasu. Nie martwcie się tym, jeśli macie lot na jednym bilecie, to zapewne linia o tym pomyślała i nie każą wam pędzić na drugi koniec lotniska, zwykle bramki są w miarę blisko siebie. Nam przejście, wraz z kontrolą transferową zajęło nie całe 20 min. A w razie gdybyście mieli w Doha więcej wolnego czasu, to linie Qatar oferują darmową wycieczkę po mieście, tak wiec jeśli macie taką możliwość to warto skorzystać.
Po odebraniu bagaży na Sri Lance, pierwsze co rzuciło nam się w oczy to całe mnóstwo sklepików w których można było kupić pralki, lodówki, telewizory i całą masę sprzętu RTV I AGD. Mało tego, widzieliśmy wiele osób, którzy po wyjściu z samolotu, faktycznie tam się udawali i kupowali różne sprzęty. Nie wiem, czy to jakieś bezcłowe ceny były czy jak, ale wyglądało to dość ciekawie :). Najpierw udaliśmy się do bankomatu po lokalna walutę, a później do punku w którym można było zakupić kartę SIM. Teoretycznie internet jest niemal w każdym guest house, ale często potrzebowaliśmy łącza jadąc np. autobusem, albo tuk – tukiem. Szukaliśmy noclegów, sprawdzaliśmy godziny odjazdów pociągów, wertowaliśmy mapę. Jednym słowem bardzo się nam ten internet przydał. Często też był szybszy od tych w GH. Polecamy sieć Dialog.
Ponieważ lotnisko Colombo, tak naprawdę znajduje się w Negombo, czyli jakieś 40 km od Colombo (taki paradox), najpierw musieliśmy się dostać na dworzec kolejowy Colombo Fort, żeby stamtąd wziąć pociąg do Kandy. Nie była to na pewno najkrótsza trasa, ponoć autobusem można sobie skrócić drogę, ale my akurat i tak mieliśmy sporo czasu, więc wybraliśmy pociąg. Oczywiście na lotnisku taksówkarz próbował nas przekonać, że to nie najlepszy pomysł, że długa droga, że o tej porze nie ma żadnego autobusu do Colombo, najlepiej wziąć taksówkę i załatwić to bezboleśnie, wydając przy tym połowę naszego budżetu który mieliśmy na transport. Pan taksówkarz, był do tego stopnia miły, że aż zadzwonił na informację (tej próżno na lotnisku szukać) i potwierdził, że pierwszy autobus mamy o 6:00 czy za jakieś 3h. Nawet nam kazał tę informację potwierdzić we wskazanym okienku, na szczęście nie daliśmy się nabrać, wyszliśmy na zewnątrz, a autobus stał dosłownie po drugiej stronie drogi. Na szczęście to był jedyny taki incydent w trakcie całego naszego pobytu, nikt nigdy później nie próbował nas oszukać.
Przy wyjściu z lotniska uderzyła w nas fala gorąca, przypominając, że jesteśmy w tropikach i dobrze by było zdjąć zimowe odzienie. Ale przecież nie mogliśmy przegapić naszego autobusu do Colombo, więc w za ciepłych butach i za długich spodniach biegniemy do autobusu. Pytamy o cenę, 600 LKR za nas dwoje + dwa bagaże. Od razu wydaje mi się to duża kwota, bo pamiętam, że autobusy na Sri Lance więcej jak 100 LKR nie kosztowały, a już na pewno nie na takim krótkim odcinku. Targuję się więc ostro z kierowcą o 100 LKR, kiedy to Marcel puka mnie w ramię i mówi ” Kochanie czy ty wiesz, że targujesz się właśnie z panem o 60 centów?” Cholera, racja, trochę głupio mi się zrobiło, ale zanim zdążyłam coś powiedzieć, kierowca machną ręką i mówi, że mamy wsiadać za 500 LKR.
Była już prawie 3 nad ranem. Weszliśmy do ciemnego i ciasnego autobusu, było jeszcze sporo wolnych miejsc. Usiedliśmy wygodnie na 3 os siedzeniu zastanawiając się, gdzie ta 3 osoba ma się niby zmieścić i czekamy aż ruszymy. Autobusik zapełniał się powoli, dosiadała się też 3 osoba, a jakżeby inaczej i już wtedy wiedzieliśmy jak czują się sardynki w puszce. Domyśliliśmy się też, że zapewne dopóki nie zostaną zajęte wszystkie miejsca to nie ruszymy. I kiedy po ok 30 min czekania był cień nadziei, okazało się, że tam gdzie jest tycie przejście pomiędzy siedzeniami, nagle pojawiły się extra krzesełka 🙂 No i kolejne 15 min czekania aż i te się zapełnią. A później kolejne 15, bo przecież są jeszcze jakieś 3 miejsca stojące 🙂 Po jakiejś godzinie ruszyliśmy wreszcie do Colombo. Yeaaa!
Był środek nocy, wydawałoby się, że o tej porze, będzie pusta droga, ale nic z tych rzeczy. Autobusów, samochodów, tuk-tuków i skuterów nie brakowało. Ponad godzinę jechaliśmy do Colombo, aż się boje myśleć ile ta podróż trwa w godzinach szczytu. Zostaliśmy wysadzeni, gdzieś na uboczu. Pierwsze wrażenie było dość dziwne, ciemno wszędzie, na chodnikach i pod drzewami całe mnóstwo śpiących ludzi. Stacja, która miała być tuż za rogiem, była co najmniej kilometr dalej, jakbyśmy wiedzieli wzięlibyśmy tuk-tuk tuka a nie tłukli się z tymi bagażami po jakiejś podejrzanej okolicy. No ale nic, dotarliśmy jakoś. Pytamy drzemiącego dozorcę, gdzie możemy kupić bilety, bo wszystkie okienka pozamykane na trzy spusty. Pan pokazał gdzie mamy się ustawić w kolejce i oznajmił, że kasa będzie czynna dopiero za pół godziny. Oczywiście z pół, zrobiła się cała godzina. W środku wreszcie zapaliło się jakieś światło. Wyglądało jakby wszyscy którzy przyszli do pracy, robili wszystko, żeby tylko tej pracy nie zacząć. Mimo, że okienko miało już być pół godziny otwarte, w kolejce stało już z 50 osób, dalej nikogo to nie ruszało. A mi pot spływał po tyłku i nie marzyłam o niczym innym, żeby tylko móc gdzieś zdjąć te cholerne spodnie i założyć wreszcie klapki, które spoczywały gdzieś na dnie walizki.
Kiedy wreszcie udało mi się kupić bilety, poszliśmy na peron, jakaś grupka chłopaków zaczęła do nas zagadywać. Byli bardzo sympatyczni. Nawet pokazali nam gdzie mamy stać, żeby od razu wsiąść do właściwego wagonu. Niestety kiedy podjechał pociąg okazało się, że nasz wagon był zupełnie na drugim końcu peronu, więc możecie się tylko domyślić, że jak dotarliśmy do już nie było wolnych miejsc siedzących. A przed nami zaledwie 3,5h jazdy i to jeszcze przy dobrych wiatrach, jak nie będzie żadnych niespodzianek po drodze. Przeszliśmy przez kilka wagonów i udało nam się usiąść. Ufff! No to możemy jechać! Udało mi się wygrzebać z walizki japonki, jeszcze nigdy nie czułam takiej ulgi zdejmując buty.
Na miejsce dotarliśmy koło 9:00 rano. Te trzy godziny drogi to były chyba najdłuższe 3h w moim życiu. Jak pewno zauważyliście zgubiliśmy gdzieś jedną noc po drodze. W sumie spędziliśmy w podróży 27h bez ani minuty snu. Tak, tak sobie to sprytnie zaplanowałam. Nie wiem czemu wymyśliłam sobie, że przecież w samolocie się wyśpimy, to potem bez sensu o 3 nad ranem szukać hotelu, jakoś się przemęczymy te kilka godzin i będziemy już rano w Kandy 🙂 Oczywiście plan na cały dzień już też miałam ułożony, ale bez kilku godzin snu nie było szans. Tym bardziej, że już po drodze Marcel przeklinał mnie na wszystkie strony, jak mogłam nie zarezerwować noclegu po przylocie. I chyba nie miałam na to, żadnego wyjaśnienia, głupota moja i tyle. Do tego odgrażał się, że już nigdy ze mną nigdzie nie pojedzie, a najchętniej to on już by wrócił do domu. Dlatego wy nie popełniajcie tego błędu!
Ciąg dalszy w następnym poście 🙂
Ponieważ w tym dniu nawet nie wyjęliśmy aparatu z plecaka, a nie chciałabym was tak zostawiać z postem bez zdjęć zamieszczam panoramy które robiliśmy telefonem. Nowe hobby Marcela 🙂 Pewno później nie będzie na nie miejsca, tak więc zapełniam post 🙂
Panoramy ze Sri Lanki robione iPhone7
Informacje praktyczne:
Karta Sim – Dialog 1300 LKR – 5G internetu
Autobus z lotniska do Colombo Fort – 500 LKR za dwie os plus bagaże, czas przejazdu ok 1h (w nocy – w ciągu dnia prawdopodobnie dużo dłużej)
Pociąg z Colombo Fort do Kandy – 105 LKR/os – 3 klasa, przejazd ok 3h
Rock Temple w Dambulla | Zaraz po śniadaniu opuszczamy Kandy. Tuk-tukowiec, który dzień wcześniej zabrał nas do Sembuwatte Lake, podjechał po nas o umówionej porze i zawiózł na dworzec autobusowy. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tylu autobusów na takiej niewielkiej powierzchni. Stały koło się tak blisko, że praktycznie ocierały się o siebie lusterkami. Do tego co chwile któryś wjeżdżał lub wyjeżdżał, jeden wielki chaos, trąbienie, ale było w tym coś niesamowitego. Ten kunszt manewrowania, jacy oni są w ty dobrzy, patrzyłam ze zdumieniem. Udało nam się zająć miejsca obok siebie, do tego na przednim siedzeniu, które ma trochę więcej przestrzeni na nogi. Przed nami ok 2h jazdy. Z zapartym tchem ( w dosłownym tego słowa znaczeniu) obserwowaliśmy precyzję z jaką jeżdża cejlońscy kierowcy autobusów. Wyprzedzanie na trzeciego mają tak opanowane do perfekcji, że gdyby w Europie wszyscy potrafili tak szybko manewrować, to nie byłobo żadnych wypadków. Byliśmy pełni podziwu, ale też szczęśliwi, że już możemy wysiąć 🙂
Świątynia Skalna w Dambulla
Ponieważ w tym dniu zaplanowaliśmy zwiedzenie świątyni na skale w Dambulla oraz Pidurangala Rock, musieliśmy coś zrobić z bagażami. Przy świątyni nie ma żadnej przechowalni, więc udaliśmy się do pierwszego lepszego guest house, który był najbliżej i zapytaliśmy czy możemy zostawić bagaże. Chcieliśmy nawet zapłacić, ale właściciel, nie chciał pieniędzy. Zamówiliśmy zatem dwa soki ze świeżych owoców, odpoczęliśmy troszkę i ruszyliśmy do świątyni. Wiedziałam, że bilety trzeba kupić gdzieś przed wejściem, żeby później nie biegać tam i z powrotem, bo droga długa i męcząca szczególnie w samo południe. Znalezienie kasy nie było jednak takie oczywiste. Nie znajdowała się ona bowiem przed głównym wejściem jakby tego można było się spodziewać. Dotarcie do niej zajęło nam co najmniej pół godziny, nie wspominając o tym, że po drodze pytaliśmy chyba z 10 osób gdzie ta kasa się znajduje. W końcu udało nam się ją znaleść, nie omieszkałam zwrócić panom uwagi, że może by tak tę kasę umieścić w jakimś bardziej logicznym miejscu. Na końcu posta zamieszczę wam informacje jak tam dotrzeć. Tymczasem kilka widoków z bocznego wejścia na górę.
Kiedy już w końcu udało nam się dotrzeć na samą górę, oczywiście zdejmujemy buty, można je zostawić w specjalnym miejscu za niewielką opłatą lub wrzucić do plecaka. Koniecznie zabierzecie ze sobą skarpetki, bo przejście po betonowym placu przypomina bieganie po rozżarzonym palenisku 🙂 Szczególnie jeśli będziecie tam w samo południe tak jak my. Kiedy weszliśmy do pierwszej świątyni od razu poczuliśmy ulgę. Na zewnątrz był upał straszny, ale w środku panował przyjemny chłodek. Kompleks składa się z pięciu świątyń wykłutych w skale: Viharaya Devaraja (Świątynia Króla Bóstw), Maharaja Viharaya (Świątynia Wielkiego Króla), Maha Alut Viharaya (Wielka Nowa Świątynia), Paschima Viharaya (Zachodnia Jaskinia) i Devena Alut Viaharaya (Druga Nowa Jaskinia). W pierwszej z nich, znjduje się 14 metrowy posąg leżącego buddy, wykłuty z jednego kawałka skały. W kolejnych jaskiniach całe mnóstwo różnych bożków. Największe wrażenie zrobiły na mnie przepiękne, misterne malowidła o przyjemnej dla oka kolorystyce. W porównaniu ze Światynią Zęba w Kandy ta wypadała zdecydowanie dużo lepiej. O historii i znaczeniu mijesca nie będę się wam rozpisywać, bo to znjadziecie w każdym przewodniku.
Informacje praktyczne Rock Temple Dambulla
-Bilety – 1500 LKR – do nabycia przy bocznym wejściu do światyni, jeśli będziecie podjeżdżać tuk-tukiem to najlepiej od razu poprosić kierowcę, żeby was podrzucił pod odpowiednie wejście, zaoszczędzicie z 15-20 min. Jeśli przyjdziecie na nogach, to bierzecie schody po lewej stronie Świątyni Złotego Buddy, idziecie na górę, aż dojdziecie do miejsca gdzie sprzedają pamiątki, nie idziecie po schodach w prawo, tylko przechodzicie przez placyk lekko w lewo, dochodzicie do szlabanu, przechodzicie i kierujecie się w prawo, idziecie głowną drogą kilka minut i po prawej będą schodki do niewielkiego pomieszczenia gdzie sprzedawane są bilety.
pamiętajcie o odpowiednim ubraniu, zakryte ramiona i kolana, a jeśli bedziecie zwiedzać świątynię w ciaągu dnia, zabierzcie koniecznie ze sobą skarpetki 🙂
jeśli będziecie zwiedzać świątynię w przelocie tak jak my i będziecie potrzebować zostawić gdzieś bagaże, to najlepiej podejść do któregoś z pobliskich GH i zapytać, czy nie można tam zostawić ich za niewielką opłatą, my skorzystaliśmy z guest house Family Nest.
Po wizycie w Cave Temple w Dambulla bierzemy tuk-tuka ustalając wcześniej cenę i jedziemy do naszego kolejnego punktu czyli Sigiriya. Z Dambulla to jakieś 18km – pierwszy raz przyłapałam mapę w googlach na błędzie. Miejscowość Dambulla jest źle zaznaczona. Tak więc jako punk wybierajcie Cave Temple Dambulla a nie samo Dambulla, wtedy pokaże wam prawidłową odległość. W pierwotnym planie zakładaliśmy, że pokonamy ten odcinek autobusem, ale jak sobie policzyliśmy, że mamy zapłacić najpierw tuk-tuka z GH na stację, potem autobus, a na końcu znowu tuk-tuka z przystanku autobusowego do GH w Sigiriya, to po małych negocjacjach cała trasa tuk-tukiem wyszła nie wiele więcej. A zawsze to szybciej, bez czekania, ścisku no i z wiatrem we włosach! Po nie całych 30 minutach byliśmy na miejscu. Zakwaterowaliśmy się w bardzo przyjemnym miejscu, na końcu podam wam namiary. Odpoczęliśmy troszkę, poszliśmy wrzucić coś na ząb i powolutku zebraliśmy się na zachód słońca na Pidurangala Rock.
Pidurangala Rock – Sri Lanka
Czasami mamy tak, że jak 90% ludzi idzie w prawo, my idziemy w lewo. Niemal wszyscy turyści przybywający do tej miejscowości wspina się na Lwią Skałę, to ona jest tutaj największą atrakcją, można wręcz rzec Cejlońską Księżniczką, my jednak omijamy ją szerokim łukiem i wybieramy, zdecydowanie mniej turystyczną – bliźniaczą skałę Pidurangala Rock. Dlaczego? Powód jest prosty. Mamy tak samo cudowny widok jak z Lwiej Skały wzbogacony o nią sama w tle :). To mniej więcej tak samo jak z wieżą Eiffla w Paryżu. Wszyscy wspinają się na nią, żeby podziwiać najpiękniejszy widok Paryża z góry, kiedy to jeszcze piękniejszy bo z wieżą w tle mamy z Montparnasse. Ale to oczywiście wieża Eiffla jak również Lwia Skała, są kawałkiem historii, są symbolem, dla którego bycie tam dla wielu osób ma ogromne znaczenie. Dla nas nie miało, stąd więc taka decyzja a nie inna. Opinia kilku osób, które spotkaliśmy po drodze i która wchodziła na obie skały jedynie utwierdziła nas w przekonaniu, że to była dobra decyzja. Nie dość, ze wydaliśmy 10 razy mniej za bilet, to jeszcze mieliśmy fajniejsze widoki 🙂
Spacer na górę do najłatwiejszych może i nie należy, ale skoro my weszliśmy to wy też dacie radę 🙂 Jest trochę stromo i nierówno, czasami są schody, czasami tylko jakieś koślawe korzenie. Bywa, że trzeba się przeciskać gdzieś między skałami, szczególnie przy samym szczycie, ale uwierzcie mi, że warto! Ja miałam przez całą drogę wiernego towarzysza, który cały czas mnie wspierał. Przyczepił się do mnie już na samym dole i nie odstępował nawet na krok. Nawet kiedy musiałam przysiąść gdzieś na kamieniu, żeby złapać oddech, on siadał gdzieś obok i cierpliwie czekał. O dziwo nigdy nie miał zadyszki, widać było, że nie pierwszy raz wychodzi. Zawsze szedł przodem, wskazując mi najłatwiejszą ścieżkę. Fajnie mieć takiego przewodnika 🙂 Kiedy dotarliśmy na górę podzieliłam się z nim moją wodą i kanapką, bo biedak nic ze sobą nie zabrał. Pewno wyskoczył na popołudniowy spacer, dłużej się nad tym nie zastanawiając 🙂 Nie ukrywam, że Marcel momentami był zazdrosny 🙂 Na górze spędziliśmy dobrą godzinę, a może nawet dłużej. Tak, żeby napoić spragnione oczy tym cudownym widokiem.
Kilka osób się przewinęło w tym czasie. Ale myślę, że nie więcej jak ze 20. To nic w porównaniu z tłumami, które oblegają codziennie Lwią Skałę. A mój nowy przyjaciel cały czas krążył gdzieś wokół mnie, czekając aż będziemy schodzić. A my postanowiliśmy, że poczekamy, na zachód słońca, który zapowiadał się magicznie, po długim i słonecznym dniu. Niestety jakieś 20 minut przed słońce przykryła,ogromna, czarna chmura i ze spektakularnego zachodu były nici. Schodzimy więc na dół, zanim się zrobi ciemno. Mój towarzysz, aż podskoczył z radości i zamerdał ogonkiem, kiedy zobaczył, że wreszcie się zbieramy, no bo ileż można oglądać ten kamień 🙂 Ale jeszcze przed samym zejściem musimy sobie przecież zrobić pamiątkowe zdjęcie 🙂 Takich przyjaciół się nie zapomina 🙂
to nocleg, w którym naprawdę dobrze nam się spało po intensywnym dniu zwiedzania. Nocowaliśmy tu podczas pobytu w Sigiriyi i właśnie za spokój oraz zielone otoczenie najbardziej to miejsce zapamiętaliśmy. Po wejściu na Lwią Skałę powrót do ogrodu i chwila przy basenie była idealnym resetem. Pokoje są proste, ale wygodne, a atmosfera bardzo spokojna — dokładnie taka, jakiej szukaliśmy w tej części Sri Lanki. Jeśli szukasz miejsca bez resortowego klimatu, ale z dobrym standardem i ciszą, to jest bardzo dobra opcja.
Informacje praktyczne Pidurangala Rock
odległość z Dambulla do Sigiriya to ok 18km – tuk-tuk 600 LKR
Pidurangala Rock leży dosłownie na przeciwko Lwiej Skały
przed wejściem znajduje się świątynia, przy której kupujemy bilet wstępu 500 LKR
wejście jest dość strome i trochę wymagające, jednak nie trwa długo, myślę, że 30-40 min w zależności od tempa i kondycji
najpiękniejszy widok jest przed zachodem słońca, dobrze zacząć schodzić jednak zanim słonko całkiem zejdzie za horyzont, bo później szybko się robi ciemno, a pierwszy kawałek jest dość trudny, trzeba trochę lawirować pomiędzy głazami, więc dobrze schodzić jak jest jasno, ewentualnie zabrać ze sobą czołówkę
nie jest wymagane jakieś specjalistyczne obuwie, ale zdecydowanie odradzam klapki, może być niebezpiecznie, sportowe sandały albo inne sportowe obuwie
Każdy kraj, który odwiedzamy, ma taki swój gwóźdź programu, na który czeka się całą podróż. Na Sri Lance były to dla nas góry. Zdecydowanie była to nasza najpiękniejsza część wyprawy. Czuliśmy się tutaj fantastycznie. Nie mogliśmy oderwać oczu od krajobrazów, a aparat praktycznie sam robił zdjęcia 🙂 . Tak więc przygotujcie się, bo właśnie dzisiaj tę część zaczynamy. A będzie tylko piękniej!
Jak dostać się do Ella?
Do Ella dotarliśmy po dość długiej podróży z Pasikudah. Nasza droga nie była zapewne najkrótsza, ale to wszystko przez to, że jechaliśmy ze wschodu Sri Lanki. Z Pasikudah wyjechaliśmy autobusem bardzo wcześnie rano i dotarliśmy nim, aż do Badulla. Stamtąd wzięliśmy tuk-tuka i koło południa dotarliśmy do Ella. Trochę męcząca droga, ale jakoś dotarliśmy. Większość z was będzie tutaj zapewne jechała z Kandy lub Nuwara Eliya, najlepiej jest wtedy dostać się tutaj pociągiem, to zresztą jest jedna z najpiękniejszych tras kolejowych. Po dotarciu do naszego GH, zostawiliśmy bagaże, wypiliśmy herbatkę przygotowaną przez właścicielkę i zeszliśmy do wioski, żeby coś zjeść.
Co zobaczyć w Ella?
Ella jest zdecydowanie jednym z bardziej turystycznych miejscówek na Sri Lance. Na ulicach spotykamy więcej białych niż Lankijczyków. W Chill Caffe, którą polecają na wszystkich forach (my też ja polecimy, bo jedzonko było bardzo w porządku) spotykamy znajomych podróżników z Holandii, z którymi spotkaliśmy się kilka dni wcześniej w Sigirya. Wyglada na to, że wszystkie drogi prowadzą do Ella 🙂 Po obiadku ruszamy do naszego pierwszego punktu widokowego, a jest nim:
Nine Arch View Point
Można tutaj łatwo dostać się ze stacji głównej idąc po torach. My o tym nie wiedzieliśmy więc wzięliśmy tuk tuka, który podwiózł nas w sumie bardzo blisko. Musieliśmy przejść jakieś 5 minut i byliśmy na miejscu. Warto przed wyjściem sprawdzić o której jeżdżą pociągi, żeby nie musieć długo czekać. Nam się udało bo zaraz jak przyszliśmy przejeżdżała stara lokomotywa, a później za jakieś 20 minut jechał już normalny pociąg. Nine Arch Bridge to najpiekniejsze miejsce do sfotografowania Lankijskiego pociągu. Most został zbudowany w 1921 roku w czasie panowania brytyjskiej kolonii i leży ponad 3100 metrów nad poziomem morza. Jest w całości zbudowany z kamienia oraz cementu. I jeszcze taka informacja dla dronujących. Można bez problemu robić tam ujęcia z drona, pytaliśmy o pozwolenie panów z ochrony, którzy stali obok i się przyglądali 🙂 W drodze powrotnej skusiliśmy się na trasę torami, droga zajęła nam ok 40 min, po drodze załapał nas deszcz i zlało nas tak, że wróciliśmy do pokoju jak dwa zmokłe szczury 🙂
Litlle Adam’s Peak
To był nasz kolejny punt docelowy. Ponieważ chcieliśmy być na górze przed wschodem słońca zamówiliśmy tuk-tuka na 5:15 rano. Ubraliśmy się ciepło i wyruszyliśmy. Jazda tuk-tukiem nie trwała więcej jak 15 minut, a samo podejście na szczyt nie dłużej jak 20 minut. Można całą trasę pokonać na nogach w 1,5h, ale wtedy musielibyśmy przed 4:00 wyjść z GH więc zrezygnowaliśmy 🙂 Na szczycie poza nami była dosłownie garstka osób. A szkoda, bo widoki zapierały dech w piersiach. Zupełnie nie rozumiem, po co tam wchodzić w południe, wtedy połowa magii tego miejsca znika. No dobra rozumiem, nie każdy tak jak my lubi wstawać na wakacjach przed 5 rano 🙂 Warto też pamiętać, że w związku z tym, że jesteśmy w górach, pogoda bardzo szybko się zmienia. Poranki są zwykle słoneczne i widoczność z góry bardzo dobra, po południu zwykle pada. A widoki są takie:
Jak długo zatrzymać się w Ella?
Wszystko zależy od tego ile macie czasu do dyspozycji na Sri Lance. My zatrzymaliśmy się na jedną noc, bo tak naprawdę mieliśmy tutaj tylko dwie rzeczy, które nas interesowały. Wschód słońca na Little Adam’s Peak i Nine Arch View Point. Jest oczywiście więcej rzeczy do zobaczenia, takich jak widok z Ella Rock, ale widoki takie same jak z Little Adam’ Peak, a podejście zajmuje więcej czasu. Są oczywiście pola herbaciane, ale najpiękniejsze i tak są w okolicach Haputale i Nuwara Eliya, więc można je sobie spokojnie odpuścić. Wiele osób odwiedza Rawana Falls, ale zważywszy na to, że na Sri Lance jest kilkaset wodospadów, spokojnie można zobaczyć jakiś inny i to na pewno bardziej spektakularny. Nam jeden dzień w zupełności wystarczył, ale jeśli chcecie odpocząć i zwolnić tempo, to spokojnie można zostać nawet na 3 dni.
Gdzie nocować w Ella?
Bardzo chciałabym wam polecić naszą miejsówkę, ale chyba nie do końca spełniła moich oczekiwań. Wybierając ją sugerowałam się tylko jednym, miał być z okna piękny widok na góry. No i gdyby budynek miał ze trzy piętra więcej to i pewno byłby mega widok, a tak pozostało nam oglądać tylko drzewa. Miejscówka zlokalizowana jest na wzgórzu. Dojazd raczej tuk tukiem niż na nogach, no chyba, że lubicie spacerki pod górę. Natomiast sam pokój bardzo w porządku. Czysto, gorący prysznic, który w górach często bardzo się przydaje. Właściecielka przemiła, jedzonko bez zarzutu. Tak więc jeśli nie zależy wam na zapierającym dech w piersiach widoku, to możecie spokojnie rezerwować. Namiary na dole posta. Jeśli planujecie dużo zwiedzać, to lepiej znaleść jakiś nocleg przy głównej drodze. Zobaczcie inne fajne miejscówki w Ella.
Informatie praktyczne i ceny
autobus z Pasikudah do Badulla – 4,5h – cena 244 LKR – wyjazd o 6:30
tuk tuk z Badulla do Ella – 40 min – 1300 LKR
obiad w Chill Caffe 3000 LKR ( burger + curry + sok owocowy + piwo)
tuk tuk do Nine Arch Bridge – 350 LKR
tuk tuk na Adam’s Peak z czekaniem na górze – 1500 LKR
nocleg Salient View – 5000 LKR ( nocleg + śniadanie + kolacja) Rezerwując nocleg z tego linka otrzymujecie 10% zniżki, a i nam wpadnie kilka grosików na kolejną podróż.
Świątynia Zęba w Kandy | Po dość długim dniu wracamy do naszego GH, bierzemy prysznic z zamkniętymi oczami (tzn ja, bo Marcel nie miał z tym problemów :)), zakładamy odpowiednie ciuchy i idziemy do Świątyni Zęba. Jedyny plus naszego GH był taki, że mieliśmy dosłownie 10 min spacerkiem do świątyni. O 18:30 miała się zacząć ceremonia. Ponoć magiczna i warta przeżycia. Byliśmy sporo przed czasem. Najpierw przechodzi się przez dość skrupulatną kontrolę, nie tylko właściwego ubioru, ale także zawartości torebek/plecaków. Wszystko przez Tamilskie Tygrysy, które w 1998 roku wjechały tutaj ciężarówką wypakowaną materiałami wybuchowymi w związku z czym zginęły 23 os, nie ma się więc czemu dziwić, że są tacy przezorni. Później trzeba zdjąć buty i zostawić je w przeznaczonym do tego miejscu. Jeśli macie plecak, możecie je włożyć do plecaka, tak jak my to zrobiliśmy. Kupujemy bilety i możemy wchodzić do środka. Na wstępie przywitały nas przeraźliwe dźwięki bębnów i fletów. W pomieszczeniu głównym stało kilku panów i ładowali w nie ile sił. Dla jednych to nastrojowa muzyka, dla mnie był to huk to nie do zniesienia, moje osobiste bębenki o mało nie popękały.
Po kilku minutach w tym niewyobrażalnym hałasie, zauważyliśmy, że cały tłum kierował się na piętro. Poszliśmy więc za nim. Marcel już się ustawił grzecznie w mega długiej kolejce, ale na szczęście odwiodłam go od tego pomysłu i dobrze, bo to była kolejka do składania ofiary. Przemknęliśmy za jakaś grupką turystów. Zajęliśmy grzecznie miejsce z boku, żeby nie przeszkadzać modlącym się. Wszyscy w skupieniu czekali na ważny moment. Punktualnie o 18:30 otwarły się drzwi za którymi kryje się największy skarb buddyjski – ząb buddy. Oczywiście, wcale nie tak łatwo go zobaczyć. Tylko wąska grupa ważnych mnichów ma do tego prawo. Jest on bowiem przechowywany w złotym relikwiarzu, składającym się z ośmiu pojemników powkładanych jeden w drugi jak rosyjskie babuszki. To właśnie tutaj, do najważniejszej buddyjskiej świątyni zjeżdżają się buddyści z całego świata, żeby złożyć ofiarę, często są to kwiaty, kadzidła, świece, ale także ubrania dla mnichów, którzy sami nie mogą sobie nic kupować, chodzą w tym co dostaną od innych. W zamian za dary, mogą oni przejść koło okienka, w którym wystawiony jest relikwiarz z najcenniejszym zębem na świecie. Niestety nie można się przy nim nawet na sekundę zatrzymywać, czego pilnują skrupulatnie strażnicy. To była krótka wizyta, miejsce niestety nie wywarło na mnie żadnego wrażenia, wręcz przeciwnie, przez ten huk bębnów chciałam stamtąd jak najszybciej uciec.
Gdzie nocować w Kandy?
SWP Eco Lodge Kandy to spokojny, kameralny eco-lodge położony w zielonej okolicy. Idealny wybór, jeśli chcesz odpocząć od miejskiego zgiełku, a jednocześnie mieć dobrą bazę do zwiedzania Świątyni Zęba Buddy i okolicznych atrakcji. Proste, komfortowe pokoje, dużo zieleni i wyraźny nacisk na bliskość natury sprawiają, że to naprawdę fajna miejscówka.
Świątynia Zęba – informacje praktyczne
Bilet wstępu do Świątyni Zęba – 1500 LKR
Pamiętajcie o zasłoniętych ramionach i kolanach, chusta w plecaku zawsze się przydaje
Ceremonia w świątyni odbywa się trzy razy dziennie, rano, w południe i wieczorem o 18:30 (ponoć ta ostania jest najładniejsza ze względu na półmrok i światła)
Żeby wejść na teren świątyni trzeba zdjąć buty i tutaj ważna informacja, jeśli zwiedzacie świątynię w ciągu dnia, koniecznie zabierzcie ze sobą skarpetki, bo parzy strasznie 🙂
Po pysznym i bardzo towarzyskim śniadaniu w Sigiriya, podczas którego poznaliśmy sympatycznych podróżników z Niemiec, zamawiamy tuk-tuka i udajemy się na przystanek autobusowy w Inamaluwa, skąd łapiemy autobus do naszego kolejnego celu czyli do Polonnaruwy. Jak wiadomo historia Sri Lanki jest dość burzliwa, toczyło się tutaj kilka wojen, ostatnia ofensywa zakończyła się całkiem nie dawno bo w 2009 roku. Na przestrzeni lat zmieniały się tutaj królestwa, kolonizatorzy, a stolica była przenoszona z jednego miejsca w drugie. Dziś można w ich miejscu podziwiać archeologiczne pozostałości. Mowa oczywiście o Anuradhapura i Polonnaruwa. Niestety z braku czasu nie mogliśmy zobaczyć obu miast, dlatego przed wyjazdem zrobiłam szybki research na różnych forach i bezapelacyjnie zwyciężyła Polonnaruwa. Dlatego też postanowiliśmy cofnąć się w czasie i zobaczyć jedno z najlepiej zachowanych miejsc, które bardziej przybliżyło nam historię tego kraju.
Polonnaruwa – stolica Sri Lanki z przed ponad 700 lat, gdzie mieszały się dwie religie: buddyzm i hinduizm, dlatego też mogliśmy podziwiać pozostałości świątyń bogów Shiwy, Wishnu oraz Buddy. Niemal wszystkie zachwycały swoimi kształtami, każda miała w sobie coś magicznego, misternie wyrzeźbione posągi w kamieniu, ornamenty a także bardzo dobrze zachowane malowidła. Nie będę wam opisywać po kolei wszystkich świątyń, bo te informacje znajdziecie w internecie, albo na ulotce – która niestetey, aż się prosi o odnowienie, bo po zdjęciach ciężko cokolwiek rozpoznać. Nas najbardziej urzekła Cytadela oraz okrągła świątynia buddyjska Vatadage z posągami buddów, którzy patrzą w cztery różne strony świata.Większość świątym uległa znacznemu zniszczeniu, gdzie nie gdzie zostały jedynie niewysokie murki porośnięte mchem, to jednak wystarczy aby móc sobie wyobrazić dawną świetność tego królewskiego miasta, nad którym dziś czuwają małpy – dużo małp 🙂
Czym najlepiej zwiedzać Polonnaruwe?
Ponieważ kompleks jest całkiem duży, zdecydowanie odradzam zwiedzanie na piechotę. Odległości są dość spore, upał niemiłosierny, świątyń nie mało, tak więc spacerkiem nie ma szans zobaczyć wszystkiego. My wybraliśmy rower i to był idealny wybór. Szybko można się przemieszczać, wiaterek nas lekko orzeźwia. Ale oczywiście są też inne sposoby. Dla bardziej wygodnych jest też możliwość zwiedzania świątyń tuk-tukiem. Chińczycy przyjeżdżali całymi autobusami, były też mini vany. Uważajcie na przewodników, którzy zapewne napadną na was przy muzeum, gdzie kupuje się bilety i będą was przekonywać, że jeśli ich wynajmiecie, to dostaniecie zniżkę na wstęp, a oni opowiedzą wam historie o których nie przeczytacie w żadnym przewodniku. W efekcie końcowym nic nowego nie usłyszycie, a przewodnik będzie was wszędzie poganiał i pospieszał, brak swobody przy zwiedzaniu własnym tempem itd, tak więc nie warto.
Jak się dostać do Polonnaruwa?
Polonnaruwa znajduje się około 216km na południowy – wschód od Colombo. Najłatwiej dostać się tam z Dambulla, mamy bezpośredni autobus. Jeżdżą one z dworca głównego, dość często i tam mamy największą szansę, żeby usiąść. No, ale wiadomo, nie każdy jedzie z Dambulla, tym bardziej, że po drodze mamy Sigiriyę. Niestety stąd nie ma bezpośredniego autobusu. Można się albo wrócić do Dambulla, co nam sugerowano w GH, ale wg mnie to bez sensu, albo do Inamaluwa, trochę bliżej, ewentualnie pojechać do Habarana, ale nie wiem czemu tuk-tukarz chciał dwa razy więcej za kurs niż do Inamaluwa. Tak więc wybraliśmy tańszą opcję. Akurat udało nam się, bo dwójka turystów wysiadła na tym przystanku, więc wskoczyliśmy na ich miejsca. Bez problemu dostaniemy się tutaj również bezpośrednim autobusem z Colombo oraz z Kandy.
to miejsce, w którym nocowaliśmy podczas zwiedzania Polonnaruwy i które bardzo dobrze sprawdziło się jako spokojna baza wypadowa. Największym plusem była cisza i położenie blisko jeziora — poranki były tu naprawdę przyjemne, zwłaszcza przed wyjazdem na rowerowe zwiedzanie ruin. Pokoje są proste, ale komfortowe, a całość ma luźną, nienachalną atmosferę, bez resortowego zadęcia. Jeśli szukasz noclegu w Polonnaruwie, który pozwala zwolnić tempo po całym dniu w upale, to jest miejsce, które możemy spokojnie polecić.
Polonnaruwa – informacje praktyczne
Bilet wstępu
do Polonnaruwa kosztuje 25$. Bardzo ważna jest informacja, że nie kupimy go przy wejściu do obiektu, a kilka kilometrów dalej w Muzeum, tak więc warto o tym pamiętać, żeby nie pedałować tam i z powrotem. Koniecznie zabierzcie jakieś nakrycie głowy, odpowiedni strój zakrywający ramiona i skarpetki, bo żeby wejść do większości świątyń trzeba zdjąć buty, a chodzenie na bosaka po kamieniach przypomina bieg po rozżarzonych węglach 🙂 Jest miejsce w którym można kupić coś do jedzenia i picia, więc nie musicie ciągać zapasów na cały dzień. No i najważniejsze. Jeśli chcecie zwiedzać to miejsce w ciszy i spokoju, wybierzcie się tam najwcześniej jak się tylko da, zanim to miejsce zaleje fala chińczyków w białych skarpetkach. Dobrze też zacząć zwiedzanie od końca, wtedy w najważniejszych i najpiękniejszych miejscach macie szansę na zupełną ciszę, spokój, dobre światło, nie wspominając o zdjęciach bez turystów 🙂 Teoretycznie nie można opuścić obiektu w tym samym miejscu w którym się wjechało, ale nas bez problemu wypuszczono, dzięki czemu uniknęliśmy traumatycznego przejazdu ruchliwą ulicą pełną rozpędzonych autobusów i tuk-tuków spychających rowerzystów z pobocza. Koszt wynajęcia roweru – 300 LKR. Czas potrzeby na zwiedzanie ok 4-5h.
Na Zanzibar lecimy przede wszystkim na plażę, żeby odpocząć, zrelaksować i powygrzewać na słonku 🙂 Oczywiście wszystko zgodnie z Zanzibarskimi zaleceniami, “Pole, pole” i “Hakuna Matata” 🙂 Mimo iż od naszej wizyty w tym cudownym miejscu minęło już trochę, to nadal Zanzibarskie plaże są jednymi z moich ulubionych. To tutaj mogliśmy godzinami spacerować po najbardziej mięciutkim piasku na świecie, nie spotykając po drodze ani jednego turysty. Plaże piękne, długie, szerokie i co najważniejsze PUSTE! Żyć nie umierać 🙂 No ale dobra, bo ileż można się smażyć na słońcu popijając drinki z parasolką, spacerować i podglądać panie pracujące przy algach 🙂 Przecież Zanzibar poza plażami ma tyle do zaoferowania! Aż grzech byłoby żeby przez tydzień, albo o zgrozo nawet dłużej siedzieć na hotelowym leżaku. Co zatem warto zobaczyć/zrobić na Zanzibarze?
Rowerem po Zanzibarskiej plaży
T tak, to nie żart! Zanzibarskie plaże są podczas odpływów tak twarde, że spokojnie możecie po nich szaleć na rowerze. Nie będzie to zapewne jakiś nowiutki i wypasiony rower, ale taki nawet do tych plaż by nie pasował. Wynajmijcie za kilka dolarów rower na kilka godzin i zwiedźcie sobie okolice. Pamiętajcie tylko, żeby zdążyć wrócić przed przypływem, bo inaczej możecie z rowerem co najwyżej popływać 🙂 Tutaj pływy są tak wielkie, że nigdzie na świecie takich nie widziałam. Wygląda to mniej więcej tak, jest morze i nie ma morza 🙂
Blue Safari na Zanzibarze
Wybierzcie się na całodzienną ucztę dla oczu, zmysłów i podniebienia. Blue Safari to jedna z najfajniejszych atrakcji na Zanzibarze. Spędzicie cały dzień żeglując, snurkując, opalając się i pałaszując same pyszności, a to wszystko w przepięknych okolicznościach przyrody. Prawdziwa rybacka łódź z drewnianym masztem zabierze was najpierw na sand bank (płachtę bielusieńkiego jak mąka piasku, gdzieś na środku morza), gdzie między popijaniem kokosa a kąsaniem arbuza będziecie podziwiać piękne widoki. Później na innej wysepce możecie sprawdzić jak wygląda świat podwodny na Zanzibarze, żeby na końcu, na kolejnej wysepce napełnić brzuchy homarami, krewetkami, rybkami i innymi przysmakami. Brzmi super co nie? 🙂
Stone Town
Stolicę Zanzibaru musicie zobaczyć koniecznie. Może nie dlatego, że jest jakaś piękna, bo nie jest, ale ma za to niepowtarzalny klimat. Tutaj zobaczycie jak żyje się na Zanzi. Odwiedzicie targ na którym można kupić dosłownie wszystko – od makaronu we wszystkich kolorach tęczy, przez ubrania sprzedawane prosto z przyczepy, najlepszą wanillię na świecie aż po krowie głowy 🙂 Zobaczycie śpiących sprzedawców, których trzeba najpierw obudzić żeby coś kupić 🙂 No i koniecznie zgubcie się w plątaninie uliczek i wiszących nad nimi kabli. Zobaczcie też gdzie Freddie Mercury spędził swoje dzieciństwo!
Prison Island – Zanzibar
Będąc w Stone Town, możecie wziąć sobie łódź na pobliską wysepkę Prison Island, na której znajdują się ruiny więzienia i ogromne lądowe żółwie. To rzut beretem – przepłynięcie trwa ok 20 min. Nazwa wyspy pochodzi od zbudowanego w XIX wieku więzienia, w którym przetrzymywano zanzibarskich niewolników. Z dawnego więzienia zostały już tylko mury, a największą atrakcją wyspy są potężne żółwie Aldabry sprowadzone z Seszeli u kresu XIX wieku. Najstarsze okazy tego gatunku dożywają nawet 250 lat, osiągając wagę 400 kg! Muszę przyznać, że widoki mieli do pozazdroszczenia. Aż się ciśnie na usta żeby powiedzieć, że to żadna kara przebywać w takim więzieniu 🙂
Spice tour
Jeśli lubicie choć troszkę gotować, albo nawet jak nie lubicie, to i tak warto udać się na pół dniową wycieczkę na plantację przypraw. Zanzibar nie bez powodu jest nazywany Wyspą Przypraw. Gospodarka tego kraju przez wiele lat opierała się głównie na uprawie i eksporcie przypraw. Zresztą nawet do dziś goździki stanowią główny towar eksportowy. Tutaj dowiecie się jak rosną i jak wyglądają niektóre przyprawy, które zapewne używacie na co dzień, ale nie macie pojęcia jak wyglądały przed sproszkowaniem. Fajna lekcja smaków i przede wszystkim aromatów.
Z wizytą u Gerezów trójbarwnych
Pewno zastanawiacie się co to takiego? A to są takie sympatyczne małpki – Red Colubus. Mają bujną grzywę oraz czerwono-rudy grzbiet. Można je spotkać tylko i wyłącznie na Zanzibarze. W tym celu trzeba się udać do Jozani Forest. I nie bójcie się, nie będziecie musieli godzinami błąkać się po lesie żeby je znaleźć. Jest ich tam cała masa. Na ziemi, na drzewach, nad głowami. Dosłownie wszędzie. I wcale nie boją się ludzi, tak więc można się im przyjrzeć z bliska. Głaskać i tulić jednak nie polecam 🙂 Trzeba je koniecznie zobaczyć tym bardziej, że to endemiczny gatunek i zamieszkują wyspę już od 1,5 tysiaca lat!
Na drinka do The Rock Restaurant
Któż z nas nie zna pocztówkowego widoku niewielkiej restauracji zbudowanej na kamieniu, w otoczeniu przepięknej turkusowej wody. Jest to niemal znak rozpoznawczy Zanzibaru i zapewne każdy, kto zawita na tę wyspę marzy, żeby zobaczyć ją na żywo. Ja też takie marzenie miałam i udało mi się go zrealizować. I potwierdzam, że wygląda identycznie jak na pocztówkach 🙂 Tylko ceny nieco odstraszają, no ale na kawkę, soczek czy drinka myślę, że każdego stać. Tylko trzeba pamiętać, że podczas przypływu na sucho się stamtąd nie wydostaniemy 🙂 Co do jedzenia to się nie wypowiem, bo my nie skorzystaliśmy, natomiast w sieci krążą bardzo skrajne opinie, więc nie pozostaje wam nic innego jak przekonanie się na własnej skórze 🙂
Na Zanzibar możecie wybrać się samodzielnie, lub przez jedno z biur podróży. Bardzo fajne propozycje wyjazdu wypoczynkowego ma ITAKA. Jeśli ktoś z was był i macie ciekawe propozycje na aktywne spędzenie dnia piszcie koniecznie w komentarzach!
Wybierasz się na Zanzibar? Tutaj znajdziesz inne posty z tego niesamowitego miejsca na ziemi. A jeśli podobał Ci się tekst, to dołącz do uzależnionych od podróży na Facebooku.Tam relacje na żywo, podróżnicze dyskusje i wiele innych. Zapraszam!Uściski, M.
Dzień wcześniej zakupiliśmy całodniową wycieczkę na statku, który obwozi turystów po najpiękniejszych zatoczkach. Gdzie nie czytałam relacji, to każdy pisał, że to jest must to do na Sardynii. Oczywiście bez problemów się nie obyło. Sezon się skończył i już w zasadzie tylko jedna firma pływała. Normalnie w sezonie jest co najmniej 5-6 różnych firm oferujących rejsy. Zakupiliśmy zatem naszą wycieczkę przed Elenatour. W sezonie są do wyboru dwie różne trasy. Poza sezonem tylko jedna, tak więc znowu wyboru nie mieliśmy. Trasy rejsów możecie sprawdzić sobie . Do tego już na samym końcu okazało się, że jedyna możliwa trasa też nie jest do końca pełna, bo została z niej wykreślona Cala Cotticio. Ale na nią i tak mieliśmy plan dostać się w dniu następnym, więc nie był to jakiś duży problem. O 10:30 stawiamy się w porcie. W ramach oczekiwań kilka fotek z okolic.
Nasz prom zjawia się niemal punktualnie. Wydawałoby się, że w związku z tym, że już po sezonie, tłoczno być nie powinno. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po wejściu na pokład okazało się, że prom pęka w szwach. O miejscówce na zewnątrz mogliśmy zapomnieć. W środku, tez nie było żadnego wolnego stolika, musielibyśmy się rozdzielić dosiadając się do innych. Przycupnęliśmy zatem na dziobie. Trochę wiało, trochę chlapało, no ale trudno. Prom zaczyna swoją trasę w Palau, stąd po przypłynięciu na La Maddalenę był już pełny. Na szczęście do pierwszego punktu płyniemy ok pół godzinki, może potem uda nam się zając jakieś wygodniejsze miejsce. Pierwszy przystanek Cala Corsara i takie oto widoczki 🙂
Ogólnie zatoczka przecudna. Chyba jedno z piękniejszych miejsc jakie widzieliśmy w ciągu naszego całego pobytu na Sardynii. Rodzice Marcela rozkładają się wygodnie na plaży, a my z Marcelem jak sarenki skaczemy po skałkach i łapiemy fajne ujęcia. Na odpoczynek mamy tutaj około półtorej godzinki, tak wiec spokojnie można sobie albo poleżeć na plaży albo połazikować, tak jak my. W sumie, to chyba nie do końca rozumie tych co wychodzą z łodzi i rozkładają się na pierwszym kamieniu, bo im dalej się szło tym widoki bardziej zapierały dech w piersiach. No ale wiadomo, każdy ma swoje cele i styl podróżowania. Oczywiście nie obeszło się bez krótkiej sesyjki na tle lazurków. Woda niestety jak dla mnie za zimna, więc sobie darowałam pływanie 🙂
Po odpoczynku na Cala Corsara, pakujemy się znowu na prom, tym razem udało nam się zająć stolik, niestety nie na zewnątrz, no ale przynajmniej nie musimy jeść lunchu na kolanach. No właśnie, lunch był w cenie biletu, ale cóż to za lunch. Hucznie nazwana Pasta Fresca with See Food, okazała się bardzo kiepskim makaronem, z jeszcze gorszym sosem, i kilkoma mini krewetkami w skorupkach, których obierać nawet nie było sensu, w środku i tak nic nie było. Chyba byłam jedyną osobą, która zjadła wszystko i wszyscy się dziwili jak ja w ogóle mogę to przełknąć. A ja po prostu bardziej od głodu wolę złe jedzenie. Oddali prawie pełne talerze z powrotem. No nic, płyniemy dalej. Kolejny przystanek to naturalne baseny pomiędzy wysepkami Budelli i S. Maria. Przepiękne miejsce. Woda ma magiczne kolory. Można było wskoczyć do wody i sobie popływać, ja tam wolałam pstrykać fotki z góry 🙂
Kolejny przystanek to Cala Santa Maria. Ta nie przypadła mi totalnie do gustu. Ludzi była na niej cała masa. Poza naszą łodzią były jeszcze trzy. Rachunek był prosty, prawie 500 osób musiało się tam zmieścić. Plaża może i nie jakaś mała, bo dość długa, ale raczej wąska, więc żeby znaleść jakiś wolny kawałek trzeba było się trochę przespacerować. Widoczki jak dla mnie bardzo średnie. Całą jedną fotkę zrobiłam, bo nie było co fotografować. Za to był w końcu czas na odpoczynek i plażowanie. Czasu mieliśmy znowu coś ok 1,5 godzinki, ale ponieważ to dla mnie za długo na nic nie robienie, wróciłam z teściem trochę wcześniej na prom, zajęliśmy sobie super miejscówkę przy stoliku na zewnątrz 🙂 Ha! Niektórzy oczywiście pazerni i egoistyczni pozostawiali porozkładane ręczniki na stolikach, żeby przypadkiem nikt nie zajął im miejsca. Ach jak ja kocham takie aspołeczne zachowanie!
Kolejny przystanek, to port w La Maddalenie. W zasadzie, to można było płynąć dalej do Palau i później z powrotem, ale jakoś mieliśmy dość na dzień dzisiejszy. Ogólna moja ocena tej atrakcji jest bardzo mierna. Szczerze mówiąc to spodziewałam się, że na tym promie będzie można się gdzieś położyć, albo przynajmniej usiąść wygodnie. A tam ludzi jak mrówek, o miejsca się biją. Może z Palau ten rejs ma większy sens, bo można faktycznie sporo miejsc zobaczyć. Z La Maddaleny wg mnie się nie opłaca, bo jedyne fajne miejsce to Cala Corsara, i myślę że spokojnie można by w tym celu wynająć prywatną łódkę i może nawet w tej samej cenie, którą zapłaciliśmy za 4 os, popływać sobie kilka godzin, do tego zobaczyć może inne ciekawe zatoczki. Ewentualnie polecam przejrzenie ofert innych promów. Po drodze do naszej kwatery zahaczamy do naszej ulubionej lodziarni, szybkie zakupy w markecie i relaks. Apropo’s zakupów, no to niestety tanie nie są. Miałam nawet wrażenie, że produkty były dużo droższe niż w Holandii. Najdroższe chyba pieczywo. Za kilka bułeczek na śniadanie typu ciabatta płaciliśmy coś około 4 euro. Do tego oczywiście jakaś szynka parmeńska, pecorino, oliwa z oliwek, pomidorki mozzarella i rachunek wychodził niczego sobie. No ale wiadomo i tak taniej niż śniadanie codziennie w restauracji. Wieczorem testujemy kolejną restaurację. Przechodziliśmy obok niej kilka razy z ciągu dnia i za każdym razem robiła na nas wrażenie. No więc pora na jej przetestowanie. Restauracja Avventura to zdecydowanie najlepsza restauracja w jakiej jedliśmy. Śmieszą mnie czasami opinie, jak ktoś pisze, że ta i ta restauracja jest najlepsza na La Maddalenie. No nie sądzę, że w ciągu kilkudniowego pobytu ten ktoś sprawdził kilkadziesiąt restauracji. Tak więc może i są lepsze, my do nich nie trafiliśmy. Jedzonko zdecydowanie najpyszniejsze jakie dano nam jeść na tej uroczej wysepce. Znakomicie podane. Obsługa na najwyższym poziomie. Cały czas podchodzą do stolika, zbierają puste talerze itd. Widziałam że na tripie wiele osób się skarży, że jeszcze nie zdążyli zjeść, a kelner zabrał im talerz i że czuli się jakby chciano się ich jak najszybciej pozbyć. Bzdura. Jak się umie jeść sztućcami i się wie jak je odłożyć, żeby kelner wiedział czy już skończyliśmy czy nie to tego problemu nie ma. My tego tak nie odczuliśmy. Nikt nas nie poganiał. Spędzaliśmy tam bardzo miły wieczór, a nasze kubki smakowe wyszły stamtąd w 100% usatysfakcjonowane.
Przydatne informacje:Koszt rejsu z Elenatour – 30 euro od os z lunchem. Czas trwania od 10:30 do 16:00 (startując z Palau trzeba liczyć dłużej, start o 10 i powrót o 18:00)Kolacja w restauracji Avventura ok 25 euro od os
Po wczesno porannym wspinaniu się na Little Adam’s Peak wsiadamy w pociąg, jak zawsze 3 klasy i jedziemy dalej, do Haputale. Przy okazji słów kilka o jeżdżeniu koleją na Sri Lance. Według mnie i zapewne nie tylko mnie, to najlepsza metoda poruszania się po tej uroczej wyspie. Pociągi jeżdżą dość regularnie. Nawet nie spóźniają się jakoś bardzo. Maksymalna obsuwa to było może 20 minut. Nie zdarzyło nam się stać, aczkolwiek niektóre odcinki bywały mocno zatłoczone. W takich przypadkach zawsze można jechać w przejściu, przy otwartych drzwiach, wiatr we włosach, piękne widoki, co chwilkę ktoś przechodzi i sprzedaje jakieś przekąski, a to owoce, a to orzeszki. Kilka razy kupowaliśmy, żadnych rewolucji nie było. Co mnie bardzo zaciekawiło, w momencie kiedy był duży ścisk, w przejściu ludzie ledwo się mieścili, często brali torebki obcych na kolana. Szczególnie kobiet. Tak po prostu z grzeczności, zwykłej ludzkiej życzliwości, żeby temu co stoi trochę lżej było. Bo często trzeba stać i kilka godzin, więc zawsze to jakaś ulga.
Dzień wcześniej zarezerwowaliśmy sobie przez booking guest house. Wysiadamy w Haputale na stacji, tuktukarze pytają gdzie potrzebujemy się dostać, mówimy nazwę GH i okazuje się, że ktoś na nas czeka. Przemiły gest. Tym bardziej, że nie pisaliśmy o której przyjedziemy, bo sami nie widzieliśmy. Fakt, że mają raptem chyba trzy pociągi w ciągu dnia i skoro mieli rezerwacje to zaryzykowali przyjazdem. Już pierwsze minuty w tuk-tuku spowodowały, że bardzo polubiliśmy naszego nowego kierowcę. Od razu umówiliśmy się z nim, żeby pojechać na pola herbaciane do Lipton’s Seat. Zostawiliśmy tylko bagaże w naszym GH i pojechaliśmy. Warto wiedzieć, że w związku z tym iż Lipton’s Seat znajduje się w górach, pogoda jest bardzo zmienna. Do południa jest zwykle ładnie i słonecznie, a po południu często niebo przykrywają chmury. Warto o tym pamiętać planując tam wizytę. Ruszamy przed południem, żeby zdążyć przed chmurami 🙂
Nasz nowy przyjaciel, kierowca tuk-tuka okazał się przewspaniałym człowiekiem. Nie dość, że idealnie mówił po angielsku, świetnie opowiadał o życiu na Sri Lance, chętnie doradzał, robił nam co chwilę zdjęcia, to jeszcze na koniec okazało się, że jest znakomitym kucharzem. Ludzie na Sri lance to największy skarb i mam nadzieję, że jeszcze długo się to nie zmieni. Na samą górę Lipton’s Seat wjechaliśmy w troszkę więcej niż 30 minut. Prawdopodobnie można tam też wejść na nogach, ale widząc nadciągające chmury, nie mieliśmy niestety czasu. Widok z samej góry zapiera dech w piersiach. Herbaciane pola rozciągały się na prawo i lewo. Wspaniałe położenie terenu, strome zbocza, wzgórza tonące w zieleni, skąpane w strugach słońca. Tak właśnie wyobrażałam sobie Cejlon. Na górze można wziąć głęboki oddech, uśmiechnąć się szeroko, spojrzeć w górę i podziękować temu, który stworzył to magiczne miejsce.
Filiżanka herbaty na dachu świata
Na samej górze jest też malutki sklepik, można wypić filiżankę herbaty. Przekąsić coś. I powiem wam, iż całkiem sporego upału, to ta filiżanka zwykłej czarnej herbaty, smakowała wyjątkowo. Stojąc na dachu świata, popijałam ją sobie i tak sobie myślałam, że świat jest nieprawdopodobnie piękny. Moje myśli powędrowały gdzieś daleko, nagle przyszli mi na myśl ci wszyscy, którzy nie podróżują, bo z jakichś względów nie mogą, może nie chcą, albo po prostu nie mają takiej potrzeby. Smutno mi się zrobiło, bo świat jest taki piękny. Takie chwile jak ta dostarczają tylu cudownych przeżyć, wspomnień, które zapamiętujemy do końca życia. Jeśli tylko macie taką możliwość, to nie odkładajcie marzeń na później.
Najpiękniejsze pola herbaciane na Sri Lance
Na górze było tyle pozytywnej energii, że aż nie chciało się stamtąd wracać. Mogłabym tak stać z tym kubkiem jeszcze kilka godzin. Tym bardziej, że ciężkie chmury nagle odeszły w siną dal i mogliśmy podziwiać majestat Lipton’s Seat w pełnej okazałości. Pewno zastanawiacie się dlaczego wybraliśmy akurat te pola herbaciane, a nie jakieś inne. W końcu na Sri Lance ich nie brakuje. Skonsultowałam ten wybór z osobą, która widziała ogromną ilość herbacianych pól i wg jej opinii te były zdecydowanie najpiękniejsze. Czy tak faktycznie jest nie powiem wam, bo żadnych innych nie widzieliśmy. Aaa przepraszam, zapomniałam o tych które niespodziewanie znaleźliśmy przy Sembuwatte Lake. Chyba ciężko byłoby mi się zdecydować na jedne z nich, są całkiem inne. Zdecydowanie oba warte zobaczenia 🙂
Dambatenne Tea Factory
W drodze powrotnej zajrzeliśmy do Dambatenne Tea Factory, żeby zobaczyć jak się przetwarza te cudnie zielone listki w proszek, który większość z was rano zalewa gorącą wodą i popija do śniadania. Ciekawe doświadczenie zobaczyć ten proces. Przez ile ten biedny listek syfonów, wsypów, zsypów, suszarek, młynków, sitek musi przejść. A człowiek wrzuca torebkę do kubka i nie zastanawia się jaki proces temu towarzyszył. Ogólnie w fabryce jest zakaz filmowania i robienia zdjęć, jednak jak się okazało po wyjściu, mój skubany małżonek, którego w życiu bym o to nie podejrzewała, bo on wszystkich zasad przestrzega jak płacenia podatków, zrobił cichaczem kilka fotek. W sumie to nie dziwię się, że nie można tam robić zdjęć. Bo nie wiem czy ktokolwiek po ich obejrzeniu kupiłby jeszcze kiedyś herbatę Liptona. Liście herbaty walają się wszędzie po ziemi, dookoła chodzą całe pielgrzymki turystów, tu coś podeptają, tam coś powąchają, potem rzuca gdzieś indziej. No dobrze, że nigdy Liptona nie piłam, bo po tej wizycie zdecydowanie zrezygnowałabym z tej herbatki.
Gdzie kupić herbatę na Sri Lance
Oczywiście nie skusiliśmy się tam na zakup herbaty, kupiliśmy później w innym sklepie. Właściciel naszego GH zaprowadził nas tam. Sklepik znajduje się oczywiście w Haputale. Nazywa się Tea Sales Center. Znajduje się przy Station Road. Jak będziecie w centrum Haputale, jest takie duże skrzyżowanie, jedną z dróg przecinają tory kolejowe. Przechodzicie przez tą drogę. Po prawej stronie będzie targ. Idziecie główną droga jakieś 50-100 metrów i macie taki niewielki sklepik po prawej stronie. Bardzo niepozorny. Ale są szyldy, więc nie sposób go niezauważyć. Mają tam całe mnóstwo, różnych herbat. Od zwykłych czarnych, przez zielone, białe, czerwone aż po owocowe. Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie 🙂 Na miejscu możecie sobie wszystkie wąchać do woli i wybrać te które najbardziej wam się spodobają zapachowo 🙂
Jaką herbatę przywieść ze Sri Lanki?
Osobiście polecam zielone herbaty Basilur, najtańsze może nie były, ale smak na zawsze będzie kojarzył mi się ze Sri Lanką. Wybierając ją sugerowałam się przede wszystkim zapachem. Tak mnie ujęły, że wzięłam chyba z 10 różnych bo nie mogłam się zdecydować, którą kupić. Dopiero kiedy w domu zaparzyłam, uznałam, że to najlepsza herbata jaką w życiu piłam. Od razu zagooglowałam i co? Okazało się, że kupiłam najbardziej ekskluzywna herbatę Cejlońską, najwyższej jakości. Ja to mam nosa do dobrych rzeczy 🙂 I dopiero szukając w necie jakiegoś punktu sprzedaży w NL natknęłam się na te wszystkie cudne opakowania, które sprzedawane są na lotnisku po kilkadziesiąt euro. A ja kupując za kilka, w niepozornych pudełeczkach myślałam, że to jakaś byle jaka herbatka 🙂 Warto tutaj dodać, że żeby herbata spełniała 100% wymogów prawdziwej herbaty cejlońskiej musi sprostać wysokim wymaganiom. Producent herbaty Basilur poszedł jeszcze o krok dalej, sam komponuje własne, niepowtarzalne smaki, składające się w 100% z cejlońskiej herbaty, lokalnych przypraw oraz owoców. Liście herbaty nie przechodzą procesu fermentacji, po zerwaniu w max 3 muszą one być umyte, wysuszone i zapakowane. A to wszystko z najwyższej jakości listków.
Gdzie nocować w Haputale?
Polecamy przepięknie położony guesthouseVantage Hills Haputale. Jest to bardzo klimatyczne miejsce położone wysoko w górach, z panoramicznym widokiem na herbaciane wzgórza Haputale. Idealny wybór dla osób szukających ciszy, chłodniejszego klimatu i kontaktu z naturą, z dala od turystycznego zgiełku. Pokoje są proste, ale bardzo czyste, a dużym atutem jest taras, na którym poranki z herbatą naprawdę robią wrażenie.
Nasz główny cel przyjazdu do Haputale, to Park Narodowy Równin Hortona. Ponieważ od wielu osób słyszeliśmy, że tego miejsca na Sri Lance nie możesz ominąć, dlatego tak planowaliśmy naszą podróż, żeby sprawdzić jak wygląda ten Koniec Świata! Horton Plains słynie nie tylko z kapryśnej pogody, częstych opadów deszczu, gęstych mgieł, przenikliwego wiatru, ale przede wszystkim z niesamowitych krajobrazów! Niestety przez tę kapryśną pogodę podobno tylko wybrani mają zaszczyt zobaczyć widoki jakie rozpościerają się z World’s End. No to nie pozostało nic innego, jak tylko klepać zdrowaśki, żeby pogoda dopisała!
Jak dostać się do Horton Plains
Ponieważ przed nami długa droga, wstajemy o 4:15 tak, żeby zdążyć się trochę ogarnąć, w przeciwnym razie nasi współtowarzysze, mogli by się nas wystraszyć 🙂 Jemy pyszne śniadanie, które przygotował dla nas właściciel naszego GH, lunch mamy już spakowany, dorzucamy jeszcze tylko wodę i możemy ruszać w drogę. Wychodząc na zewnątrz słyszymy już z daleka pierdzącego tuk-tuka, to na pewno po nas, bo wszyscy normalni ludzie o tej porze śpią. Nasi towarzysze, ponieważ są w 7 osób jadą mini vanem. Trochę im zazdrościmy, bo zimno jak cholera, tuk -tuk mimo, że osłonięty od wiatru, to i tak nie to samo. A tu przed nami prawie godzina drogi, zanim dotrzemy do bramy wjazdowej. No ale nic, jakoś się poprzytulaliśmy do siebie i dotarliśmy do pierwszego punku widokowego. Był jeszcze przed parkiem. Kiedy słonko zaczęło się budzić, mieliśmy przepiękne widoki. Warto wiedzieć, że do Horton Plains dotrzemy jedynie prywatnym środkiem transportu. Nie jeżdżą tam żadne autobusy. Więc trzeba sobie samemu pojazd zorganizować. Możecie wyruszyć tak jak my z Haputale, albo z Nuwara Eliya, droga praktycznie taka sama, przy czym zauważyłam że ceny z Haputale nieco niższe.
Koszty dotarcia do Horton Plains
Kiedy wjechaliśmy na teren parku, zatrzymaliśmy się przy niewielkiej budce. Nasz kierowca powiedział, że lepiej będzie jak pójdziemy wszyscy razem, powiemy, że jesteśmy jedną grupą i zapłacimy mniej. Chyba nie wiele to pomogło, bo pan i tak skasował nas odpowiednio. Od razu zapytał, czym przyjechaliśmy i nas rozdzielił. Naliczył tysiąc pięćset różnych podatków, opłatę, za naszego pierdzącego tuk tuka, oraz wejściówki na osobę. W sumie za nas dwoje + tuk-tuk wyszło 5500LKR. Pozostali płacili dokładnie tyle samo, więc nie ma różnicy, czy jest się w grupie czy we dwójkę, tuk-tukiem czy vanem. Dostaliśmy największy bilet wstępu jaki w życiu widziałam, kartka była chyba formatu A1 🙂 UWAGA! Koszty wjazdu do parku często mogą być różne, niestety nikt nie jest w stanie wytłumaczyć od czego to zależy. Jedni mówią, że od pogody, inni, że od humoru panów w okienku. Ja myśle, że raczej to drugie, bo mimo wspanialej pogody, dostaliśmy te niższe, na niektórych blogach czytałam, że cena może nawet wynieść 7-8 tyś. Poza opłatą wjazdową na teren parku musicie się liczyć z kosztami dojazdu, my za naszego tuk-tuka płaciliśmy w sumie 3000LKR, a znajomi za vana po 1500LKR więc jak widać tutaj, też nie ma żadnej różnicy.
Co zabrać do Horton Plains, a co zostawić w pokoju?
Po wjechaniu na teren parku oraz zapłaceniu biletu wstępu, mieliśmy do pokonania jeszcze jakieś 5 kilometrów. Ale droga szybko nam zleciała, bo krajobrazy za oknem całkiem przyjemne dla oka były. Poza tym wypatrywaliśmy dzikiej zwierzyny, której tam ponoć dużo, ale udało nam się zobaczyć tylko jednego jelenia 🙂 Kiedy dotarliśmy na miejsce, mieliśmy trochę czasu na to, żeby się trochę posilić, wypić herbatkę, wysikać i mogliśmy ruszać dalej. Prawie, bo przed nami była jeszcze kontrola, bardziej szczegółowa niż na lotnisku. Trzeba było wyjąć wszystko z plecaka, co do jednej gumy i cukierka. Nie można było ze sobą zabrać niczego co byłoby zapakowane w plastik albo folię. Tak więc warto o tym pamiętać, żeby wszelkie batoniki, chipsy i cukierki zostawić w guest housie albo przepakować do papierowych torebek. Jedynie można mieć ze sobą wodę w plastikowych butelkach, ale odrywali za to wszystkie naklejki. Nie można też mieć ze sobą drona, więc też zostawcie go w pokoju, albo będziecie musieli zostawić na przechowanie. Zabierzcie za to wygodne buty, nie muszą być trekkingowe, ale dobrze żeby były pełne i stabilne, bo kamieni po drodze nie brakuje. Koniecznie również ubranie na cebulkę, włącznie z polarem i kurtką przeciwdeszczową. Rano jest bardzo zimno, a później bardzo gorąco.
W którą stronę iść?
Po kontroli dochodzimy do znaku i możemy iść w prawo lub w lewo. Tak naprawdę to ta sama trasa, bo robimy pętelkę, tylko kolejność jest inna. Idąc w lewo zaczynamy od Small World’s End, a idąc w prawo od Baker’s Falls. Zdecydowanie polecamy iść w lewo z tego względu, że największe prawdopodobieństwo pogody na World’s End jest do godziny 10:00 rano. Później macie dużą szansę, że przepaść przykryje warstwa chmur, lub mgły i z widoków będą nici. My też właśnie taką kolejność wybraliśmy i to był idealny wybór. Trasa ma 9 km i nie jest jakoś szczególnie wymagająca. Właściwie, to cały czas idzie się po prostym. Czasami po jakichś konarach, albo kamieniach, ale generalnie trasa jest łatwa. Jedynie zejście do wodospadu jest troszkę męczące, ale nie długie, więc lajcik. Jak mój Marcel z jego biednym, popsutym ścięgnem achillesa dał radę, to wy też 🙂
Small World’s End
“-No chodźmy zatem na ten koniec świata” – pospieszałam naszą grupę, bo już się nie mogłam doczekać tego jak on wygląda. Ach, zapomniałam wam napisać, że nasi Niemieccy towarzysze zabrali ze sobą jednego innego podróżnika, którym się okazał Roman – Polak, ten sam, którego spotkaliśmy w kolejce po bilety w Colombo 🙂 Jaka ta Sri Lanka jest mała 🙂 Gaworząc na zmianę, co chwilkę z kimś innym, droga szybko nam mijała. Najpierw szliśmy przez równiny, co jakiś czas wkraczając do lasów deszczowych pokrytych wyboistymi drogami. Nie mogliśmy się z Romanem nadziwić pewnej rodzince, która wybrała się tam z dzieckiem i wózkiem (spacerówką). To musiało być dla nich prawdziwe wyzwanie. Żeby było śmieszniej, okazało się, że to też Polacy 🙂 Po niecałych 2,5 kilometrach docieramy na Mały Koniec Świata. Pogodę mamy wręcz idealną! Przejrzystość powietrza wspaniała. Siadamy zatem na skraju skały i podziwiamy te niesamowite widoki! Mimo, że wysokość imponująca, to ciężko było znaleść jakiś dobry punkt do zrobienia zdjęcia. Dopiero kiedy poszliśmy kawałek do góry, (gdzie o dziwo nikt nie wychodził) mieliśmy super widok, stamtąd nie trzeba się wracać, tylko idzie się wąziutką dróżką w dół i w pewnym momencie wchodzi na tę samą drogę co wszyscy.
World’s End
Tak więc po zapoznaniu się z Małym Końcem Świata, ruszyliśmy na podbój tego wlaściwego. Spodziewałam się, że skoro pierwszy klif ma 270m a drugi na 1250m, to, że pójdziemy jeszcze bardziej w górę, a tu ciekawa sprawa, bo albo szliśmy w dół albo po prostym. No, ale to zrozumiałe, bo przecież klify mogą być różnej wysokości, w końcu to nie wysokość n.p.m. Odległość od pierwszego do drugiego klifu to zaledwie 800 metrów, więc ani się obejrzeliśmy, a byliśmy już u celu. No i faktycznie Koniec Świata zrobił na nas ogromne wrażenie. Kiedy stoi się nad taką przepaścią, bez barierek, można testować swoją odwagę i lęk wysokości do woli. Wystarczy jeden niewłaściwy krok i lecimy w dół. Podobno kilka lat temu, jakiś latający holender, robił swojej żonie fotkę i pofrunął. Najlepsze jest, to, że przeżył. To się nazywa szczęście! Mój holender za to taki przewrażliwiony, że jakby mógł to przypiął by mnie do siebie smyczą. Jakbyśmy polecieli to przynajmniej razem 🙂 Ponoć jeśli nie ma chmur to nawet widać oddalony o ponad 80 km ocean indyjski!
Baker’s Falls
No to idziemy dalej! Bo większa połowa drogi dopiero przed nami. Cały czas znajdujemy się na wysokości od 2100 do 2300 m n.p.m. ale krajobraz płaskowyżu jest naprawdę wyjątkowy. Mimo, że trasa niewymagająca, to abolutnie nie jest nudno. Na prawo i lewo mamy ostre górskie, trawiaste stepy. Szczerze mówiąc chyba takich krajobrazów na Sri Lance się nie spodziewałam. Czasami znowu wchodzimy dla lasu deszczowego, gdzie możemy podziwiać gigantyczne paprocie, małpy, rododendrony, bambusy czy orchidee. Samo zejście do wodospadu trochę męczące, ale na szczęście krótkie. Polecam nie tylko punkt widokowy, ale zejście na sam dół, wtedy można zobaczyć wodospad w całej okazałości.
Gdzie nocować w Haputale?
Polecamy przepięknie położony guesthouseVantage Hills Haputale. Jest to bardzo klimatyczne miejsce położone wysoko w górach, z panoramicznym widokiem na herbaciane wzgórza Haputale. Idealny wybór dla osób szukających ciszy, chłodniejszego klimatu i kontaktu z naturą, z dala od turystycznego zgiełku. Pokoje są proste, ale bardzo czyste, a dużym atutem jest taras, na którym poranki z herbatą naprawdę robią wrażenie.
1. Zobacz zachód słońca z Pidurangala Rock – jest też szansa, że spotkasz tam wiernego przyjaciela.
Jedno z piękniejszych miejsc widokowych na Sri Lance! Ponad 90% turystów wspina się na sąsiednią skałę Sigirya, płacą za tą niewątpliwą przyjemność 10 razy więcej, a widoki takie same, albo nawet lepsze 🙂 Więcej informacji o tym miejscu znajdziecie tutaj: Pidurangala Rock – informacje praktyczne
2. Poczuj prawdziwy smak tradycyjnego cejlońskiego curry z ryżem, jedząc go palcami
Curry z ryżem to najbardziej popularna i tradycyjna potrawa na Sri Lance. W każdym miejscu smakuje inaczej, ale jego skład jest wszędzie taki sam. Prawdopodobnie po dwóch tygodniach nie będziecie mogli już na to danie patrzyć, ale skosztowanie go w lokalnym barze, gdzie wszyscy jedzą rękami, dostarcza nie lada atrakcji 🙂
3. Poczuj wiatr we włosach stojąc w drzwiach jadącego pociągu, rozkoszując się przy tym wspaniałymi widokami
Punkt obowiązkowy programu wyjazdowego na Sri Lankę 🙂 Prawdopodobnie nie raz się zdarzy tak, że Lankijczycy podczas wchodzenia do pociągu stratują was w przejściu, żeby tylko zająć siedzące miejsce 🙂 Nie martwcie się tym, bo najfajniejsza miejscówka i tak jest w przejściu pomiędzy wagonami, trzeb tylko uważać, żeby się za bardzo nie wychylać 🙂
4. Wypij filiżankę cejlońskiej herbaty na dachu świata
Ach! Co to za przeżycie! Chyba jedno z piękniejszych na Sri Lance! W końcu chyba każdy, kto wybiera się na Cejlon, jedzie po to, żeby zobaczyć te soczyście zielone pagórki, porośnięte herbatą. My wybraliśmy plantacje herbaty Lipton’s Seat. Dlaczego akurat te, o tym możecie poczytać tutaj: Najpiękniejsze plantacje herbaty na Sri lance
5. Przejedź się rowerem po starym mieście w Polonnaruwa
Nie ma lepszego sposobu na zwiedzanie dawnej stolicy Sri Lanki. Świetny klimat całkiem dobrze zachowanych ruin miasta. Wiatr we włosach, krem na opalanie, kapelusz, skarpetki i możecie ruszać na podbój świątyń. Co, gdzie, jak i za ile, o tym poczytacie tutaj: Polonnaruwa – informacje praktyczne
6. Przenocuj w domu Lankijczyka
Oczywiście jadąc na Sri Lankę, możecie nocować w hotelach, zapewne jest ich pod dostatkiem, ale zdecydowanie bardziej polecam nocowanie w domach u Lankijczyków. Przez całą naszą podróż praktykowaliśmy taki sposób noclegowania i sprawdził się nam idealnie. Praktycznie wszędzie bez problemu można pogadać po angielsku i zakosztować ich gościnności.
7. Poczuj zapach świeżo złowionych ryb, na którejś z plaż w Tangalle
Jestem zakochana w Tangalle po uszy! Cudowne, szerokie, piaszczyste plaże mieniące się wszystkimi kolorami złota. Tangalle jest jeszcze mało turystyczne, to właśnie tutaj na plażach zamiast turystów znajdziecie po prostu rybaków, wyciągających sieci z morza. Koniecznie im pomóżcie, choćby przez chwilę, na pewno to docenią, bo oni te sieci, przez pół dnia wyciągają.
8. Zachwyć się widokiem jednego z najbardziej spektakularnych mostów, po którym przejeżdżają pociągi.
Nie ma na Sri Lance, a może nawet na całym świecie fajniejszego punktu widokowego, z którego można zobaczyć jadący pociąg. Jeszcze w dodatku taki fajny, stary. Dlatego koniecznie musicie tutaj przyjechać, posiedzieć…i poczekać 🙂 Gdzie jest most i jak się dostać, przeczytacie tutaj: Nine Arch Bridge
9. Przeżyj niesamowity wschód słońca na Little Adam’s Peak
Prawdopodobnie wybierając się na Sri Lankę, będziecie wszędzie czytać, że koniecznie trzeba wejść na Adam’s Peak, bo to mega przeżycie itd. Nie wiem, bo nie wychodziliśmy. Duży Adaś nie był nam po drodze, a i nie wiem czy moje kolana by to przeżyły, więc sobie darowaliśmy, ale zawsze możecie wyjść na małego Adasia, wysiłek żaden a widoki mega 🙂 O naszym wyjściu na Little Adam’s Peak pisałam tutaj: Niesamowity wschód słońca na Little Adam’s Peak
10. Przejdź się wzdłuż torów pociągu w Haputale lub Ella, podziwiaj widoki i życie mieszkańców
W większości krajów chodzenie po torach jest zabronione, ale na Sri Lance nie! Można chodzić po nich do woli. Dla niektórych, to jest normalna trasa, do pracy, do domu, do szkoły. Chodzą dzieci, dorośli i staruszkowie o lasce. My też się przespacerowaliśmy kilka razy 🙂 To nic że za każdym razem złapała nas mega ulewa i nawet nie mieliśmy się gdzie schronić 🙂
11. Odwiedź chociaż jeden targ i poczuj zapach świeżych owoców i warzyw
Targów na Sri Lance nie brakuje. Znajdziecie je w każdym mieście. Oczywiście nie musicie wszystkich odwiedzać. My akurat byliśmy w Batticaloa, bo tam mieliśmy chwilkę czasu, żeby zajrzeć na targ. Fajnie zobaczyć ten klimat i wtopić się trochę w niego.
12. Pojedź autobusem z lokalesami, podziwiaj ich kunszt wyprzedzania na trzeciego, być może trafisz też na koncert 🙂
Praktycznie z każdej naszej podróży autobusem mamy jakieś inne wspomnienia, a to przeładowanie, a to śpiący Lankijczyk na moim ramieniu, a to chwile grozy przy wyprzedzaniu na trzeciego, zostawiona bluza, albo po prostu najbardziej fałszujący śpiewak jakiego w życiu słyszałam 🙂 Na szczęście wszystkie historie wspomina się z ogromnym uśmiechem na ustach 🙂
13. Poczuj atmosferę podróżowania pociągiem w trzeciej klasie i zaprzyjaźnij się z Lankijczykami
Zamiast podróży pociągiem. można sobie wynająć na Sri Lance kierowcę i płacąc mu ok 50$ za dzień objechać całą wyspę dookoła, wyglądając zza przyciemnionej szyby klimatyzowanej Toyoty. Czy coś tracicie? Po pierwsze dużo pieniędzy, po drugie koncerty na żywo, po trzecie zaciekawione wycieczki szkolne, które będą przechodzić koło was 10 razy, żeby się pogapić, co to za białasi siedzą w 3 klasie, po czwarte sympatyczne rozmowy z Lankijczykami o ich życiu na Sri lance, po piąte najpyszniejsze prażone orzechy, po szóste klimat podróżowania!
14. Wypij drinka wieczorem na plaży w Mirissie
O ile sama Mirissa średnio przypadła mi do gustu, to kiedy tak siedzieliśmy sobie wieczorem w jednej z przyplażowych knajpek, to nawet ten nastrój całkiem mi się spodobał. Trochę taki imprezowy, trochę reggae. Jeśli będziecie w okolicy, to na pewno warto wpaść wieczorem na drinka 🙂
15. Pospaceruj po zatoczkach w Tangalle
Uwielbiam! Są cudowne, szczególnie o wschodzie lub o zachodzie słońca. Mogłabym spacerowac godzinami. Co ważne, ponieważ to są zatoczki, fale są nieco mniejsze, można spokojnie posiedzieć sobie w wodzie.
16. Zobacz wschód słońca w Horton Plains
Kolejny obowiązkowy punkt. Czyli już szesnasty 🙂 Mam nadzieję, że wybieracie się co najmniej na dwa tygodnie, bo inaczej będziecie mieć problem ze zrealizowaniem wszystkich 🙂 Zdecydowanie warto wstać o 4:00 rano, żeby najpierw jechać na półprzytomnie godzinę tuk-tukiem, a potem trochę pospacerować nad chmurami. Widoki mega! Trzymam kciuki za pogodę dla was!
17. Pójdź na koniec świata “The Ends Word” i zobacz jak on wygląda
W zasadzie realizując poprzedni punkt ten od razu możecie odhaczyć z listy. Bo właśnie koniec świata znajduje się w najwyższym punkcie na Horton Plains. Wejście nie jest absolutnie męczące. Największą robotę, wyjazd na górę odwala za was tuk-tuk, a wy później już sobie spacerujecie prawie po równym, gdzieś nad chmurami 🙂 Dla mnie jedno z najpiękniejszych miejsc na Sri Lance!
18. Poczuj na twarzy bryzę jednego z 400 wodospadów
No ja też nie wiedziałam, że na Cejlonie aż tyle ich mają :). Co rusz jest jakiś wodospad. Dlatego nie ma sensu za bardzo jechać do jakiegoś specjalnie dużo kilometrów, bo zapewne któryś i tak stanie sam na waszej drodze, my widzieliśmy dwa. Jeden w Horton Plains, a drugi – najwyższy na Sri Lance w drodze z Haputale do Tangalle.
19. Po serfuj na falach
Jedno z lepszych miejsc do surfingu. Miłośnicy tego sportu przyjeżdżają tutaj z całego świata, żeby zmierzyć się z cejlońskimi falami. Są duże. Często nawet bardzo duże. Dlatego jeśli będziesz miał chwilę i lubisz takie sporty chwytaj za deskę i trzymaj się na niej mocno 🙂
20. Odwiedź fabrykę herbaty i zobacz jej proces przetwarzania
Zanim wrzucisz kolejną saszetkę herbaty do wody, pomyśl przez chwilę jaki proces musiały przejść liście herbaty abyś mógł poczuć jej smak. Mnie zawsze zdumiewają takie procesy, bo normalnie człowiek nad tym się nie zastanawia, tylko zalewa wrzątkiem i wypija. Ja teraz delektuję się moja herbatka całkiem inaczej. Tym bardziej kiedy widziałam z bliska te biedne, zniszczone ręce Tamilek, które ją zbierają.
21. Przeżyj kolorowy zawrót głowy na straganach z materiałami
Co nam się rzuca w oczy zaraz po wylądowaniu na Sri Lance? Milion kolorów. Wszyscy przepięknie, ubrani, kobiety w pięknych sukienkach, wręcz odświętnie ubrane. Jest sporo miejsc gdzie można kupić różnego rodzaju materiały wysokiej jakości.
22. Pojedź pociągiem wzdłuż oceanu
Pociągi na Sri Lance jeżdżą nie tylko w górach, pomiędzy zapierającymi dech w piersiach plantacjami herbaty, ale także wzdłuż wybrzeża. Tak blisko, że aż wydaje się to być nierealne. Taka trasa prowadzi z Colombo na samo południe wyspy.
23. Poszukaj nieistniejących już rybaków na palach 🙂
Symbol Sri Lanki, rybacy na palach. Każdy turysta marzy o cudownym zdjęciu rybaków o zachodzie słońca. Tak naprawdę już ich nie ma. Odkąd przeliczyli, że na zdjęciach od turystów mogą zarobić więcej kasy niż na łowieniu ryb, pozują jedynie udając, że łowią. A turyści płacą i to nie mało. Na kilku forach znalazłam informacje gdzie powinni jeszcze je faktycznie łowić, objechaliśmy wszystkie, ale nigdzie nie znaleźliśmy, niestety.
24. Skosztuj owoc o którym nigdy wcześniej nie słyszałeś
Wydawało mi się, że już tyle różnych owoców w życiu kosztowałam, że już mnie nic nie zaskoczy. A jednak, na Sri Lance spotkałam kilka różnych rodzajów, których ani nigdy nie jadłam, ani nawet nie widziałam. Owoce nie należą do najtańszych, ale zdecydowanie warto spróbować nowych smaków.
25. Kup zdrapkę i zostań milionerem!
Lankijczycy uwielbiają kupować zdrapki. Można je dostać na każdym roku, w różnym wydaniu. Koniecznie spróbujcie szczęścia, my kupiliśmy raz i wygraliśmy! A za wygraną poszliśmy na lody 🙂
26. Zobacz świątynię w skale
Świątyń na Sri Lance nie brakuje i choć Tajskim do pięt nie dorastają, to i tak warto kilka z nich odwiedzić. Najfajniejsza moim zdaniem jest Rock Temple w Dambulla. Tutaj poczytacie o niej więcej: Rock Temple Dambulla
27. No i najważniejsze, nie zapomnij o odpoczynku na plaży!
Choć plaże Sri Lanki zapewne do najpiękniejszych na świecie nie należą, to jest kilka perełek na których warto się zatrzymać na dłużej 🙂
Na naszej liście było jeszcze kilka innych rzeczy do zrobienia na Sri lance, ale niestety zabrakło nam już czasu. Ale może wy jedziecie na dłużej i będziecie mieli ochotę, to polecam jeszcze dodatkową listę do przeżycia na Sri Lance 🙂
28. Zgub się w tropikalnym lesie deszczowym Sinharaja
29. Prześpij się w namiocie na drzewie w dżungli w okolicy Ella,
30. Pohuśtaj się na huśtawce zawieszonej na palmie kokosowej w Mihiripenna,
31. Sprawdź czy potrafisz zaklinać węże,
32 Spotkaj dzikie konie w Wild Delft,
33. Zagraj w krykieta z lokalesami,
34. Zobacz w Tangalle jak żółwie składają jaja,
35. Poszukaj wielorybów
Ale oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy ma ochotę na takie przeżycia na wakacjach. Z całą pewnością jest cała masa osób, które od jeżdżenia zatłoczonym pociągiem i spania na niewygodnym łóżku u Lankijczyka wolą zorganizowaną wycieczkę przez biuro podróży. W końcu przygotowanie planu wycieczki i rezerwacja wszystkiego pochłaniają bardzo dużo czasu, a wiele osób go po prostu nie ma i ja to doskonale rozumiem. Zatem tych wszystkich, którzy lubią podane wszystko na tacy, wraz z opieką rezydenta odsyłam do Biura Podróży Itaka, które z całą pewnością znajdzie dla was idealną propozycję spędzenia urlopu na Sri Lance. I na koniec nasz filmik ze Sri Lanki 🙂 Miłego oglądania! https://vimeo.com/224983554
Po intensywnym zwiedzaniu wyspy postanowiliśmy spędzić ostatnie dni na południu Sri Lanki. Podobno mają tutaj jedne z najpiękniejszych plaż na wyspie. Postanowiliśmy to zatem sprawdzić. Z Haputale przyjechaliśmy do Tangalle busem, którego wynajęliśmy z naszymi niemieckimi towarzyszami podróży. Akurat wszyscy zmierzali w tym kierunku, więc ta opcja była dla nas wręcz idealna. Po podzieleniu kosztów na 7 osób, wyszło nam ok 1300LKR na głowę. No i najważniejsze, że nigdzie nie musieliśmy się zatrzymywać, no chyba, że mieliśmy na to ochotę. Ponieważ przejeżdżaliśmy w pobliżu jednego z najwiekszych wodospadów na Sri Lance – Diyaluma Fall, zboczyliśmy troszkę z drogi, żeby go zobaczyć. Faktycznie robi niesamowite wrażenie, aczkolwiek jego położenie odbiera na trochę uroku, bo znajduje się on przy samej drodze.
Jak dostać się z Haputale na południe wyspy?
Zanim nadarzyła się okazja wynajęcia busa, rozważaliśmy różne możliwości przedostania się z Haputale do Tangalle. Generalnie sprawa nie jest prosta, bo jedyną możliwością jest autobus i to niestety nie bezpośredni. Tak naprawdę, najlepiej byłoby przedostać się do Ella i stamtąd wziąć pierwszy poranny autobus do Matara. Inne możliwości to wyjazd z Bandarawella lub z Wellawaya . Problem polega na tym, że jeśli nie będziemy wsiadać do autobusu na pierwszej stacji, to mamy ryzyko, że na kolejnej nie będzie już miejsc siedzących, a przypomnę, że droga jest długa. Trzeba liczyć, że w autobusie spędzimy ok 6-7 godzin. Dlatego bus, był dla nas rewelacyjnym rozwiązaniem i takiego też rozwiązania szukajcie, bo wiele osób przebywających w Haputale, jedzie później właśnie na południe, niektórzy od razu na plażowanie, inni zahaczają o safari.
Tangalle
Podróż busem trwała około 5h i muszę przyznać, że zleciała nam bardzo szybko. Ale oczywiście w doborowym towarzystwie czas zawsze przyspiesza 🙂 Dzień wcześniej zarezerwowaliśmy w Tangalle domek na plaży. Jak się później okazało był to strzał w dziesiątkę! To była jedna z lepszych miejscówek na Sri Lance, świetna lokalizacja, czysto, wygodne łóżko i najlepsze jedzenie jakie przyszło nam na tej wysepce kosztować. W samym centrum Tangalle nie byliśmy, więc się nie wypowiem, natomiast byliśmy na kilku różnych plażach i baardzo nam się podobały. Na wielu plażach można znaleść rybaków łowiących ryby, czy to wypływajacych na połów łodziami, czy też wyciągających sieci. Taką Sri Lankę sobie właśnie wyobrażałam.
Gdzie nocować i jeść w Tangalle?
Nasza miejscówka Moon River Beach Cabanas zlokalizowana była kilka kilometrów na zachód od centrum Tangalle, położona w niewielkiej zatoczce rybackiej, nie daleko hotelu Eva Lanka. Rewelacyjny klimat, bardzo lokalny, brak jakichkolwiek naganiaczy czy kogoś kto by nam próbował coś sprzedać. Właściciel naszego domku przesympatyczny. Ma swojego tuk-tuka i jeppa, którymi nas obwoził po pobliskich plażach. Do tego jest znakomitym kucharzem. Do jego kameralnej restauracyjki na samej plaży, przychodzą również turyści z okolic, bo ma świetną renomę. Zaraz obok naszych domków mieszkają lokalesi. Można podejrzeć jak żyją na codzień, np jak robią liny z kokosa.
Mirissa
Ostatnim miejscem jakie odwiedziliśmy na Sri Lance była Mirissa. Nie ukrywam, że powód przyjazdu do tego miejsca był tylko jeden. Ponoć tylko w tych okolicach można zobaczyć ostatnich rybaków łowiących na palach. Jak to wyglada w praktyce, zaraz wam napiszę, najpierw kilka słów o samej Mirissie. Całkiem inne miejsce niż Tangalle. Mniej więcej 100 razy bardziej turystyczne, imprezowe i średnio ciekawe plaże. Ceny wyższe niż w Tangalle. Dużo więcej sklepów, restauracji i naganiaczy. Panuje klimat regge. Ulubione miejsce dla surferów, ze względu na wysokie fale. Spędziliśmy miły wieczór na plaży, gdzie po raz drugi spotkaliśmy się z Asią i Adasiem z bloga Na Nowej Drodze Życia. Jeśli ktoś lubi posiedzieć na plaży przy drinku, zjeść dobry obiad z owocami morza, to na pewno mu się spodoba. My bardziej wolimy miejsca, gdzie jest mniej turystów, więc dla nas Tangalle było bezapelacyjnie fajniejszą miejscówką na plażowanie.
Gdzie nocować z Mirissie
Ponieważ Asia z Adasiem byli w Mirissie ciut wcześniej niż my, robili szybki research i znaleźli dla nas super miejscówkę do spania –Bloom Guest House. Nie zależało nam absolutnie na domkach przy plaży bo i tak nie mieliśmy za dużo czasu żeby z niej korzystać, bardziej chodziło o miłe spędzenie wieczoru. GH położony jakieś 10 minut piechotą od plaży, chyba jeden z najczystszych w jakim nocowaliśmy. Z podłogi można było praktycznie jeść tak się błyszczała. Bardzo wygodne łóżko, ciepły prysznic. Bez problemu mogliśmy wcześniej się zameldować. Pani mimo dziwnych opinii na bookingu była sympatyczna i uśmiechnięta 🙂 A może to my tak na nią zadziałaliśmy, trudno powiedzieć 🙂 Jeśli nie zależy wam na pokoju na plaży, to polecam to miejsce z całego serca.
Gdzie znaleść rybaków łowiących na palach?
Kultowe zdjęcie rybaków łowiących na palach o zachodzie słońca – symbol Sri Lanki – znane jest na całym świecie i chyba jest bardziej popularne niż słonie brodzące w wodzie. Jako człowiek, który ma bzika na punkcie zdjęć, postawiłam sobie za cel zrobić właśnie takie zdjęcie. Powiedziałabym wręcz, że to był niemal mój cel podróży na Sri Lankę. Ale to było jeszcze przed tym, jak zaczęłam szukać w internecie informacji na temat tego gdzie tych sympatycznych panów szukać. Już czytając pierwszego bloga dowiedziałam się, że ta atrakcja jest odpłatna i nic z tradycją nie ma już wspólnego. Prawie jak Kubanki z cygarami w Hawanie 🙂 No, ale im dłużej szukałam (głównie na anglojęzycznych stronach), tym pojawiało się coraz większe światełko w tunelu, że jednak są jeszcze miejsca, poza tymi typowymi dla turystów, trzeba tylko wiedzieć gdzie. Wszystkie miejscówki starannie spisałam i zgodnie z zaleceniami, jeszcze przed wschodem słońca wzięliśmy tuk-tuka, żeby pojechać w poszukiwaniu nieistniejących już rybaków na palach. Niestety wszystkie owe miejsca były puste, tzn pale były puste. Panowie i owszem kręcą się w pobliżu i chętnie usiądą na kiju za odpowiednią opłatę. Warto wiedzieć, że im więcej panów chcemy na zdjęciu, tym więcej kasy musimy wyłożyć. Szybko panowie się nauczyli, że kariera modeli jest bardziej opłacalne niż łowienie ryb 🙂 Tak więc jak się domyślacie, ze zdjęcia roku wyszły nici 🙂
Jak dostać się z Mirissy do Colombo?
Został nam ostatni odcinek drogi do pokonania. Wydawałoby się najłatwiejszy, bo mieliśmy bezpośredni pociąg. Wzięliśmy tuk-tuka, który zawiózł nas na stację kolejową w Mirissie, niestety okazało się, że jest nieczynna w związku z czym musieliśmy pojechać do kolejnej miejscowości Weligama. Dobrze, że mieliśmy spory zapas czasowy, bo inaczej na pewno nie zdążylibyśmy na pociąg. Trasa pociągu biegnie wzdłuż wybrzeża. Miejscami ma się wrażenie, że jedziemy po plaży, tak blisko wody byliśmy. Nie ma się więc co dziwić, że podczas tsunami, pociąg został zmieciony przez fale. Droga powinna trwać ok 3h, ale mieliśmy ponad godzinny postój w jednym miejscu, w sumie to nie wiadomo dlaczego, wiec droga trochę się wydłużyła. Ale dojechaliśmy do Colombo to najważniejsze. Stamtąd wzięliśmy tuk-tuka który zawiózł nas do hotelu Negombo. I na tym kończy się nasza podróż po Sri Lance 🙁 tak, to już ostatni wpis, no dobra prawie ostatni bo będzie jeszcze obszerny poradnik 🙂 na koniec zapraszam was na nasz filmik ze Sri Lanki 🙂
Informacje praktyczne:
Van z Haputale do Tangalle przy 7 osobach wyszło nas 1300LKR za os
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Seszele.
Najpiękniejsze plaże na Seszelach! Które to są? Oczywiście pięknych plaż na Seszelach nie brakuje, odwiedziliśmy ponad czterdzieści, ale w pewnym momencie niektóre wyglądają podobnie, więc nie ma sensu, żeby zaliczać wszystkie po kolei. Dwie na dzień to wg mnie max. Jedna do południa druga po południu. Nie zapomnijcie, żeby na wakacjach też się zrelaksować, a nie tylko biegać z jednej plaży na drugiej. My tak w niektórych dniach robiliśmy, ale tylko i wyłącznie dlatego, żeby właśnie przygotować dla was takie zestawienie TOP10! Żebyście wy już nie musieli szukać. Myślę, że jak zobaczycie te z powyższej listy, to jest kwintesencja Seszeli 🙂 W szczególności omijajcie mega turystyczne plaże takie jak: Anse Volbert – Praslin, Grand’ Anse – Praslin, Beau Vallon -Mahe. Nie ma tam nic czego nie byłoby na powyższych plażach, a im więcej turystów tym więcej naciągaczy i kieszonkowców, więc uważajcie. UWAGA: Na ten moment ten ranking się zmienił i do pierwszej piątki wskoczyły trzy plaże, które odkryliśmy podczas naszej ostatniej wizyty. Jest on zaktualizowany w naszym e-booku, który możesz kupić tutaj: E-book – Seszele – Jak zorganizować podróż na własną rękę + plan podróży.
Grande Soeur – Big Sister – Najpiękniejsze plaże na Seszelach!
Może będzie to małe zaskoczenie dla wszystkich, ale to właśnie po przypłynięciu na tę plaże miałam łzy w oczach! Kolor wody, pisku i fakt, że poza nami nie było tam nikogo spowodował, że ta plaża wywarła na mnie największe wrażenie. Może dlatego, że to było coś czego absolutnie się nie spodziewałam. Tak krystalicznie czystej wody jeszcze nigdy w życiu nie widziałam. Piasek biały, mięciutki i fale wcale nie aż takie duże. Na plaże można dostać się jedynie prywatną łódką. Warto wiedzieć, że wyspa jest prywatna i nie możemy wchodzić wgłąb lądu. Ale kto bym tam mial na to czas!
Anse Marron – La Digue
Dość trudno dostępna plaża. Bez przewodnika nie macie szans tam dotrzeć. Na szczęście na wyspie jest kilka osób, które was na tę plażę zaprowadzą. Wycieczka trwa ok 7 godzin. Dojście na samą plaże zajmuje ok 2-3h. Wszystko zależy od tego ile osób będzie w grupie i jak sobie będą radzić z przeszkodami. Generalnie trasa nie jest trudna ale dość wymagająca. Najpierw idzie się przez dżunglę, później dość spory kawałek po różnego rodzaju kamieniach, głazach, często trzeba się gdzieś przeciskać i balansować nad przepaściami. Kiedy już dojdziemy mamy ok 2-3h na miejscu na relaks, kąpiele oraz lunch który zostanie dla was przygotowany przez przewodnika. Droga powrotna jest znacznie łatwiejsza, jedynie ostatni kawałek może być ciut bardziej wymagający, bo idzie się po pachy w wodzie, z plecakiem na głowie 🙂 Koniecznie trzeba zabrać specjalne buty do chodzenia po kamieniach i wodzie. Wszelkiego rodzaju trampki, klapki i sandałki odpadaja. Widziałam kilka osób w adidasach i sportowych sandałach.
Dawali rade, aczkolwiek byłam szczęśliwa że dzień wcześniej kupiliśmy specjalne buty. Wycieczka z przewodnikiem nie powinna kosztować więcej niż 20 euro. Absolutnie nie polecam jej robić ze słynnym Robertem. Chłopakowi poprzewracało się w głowie od nadmiaru turystów. Czuliśmy się jak dzieci na wycieczce szkolnej karceni co chwile przez nauczyciela. Zero pasji, poczucia humoru, ciekawych historii, totalny brak kontaktu z grupą. Był arogancki, kiedy ktoś raczył go nie słuchać drwiąco pogwizdywał. Na pytania odpowiadał krótko i zdawkowo. No powiem wam, że takiego szoku chyba jeszcze nie doznałam! Grupa zamiast 8 osób 15. Do tego cena u niego dwa razy wyższa niż u innych przewodników. Jest co najmniej 5 innych przewodników na wyspie, więc zdecydowanie poszukajcie kogoś innego. Wasz guest house na pewno zna innych przewodników.
Anse Cocos – La Digue
To taka ukryta perełka na La Digue. Mało osób tutaj dociera, bo trzeba się troszkę przez busz poprzedzierać. Docieramy rowerem do Grand Anse. Następnie przechodzimy na Anse Petite i zaraz na początku plaży, przy budce z kokosami skręcamy w wydeptana ścieżkę w stronę buszu. Dojście na plażę zajmie nam ok 30 minut. Trochę trzeba się rozpychać łokciami ale na pewno dacie rade 🙂 Dobrze jest zabrać pełne buty, a jeszcze lepiej takie, żeby się nie ślizgały. Bo po buszu spacerują różne żyjątka, szkoda, żebyście w połowie musieli się wrócić, bo coś wam po stopach przebiegło 🙂 No i oczywiście zapas wody oraz coś do jedzonka, żebyśmy zbyt szybko nie musieli tego kawałka raju opuszczać.
Anse Source d’ Argent – La Digue
Jeśli macie jakiekolwiek wyobrażenie o Seszelach to na pewno pochodzi ono ze zdjęć właśnie tej plaży. Ogromne, ciemne głazy, biały piasek i piękna turkusowa woda. Plaża leży na terenie rezerwatu w związku z czym żeby się na nią dostać, trzeba zapłacić wstęp w wysokości 115RP. Jest do zadecydowanie plaża na której trzeba spędzić cały dzień. Im wcześniej przyjdziecie, tym większe szanse, na to, że będzie tam mało ludzi. Po 10:00 ruch jest tam bardziej natężony, ale w związku z dużą ilością rożnych małych zatoczek, szansa na znalezienie fajnej miejscówki ciągle jest duża. My byliśmy na tej plaży w sumie 4 razy, o każdej porze wyglada ona świetnie, dlatego proponuję przeznaczyć na nią cały dzień. Na samej plaży są miejsca gdzie można kupić soki, a zaraz przy parkingu rowerowym (bo to właśnie na rowerze najlepiej się tutaj dostać) jest restauracja. Niestety nie jedliśmy w niej więc ciężko nam powiedzieć jakiej jakości jest tam jedzenie.
Anse Lazio – Praslin
Absolutnie najpiękniejsza plaża na Praslin. Też polecam przeznaczyć na nią cały dzień. Jest bardzo rozległa w związku z czym ludki rozpraszają się po niej i wcale nie ma uczucia zatłoczenia. Jak wejdziecie na plażę, to polecam udać się w lewo, praktycznie do samego końca, tam będziecie mijać niewielkie zatoczki z kamieniami, warto rozłożyć się w jednej z nich, szanse, że będziecie tam sami są całkiem duże. My mieliśmy taką zatoczkę tylko dla siebie. Czasami tylko ktoś przechodził do kolejnej zatoczki, bo nasza była przedostatnia. Przy plaży jest kilka knajpek. Z całego serca polecam Bonbon Plume. To dla mnie jedna z najlepszych restauracji na całych Seszelach. Koniecznie zamówcie krewetki z bananami, nawet gdyby nie było ich na karcie (bo to było danie dania) poproście żeby wam zrobili. Dla mnie to był kulinarny odlot! Do plaży najlepiej dojechać samochodem. Jeśli pojedziecie autobusem warto wiedzieć, że on nie dojeżdża do samej plaży, trzeba się przespacerować jakieś pół godzinki.
Anse Georgette – Praslin
Druga najpiękniejsza plaża na tej wysepce. Ponieważ leży ona na terenie hotelu Lemuria musieliśmy mieć specjalne pozwolenie, żeby się na nią dostać. Takie pozwolenie najłatwiej załatwiać przez wasz guset house, minimum dzień wcześniej, wtedy zostaniecie wpisani na listę i bez problemu będziecie mogli wejść na teren hotelu. Nie ma sensu, żebyście się wybierali bez pozwolenia, bo nie zostaniecie wpuszczeni. Każda osoba jest skrupulatnie sprawdzana. Droga prowadzi przez pola golfowe hotelu i jest całkiem malownicza. Od bramy wejściowej do plaży jest jakieś 15-20 minut spacerkiem. Możecie również skorzystać w samochodzików golfowych, bez problemu zabierają gości z poza hotelu. Warto wiedzieć, że na plaży nie kupimy ani jedzenia, ani picia, więc trzeba ze sobą wszystko zabrać. Stojąc twarzą w stronę morza, po prawej stronie jest dróżka do góry, tam znajduje się huśtawka. Najlepsze widoki są do południa. Idąc dalej tą ścieżką możecie dojść na piechotę do powyższej plaży Anse Lazio, przejście trwa ok 1-1,5h.
Anse L’Islette – Mahe
Bardzo fajna i przyjemna plaża na Mahe. Do tego znajduje się na niej najpiękniejsza huśtawka na całych Seszelach, a kilka ich odnaleźliśmy 🙂 Zdjęcie na insta pobije wasz rekord lajków na bank 🙂 Z tej plaży można przepłynąć łódką na wyspę Therese, albo podczas odpływu można tam też przejść. Miejsce najlepiej prezentuje się podczas przypływu, kiedy my byliśmy to było przed południem. Kiedy woda znika, miejsce traci swój urok, więc weźcie to pod uwagę. Jeśli już będziecie na tej plaży, to koniecznie wstąpcie na lunch do Del Place Restaurant. Carpaccio z tuńczyka oraz krewetki z woka palce lizać!
Anse Du Riz – Mahe
Dosłownie rzut beretem z Anse L’Islette, max 10minut samochodem. Od parkingu samochodowego do plaży trzeba się z 15 minut przejść, ale droga jest bardzo malownicza i zielona, sama przyjemność. Najpierw dochodzi się do Baie Ternay, a później idziemy dalej i dochodzimy do malutkiej plaży Anse Du Riz. Droga do niej jest przepiękna, normalnie miałam wrażenie jakbym była gdzieś na Hawajach. Piękne turkusy z jednej strony a z drugiej przepiękne palmy i zielone wzgórza. Totalny odlot. Chyba jedno z moich ulubionych miejsc na całych Seszelach! Bardzo pięknie!
Anse Soleil – Mahe
Niewielka urocza plaża na samym południu Mahe. Najbardziej podobała mi się jej prawa część. Mogłabym tam siedzieć całymi godzinami i wpatrywać się w rozbijające się o skały fale. Poza nami były tam może ze 3 pary, więc praktycznie cała plaża dla nas. Można znaleść idealny cień pod palmami, kokosy na wyciągnięcie ręki. Niestety na plaży nie ma nic ani do jedzenia ani do picia. Niby jakaś kafejka miała być, ale była zamknięta, więc zabierzcie na wszelki wypadek coś do jedzenia i picia jeśli planujecie się zatrzymać tam na dłużej.
Baie Lazare – Mahe
To bardzo duża plaża mieszcząca się w zatoczce. Podzielona jakby na dwie części, jedna to plaża publiczna, a druga należąca do Hotelu Kempiński, też publiczna, ale żeby się na nią dostać, trzeba przyjechać do niej z drugiej strony. No chyba, że jest jakieś przejście którego nie znalazłam. Doszłam do głazów i nie udało mi się pomiędzy nimi przejść. Dróżki lądowe, też jakoś wszystkie dziwnie się kończyły więc objechaliśmy samochodem od strony Anse Soleil Road. Przy Kempińskim są fajne palmy i jest też huśtawka. Co prawda nie tak urocza jak ta przy Anse L’Islette, ale też całkiem spoko. No i wracając z tej plaży, koniecznie, ale to koniecznie zatrzymajcie się na lunch w Maria’s Rock Cafeteria. Ich specjalność to niewielkie kawałeczki mięsa oraz ryb i owoców morza, którzy sami sobie smażymy specjalnym gorącym kamieniu. Na masełku szafranowym. Palce lizać!
Sekretne plaże – Najpiękniejsze plaże na Seszelach!
Tak jak Wam wspominałam na początku podczas naszego ostatniego wyjazdu na Seszele odkryliśmy całkiem nowe plaże. Takie których nie ma nawet na mapie i na których nie ma w ogóle turystów. Są skrzętnie ukryte, ale przez to dzikie i bardzo dziewicze. A my takie miejsca bardzo lubimy 🙂 Wszystkie te plaże zaznaczyliśmy na naszej mapie podróży w e-booku, tak abyście mogli je łatwo znaleźć. Tutaj znajdziesz
Pierwszy dzień naszej podróży po Prowansji zaczynamy w Marsylii. Około południa lądujemy na lotnisku i do razu kierujemy się w stronę głównego terminala (Ryanair ląduje na MP2) i szukamy Thrifty, gdzie zarezerwowane mamy autko. Mimo, że nigdy wcześniej nie słyszeliśmy o tej firmie, zaryzykowaliśmy wynajęcie samochodu u nich, bo byli najtańsi, jak się później okazało to jakaś odnoga od Hertza, bo stacjonują w tym samym budynku i obsługuje ta sama pani. Przed nami stała tylko jedna rodzinka, więc podpisanie dokumentów poszło bardzo sprawnie.Dla porównania przed Europcar stało chyba z 50 osób, więc cieszyłam się jak dziecko, że nie zarezerwowaliśmy u nich i że nie musimy stać w kolejce na tym upale. Na formularzu pani zaznaczyła nam, że samochód jest uszkodzony z przodu, z tyłu i z boku. Myślę sobie no to ładnie, dostaliśmy jakiegoś poobijanego staruszka ( pewno dlatego byli najtańsi i bez żadnych kolejek…hahaha…). Przychodzimy do auta, a tam nowiusieńki Nissan Micra, a owe uszkodzenia to małe ryski, których dość długo szukaliśmy. W niecałą godzinkę docieramy do hotelu (tym razem zaopatrzyliśmy się we własną nawigację, oszczędność ok 100 euro). Zarzucamy krótkie gatki na tyłek i ruszamy do centrum. Przechodząc obok pierwszej piekarni nie możemy się oprzeć i kupujemy pierwsze kroasanty 🙂 Mniaaaam! Pychotka 🙂 Bardzo sympatyczna pani sprzedawczyni tłumaczy nam jak mamy trafić na stację metra. Dobrze, że Marcel umie kilka słów po francusku, bo byśmy się na pewno nie dogadali 🙂 ale było widać, że pani mocno się starała, żeby nam wytłumaczyć co i jak, co nas bardzo zaskoczyło. Udało nam się dotrzeć do metra, tam kolejny dylemat, jaką linią mamy jechać. Wyjęliśmy więc mapę z plecaka, kręcimy nią na prawo i lewo, podchodzi jakiś dziadzio i pyta czy nam może pomóc. Trochę po francusku, trochę po angielsku, trochę na migi i się dogadaliśmy 🙂 Już po pierwszej godzinie we Francji obalam mity, że Francuzi są niemili i nieuczynni, wręcz przeciwnie. Metrem docieramy do serca Marsylii, czyli do portu. I tutaj kolejne zaskoczenie, bo port naprawdę piękny! Zaczynamy zatem plątanie się po jednej i drugiej stronie, foceniu i rozkoszowaniu ciepełkiem 🙂 Czyli to co M&M-sy lubią najbardziej 🙂
Kiedy tak sobie spacerowaliśmy, zatrzymaliśmy się przy jednym z wejść na pomost przy którym zacumowane są łódki. Bramki pozamykane na szyfr, więc próbujemy zrobić fotkę gdzieś pomiędzy szczebelkami, wtedy to podchodzi do nas sympatyczny Francuz i pyta, czy chcemy wejść na pomost. Kiwamy nieśmiało głowami, lekko zdziwieni, a ten mówi nam, żebyśmy sobie zapamiętali kod jak będziemy wychodzić 🙂 No takiej uprzejmości to chyba nie doświadczyliśmy chyba jeszcze nigdzie 🙂
Na pamiątkę poniżej zdjęcie z owym panem 🙂
Po spacerku wzdłuż i wszerz portu, postanowiliśmy coś zjeść. Weszliśmy w jakąś wąską, stromą uliczkę, samochody zaparkowane niemal jeden na drugim. Poobijane z każdej strony, z pourywanymi zderzakami. Pan który parkował na naszych oczach, najpierw zahaczył o lusterko samochodu z przodu, potem przepchną zderzakiem tego z tyłu….Normalnie zimny pot mnie oblał jak to zobaczyłam, od razu pożałowałam, że nie wykupiliśmy dodatkowego ubezpieczenia. Jeszcze jak sobie pomyślałam, że oni takie małe ryski skrupulatnie notują, no to na pewno pożegnamy się z kaucją. Ehhhh… Zatrzymaliśmy się w typowo francuskiej restauracyjce, z fajnym klimacikiem, gdzie serwowano wszystko z produktów biologicznych i home made. Zjedliśmy po sałatce, była przepyszna 🙂 Niestety zdjęcia brak, bo byliśmy tak głodni, że od razu pochłonęliśmy wszystko co było na talerzu 🙂
Spacerując wcześniej wkoło portu wyczailiśmy, że mniej więcej co godzinę odpływa Ferry na wysepkę d’If na której znajduje się Château d’If. Po lunchu udaliśmy zatem po bilety i 10 min później siedzieliśmy już na promie. Taka przejażdżka trwa ok 45 min i jest fajnym przerywnikiem w zwiedzaniu. Można zobaczyć Marsylię od strony morza, opłynąć zamek dookoła, lub nawet wysiąść i sobie go obejrzeć od środka, my nie mieliśmy za dużo czasu, więc tego nie zrobiliśmy. Można też kupić bilety na turystyczny prom, tylko, że wtedy płaci się raz tyle i cała podróż trwa nieco dłużej.
Na promie poznaliśmy pewnego młodego Rosjanina, który robił na jednej z wysp jakaś produkcję filmową i polecił nam udanie się do bazyliki Notre Dame de la Garde, ponoć piękne stamtąd widoki. Ponieważ nie mieliśmy jakichś szczególnych planów na resztę dnia, zrobiliśmy sobie spacerek do katedry. Po drodze spotkaliśmy sympatyczną panią, która wracała z pracy, z dwoma torbami wyładowanymi samymi pysznościami, owoce, warzywa, świeże bagietki 🙂 ach, czuć że we Francji jesteśmy 🙂 szliśmy sobie tak chwilkę z panią, skręcając to w prawo to w lewo, myśleliśmy, że mieszka gdzieś niedaleko bazyliki. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy doszliśmy do miejsca w którym widać kopułę, a pani nam mówi, że teraz mamy cały czas iść w jej kierunku, a sama poszła z powrotem. Mieliśmy cichą nadzieję, że mieszkała gdzieś za rogiem, i że nie nadrobiła kilometra, tylko po to, żeby nam wskazać drogę. Dotarliśmy do Notre Dame de la Garde i mamy takie oto widoczki 🙂
Przy bazylice pierwszy raz w życiu widziałam parę młodą, dwie kobiety w sukniach ślubnych 🙂 Niespotykany widok 🙂 Z powrotem chciałam jechać autobusem, ale Marcel się uparł, żeby iść piechotą, no to szliśmy sobie 🙂 Trochę źle się idzie, bo stromo, ale do przeżycia. Dochodzimy do portu, a tam tłumy ludzi, głośna muzyka, okazało się, że trafiliśmy na paradę gejów 🙂
Wracamy do hotelu, bo robi się późno. Jutro zaraz po śniadanku ruszmy do Arles. Mimo, że w sieci dużo negatywnych opinii o Marsylii, to nam się bardzo spodobała. Nie spotkało nas żadne nieszczęście, nikt nas nie napadł, nie obrabował, ba nawet przez chwilę nie czuliśmy tam żadnego zagrożenia. Miasto jak każde inne, pełne turystów wszelkiej narodowości.
Przydatne informacje: – bilety lotnicze do Marsylii od 50 euro – nocleg – Ibis Budget Marseille Timone– 43 euro za pokój, – wynajecie samochodu Nissan Micra na 10 dni 300 euro + benzyna ok 130 euro + ewentualne ubezpieczenie (my nie wykupowalismy) – bilet na Ferry retour – 9,50 euro
Drugi dzień w Marsylii zaczynamy w piekarni, u sympatycznej pani, która dzień wcześniej dzielnie tłumaczyła nam drogę do metra. Zaopatrzyliśmy w kroasanty, bagietkę i mega wielką bezę, na której widok już od dnia poprzedniego ciekła mi ślinka 🙂 Do zamówienia dostaliśmy kilka francuskich ciasteczek w prezencie 🙂 Takiego przejawu gościnności nie doświadczyliśmy nigdzie indziej na świecie…Francja podoba nam się coraz bardziej 🙂Po zakupach jedziemy do oddalonego o ok 100 km Arles. Teraz dopiero mam czas przyjrzeć się dokładniej Marsylii. Widać duże różnice. Sporo zniszczonych budynków. Odrapanych, bez dachów, albo częściowo wyburzonych. Rzuca się nam też w oczy ogromna ilość śmieci wzdłuż drogi, na trawnikach i na chodnikach. Ale jakby nie zmienia to faktu, że naprawdę bardzo nam się w Marsylii podobało. Bardzo możliwe, że gdybyśmy spędzili tam więcej czasu to zmienilibyśmy zdanie, ale na szczęście byliśmy jeden dzień i bardzo prawdopodobne, że jeszcze kiedyś tam wrócimy 🙂 W Arles byliśmy sporo przed południem i pierwotny plan był taki, że najpierw jedziemy nad jezioro Camargue, a później poszwendamy się po mieście, ewentualnie jak nie zdążymy do zrobimy sobie wycieczkę po mieście na drugi dzień. Ale ponieważ nie mieliśmy ze sobą ręczników, stwierdziliśmy, że pojedziemy najpierw do hotelu, zameldujemy się, zostawimy bagaże i dopiero pojedziemy do Camargue. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy, w hotelu jednak nie mogliśmy się zameldować, bo była dopiero 11:00, zostawiliśmy zatem walizki w przechowalni i pojechaliśmy do miasta. Ogólnie będąc we Francji trzeba liczyć się z porą sjesty, kiedy to wszystkie sklepy, urzędy, a i czasami nawet muzea są zamknięte. Sjesta trwa od 12:00 do 14:00, wtedy to wszyscy Francuzi mają przerwę w pracy i udają się na lunch ( bardzo często w tych godzinach nie trzeba płacić za parking w mieście). Warto w tym czasie też się posilić, ponieważ od 14:00 do 19:00 bardzo często w restauracjach nie serwują posiłków, można jedynie czegoś się napić.
A teraz słów kilka o Arles. To urocze miasteczko, w którym tworzyło wielu znanych malarzy, w tym Vincent Van Gogh. Namalował tam ponad 200 dzieł, a co ciekawe, żadne z nich w tym mieście nie zostało. Weszliśmy na starówkę i od razu zaskoczył nas ogólny spokój. Mimo iż była niedziela, pora lunchu, na ulicach nikogo nie było. Spodziewałam się tam chociażby turystów, a tutaj taka cisza. Kupiliśmy bilety do amfiteatru i poszliśmy sobie zwiedzać. Tam też zaskoczyły nas pustki, ale chyba znaleźliśmy rozwiązanie zagadki. Obok znajdował się teatr rzymski z którego dobiegała muzyka i oklaski. Ciekawi tego cóż tam za wydarzenie, obeszliśmy amfiteatr pooglądaliśmy wszystkie możliwe widoczki i poszliśmy do teatru rzymskiego.
Wchodzimy, a tam setki francuzów w tradycyjnych ubraniach z przed kilkudziesięciu lat. Kobiety pięknie umalowane, włosy starannie uczesane, w długich sukienkach, w kapeluszach lub z parasolkami. Normalnie myślałam, że oszaleję ze szczęścia. Nie wiedziałam, co fotografować. Czy kobiety wahlujace się, czy rodziny z dziećmi, czy konie. Do tego jak się okazało trafiliśmy na sam koniec imprezy, więc wszyscy zaczęli się powoli rozchodzić. Biegałam z aparatem jak szalona, Marcel stwierdził, że jeszcze tak podjaranej mnie nigdy nie wiedział 🙂 Jak ja się cieszyłam, ze zmieniliśmy plany i zamiast do Camargue najpierw pojechaliśmy do centrum! Takie widoki, to raj dla mojej duszy 🙂 Jak się później okazało był to Festiwal Kostiumowy, odbywa się co roku na początku lipca, tutaj znajdziecie szczegóły: KLIK
Ogólnie Arles nie jest duże, można w kilka godzin obejść najważniejsze miejsca. No chyba, że ktoś lubi odwiedzać muzea, to pewno można i cały dzień tam spędzić. My się troszkę powłóczyliśmy po uliczkach. Pofociliśmy jeszcze elegancję na ulicach, zjedliśmy lunch i pojechaliśmy do hotelu się zameldować.
A i najważniejsze, idziemy sobie uliczką, a tutaj słyszę jak ktoś śpiewa po Polsku, podchodzimy do pana grającego na gitarze, oczywiście zagadujemy do niego ( tak, tak, Marcel też się pochwalił swoją znajomością, “dzień dobry” i “jak się pan ma”:)). Okazało się, że pan “pomieszkuje” sobie w pięknej Prowansji. Był niestety bezdomny. Ale bardzo sympatyczny i inteligentny, pochodził gdzieś z pod Wrocławia. Wrzuciliśmy mu kilka euro i zagrał nam na koniec piłkarski hymn Ole, ole 🙂
Z hotelu zabraliśmy ręczniczki i jedziemy do Camargue. Plan był taki, jak już obfocimy te wszystkie dzikie konie i brodzące flamingi to rozkładamy się na plaży w Saintes Maries de la Mer. No to teraz tylko gdzie tych flaminów szukać. Miałam taką sprytną mapkę z której wynikało, że to jezioro można objechać dookoła, sama nie wiem skąd ją wytrzasnęłam no ale mniejsza o to. Stwierdziliśmy, że zaczniemy od wschodniej strony, przez południową, do zachodniej. Tak sobie jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy. Po drodze mijaliśmy ogromne pola słoneczników 🙂
Niestety ani koni ani flamingów nie widać 🙁 droga jakby się skończyła, zaczęła się taka bita, wyglądała jakby za chwile miała się skończyć, ale jedziemy dalej, bo z mojej mapy wynika, że możemy dotrzeć do Saintes Maries de la Mer. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po kilku kilometrach wyboistej drogi stanęliśmy przed szlabanem, który ewidentnie wskazywał na to, że dalej się nie przedostaniemy. Wyglądało na to, że byliśmy dosłownie 3-4 km od Saintes Maries de la Mer, ale żeby do niego dotrzeć musimy zrobić jeszcze jakieś 60 🙂 Ale czego się nie robi, żeby zobaczyć te stada białych dzikich koni 🙂 jedziemy ponad godzinę, docieramy na miejsce, niestety ani flamingów, ani koni nie spotkaliśmy 🙁 Tzn były jedne i drugie, tyle, że flamingi były tak daleko, że nawet z lornetką, było by ciężko je zobaczyć, a koni tez cała masa, tylko normalnie w stadninach, a nie dzikie, pędzące przez wodę. Samo Saintes Maries de la Mer, też nie zrobiło na nas żadnego wrażenia. Do tego jak tylko rozłożyliśmy się na plaży, zaszło słońce, zrobiło się zimno i zaczęło tak wiać, że po niecałej godzinie zwinęliśmy się do hotelu. Kolację zjedliśmy w pierwszej lepszej restauracji (i to był błąd), nie polecę wam jej, cały wieczór siedziała mi na żołądku.Ponieważ codziennie nocowaliśmy w innym miejscu postanowiłam, że na końcu każdego wpisu będzie kilka słów o hotelu/chambre w którym się zatrzymaliśmy. Żaden nie był przypadkowy. Poświęciłam dość dużo czasu na ich znalezienie, poczytanie opinii oraz mailowanie z właścicielami. Czy wszystkie spełniły nasze oczekiwania dowiecie się już niebawem. W Marsylii i w Arles wybrałam Ibis Budget. Głównie dlatego, że to tania i całkiem przyzwoita sieć hotelowa. Nie zależało nam tutaj ani na luksusach, ani jakichś widokach z okna dlatego mogliśmy trochę przyoszczędzić, aby później trochę bardziej zaszaleć i poczuć prawdziwą Prowansję 🙂 Niestety ceny hoteli na południu Francji są kosmiczne i sporo trzeba się naszukać, żeby nie zbankrutować. Ibis zarówno w Marsylii jak i w Arles spełnił nasze oczekiwania. Było bardzo skromnie, ale przede wszystkim czysto. Miła obsługa, nawet można było się dogadać po angielsku. Pokoiki ciasne, ale łóżka wygodne, poduszki też spoko, ogólnie dobrze się spało. Za tę cenę naprawdę warto.
Porady praktyczne:-odległosć z Marsylii do Arles – ok 100 km-hotel Ibis Budget Arles Sud Fourchon – 42 euro za pokój, -wstęp do amfiteatru i teatru rzymskiego na jednym bilecie – 12 euro-parking w Arles bezpłatny w niedzielę i w godzinach sjesty od 12:00-14:00-odległość z Arles do Saintes Maries de la Mer – ok 38 km-kolacja w Arles ok 35 euro
Też tak macie na wakacjach, że pierwsze po przebudzeniu co robicie, to patrzycie za okno jaka jest pogoda? U mnie to już chyba jakieś zwichrowanie, bo ledwo oczy otworzę i biegnę odsłaniać zasłony, żeby zobaczyć, czy świeci słonko. Dziś mamy pecha, bo słonka nie widać, mało tego nawet nie zapowiada się na to, żeby były jakieś przebłyski, do tego Marcel mnie starszy, że zaraz będzie lało. Chyba nikt nie lubi deszczu na wakacjach, no ale trudno, przecież w hotelu siedzieć nie będziemy. Nasz pierwszy punkt programu na dziś to opactwo Abbaye Montmajour, które znajduje się zaledwie kilka kilometrów od Arles. Wsiadamy zatem do naszej biedronki i jedziemy. Po kilkunastu minutach jesteśmy na miejscu i w tym samym czasie sprawdza się też Marcela przepowiednia, lunęło tak, że wyjść z samochodu nie mogliśmy. Na szczęście fala szybko minęła, co nie znaczy, że przestało padać, po prostu padało mniej. Weszliśmy do kasy, żeby kupić bilety, a pani poinformowała nas, że z powodu deszczu niektóre części są niedostępne dla zwiedzających. Ponieważ i tak, nie mieliśmy lepszego planu, zdecydowaliśmy kupić jednak bilety, a sympatyczna pani dała nam zniżkę 🙂
Opactwo Montmajour, jest jednym z najbogatszych opactw w Prowansji, które zostało założone pod koniec IX wieku. Bardzo dobrze zachowane, z pięknym dziedzińcem i misternie rzeźbionymi filarami. Historii zamku nie będę opisywać, bo to sobie wszędzie wygooglujecie 🙂 Nam się bardzo podobało, tym bardziej, że w związku z padającym deszczem byliśmy jedynymi zwiedzającymi i mogliśmy pstrykać fotki bez końca 🙂
Po zwiedzeniu zamku udajemy się w kierunku Beaucaire. Niestety padać nie przestaje. Mało tego pada tak mocno, że nawet nie chce się nam wychodzić z samochodu. Parasolki oczywiście nie mamy, bo kto jeździ do Prowansji w lipcu z parasolem? 🙂 No my na pewno nie 🙂 Zatrzymujemy się w centrum Beaucaire na lunch. Żeby nie trafić, tak jak w Arles na byle co przepytujemy kilku przechodniów o dobrą restaurację i udajemy się we wskazane miejsce. Restauracyjka niewielka, ale bardzo przyjemna, widać, że niemal wszystkie stoliki zajęte przez Francuzów. To dobry znak. Zamawiamy zgodnie małże 🙂 Marcel w carry a ja bardziej tradycyjnie z roquefortem. I to były zdecydowanie najlepsze małże jakie w życiu jedliśmy. Tak się obżarliśmy ( było ich naprawdę dużo, że ledwo stamtąd wyszliśmy). Pewno nawet gdyby nie padało, to i tak nie mielibyśmy siły na zwiedzanie. Obsługa niestety nie mówi po angielsku, trzeba trochę na migi 🙂
Po lunchu stwierdziliśmy, że jedziemy do naszego Chambre, który znajdował się nie daleko Pont Du Gard. Mieliśmy mały problem z jej znalezieniem, bo to malutka wioska, niby jedna ulica, ale nawigacja nie mogła znaleść właściwego numeru. Z przechodniów nikt nie wiedział gdzie to więc musieliśmy zadzwonić do właścicielki i okazało się staliśmy prawie na wprost domu, tylko numer był nie widoczny. Lila -właścicielka przyjęła na bardzo miło. Przesympatyczna osóbka, ale o tym za chwilę jak będę pisać o naszym Chambre. Rozłożyliśmy się w pokoju, Marcel uciął sobie drzemkę, a ja zaraz po kąpieli z bąbelkami chwyciłam za aparat i pobiegałam trochę po wiosce. Ani jednaj duszy nie spotkałam, na szczęście przestało troszkę padać.
Kiedy wróciłam do pokoju, zza chmur wyjrzało słonko. Stwierdziliśmy zatem, że żeby nie marnować czasu jedziemy do Pont Du Gard. Jeśli mieliście w ręce banknot 5 euro to na pewno go rozpoznacie. Z ciekawostek powiem tylko, że o tym, że ten most został uwieczniony na banknocie zadecydował przypadek. Gdy w lutym 1996 roku Europejski Instytut Monetarny ogłosił konkurs na projekt banknotów nowej europejskiej waluty, zwyciężył Robert Kalina, plastyk i rytownik Narodowego Banku Austrii, który narysował bramy i okna na awersach oraz mosty na rewersach banknotów. Warunek był jeden: rysunki nie mogły przedstawiać faktycznie istniejących budowli (by nie wpędzać w poczucie dumy żadnego z krajów i nie denerwować niepotrzebnie innych), a jedynie wymyślone przez artystę wariacje architektoniczne typowe dla poszczególnych okresów. Trudno stwierdzić, czy o wpadce zdecydował brak własnego pomysłu, czy zgubne wpływy odbytych przez Kalinę podróży i przeczytanych lektur – niemniej na banknocie 50 euro eksperci szybko dostrzegli wypisz wymaluj wenecki most Rialto, a na 500-setce francuski Pont du Normandie. Te wzory zostały poprawione. Gdy z drukarni wyjechały setki tysięcy banknotów o nominale 5 euro, a na południu Francji rozległy się radosne okrzyki: “Toż to przecież nasz Pont du Gard!”, na zmianę było już za jednak późno 🙂
Dzieje Pont du Gard są rzecz jasna dużo starsze niż historia euro – sięgają czasów rzymskich. Poetycko brzmiący Pont du Gard, prawie 50-metrowa, trzypoziomowa, arkadowa konstrukcja przerzucona nad kapryśną rzeką, to najwspanialsza część akweduktu, który od I w. dostarczał do Nimes wodę z odległych o 50 km okolic Uzes. Akwedukt powstawał przez 15 lat – projekt wymagał precyzyjnych obliczeń nachylenia (które na moście wynosi zaledwie 12 cm) i kąta poprowadzenia wodociągów (nieco pod prąd rzeki), a całość wzniesiono z gigantycznych kamiennych bloków bez użycia jakiejkolwiek zaprawy. Akwedukt, wyraz mistrzostwa starożytnych inżynierów, spełniał swą funkcję praktyczną aż do IV w. Z czasem utracił ją, a Pont du Gard przebudowano i przekształcono w most drogowy (obecnie ruch samochodowy na moście jest wstrzymany). Most zachowano do dzisiejszych czasów w stanie niemal niezmienionym. W 1985 r. zabytek wpisano na Listę światowego dziedzictwa kulturalnego i przyrodniczego UNESCO.
Żałowaliśmy trochę, że nie pojawiliśmy się tutaj w nocy, bo most jest pięknie oświetlony. Do tego zaraz obok, w sezonie często są koncerty, myślę, że może być całkiem przyjemnie. Po obejrzeniu tej fascynującej i robiącej mega wielkie wrażenie budowli z każdej możliwej strony, postanawiamy udać się na kolację do oddalonego o kilka kilometrów Uzes. Właścicielka naszego domku poleciła nam tam restauracyjkę w której zjedliśmy pyszną kolację.
A w drodze powrotnej spotkaliśmy takie oto słoneczniki 🙂
I jeszcze słów kilka o naszym pokoju – Chambre. Zatrzymaliśmy się w Maison d’Hotels Les Mas de Lila, położonym zaraz przy wjeździe do centrum miasteczka Vers-Pont-Du-Gard. Zauroczył mnie pokoik o wdzięcznej nazwie Pschitt Nature, urządzony w przytulnym prowansalskim stylu. Pokoik superowy, całkiem przestronny, pachnący lawendą, wielkie wygodne łóżko, normalnie czułam się jak w domu. Do tego właściciele bardzo sympatyczni, Lila, cały czas wesoła i uśmiechnięta, bardzo dobrze mówi po angielsku, więc mogliśmy sobie trochę dłużej z nią poklachać. W cenę pokoju wliczone mieliśmy pyszne śniadanko. Świeża bagietka, kilka rodzajów domowej roboty dżemów, miodzik z lawendy, serki kozie, jajecznica, owoce a nawet domowej roboty jogurt o smaku waniliowym 🙂 Jednym słowem śniadanko na full wypasie 🙂 Przed domem basen, my niestety nie skorzystaliśmy, bo pogoda była jaka była, ale na pewno się przydaje przy bardziej słonecznych dniach jak na Prowansję przystało, tak więc polecam to miejsce z całego serca.
Informacje praktyczne:Arles – Abbey Montmajour – odległość 6 kmWstęp do Abbey Montmajour – 7,5 €, dzieci 4,5€Abbey Montmajour – Pont du Gard – odległóść 41 kmWstęp do Pont Du Gard – 18€ – jest to cena za parking plus wejście dla nas dwoje. Tutaj nie wiem czy dobrze to rozszyfrowałam, ale chyba za 5 osób cena jest taka sama. Płaci się po prostu jakby od samochodu. Lunch w Brasserie Du Nord Au Sud, Beaucaire – 33€Kolacja w Restauracji Terroirs w Uzes – 35€Nocleg ze śniadaniem w Le Mas de Lila – 95€
Dzień czwarty w Prowansji rozpoczynamy przepysznym śniadankiem, które przygotowała dla nas Lila. Świeżutkie bagietki, swojskie dżemiki, kozie serki, czego chcieć więcej 🙂 Przed wyjazdem Lila dała nam jeszcze kilka wskazówek, co powinniśmy zobaczyć po drodze. Zapakowaliśmy nasze manatki i z trudem pożegnaliśmy się z Les Mas de Lila. To była idealna miejscówka na nocleg pod każdym względem. Zdecydowanie polecam! Plan na dziś to urocze miasteczko – Avignon. Znowu mieliśmy mega szczęście, bo trafiliśmy na festiwal teatralny, który odbywa się co roku latem. W tym roku od 4 do 27 lipca, czyli prawie cały miesiąc. Nie wiem jak wygląda to miasteczko w porze poza festiwalowej, ale w jego trakcie zupełnie nas oczarowało.
Do Avignonu mieliśmy zaledwie 30 km, tak więc byliśmy tam już przed południem. Na bezpłatnym parkingu poza murami starówki nie znaleźliśmy już niestety wolnej miejscówki, wjechaliśmy zatem do centrum. Tutaj chyba mieliśmy farta, bo szybko znaleźliśmy miejsce. Próbujemy rozszyfrować na parkomacie, jak zrobić, żeby zapłacić na dłużej niż 2 godziny, bo parkomat ewidentnie nie chciał przyjąć od nas więcej niż 2 euro. Na szczęście, przechodzący obok pan widząc naszą bezradność, poinformował nas, że do 14:00 nie musimy w ogóle płacić. No to super 🙂 Ruszamy zatem do centrum. Od razu widać, że to miasto ma duszę, taniec, śpiewy, muzyka, aż nogi same podrygują. Pierwsze co rzuca nam się w oczy to, że każdy słup i mur oklejony jest plakatami reklamujące przeróżne filmy i spektakle teatralne na które zjeżdżają się tłumy turystów z całego świata. Od razu żałujemy, że nie rozumiemy po francusku na tyle, żeby obejrzeć jakąś sztukę.
Kiedy tylko weszliśmy na rynek Avignonu, od razu pobiegłam do karuzeli. Piękna, kolorowa, dwupiętrowa, zachowana w XIX wiecznym stylu. Marzyła mi się na niej sesja zdjęciowa w tiulowej spódnicy, ale ta nie doszła niestety na czas no i musiało mi wystarczyć pogapienie się na nią i zrobieniu kilku fotek. Wieczorem musiało to wyglądać jeszcze bardziej spektakularnie, niestety nie mielimy okazji zobaczyć.
Widać, że całe miasto żyło ulicznymi spektaklami, w zasadzie w każdej wąskiej uliczce coś się działo. Najczęściej odbywały się króciutkie, kilkuminutowe przedstawienia zachęcające turystów do przyjścia na całą sztukę. Co kawałek rozbrzmiewała wspaniała muzyka. Można było posłuchać mini koncertów. Ta piękna pani poniżej, tak nas ujęła swoim głosikiem, że odejść nie mogliśmy. W końcu kupiliśmy jej płytę i do końca naszych wojaży po Prowansji słuchaliśmy w kółko (czyli tak mniej więcej ze 20 razy :))
Kiedy już poczuliśmy lekkie zmęczenie udaliśmy się do głównej atrakcji turystycznej Avignonu, czyli do Pałacu Papieskiego, gdzie kiedyś była właśnie siedziba papieży. Do samego wnętrza nie wchodziliśmy, bo jakoś nie specjalnie przepadamy za tego typu atrakcjami, ale z zewnątrz pstryknęliśmy kilka fotek. Udaliśmy się też do ogrodów na tyłach pałacu, żeby w cieniu starych drzew troszkę odpocząć od słonka i upału, który w tym dniu, był taki jak na Prowansję przystało. W ogrodach można odsapnąć, pooglądać wspaniałe widoki rozpościerające się na Rodan, oraz na słynny średniowieczny most który miał połączyć Avignon z Villeneuve-lès-Avignon. Miał, ponieważ wg jednej legendy, nigdy nie został dokończony, a wg innej legendy połowa mostu została zburzona. Niestety nikt nie wie która z tych legend jest prawdziwa. Dziś możemy zobaczyć jedynie połowę mostu.
Po małym odpoczynku w papieskich ogrodach spacerujemy sobie nadal w wąskim labiryncie uliczek, snując pomiędzy tłumami turystów, zatrzymując co chwilkę, żeby pooglądać ciekawe postacie, śmieszne scenki, panie wyginające się giętko na rurze, czy też postacie niczym z Disneylandu.
W końcu musimy coś zjeść. Weszliśmy do małego Atelier, żeby zasięgnąć opinii tutejszych. Pani doradziła nam restaurację przy Palais de Papes. Tam też się udaliśmy, a menu zdecydowanie zachęciło nas do wejścia do środka. Bardzo przyjemne miejsce, z zamontowanymi zraszaczami, które idealnie przydają się podczas upałów. Marcel zamówił standardowo jakiegoś steka, a ja skusiłam się na marynowaną kaczkę. Jedzonko palce lizać, a smak tej kaczki zostanie na długo w mojej pamięci. Miejsce godne polecenia na lunch czy też obiadek.
Po obiedzie, postanowiliśmy się udać do Villeneuve-lès-Avignon na drugą stronę Rodanu, aby zobaczyć pałac papieski z drugiej strony rzeki. Zdecydowanie było warto. Wyszliśmy na niewielką wieżyczkę skąd rozpościerały się wspaniałe widoki. Stąd też można zrobić fają fotkę panoramiczną pałacu. Ponieważ niestety nie udało nam się zarezerwować noclegu w samym Avignonie ( zapewne z powodu festiwalu teatralnego) pojechaliśmy od razu do naszego kolejnego punku podróży, do Orange.
Hotel w Orange na zdjęciach może i wygląda całkiem spoko, ale szczerze mówiąc drugi raz bym się tam nie zatrzymała, ani też nikomu bym go nie poleciła. Lokalizacja przy dworcu, do centrum z 20 min na piechtę. W całym hotelu unosił się dziwny zapaszek, jakby stęchlizny czy coś, pan na recepcji też pierwszej świeżości nie był, koszula trzydniowa, aż szczypało po oczach. Pokoiki miniaturowe. Ciężko było otworzyć walizkę. Jedyne co mieli to fajny ogródek, w którym i tak nie mieliśmy czasu siedzieć.
Informacje praktyczne:Obiad w Restauracja Palais des Papes – 38 euroWstęp na wieżę w Villeneuve-lès-Avignon- 1,5 euroCitotel de Provence – pokój 65 euro bez śniadaniaAvignon-Orange- ok 30 km
Kolejny, już piąty dzień w Prowansji rozpoczynamy od zwiedzania teatru rzymskiego w Orange. Udajemy się tam z samego rana, bo program dziś dość mocno napięty. W kasie poznajemy bardzo sympatyczną panią, która okazuje się być Holenderką mieszkającą we Francji. Dostaliśmy od niej nie tylko kilka wskazówek, co koniecznie zobaczyć w drodze do naszego kolejnego punku wyprawy, ale także zniżkę na bilety, słuchawki i idziemy oglądać kolejną ikonę Prowansji, czyli antyczny teatr. Już sama wielkość teatru zrobiła na nas ogromne wrażenie. Mieści on podobno 10 tysięcy osób, czyli dokładnie tyle ile przed 2 tysiącami lat mieszkało osób w całym Orange. Co ciekawe, wstęp do teatru miały wszystkie klasy, nawet te najuboższe, oczywiście mieli wyszczególnione sektory w których mogli zasiadać. Ciekawe jest również to, że teatr to nie tylko kupa starożytnych kamieni ale również cały czas funkcjonujące miejsce różnego rodzaju wydarzeń kulturalnych, takich jak koncerty, przedstawienia czy spektakle.
W samym Orange jest jeszcze pięknie zachowany starożytni łuk triumfalny, ale ponieważ był on oddalony o 4 km od teatru nie chciało się nam za bardzo iść tak daleko, a samochód został pod hotelem, więc sobie darowaliśmy. Tym bardziej, że dziś rozpoczynamy poszukiwania lawendy, czyli jak dla mnie najważniejszy punkt całej wyprawy 🙂 Przed wyruszeniem jednak na jej poszukiwania, zasiadamy w klimatycznej restauracyjce na szybki lanczyk 🙂
W okolicach Godes znajduje się słynny Abbaye Sénanque i to tam udajemy się w pierwszej kolejności. Tak bardzo nie mogłam się doczekać, kiedy tam dotrzemy, że z wrażenie miałam łaskotki w brzuchu 🙂 Zresztą, cały wyjazd był zaplanowany tak, żeby być tutaj właśnie w pierwszych dwóch tygodniach lipca, bo wtedy lawenda kwitnie najpiękniej. Tą informację uzyskałam oczywiście z pierwszej ręki, podczas panowania podróżny napisałam maila do opactwa z zapytaniem, kiedy najlepiej się do nich udać. Wreszcie dojechaliśmy, samochód można zostawić na bezpłatnym parkingu przed opactwem. Dużo samochodów zatrzymuje się wzdłuż drogi, bo nie wiedzą, że można wjechać za bramę opactwa i tam zaparkować ( my również nie wiedzieliśmy). Pierwsze ujęcia jeszcze z drogi.
O rany, rany, jakbyście mnie tam widzieli z aparatem. Gorzej niż normalnie Japończycy. Nie wiedziałam co focić, z której strony, którym obiektywem, najlepiej wszystko na raz, Marcel nie dostał aparatu nawet na 5 sekund 🙂 Znalezienie się w tym miejscu było jednym z moich największych marzeń! I właśnie się spełniło! I było dokładnie tak jak na wszystkich pocztówkach! Po prostu mega fioletowo! Cudownie! Uroczo! Fantastycznie! Do tego to było pierwsze większe skupisko lawendy jakie widzieliśmy, dlatego wrażenia podwójne. Skakałam jak sarenka pomiędzy tymi wszystkimi krzaczkami. Nawet tysiące pszczół nie było mi straszne. Jeśli ktoś wybiera się do Prowansji, to koniecznie w pierwszych dwóch tygodniach lipca, i koniecznie tam musicie zajrzeć, to miejsce jest po prostu niesamowite! Dla mnie normalnie szał w ciapki 🙂 Od razu przepraszam, za ilość zdjęć, ale nie mogłam się zdecydować, które wam wrzucić 🙂
Jak już trochę ochłonęłam, weszliśmy do sklepiku w którym oczywiście zaopatrzyliśmy się w całą reklamówkę lawendy, mydełek, olejków i innych pierdołek. Na zwiedzanie opactwa się nie załapaliśmy, bo akurat się modlili i nie można było wchodzić. Ale najważniejsze i tak zobaczyliśmy. Od razu cały samochód zapachniał lawendą! Achhhh! To takie miejsce, z którego nie chce się wyjeżdżać. No ale mamy jeszcze do zobaczenia Gordes. To kolejne urocze miasteczko w Prowansji, zbudowane na takim fajnym wzniesieniu. Samo miasteczko nie ma żadnych atrakcji, jego położenie jest atrakcją samą w sobie, poszwędanie się po tych ciasnych uliczkach, wypicie kawki w jednej z prowansalskich kafejek, mały odpoczynek no i ten prowansalski klimat. Urocze sklepiki, gdzie można kupić wszystko co nam się kojarzy z Prowansją, klimatyczne atelier z pięknymi dziełami no i oczywiście tabuny turystów.
Po małym odpoczynku w Gordes jedziemy w stronę naszego kolejnego miejsca noclegowego. Ale zanim tam dotrzemy zahaczamy o niewielką miejscowość Fontaine-de-Vaucluse, którą poleciła nam zobaczyć pani sprzedająca bilety w Orange. Akurat mieliśmy po drodze, wiec zatrzymaliśmy się tam głównie po to, żeby coś zjeść. Miejscowość bardzo urocza, aczkolwiek mocno turystyczna. To taka Prowansalka Wenecja, poprzecinana sporą ilością kanałów, po których można sobie popływać na kajakach. Całe mnóstwo restauracji, sklepów z pamiątkami, dzieci bawiących się nad kanałami oraz turystów oczywiście.
No to jak teraz znaleźć dobrą miejscówkę na kolację? Korzystamy oczywiście ze sprawdzonego sposobu i pytamy przechodzącej pary, która wygląda nam na tutejszą. Para niestety była z Gordes, ale wyobraźcie sobie, że byli tak mili, że wyjęli telefon, zadzwonili do przyjaciela od którego właśnie wracali i po kilku minutach mieliśmy namiary na ponoć najlepszą miejscówkę w miasteczku. Od razu ruszamy na poszukiwania, trochę zachodu z tym było, ale się udało. Restauracja była jeszcze jeszcze pusta, bo było przed 19:00 a tam zaczyna się jeść najczęściej od 19:30. Wnętrze, choć schludne jakiegoś większego wrażenia na nas nie zrobiło. Na pewno przechodząc obok, byśmy tam nie zajrzeli. Zdecydowanie jednak nie było to miejsce turystyczne, zaledwie 8 stolików, przy których jak się później okazało siedzieli sami Francuzi. Farta mieliśmy sporego, bo pani miała tylko jeden stolik wolny, reszta była już zarezerwowana. Restauracja nazywa się UMAMI. Wiecie co to znaczy? Umami to piąty smak. Powiadają, że wszystko co smakuje wyśmienicie to właśnie Umami. I powiem wam szczerze, że jedzonko było tam faktycznie jamijami, tzn umami 🙂 Największy plus za kreatywność i podanie, no majstersztyk po prostu, oczy wypadały nam z orbitek. Master Chef przy nich wymięka. Połączenie smaków do tej pory mi nie znanych, kubki smakowe miały prawdziwą ucztę. Przesympatyczny serwis pani która mówiła super po angielsku, chyba miała jakieś korzenie hamerykańskie. I do tego wszystkiego całkiem przyzwoita cena! Wyszliśmy stamtąd dosłownie tańcząc. Była to zdecydowanie najbardziej oryginalna kuchnia jaką mieliśmy okazję skosztować w Prowansji. Dodam może, że nie była to typowo prowansalska restauracja, ale na pewno godna polecenia. Teraz właśnie szukam do niej adresu i widzę, że na tripadvisor wszyscy się nad nią rozpływają 🙂
I jeszcze dwa słowa o naszym miejscu noclegowym. Nocowaliśmy w La Bastide des Arts. Piękny dom urządzony ze smakiem. Wspaniali właściciele, nawet pozwolili nam oglądać mecz w salonie, na mega wielkim TV mimo, ze dla gości maja oddzielne pomieszczenie. Pokoik idealny. Wygodne łóżko. Śniadanie pierwsza klasa, same produkty home made. Polecam, polecam, polecam! Fotek brak bo byliśmy już późnym wieczorem.
Informacje praktyczne:Teatr antyczny Orange – wstęp 7,5 euroOrange – Gordes – 60 kmUmami – cena za menu skladające się z aperitiwu, przystawki, dania głównego i deseru – 24,90 euro/osNocleg w La-bastide-des-arts – 85 euro za pokój z pysznym śniadankiem,
Wstaje rano i znowu patrze, ze jakieś chmury kłębią się nad nami. No ale nic, po pysznym śniadanku ruszamy na dalsze poszukiwania lawendy. Właścicielka domu sugeruje nam żebyśmy pojechali do Sault, że tam ponoć pięknie i dużo lawendowych pól. W sumie o Salut czytałam już wcześniej dużo dobrych opinii, ale jakoś wydawało mi się to nie po drodze. No ale dobra, co tam jedziemy! W końcu to tylko 30 km. Pierwszy postój robimy w Roussillonie, w miasteczku ochry. Bardzo klimatyczne miasto mieniące się kolorami ochry, usytuowane jest na stoku góry przy krawędzi wąwozu. To jedno z największych zagłębi ochry na świecie – eksploatowane od dwóch tysięcy lat pokłady. Również sama miejscowość zbudowana jest w dużej mierze w kolorach ochry. Wszystko to tworzy niesamowicie malowniczą scenerię o nieprawdopodobnych kolorach.
Z Roussillonu ruszamy od razu w kierunku Sault z nadzieją na spotkanie ogromnych pól lawendy. Ja już w samochodzie tańczę, śpiewam, doczekać się nie mogę 🙂 Ale lawendy jak nie było tak nie ma. W sumie nie wiedzieć czemu spodziewałam się tej lawendy gdzieś po drodze i to w mega wielkich ilościach, a tutaj nic. Zaczynam się już trochę niepokoić, gdzie ta moja lawenda. W końcu widzę, krzyczę! Jest, tam…gdzieś daleko, jakiś fioletowy kwadracik, na dole, do niego polna ścieżka, no to jedziemy, bo gdyby to miał być pierwszy i ostatni kwadracik to za nic w świecie nie chciałabym go ominąć 🙂 I nawet słonko zaczęło wyglądać z zza chmur i całe szczęście, bo powiem, wam że lawenda bez słońca to już nie ma tego samego uroku 🙂 Sesja w pierwszym miejscu się odbyła, a jakżeby, zdjęcia w następnym poście, teraz tylko widoczki 🙂
Potem po drodze spotkaliśmy jeszcze oczywiście całe mnóstwo takich kwadracików. Przy każdym kilka fotek zrobiliśmy. Jedne były bardziej fioletowe, inne mniej. Niektóre widać było ewidentnie, że już powolutku przekwitają. Tak więc jesteśmy tutaj dosłownie w ostatnim momencie. Saultu nie zwiedzaliśmy, bo znowu wstrzeliliśmy się w porę sjesty i wszystko było zamknięte. Udało nam się tylko kupić pizzę, żeby wrzucić coś nie coś na ruszt. Wzięliśmy na wynos, wyjechaliśmy za miasto, przycupnęliśmy w pierwszym lepszym lawendowym polu i zrobiliśmy sobie mały piknik 🙂 Nie wiem, czy ta pizza była taka dobra, czy to widoki sprawiały, że nam tak smakowała, ale tak sobie siedzieliśmy, jedliśmy i wzdychaliśmy, że to jeden z naszych najpiękniejszych lunchyków w życiu 🙂
Brzuszki i oczy zasycone możemy zatem ruszać dalej. Nasz kolejny punkt to Simiane La Rotonde. Tutaj jest nasza baza noclegowa, a samo miejsce słynie z najpiękniejszych pól lawendy. Najpierw udajemy się do naszego domku. Znowu mamy problem ze znalezieniem, bo adres jakiś mało konkretny. Nawigacja nie może sobie poradzić. Dzwonimy, na szczęście spokojnie można dogadać się po angielsku, pan nam tłumaczy co i jak więc jedziemy. Nasz domek znajduje się na obrzeżach miasta. Z głównej drogi zjeżdżamy w szutrową i tak jedziemy nią chyba z kilometr, albo i więcej, po drodze ani jednego domu, jedziemy, jedziemy, już mamy wrażenie że jesteśmy gdzieś na końcu świata. Ale w końcu jest, jest nasz domek. W szczerym polu, tylko ten domek i nic więcej, dosłownie jak na wsi, do tego piękne widoki 🙂
Samochód zaparkowany, ale jakoś dziwnie tu pusto. Nikt nas nie powitał, szukamy jakiegoś wejścia do domu, ale generalnie ciężka sprawa, tu schodki, tam schodki, ale drzwi wszędzie pozamykane. W końcu jakaś pani krzyczy na nas z okna, że mamy sobie wejść do pokoju nr 2, bo ona teraz gotuje i nie może zejść na dół. Marcel jak tylko usłyszał o gotowaniu, od razu wprosił nas na obiad ( za odpłatą oczywiście:)), a ja obczajam, który to ten nasz pokój. Otwieram rozlatujące się w rękach drzwi, widzę łóżko, nic poza tym, trochę ciemno, zimno, zapach wilgoci, myślę sobie, eee…to na pewno nie tutaj. Szukam więc zawzięcie dalej, ale kolejny pokój zamknięty na klucz. Marcel informuje mnie radośnie, że znalazł pokój numer dwa, no więc biegnę i co? Okazuje się, że to właśnie ten ciemny, zimny i surowy pokój. Aaaaa….! Wpadłam w panikę, mówię Marcelowi, że ja tutaj w życiu nie zasnę, że szukamy innego miejsca. A ten cały w skowronkach, że on nigdzie się stąd nie rusza, bo to najfajniejsza miejscówka jaką mieliśmy do tej pory. WTF??? Fakt z zewnątrz może i była do najfajniejsza miejscówka, w idealnym klimacie, ale ten surowy klimat pomieszczenia jakoś nie trafił w mój gust.
Marcel zachwycony widokami poszedł sobie na obchód posesji, ja zmarznięta ( tak dokładnie, tam było mega zimno, do tego wiał taki wiatr, że wydawało się, że głowę urwie) wczłapałam do łóżka i trochę uporządkowałam zdjęcia w komputerze. Z godzinkę mi z tym zeszło, Marcela dalej nie ma. Dzwonie do niego, nie odbiera, dzwonie drugi raz, dalej nic, piąty, dziesiąty. No cholera, gdzie on polazł i czemu nie słyszy tel, to generalnie do niego nie podobne. Poszłam zatem na poszukiwania, i w sumie, to wcale nie musiałam długo szukać, z daleka widziałam jak łazi gdzieś tam w trawie. No to wołam czemu nie odbiera telefonu, a on jak to? Przecież on nic nie słyszy. Szybko się okazało, że telefonu przy sobie nie ma, czyli znaczy, że gdzieś zgubił. Od razu panika. To, że gubi telefon przynajmniej raz w tygodniu to norma, ale to zawsze w domu i zaraz się znajduje, a tutaj hektar łąki z trawą po pas i szukaj sobie babo wiatru w polu. Na szczęście przypomniał sobie, że siedział na jakimś kamieniu i może tam mu wypadł, udało się kamień znaleźć a i telefon leżał obok. Ufff co ja z nim mam, wiecznie coś gubi.
Do kolacji mamy jeszcze ze dwie godzinki, wskakujemy więc w autko i jedziemy zrobić rekonesans po okolicy. Oczywiście odwiedzamy kolejne pola lawendowe. Zjeżdżamy z głównej ulicy i znowu jakimiś małymi szutrowymi dróżkami docieramy do pięknych fioletowych pól. Napstrykaliśmy całą masę fotek, ze wszystkich możliwych stron, i we wszystkich możliwych pozycjach 🙂 pojechaliśmy dalej, do kolejnego i do kolejnego, aż w końcu zorientowaliśmy się, że trzeba wracać na kolację. Podjechaliśmy pod nasz domek, chce wyjąć klucz od pokoju z torebki, a tu zonk. Torebki nie mam. A co za tym idzie nie tylko klucza do pokoju, ale także paszportów, biletów powrotnych, kart płatniczych/kredytowych, pieniędzy na resztę wakacji i całej masy innych dokumentów. Fuck! Możecie się tylko domyślić jaka wtedy była panika i z jaką prędkością wracaliśmy do odwiedzanych pól lawendy. Oczywiście nie wiedzieliśmy w którym polu ta torebka została, ale tutaj na szczęście pomógł nam aparat. Od razu przejrzałam wszystkie fotki i już wiedziałam na których torebkę miałam przewieszoną, a na którym już nie. Z prędkością światła byliśmy na miejscu. Przeszukaliśmy wszystkie grządki i trawę dookoła gdzie chodziliśmy, ale nie znaleźliśmy jej. Zostało nam jeszcze jedno możliwe miejsce. Jedziemy, a w mojej głowie przebiega tysiąc myśli. Co teraz, wakacje skończone to na pewno, ale jak my w ogóle do domu wrócimy bez paszportów. Dotarliśmy, znowu szukamy….Na szczęście torebka leżała w trawie. Ufffff….nie macie pojęcia jak skakałam z radości, ale takich emocji nie życzę na wakacjach nikomu.
Późno, bo późno ale załapaliśmy się jeszcze na kolację, w której towarzyszyła nam trójka sympatycznych Chińczyków. Jedzenie było zjadliwe, ale zupełnie bez smaku i znacznie odbiegało od tego co jedliśmy w restauracjach, a skasowali nas tak samo. Dlatego też raczej nie polecam tam jeść. Ogólnie to spać też nie, ale co kto lubi. Ciepła woda skończyła się zanim zdążyłam spłukać odżywkę z włosów, więc generalnie drugi raz bym tam nie zawitała, nawet dla tych sielskich widoczków. Poza tym za tę kasę można chyba w lepszym miejscu przenocować, z równie fajnymi widokami. Moja wymarzona miejscówka w tych okolicach, to była
, ale niestety już w naszym terminie wszystkie pokoje były zajęte. Właściciele, też jacyś tacy oziębli, mało sympatyczni, ogólnie wyrażali małe zainteresowanie nami. Chińczycy zgodnie podzielili naszą opinię.
Przydatne informacje:Roussillon – Sault – 30 kmSault – Simiane La Rotonde – 21 km Le Gite de Chaloux- cena za pokój 74 euro ze śniadaniem + obiad 20 euro od osoby
Zaczynamy siódmy dzień w Prowansji. Dziś pogoda super, więc nie marnujemy nawet jednej chwili. Na śniadaniu spotykamy znowu towarzyszy zza ściany, którzy też skarżyli się na brak ciepłej wody. Ubaw maiłam przy śniadaniu po pachy, bo ci Chińczycy tak głośno mlaskali, że ciężko było się na jedzeniu skupić, nie wspominając już o rozmowie. A rozmowni to oni byli i to bardzo. Dostaliśmy mnóstwo porad co zobaczyć w Chinach, kiedy jechać, na co uważać. Pokazali nam też kilka fotek z miejsca w które mieliśmy się właśnie udać, z mega wielkimi polami lawendy, takiej po horyzont. No więc plan na dziś, to znalezienie tych pól. Póki co jednak jeszcze kilka fotek z okolicy gdzie spaliśmy.
Pożegnaliśmy się z naszymi towarzyszami zza ściany i jedziemy w stronę Verdonu. Po drodze, mamy mijać te wielkie pola lawendy po horyzont, które oni widzieli. Wrzuciłam więc w nawigacje kolejny cel i czekam, aż pojawią się te niekończące hektary fioletu. Jakoś nie pomyślałam, że przecież może być kilka dróg do Verdonu. Hmmm….i tak sobie jedziemy i jedziemy, a tu znowu nie ma tych pól. Ujechaliśmy chyba z godzinę i już było pewne, że jesteśmy na złej drodze, bo cały czas jechaliśmy w górach, i to na pewno główna droga nie była (okazało się, że mieliśmy w nawigacji wyłączone drogi szybkiego ruchu) ehhh….no i co teraz? Wracać się? Ale gdzie, jak nawet nie znamy konkretnie nazwy miejsca, a jak nie wrócimy, to może nie zobaczymy najpiękniejszych pól…buuu…Marcel pyta co robić, ja nie wiem…no nie przygotowałam się…jak mogłam…przecież powinnam znać nazwę…w końcu mówię, wracamy! Zjechaliśmy najpierw na inną, drogę, po kilku kilometrach napotkaliśmy jakiegoś pana łowiącego ryby w jeziorku i pytamy o największe i najpiękniejsze pola lawendy, ten od razu rzuca nazwą Valensole, i tu dopiero zapaliła mi się lampka, oczywiście, przecież miałam tę nazwę zanotowaną…hehe…tylko za dużo tych kartek miałam ze sobą 🙂 To tylko 15 km więc jedziemy..i co? I dobrze, że się wróciliśmy bo takie oto widoki przed nami! Lawenda na prawo, lawenda na lewo, tego jeszcze nie było! Jesteśmy w lawendowym raju! jeaaaaa!!!!
Marcel podziękował pięknie, że jednak wróciliśmy i że nie przegapiliśmy tego miejsca, bo to było zdecydowanie, naj, naj, naj, ze wszystkich! Na końcu zaopatrzyliśmy się jeszcze w kilka dodatkowych sakiewek lawendy, lawendowy miód – coś pysznego, do tego lawendowa oliwa do sałatek i oczywiście olejki pachnące lawendą…hmmm…ale będzie u nas w domku lawendowo 🙂
Teraz kierujemy się w stronę gór Rougon. Przed nami jakaś godzinka drogi. Po drodze zatrzymaliśmy się jakiś lunchyk, ale gdzie to było to nie mam pojęcia. Przejażdżka przez Rougon dostarczyła nam nie lada wrażeń. Generalnie widoki mega cudowne, wysko łokropnie, czasami aż się w głowie kręciło. Najbardziej to współczułam Marcelowi, bo ja to sobie cały czas podziwiałam widoczki, co chwilę podskakiwałam na fotelu piszcząc, ” patrz tam na dół, jaki widok”, “jejjj, tam chcę zamieszkać, na tym wzgórzu pomiędzy tymi górami”, a on biedny tutaj jednym okiem patrzył, drugim pilnował drogi, żeby nie wjechać w jakiegoś kampera. Generalnie droga mega kręta, na wysokościach, ale widoki zapierające dech w piersiach. Oczywiście, jak tylko było to możliwe, zatrzymywaliśmy się, żeby popodziwiać, pstryknąć kilka fotek, ale tak naprawdę, to trzeba by zatrzymywać się co kilkaset metrów, tak pięknie tam.
Po przejechaniu Verdonu jedziemy w stronę miasteczka Castellane, tam jest kolejna nasza miejscówka na nocleg. Bardzo specjalna zresztą 🙂 Dlaczego? A bo jest tam ponoć wspaniały kucharz, o czym mamy zamiar się wieczorem przekonać 🙂 Dotarliśmy do naszej oberży, nie bez problemów, bo okazało się, że są dwie o tej samej nazwie, w różne strony od Castellane, no i najpierw pojechaliśmy w tę złą stronę, ale zobaczyliśmy za to Castellane z góry. Nie mamy fotki, bo już byliśmy strasznie zmęczeni i nie chciało nam się zatrzymywać, ale musicie mi uwierzyć na słowo, że widok niewielkiego kościółka na skale, w otoczeniu miasteczka skąpanego w zachodzącym słońcu to majestatyczny widok. Niestety w tym momencie byliśmy tak zmęczeni, że myśleliśmy już tylko o jednym, prysznic i pyszne jedzonko. Kiedy dotarliśmy do Auberge du Teillon trochę byliśmy zdziwieni jej lokalizacją. Tak po prostu przy drodze, żadnych w zasadzie widoków, no ale w sumie, przyjechaliśmy tutaj dla ponoć wspaniałej kuchni, więc mniejsza z tym. Przy zameldowaniu, pytam pani o której możemy zejść na kolację, a ta do mnie czy mamy rezerwację, hmmm…no nie, nie pomyśleliśmy. Pani mówi, że wszystkie stoliki ma już zarezerwowane i że bardzo jej przykro…o nie!, to taki kawał jechaliśmy, specjalnie, żeby tutaj zjeść, prawie zaczęłam tej pani płakać, że tyle się naczytałam opinii, że chyba się załamię, możemy nawet zjeść nawet na stojąco, albo w kuchni przy zlewie, wszystko mi już było jedno. Pani się uśmiechnęła i powiedziała, że zobaczy co się da zrobić. Poszliśmy do pokoju. Malutki, skromniutki, ale bardzo czysty, pachnący, super! Teraz tylko czekałam, czy uda nam się tutaj zjeść…już zaczęłam tracić nadzieję, kiedy pani puka do pokoju i mówi, że ma dla nas stolik 🙂 Jupppi! Mało się jej na szyję nie rzuciłam 🙂
No dobra, bo się pewno zastanawiacie, cóż to za restauracja przy jakimś niepozornym zajeździe wzdłuż drogi może być, żeby się nią tak zachwycać. Powiem tak, jedliśmy w Prowansji w różnych miejscach, różne pyszne rzeczy, ale to co nas spotkało tutaj, to była zdecydowanie najwspanialsza i najsmaczniejsza kolacja w naszym życiu! Powiedziałam, że zasługuję na gwiazdkę, a nawet i na dwie. Sama restauracja pięknie urządzona, jak się wchodzi to od razu ma się wrażenie, że spotka nas tutaj coś niesamowitego. Obsługa na najwyższym poziomie światowym, nie tylko przeuprzejma, z ogromną wiedzą na temat serwowanych win, ale także mająca dla klienta czas pomimo tego, że w ciągłym biegu byli. Restauracja prowadzona jest przez rodzinę. Ojciec i syn są kucharzami, żona syna to właśnie pani która najpierw przyjęła nas na recepcji, a później obsługiwała przy stoliku. Ich restauracja polecana jest przewodniku Michellin, a także w kilku innych. O gwiazdkę, też się starali, ale właśnie lokalizacja ich zdyskwalifikowała. Jeśli będziecie kiedykolwiek w pobliżu Castellane, to zdecydowanie polecam się tam zatrzymać. Warto nawet 50 km nadrobić, że tam zjeść.
Informacje praktyczne:Simiane La Rotonde – Valensole – Castellane – 135 km Auberge du Teillon – pokój 75 euro + śniadanie 9 euro od osoby.
Obiad w Auberge du Teillon – aperitif, przystawka, danie głównie, deser, deska serów, mała butelka wina – 100 euro za dwie osoby
Znaleźć się w morzu lawendy to było jedno z moich większych marzeń. Pamiętam kiedy planowałam swój ślub, motywem przewodnim miała być lawenda, a w podróż poślubną mieliśmy jechać do Prowansji i tam marzyła mi się sesja w sukni ślubnej 🙂 No ale jak to w życiu bywa, wystarczyło, że w lipcu nie było wolnych miejsc w naszej restauracji i cały plan się sypnął. Lawendy jeszcze w czerwcu nie było i tak z lawendowego motywu został mi jedynie kolor 🙂 I choć od ślubu minęły ponad dwa lata, to jakby nie ma wielkiego znaczenia, bo marzenie udało się spełnić 🙂 Sukienka choć nie ślubna, to biała 🙂 Przepraszam za ilość zdjęć, ale nie mogłam się zdecydować, tyle ich mężu napstrykał dla mnie 🙂
Dzień ósmy w Prowansji. Plan na dziś to Kanion Verdon, 26 kilometrowy pas rzeki wyrzeźbiony w jurajskim wapieniu. Po pysznym śniadanku i pożegnaniu z właścicielami restauracji zjeżdżamy w okolice zalewu. Widoczki mamy dookoła cudne. Nogę trzeba jednak dobrze trzymać na hamulcu, wąskie, a przepaść na dole przyprawia o zawroty głowy.
Docieramy wreszcie do jeziora. Najpierw zatrzymujemy się w punkcie widokowym na most. Robimy sobie krótki spacerek. Pogoda znów jakaś niewyraźna. Rano było jeszcze piękne błękitne niebo, a potem jakby im niżej tym więcej chmur się nad nami kłębiło. Ponoć trafiliśmy na jakąś anomalię pogodową w Prowansji, bo zwykle o tej porze roku są okropne upały. Nie powiem, żebym nie była z tego powodu zadowolona. Zdecydowanie bardziej wole zwiedzanie w 25 stopniach aniżeli w 30, a chmurki dodają często fajnego klimatu 🙂 Najważniejsze, żeby nie padało.
Parkujemy w pobliżu mostu i wynajmujemy rowerek wodny, żeby popływać sobie po pięknym turkusowym akwedukcie. Można też wypożyczyć kajak, dla leniwych jest też opcja łódki elektrycznej, ale jak dla mnie największa frajda była rowerkiem. Choć Marcel się czasami skarżył, że zamiast pedałować to się obijam 🙂 ale ja naprawdę pedałowałam, tylko jak robiłam zdjęcia to musiałam się na nich skupiać 🙂
W związku z pogodą na jeziorku było raczej spokojnie, nie było jakiegoś ścisku, ale domyślam się, że kiedy słonko przygrzewa, ludzików chętnych na tę atrakcję nie brakuje. Sądząc po ilości wypożyczalni z rowerkami i kajakami, w słoneczny dzień musi być tutaj całkiem spory ruch. A tutaj mamy bardzo dowcipnego pana, który celowo wciągnął swoich współtowarzyszy pod wodospad 🙂 Panie nie były tym obrotem zdarzeń zbyt zachwycone 🙂
Rowerek oddajemy i w zasadzie to zbieramy się w stronę naszego kolejnego miejsca noclegowego. Co prawda w planie było plażowanie nad jeziorkiem, ale ponieważ słonka nie ma i raczej nic nie wskazuje na to, żeby miało się pojawić nie mamy innego wyjścia. Wyłączamy w nawigacji drogi główne i jedziemy sobie powolutku do Flayosc. Wybraliśmy tę miejscowość, ponieważ w St. Tropez ceny były masakrycznie wysokie, a chcieliśmy być jak najbliżej, żeby kolejnego dnia nie tracić za wiele czasu na podróż. Flayosc było mniej więcej w połowie drogi z Verdonu do St Tropez. Po nie całej godzinie podróży docieramy na miejsce, które podbija nasze serca 🙂
Dwa słowa jeszcze o naszej lokalizacji. Świetne położenie pomiędzy Verdon, a St Tropez. Jedna z bardziej klimatycznych miejscówek jakie mieliśmy. Dobrze oznaczona, bez problemu ją znaleźliśmy. Pokój w 100% spełniał nasze oczekiwania. W prowansalskim stylu, z okna piękny widok na miasteczko. Śniadanko w pięknym i uroczym ogródku, same pyszności, wybór tak duży, że cięzko było się zadecydować co jeść. Dżemiki, wędlinki, serki, owoce, świeży soczek z pomarańczy, pyszna kawa. Fakt, że za śniadanko sobie sporo liczą, ale w takim otoczeniu to sama przyjemność. A taki mieliśmy widok z okna 🙂
Informacje praktyczne:Verdon – Flayosc – 65 kmWypożyczenie rowerka wodnego na godzinę w Verdon- 15 euroLa Vieille Bastide – cena pokoju – 80 euro + śniadanie 13 euro od os
Na ostatni dzień w Prowansji, planu żadnego nie mieliśmy. Generalnie miało być na luzie, na jakiejś fajnej plaży pomiędzy Toulonem a Marsylią. No właśnie tylko na jakiej. Otwieram rano laptopa i robię szybki research, gdzie by tu uderzyć. Wrzuciłam w google hasło „nice beach beteween Toulon and Marsellie” i pierwsze co mi wypluło to Cassis i Los Calanques. Hmmm…zdjęcia wyglądały bardzo obiecująco, jak to się stało, że ja wcześniej o tym miejscu ani nie słyszałam ani nie czytałam to nie wiem. No to zabieramy się w drogę. Los Calanques leży już przy samej Marsylii, a dokładnie w w pobliżu miasteczka Cassis.
Zanim dotarliśmy do tego miejsca, jechaliśmy niemal cały czas wzdłuż wybrzeża, ale jakby nic ciekawego nie wpadło nam w oko. Po dotarciu do celu, okazało się, że w związku ze świętem 14 juillet, wszyscy oczywiście mają wolne i ruch na Los Calanques był taki, że nie było gdzie zaparkować. Dotarliśmy w końcu do dużego parkingu na samej górze, gdzie jak się okazało mogliśmy zapłacić tylko gotówką, której nie mieliśmy. No to znowu nawrotka do miasta. Przeciskanie się przez tłumy, szukanie bankomatu, i powrót na górę, udało się, zaparkowaliśmy! No to robimy najpierw rundkę po najbliższej okolicy, która wygląda tak:
Nie wiem jak wy, ale ja byłam w kompletnym szoku. Oczom wręcz nie wierzyłam w to co widzę! To było zdecydowanie najpiękniejsze miejsce na Lazurowym Wybrzeżu i gdyby mnie było kiedyś stać na łódkę za kilkaset tysięcy, to na pewno nie stałaby w St Tropez, tylko właśnie tutaj! I nie wiem dlaczego to miejsce jest tak mało popularne, dlaczego nigdzie o nim nie piszą, albo może źle szukałam, nie wiem. Los Calanques zachwyciło nas totalnie, żałowaliśmy, że mamy do dyspozycji tylko jeden dzień, bo chętnie spędziłabym tutaj więcej czasu. Po krótkim spacerze, idziemy na lunch do malowniczo położonej restauracji. Ruch tam straszny, ale jakimś cudem udało nam się zdobyć wolny stolik. Po posileniu się idziemy na dłuższy spacer. Postanawiamy przejść na druga stronę zatoki.
Droga była bardzo malownicza, w zasadzie to nie mogłam przestać robić zdjęć. Lazurki tak dawały po oczach, że nawet okulary nie pomagały 🙂 Jedyny minus był taki, że szliśmy górą i nie było za bardzo jak zejść do wody, żeby się ochłodzić, a w tym dniu słoneczko dawało się mocno we znaki. Tak sobie szliśmy i szliśmy, w sumie, to nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie idziemy. Na parkingu można było zaopatrzyć się w mapę, ale oczywiście nie pomyśleliśmy o tym. Dużo ludzi szło jakby w tym samym kierunku, więc, też szliśmy, bo w końcu jakiś cel tej wycieczki musi być. Trasa nie jest łatwa. Tzn chodzi głównie o bardzo śliskie kamienie, a właściwie głazy. W niektórych miejscach trzeba było wręcz wychodzić na czworakach, albo zjeżdżać na tyłkach, bo głazy były tak wyślizgane jak na lodowisku. Miejscami na prawdę niebezpiecznie, więc do dłuższej wędrówki zalecam jakieś inne butki niż klapki.
Po jakiejś godzinie spaceru oraz braku widoku na jakiś cel naszej podróży zaczepiłam jakiś Francuzów, którzy szli obok i zapytałam gdzie my tak naprawdę idziemy. Okazało się że za cypelkiem jest plaża, a potem kolejna zatoczka i kolejna, i tak naprawdę gdybyśmy mieli dużo czasu to możemy nawet dojść do Marsylii 🙂 No to super, tam raczej nie dotrzemy, ale do tej plaży jakoś doczłapiemy, tym bardziej, że już ponoć daleko nie było. Końcówka była najgorsza, mega ślisko i niebezpiecznie, ale jakoś dotarliśmy, plaża wyglądała tak.
Zastanawiałam się dlaczego tak mało osób w wodzie, weszłam po kostki i już wiedziałam. Woda była zimna jak lód. Brrr…No to posiedzieliśmy troszkę na brzegu, odsapnęliśmy trochę, i ruszamy z powrotem. Sorki za ilość zdjęć, pewno się będzie post znowu zacinał, ale nie mogłam się powstrzymać, tak pięknie tam było!
Późnym popołudniem żegnamy się z lazurkami na Los Calanques i jedziemy w stronę Marsylii. Tam mamy ostatni nocleg w Ibisie, blisko lotniska, bo na następny dzień skoro świt wracamy do domku. Buuu….Nasza przygoda z Prowansją się skończyła. Podsumowując nasze wakacje powiem tylko tyle. Trochę świata już zobaczyliśmy i nie mamy w zwyczaju wracać w te same miejsca, ale Prowansja będzie zdecydowanie wyjątkiem! Tam wrócimy na pewno, i to nie raz, bo zostawiłam tam kawałek swojego serca. W ogóle to każdy ma swój kawałek ziemi na świecie, i mój jest zdecydowanie w Prowansji. W ogóle to miałam wrażenie, że kiedy 34 lata temu ktoś tam na górze zadecydował, że mam się urodzić, to pomyliły mu się kraje. Ja powinnam urodzić się i mieszkać we Francji! Tam jest moje miejsce, tam jest mój raj!
Informacje praktyczne:Toulon – Cassis – 42 kmCassis – Marsylia – 25 km Parking przy Los Calanques – 8 euro za cały dzieńPokój w Ibis Budget – 35 euro Rezerwując nocleg na booking z tego linka otrzymujecie 15 euro zniżki, a i nam wpadnie kilka grosików na kolejną podróż.
Wczoraj burza, dzisiaj chmury i wiatr…no nie najlepiej się nam zapowiada ten pobyt na Sardynce. A ktoś mi mówił, że wrzesień to najlepszy okres do zwiedzenia tego pięknego miejsca. No cóż pewno miał na myśli jego początek, a nie koniec. Czasu jednak nie zamierzamy marnować. Mimo tego, że chmury zakryły całe niebo wskakujemy w cieplejsze ciuszki i wyruszamy na objazd naszej wysepki. Mamy na to tylko jeden dzień, ale to w zupełności wystarczy. Wysepka jest bardzo malutka, łatwo się po niej poruszać, jest dość dobrze oznakowana, łatwe dojazdy do plaż. Do niektórych trzeba zrobić sobie mały spacerek. Ale ponieważ dzień dziś daleki od idealnego na plażowanie, tak więc olejki do opalania zostawiamy w domu 🙂 Naszym głównym celem jest plaża Bassa Trinita, najpiękniejsza z plaż na La Maddalenie. Bardzo łatwo do niej dojechać. Z naszego domku skręcamy w lewo i w zasadzie po kilku minutach jesteśmy na miejscu. Bez problemu parkujemy samochód przy niewielkim barze i schodzimy na plaże. A widoczki mamy takie oto 🙂
Szkoda, że tak wietrznie, bo nie ukrywam, że bardzo chętnie poleniuchowałabym sobie tutaj. Zresztą chętnych do plażowania nie brakowało. Co prawda tłumów nie było, ale kilka osób porozkładało sobie parawaniki, książeczka do łapki i myślę, że całkiem przyjemnie im było. My pospacerowaliśmy sobie, porobiliśmy parę fotek, rodzinne oczywiście na pierwszym miejscu 🙂 Dziwne uczucie, bo na wakacjach prawie w ogóle nie robimy sobie fotek, mamy zwykle 3-4 na krzyż z każdego dnia, nie wspinając o niedoborze naszych wspólnych 🙂 Nawet się ostatnio ktoś skarżył w komentarzach pod jednym z podróżniczych postów, że nas tak mało 😉 No to mam dla was dobre wieści, z tej podróży mamy tych wspólnych fotek trochę więcej 🙂
Po odpoczynku na plaży objechaliśmy całą wysepkę dookoła, a następnie udaliśmy się centrum. W końcu zza chmur wyszło słonko i nawet zrobiło się całkiem przyjemnie. Kierując się na prawo od strony portu, mamy duży parking, gdzie możemy spokojnie zostawić samochód bez żadnych opłat. W ogólne to na Sardynii trzeba znać podstawową zasadę parkowania samochodu. Parkując w miejscach do tego wyznaczonych zwracamy uwagę na kolor linii namalowanych na ulicach czy parkingach. Kolor biały jest bezpłatny, kolor niebieski – płatne w określonych godzinach, żółty – zakaz parkowania. W ten sposób unikniemy nieprzyjemności, bo na różnych forach czytałam, że wystarczy zostawiać samochód w niedozwolonym miejscu na 5 min i ni stąd ni zowąd pojawia się mandacik. No ale wracamy do samego centrum Maddaleny, które wygląda tak.
Bardzo malownicze miejsce, turystyczne dość mocno, ale w taki powiedziałabym przyjemny sposób. Można sobie spokojnie pospacerować po uliczkach. Nikt mam nie usiłuje nic sprzedawać, nie nie wciąga za rękaw do restauracji. Wszędzie bardzo czysto i przyjemnie. Zasiadamy w jednej z kawiarenek na lody i mrożoną kawę. Mmmm…pychotka 🙂 A jeśli już o lodach mowa, to wypróbowaliśmy tam kilka lodziarni, i zdecydowanie naj, naj, najlepsze są tutaj. Ta lodziarnia znajduje się naprzeciwko turystycznych statków rejsowych. Jak nie przepadam za lodami, tak te mogłabym jeść codziennie i to po kilka porcji. Bardzo naturalny smak, tak jak w Polsce 25 lat temu 🙂
Po powrocie do naszego apartamentu La Maddalena Apartment, robimy sobie małą rundkę po naszej okolicy. Wszyscy zgodnie byli nią zachwyceni. Za każdym razem jak wjeżdżaliśmy na teren posesji buzia uśmiechała mi się od ucha do ucha. Widoki z każdego okna bardzo przyjemne dla oka. Kiedyś w tym miejscu znajdował się port towarowy, stąd pozostałości torów i piękna zabytkowa lokomotywa. Bardzo możliwe, że kiedyś powstanie tutaj muzeum. Naprawdę rewelacyjna miejscówka za niewielkie pieniądze. Czysto, przyjemnie, żadnych ukrytych kosztów jak w większości lokum na Sardynii. Media, pościel, ręczniki, sprzątanie w cenie. Mało tego nawet mieliśmy wifi co na Sardynii wcale takie oczywiste nie jest. Grill, leżaczki, a nawet kajaki bez żadnych dodatkowych opłat. Zdecydowanie polecam, polecam, polecam!
Wieczorem wybraliśmy się na poszukiwania pewnej niewielkiej restauracji prowadzonej przez Sardyńskie małżeństwo. Na tripadvisorze wyskakuje jako pierwsza i najlepsza na La Maddalenie. To chyba najmniejsza restauracja w jakiej kiedykolwiek byłam, ma tylko 4 stoliki i w zasadzie szanse na rezerwacje były znikome. Byliśmy na szczęście bardzo wcześnie i jakimś cudem dostaliśmy ostatni stolik 🙂 Oczekiwania po komentarzach na tripie były bardzo duże, ale niestety szału nie było. Nie wiem, może jeśli chodzi o jedzenie to u nas poprzeczka stoi dość wysoko, ale jeśli na 4 różne zamówione dania żadne dupy nie urywało, to ja się zastanawiam co ci ludzie piszący opinie na tripie na co dzień jedzą. W ciągu czterech dni na La Maddalenie, codziennie jedliśmy gdzie indziej i każde z pozostałych miejsc wypadło lepiej, ale o tym w kolejnych postach.
Informacje praktyczne:4 noclegi w La Maddalena Apartamant- 230 euro za apartament dla 4 osób, sypialnia + rozkładana sofa w salonie (bardzo wygodna, nawet wygodniejsza niż łózko w sypialni :)) Możecie go zarezerwowac przez booking: La Maddalena ApartmentKolacja w II Ghiottone – ok 20 euro od osLody w Gelatissimo – 2,5 euro za dwa różne smaki
Plan działania na czwarty dzień pobytu na Sardynce to malutka wyspa Caprera połączona wąską groblą z La Maddaleną. Pakujemy się zatem do naszego samochodziku, zabieramy ze sobą kanapki, spory zapas wody i ruszamy. Na Caprerę mamy w zasadzie rzut beretem. Przejeżdżamy na wschodnią część La Maddaleny, dalej groblą na Caprerę i jesteśmy. Od naszego lokum jakieś 15 minut. Zatrzymujemy się w punkcie widokowym na La Maddalenę i podziwiamy wspaniałą panoramę.
Po chwili ruszamy dalej i szukamy naszego celu czyli parkingu w pobliżu Cala Cotticia. Generalnie jedziemy trochę na czuja, bo nawigację zapomnieliśmy, a droga nie najlepiej oznaczona. Wysepka na szczęście nie wielka, po drodze pytamy kilku przechodniów (turystów) ale oni tak samo jak my nie mają pojęcia w którą stroną mamy się udać. W końcu parkujemy w miejscu, które wydaje nam się właściwe, tabliczek niestety żadnych tam nie ma żeby się upewnić. Zabieramy tobołki z jedzonkiem i ruszamy w drogę, przed nami ok 60 minutowy spacer, który powinien nas zaprowadzić do pięknej zatoczki 🙂 Ponieważ trasa do łatwych nie należy, dobrze mieć ze sobą dobre buty, trampki, adidasy czy coś. Idziemy sobie i mijamy takie oto widoczki.
Pogodę mieliśmy upalną, jak na złość, żar lał się z nieba. Ale idziemy dzielnie. Po około 20 min dochodzimy do pewnego rozwidlenia. Ja od razu instynktownie idę w lewo, ale reszta woła, że przecież prosto trzeba. Tabliczki żadnej nie było, ale były poukładane takie kamyczki w kształcie łuku, które wskazywały ewidentnie, żeby iść w lewo. Udało mi się zatem przekonać resztę. Idziemy zatem w lewo kolejne kilkanaście minut. Trasa coraz trudniejsza, mnóstwo kamieni, które ujeżdżają pod nogami. Zaczynam mieć trochę wyrzuty sumienia, że zabrałam 70 letnich staruszków na taką eskapadę. Zatrzymujemy się co jakiś czas, żeby odsapnąć. Słońce daje się jednak mocno we znaki. Dochodzimy do zatoczki. Już się ucieszyłam, że tak sprawnie na poszło, a tutaj niespodzianka to nie ta zatoczka. Na dół co prawda można zejść, ale było tak strasznie niebezpiecznie stromo, że stwierdzaliśmy, że to na pewno nie tutaj i pewno na tym rozwidleniu jednak trzeba było iść prosto.
Zatem zawracamy. Tym razem jest jeszcze gorzej, bo idziemy cały czas pod górę. Dochodzimy do nieszczęsnego rozwidlenia i robimy mały odpoczynek na lunch. Tato Marcela troszkę się zasapał. W tym czasie do rozwidlenia dochodzi jakaś para i też nie wie w która stronę iść. Mają jednak ze sobą kompas i ten prowadzi ich prosto. No to super, jest zatem szansa, że jednak dojdziemy do tej uroczej zatoczki. Pytam jeszcze teścia czy na pewno czuje się na siłach iść dalej, ten oczywiście twierdzi, że idziemy. No to idziemy, tym razem prosto. Ta droga też najlepiej nie wyglądała, przeciskaliśmy się pomiędzy kującymi krzewami. Czasami droga w ogóle się gubiła i nie było wiadomo gdzie iść. Dobrego przeczucia nie miałam, ale jakieś maszty z daleka widać, więc szansa jest. Docieramy do punktu widokowego i co? Jest zatoczka, ale znowu nie ta co trzeba.
No to ja już zgłupiałam. Wracamy…Dochodzimy znowu do owego nieszczęsnego rozwidlenia, gdzie spotykamy kłócącą się parę, która tak samo jak my nie może znaleść drogi. Tylko, że oni z całym plażowym ekwipunkiem, plecakiem, ręcznikami, lodówką i parasolem. Tzn chłopak był obładowany tym wszystkich, prawie jak jakiś osiołek, laska szła sobie z butelką wody w ręce. Poszli najpierw prosto, potem wrócili, poszli w lewo i też wrócili, chłopak cały spocony, ewidentnie w nie najlepszym humorze i wcale się nie dziwię, bo ja miałam tylko mały plecak z wodą, a wcale nie było mi tam do śmiechu. A ten z całym majdanem. Zdecydowaliśmy wracać do samochodu, bo nie chciałam przeforsować teścia, zresztą okazało się, że nie zabraliśmy całej wody z samochodu, więc nawet jeśli znaleźlibyśmy właściwą zatoczkę to nie zabawilibyśmy tam długo. Robimy sobie dłuższą przerwę w bardzo przyjemnym lesie. Jest tam też budka z kanapkami, ponoć całkiem dobrymi, my niestety nie kosztowaliśmy, bo mieliśmy swoje.
Po szybkiej partyjce (tak, uwielbiamy grać w karty:)) jedziemy jeszcze troszkę pozwiedzać wysepkę. Co prawda nie udało nam się zobaczyć największej perełki na wysepce, ale co tam i tak mieliśmy super dzień. Odwiedziliśmy kilka innych zatoczek, do której dojazd był bardziej przyjazny 🙂 Słońce niestety nie sprzyjało robieniu zdjęć i nie do końca udało nam się uchwycić uroku tego miejsca.
Jeszcze kilka fotek z okolic naszego apartamentu. Ciekawa, zabytkowa lokomotywa z 1925 roku, która była wykorzystywana do przewożenia towarów, które przypływały do dawnego portu, który kiedyś tutaj funkcjonował. Właściciel zastanawia się nad utworzeniem w tym miejscu muzeum.
Ponieważ to nasz ostatni dzień na La Maddalenie, testujemy wieczorem ostatnią restaurację. Tym razem wybór pada na
Restaurację Lio
położoną w bardzo wąziutkiej i klimatycznej uliczce. Wreszcie udało mi się zamówić risotto, które chodziło za mną od samego początku przyjazdu. I w dodatku, było to bardzo przyzwoite risotto, ( może nie takie dobre jak moje:)) ale zdecydowanie mogę to miejsce polecić. Pyszne owoce morza, ziemniaczki podpiekane z oliwą i czosnkiem. To było zdecydowanie dobre zakończenie dnia 🙂 Co do restauracji to należy pamiętać, że tutaj najwcześniej można zacząć jeść o 19:30 i to będziemy pierwszymi gośćmi w restauracji, bo większość zaczyna biesiadować grubo po 20:00. Należy też pamiętać, że do każdego rachunku doliczany jest napiwek w wysokości od 2-3 euro od os. My na początku nie wiedzieliśmy i zostawialiśmy jeszcze oprócz tego napiwek.
Informacje praktyczne:Przejazd z La Maddaleny na Caprerę odbywa się drogą lądową.Na Caprerze jest budka z kanapkami i napojami, więc nie musimy taszczyć ze sobą lunchu.Wybierając się Cala Cotticia zabierzcie wygodne buty, nie koniecznie trekkingowe, ale chociaz jakies trampki albo adidasy. Zabierzcie ze sobą najlepiej jakaś mapę, bo trasa jest beznadziejnie oznaczona. Kolacja w Lio – ok 20 euro od os.
Nasz pobyt na La Maddalenie dobiegł końca. Dzisiaj przemieszczamy się wzdłuż północno wschodniego wybrzeża Sardynii w kierunku San Teodoro, gdzie mamy kolejną bazę noclegową. Łapiemy prom do Palau skąd od razu udajemy się w stronę naszego pierwszego przystanku Porto Cervo. Pogoda na szczęście nam dopisuje, czasami nawet mamy wrażenie, że mogłoby być kilka stopni mniej, bo po kilkudziesięciu minutach spaceru, wszyscy sapią, wzdychają i uciekają do cienia. Swoja drogą, nie spodziewałam się, ze końcem września będzie tutaj tak upalnie. Może i pierwsze dwa dni nic na to nie wskazywały, ale cała reszta była bardzo gorąca i słoneczna. Chyba nawet cieplej było niż w lipcu w Prowansji. No ale, żeby nie zbaczać za bardzo z tematu, wracamy do Porto Cervo. To w sumie takie trochę Sardyńskie Saint Tropez. Miejscowość, którą upatrzyli sobie sławni i bogaci na swoje rezydencje pochowane w buszu drzew. Robimy sobie krótki spacerek w okolicach portu.
Kolejny przystanek to Porto Rotondo. Szczerze mówiąc to jakiegoś wielkiego wrażenia na nas nie zrobiło. Do tego o mało nie pozbyliśmy się tam naszego sprzętu. Marcel wymyślił sobie robienie zdjęć z wysokich głazów, wlazł na jeden i przy schodzeniu ujechała mu noga. Oczywiście aparat trzymał w ręce, bo przecież mnie cały czas strofuje, że mam na szyje zakładać, a sam tego nie robi. Widzę jak wywinął orła, leci w powietrzu i tylko się modlę, żeby mu się nic nie stało. Pal licho aparat. Do tej pory nie wiem jak się to stało, że on jednak na dwie łapy wylądował. Normalnie jak kot. Na szczęście, ani jemu, ani aparatowi nic się nie stało. Ufff…ale serce przestało mi bić na kilka sekund…
Po drodze zatrzymujemy się na lunch. Ciabatta z prosciutto i pecorino. Niebo w gębie 🙂 Oczywiście zaopatrzyliśmy się w te przysmaki na zapas. Kupiliśmy półtora kg pecorino i dwa duże kawałki prosciutto. Będziemy mieć czym częstować gości po powrocie, albo nie! Zjemy sami i nikomu się nie przyznamy, że takie pyszności przywieźliśmy :)Przemiła pani, wszystko nam popakowała hermetycznie. Nawet pokroiła nam jeszcze kawałek na drogę. Do tego jeszcze pikantna kiełbaska, oliwa z oliwek i zapasy mamy gotowe. Modliliśmy się tylko, żeby nam to pozwolili przewieźć, bo tylko z podręcznym lecieliśmy, ale jakoś się udało. Oliwę, kupiliśmy oczywiście już na lotnisku. Kosztowała swoje, ale takiej pysznej oliwy u nas nie ma, więc nie żałowaliśmy, można ją jeść samą ze świeżym chlebkiem i solą himalajska. Pychotka!
Docieramy, do naszego lokum w San Teodoro. Znowu mieliśmy problem ze znalezieniem naszej kwatery. Nawigacja niby poprowadziła nas we właściwe miejsce, ulica się zgadza, numer też tylko, dom jakiś dziwnie opuszczony. Włamaliśmy się na teren posesji, obeszliśmy chałupę dookoła, ale nikogo tam nie było. Zapukaliśmy zatem do sąsiadów, okazało się że nasze lokum znajduje się jakieś 50 metrów niżej. No to jedziemy. Na recepcji nie było nikogo, bo sjesta oczywiście. Rozłożyliśmy się zatem z naszymi manatkami na ganku i zrobiliśmy sobie partyjkę w karty. Pani przyszła nawet punktualnie, okazało się, ze jesteśmy jedynymi gośćmi w kompleksie, dzięki czemu dostaliśmy większy apartament. Taka mała zaleta podróżowania.
Kilka słów jeszcze o naszym lokum. Przyjemnie, spokojnie (no inaczej nie mogło być skoro byliśmy ostatnimi gośćmi w tym sezonie) bardzo czysto, w kuchni wszystkie potrzebne rzeczy do przygotowania śniadania. Jedyny minus to że za pościel trzeba płacić dodatkowo, ale informacja o tym jest zamieszczona przy robieniu rezerwacji, więc byliśmy na to przygotowani. Cała reszta kosztów w cenie. Dobra lokalizacja jeśli chodzi o bliskość do centrum i restauracji. Jedynie do sklepu jest całkiem spory kawałek, ale zawsze można podjechać samochodem, jakby ktoś był bardzo leniwy.
Kolację zjedliśmy w La Margherita. W sumie to pani na recepcji dała nam wizytówkę, do ponoć dobrej restauracji, ale trochę nie chciało nam się tam iść, bo była jakieś 2 km od naszego lokum. Tym bardziej, że przechodząc obok La Margherita wszystko wyglądało tak bardzo smakowicie. Nic bardziej mylnego. Jedzenie było beznadziejne, bez smaku. Zamówiliśmy risotto di mare, okazało się, że ryż się skończył. Pan polecił domowy makaron, który okazał się zwykłym sklepowym. Najgorsza restauracja do jakiej trafiliśmy podczas całego pobytu na Sardynii. Na talerzu wszystko wyglądało naprawdę bardzo imponująco, gorzej było jak już się włożyło do buzi. Stek żylasty. Zdecydowanie nie polecamy! Omijajcie tę restaurację szerokim łukiem i nie dajcie się nabrać na pięknie wyglądające potrawy!
Informacje praktyczne:Prom z Palau odpływa co pół godziny, bilet (4 os + samochód Opel Corsa) 60 euro w dwie strony, przeprawa trwa ok 15 minut.Palau – San Teodoro – 70 km ( zjeżdżając do Porto Cervo i Porto Rotondo dodajemy jakieś 37 km)Cena peccorino i prosciutto ok 13-15 euro za kg.Nocleg – Aprodo Verde – 78 euro ( apartament 4 osobowy na 2 noce) + 10 euro pościel od os + jak ktoś nie ma ręczników to + 5 euro za ręczniki od osobyRezerwując nocleg na booking z tego linka otrzymujecie 15 euro zniżki, a i nam wpadnie kilka grosików na kolejną podróż
San Teodoro to niewielka miejscowość położona ok 55 km, na południe od Costa Smeralda. Jak do tej pory pierwsza w której czuło się, jakby sezon jeszcze się nie skończył. Dość sporo turystów spacerujących po niewielkim centrum, a także na plażach. Znajdują się tutaj dwie z piękniejszych plaż na Sardynii,
Cala Brandinchi i La Cinta.
I to one były naszym punktem docelowym. No dobra, nie tylko one. Było jeszcze coś, czego usilnie od jakiegoś czasu już szukam i nie mogę znaleźć w odległości jaka by mnie satysfakcjonowała. Zanim udamy się więc na plażę, ruszamy w poszukiwaniu flamingów. Tak dokładnie, nie wiem co ja mam z tymi flamingami, ale już od dawna marzą mi się jakieś fajne fotki tego cudownego, różowego ptactwa. Nie wiem czy pamiętacie, ale po to między innymi pojechałam do Tanzanii, w Ngorongoro miało ich być całe mnóstwo, no i było, ale tak daleko, że na zdjęciach mam tylko różowe kropeczki. Wyczytałam gdzieś, że właśnie w San Teodoro, znajduje się jezioro Stagno di San Tedoro, gdzie mieszka sobie całkiem spore stadko. Nie muszę mówić, że już od samego rana wszystkich popędzałam, żeby się pospieszyli, bo przed nami wielki dzień. Słońce, plaża i flamingi…yeaaa! No, to jak już się wszyscy zebrali, umyli, wykąpali, śniadanko zjedli, kawy napili, to ruszamy na te bagna. Ja już aparat w pogotowiu trzymam, obiektyw najdłuższy jaki miałam i co? I pstro, flamingi były, ale jeszcze dalej niż te w Afryce na Safari, nie było szans ich uchwycić z bliska, no i znowu moje marzenie się nie spełniło…ehhh…jeśli ktoś wie gdzie jeszcze na świecie żyją flamingi w dużych stadach, tak żeby je z bliska można było focić i nie chodzi mi tutaj o zoo…to piszcie proszę!
Nie pocieszona faktem, że z flamingów znowu nici zabieram moją ekipę na plażę. Najpierw udajemy się na Cala Brandinchi. Samochodem dojeżdżamy w zasadzie na samą plażę. Przed plażą znajduje się bardzo fajny lasek, można odpocząć w cieniu, pobujać się w hamakach, zjeść coś, jest budka z jedzonkiem i piciem, stoliki, ławeczki. Bardzo przyjemnie do tego wspaniały zapach lasu piniowego. Rozkładamy się w zacisznych krzaczkach, zostawiamy teściów i idziemy rozejrzeć się po plaży. Udajemy się najpierw w prawo, żeby zrobić kilka ładnych ujęć zatoki. Ależ ona piękna 🙂 I do tego całkowicie pusta, aż dziwne. Piękna pogoda, wspaniała zatoka, czyściutka woda i ani jednego człeka. Ciekawe czy w sezonie też tak tutaj pusto.
Kiedy wracaliśmy, przypomniało mi się, ze na mapie widziałam, że obok tej zatoki, jest jeszcze jedna, bliźniacza zatoczka z widokiem na Isola Tavolara. A skoro już sobie tak spacerujemy z aparatem, to trzeba zobaczyć co tam kryje się za cypelkiem. Marcel ochoczo idzie ze mną. Na bosaka oczywiście, bo w końcu po piasku idziemy. Doszliśmy do cypelka, ale zatoczki nie widać, skręcamy w wąską ścieżkę pomiędzy kującymi krzaczorami. Dalej na bosaka rzecz jasna 🙂 Wyszliśmy już spory kawałek za cypelek, ale daj nic nie widać. No to idziemy dalej, przecież to musi być blisko. Idziemy jakieś 20 min, raz po krzakach, raz po kamieniach, raz wąską dróżką, a zatoczki jak nie było tak nie ma. Za każdym zakrętem wydaje się, że to już, a tu nic. No ale twardo idziemy, skoro już tyle uszliśmy, to przecież wracać się nie będziemy. Stopy tylko trochę bolą, bo cały czas po kamieniach i między krzakami lawirujemy. Mija nas para, która musiała mieć z nas niezły ubaw widząc nas na bosaka. Ale widoczki przynajmniej piękne mamy 🙂
Po jakiejś godzinie docieramy do zatoczki, która miała być za cypelkiem 🙂 No i była, tylko ten cypelek w rzeczywistości przybrał jakieś mega wielkie rozmiary. Na mapie wyglądało to dosłownie na 10 min spacerek po plaży, a nie głazach, kamieniach i chaszczorach. No ale nic, szczęśliwi, że w ogóle do celu dotarliśmy. Widoki na szczęście od razu zrekompensowały ból w stopach. Od razu stało się też jasne, dlaczego na naszej plaży nie było ani jednego ludka, bo wszyscy byli tutaj 🙂 Marcel od razu stwierdził, że się przeprowadzamy, nawet nie pozwolił mi porobić fotek, stwierdził, że wracamy po rodziców i tutaj będziemy leżakować. Pomysł i dobry, tylko jak sobie pomyślałam, że teraz będziemy znowu godzinę wracać, to jakoś już mniej mi się chciało. No, ale ok, wracamy, tym razem drogą lądową, od strony parkingu. Przynajmniej szliśmy po piasku. Po nie całych 5 minutach widzimy parking, Marcel od razu krzyczy, że to nasz. Ja mu mówię, że to nie możliwe, bo przecież szliśmy tutaj godzinę. Po kolejnych 2 min, dosłownie ocieramy się o nasz samochód i w tym momencie ręce opadają mi do kolan, jak to możliwe (?). No, mówiłam, ze ta zatoczka jest 10 min od naszego miejsca, tylko nie sądziłam, że wzdłuż plaży tak się ta droga wydłuży 🙂 No nic, zabieramy rodziców, którzy już się troszkę zaczęli o nas niepokoić i wracamy 🙂 A jest tak:
Woda może najcieplejsza nie była, ale nie mogłam sobie odmówić kilku fotek w tej bajecznej zatoczce. Tam gdzie mam rozdziawioną buzię widać jakie było pierwsze uczucie zanurzenia w niej 🙂 ale co tam zimno, woda była tak niesamowicie czysta i przejrzysta jak na Karaibach dosłownie, do tego piękna i dostojna Isola Tavolara w tle. Gdybym mieszkała na Sardynii, to prawdopodobnie spędzałabym tutaj każdy jeden wolny dzień, weekend, a nawet wieczór. Uwielbiam takie zatoczki, i ta jest zdecydowanie moją numer jeden na Sardynii!
Pod koniec dnia zaglądamy jeszcze na plaże La Cinta, która ciągnie się na długości 7 km. Co ciekawe mimo tego że taka długa, to i tak baaardzo zatłoczona. My co prawda nie zamierzaliśmy już leżakować, ale myślę, że żeby znaleźć jakieś spokojniejsze miejsce do plażowania, to trzeba się przejść ze 2-3 km od miejsca parkingowego. A jeszcze odnośnie parkingu, to przy La Cinta są dwa, my zaparkowaliśmy przy tym bardziej na południe, co ciekawe parkingi były dwa. Jeden po prawej, drugi po lewej. Po prawej płatny, po lewej gratis 🙂 Choć przypuszczam, że ten gratisowy, to zapełniony na maxa, nam się udało zaparkować, ale byliśmy już pod sam koniec dnia. A La cinta, mimo, że zatłoczona na maxa, to ma swój urok. Choć dużo bardziej wietrzna, to widoki wspaniałe.
Ponieważ następnego dnia miałam urodziny rodzice Marcela zabrali nas na urodzinową kolację. Tym razem udaliśmy się do restauracji poleconej przez panią na recepcji. Jej minusem była odległość od centrum. Od naszego miejsca noclegowego myślę, że ok 20 min piechotą. Myślę, że lepiej wybrać się tam po prostu samochodem. Restauracja Il Giardinaccio bardzo gustownie urządzona. Obsługa przemiła. A jedzonko pyszne! Zachwycaliśmy się każdym kęsem, tak więc polecamy. Naprawdę warto. Teraz pisząc posta i szukając jej na Tripie widzę, że znajduje się w czołówce najlepszych restauracji w San Teodoro. I całkiem słusznie. Zdecydowanie warto się tam wybrać. I jeszcze kilka ostatnich fotek z naszego miejsca noclegowego Residence Approdo Verde ktore bardzo polecamy.
Informacje praktyczne:Kolacja w Il Giardinaccio – 110 euro za 4 os z winem i przystawkami
Siódmy i ostatni dzień na Sardynce, to już w zasadzie sam przejazd z San Teodoro do Alghero. Ponieważ mamy dość spory kawałek do przejechania, bo ponad 150 km zbieramy się zaraz po śniadanku. Jakichś większych przygód w tym dniu nie mieliśmy, no może poza jedną małą ale o niej za chwilkę, dlatego w poście zawarłam trochę ciekawostek o tej uroczej wysepce. Mam nadzieję, że relacją jak i zdjęciami zachęciłam was do odwiedzenia tej wysepki, która jak na mój gust jest troszkę niedoceniana. Mało się o niej pisze, mało mówi, wszyscy jeżdżą na plażę na Kanary, kiedy dla mnie Sardynka jest o niebo piękniejsza, a już na pewno jeśli chodzi o plaże i malutkie wręcz prywatne zatoczki.
Jadąc z San Teodoro na lotnisko w Alghero mijamy olbrzymie gaje oliwne, oraz lasy piniowe. Niestety żadnych zdjęć po drodze nie zrobiliśmy, bo plecak z aparatem został przytłoczony walizkami i nie chciało nam się go wyjmować na kilka zdjęć. Sardyńskie drogi, przynajmniej te na północy może nie są najgorsze, ale w pewnym momencie natrafiliśmy na bardzo długi odcinek, który był w remoncie. Nie wiem ile on miał kilometrów, ale miałam wrażenie, że prawie godzinę wlekliśmy się za jedną ciężarówką, bo nie szło za nic w świecie jej wyprzedzić. Albo były jakieś zwężenia, albo zakręty, albo zakaz wyprzedzania, aż w końcu pojawił się kawałek prostej drogi. No to co, wyprzedzamy wreszcie tę ciężarówkę, niby linia ciągła ale co tam, ileż można się za nią wlec. I co? Ledwo zjechaliśmy na prawy pas, a tu wyskakuje nam na drogę pan karabinier i zatrzymuje nas. No to pozamiatane, myślę sobie. Mandat pewny, tylko, żeby nas za długo nie trzymali, bo jak nic spóźnimy się na samolot.
Marcel wyszedł z dokumentami, ładnie się z panami przywitał i słyszę jak się tłumaczy. W samochodzie po cichu obstawiamy wysokość mandatu i tego jak wypożyczalnia będzie go od nas egzekwować. Czy na umowie najmu policja coś zaznacza, no bo jak inaczej będą wiedzieć, że mandat dostaliśmy, zakładając, że ich o tym nie poinformujemy. Tak sobie gdybamy, a Marcel dalej nawija karabinierom makaron na uszy. W końcu po dobrych 20 min wsiada do auta. Pytam ile? A on do mnie, nic. Jak to nic, nie dostaliśmy mandatu? Nie. Jak ty to zrobiłeś? Nie wiem, jedźmy już stąd zanim się rozmyślą. Nie wiem do tej pory jak on się z tego mandatu wymiksował, dla mnie to był pewniak. Widocznie sardyńska policja lubi makaron nawijany na uszy 🙂 Tymczasem dojeżdżamy do Alghero. Dużo czasu nie mamy, ale pstrykamy kilka fotek.
A co z ciekawostek?
Jak dla mnie na Sardynii są najpiękniejsze plaże jakie do tej pory widziałam w Europie, tyle, że jeszcze sporo przed nami więc moja ocena, może nie być do końca obiektywna.
Ciekawostką jest fakt, że w oczach mieszkańców Sardynia nie jest tak naprawdę wyspą, a osobnym kontynentem. Wyraża się to chociażby w ich przywiązaniu do kuchni bazującej raczej na mięsie, niż owocach morza.
Trudno też znaleźć tutaj wielu rybaków – miejscowa ludność tradycyjnie zajmowała się raczej pasterstwem.
Sardynia słynie z długowieczności swoich mieszkańców. Średnio na 100 000 zamieszkałych przypadają 22 osoby, które przekraczają 100 lat życia.
Wyspa kusi nie tylko pięknymi widokami, ale także aromatami…zapach mirtu – rośliny uważanej w starożytności za krzew poświęcony bogini Wenus, będzie Was tu niemal prześladować
Warto też wspomnieć o tradycji winiarskiej – tutejsze wina są mocne, z dość wysoką zawartością alkoholu. Najbardziej popularne to Cannonau, Malvasia i Vermentino.
Mieszkańcy Sardynii lubią podkreślać swoją odrębność, dlatego też na każdym kroku będziecie napotykać ich flagi (czerwony krzyż na białym tle oraz cztery głowy Maurów).
Z racji pięknych walorów krajobrazowych na wyspie jest wiele obszarów chronionych. Na jeden z nich: Parco Naturale Regionale Molentargius Saline
A jeśli chcecie poczuć się jak Bond (lub jego dziewczyna) koniecznie odwiedźcie Costa Smeralda. To właśnie tam kręcono kolejną część kinowego hitu o agencie 007 („Szpieg, który mnie kochał”).
Miłośnicy archeologii mogą zdecydować się na odwiedzenie jednego ze stanowisk archeologicznych. Na północy Sardynii są to przede wszystkim nuraghi – kamienne wieże. Najstarsze z nich pochodzą z drugiego tysiąclecia przed Chrystusem.
Miejsce bardzo często pomijane przez turystów, bo każdy pędzi już do Hobbitona czy innych atrakcji na północnej wyspie. Z jednej strony myślę sobie, szkoda, bo nie wiedzą co tracą, a z drugiej ciesze się, bo może właśnie dlatego jest tam tak fajnie, bez turystów 🙂 Jest za to spokój, cisza, 400km pięknych piaszczystych plaż, spowite we mgle lasy, niezliczone ilości pagórków i taka ogólnie pozytywna energia. Może właśnie dlatego to miejsce jest najpopularniejszym miejscem wypoczynkowym dla Kiwusów. Chętnie przyjeżdżają tutaj w wakacje by odpocząć od oddalonego o około 2 godziny drogi Auckland. Przed wyjazdem, bardzo niespodziewanie poznałam pewną sympatyczną osóbkę, Polkę, która mieszka w tym cudownym miejscu od kilku lat. Dostałam od niej całą masę wskazówek i miejsc do zobaczenia. I choć to właśnie tutaj napotkała nas największa ulewa, która trwała 3 dni, to i tak zakochaliśmy się w tym miejscu i chętnie byśmy jeszcze kiedyś wrócili.
1. Thames – Coromandel
Już sama droga na Coromandel dostarcza nam mnóstwo wspaniałych wrażeń i widoków. Od miejscowości Thames, aż na sam Coromandel jedziemy niemal cały czas wzdłuż wybrzeża. Trochę ponad 50km, które można pokonać zapewne w niecałą godzinę, ale po co się spieszyć. Przecież, przyjechaliśmy do Nowej Zelandii, żeby cieszyć się widokami. A to jest właśnie jedno z tych miejsc. Koniecznie zatrzymajcie się na punkcie widokowym Kirita Hill. To miejsce z pierwszego zdjęcia.
2. New Chums Beach
To jedno z tych miejsc, do których się idzie, idzie i idzie i na samym końcu zastaje plażę pełną angielskich turystów 🙂 Żarcik 🙂 Żadnemu angielskiemu turyście nie chciałoby się tyle iść, żeby dojść do plaży 🙂 Nam się chciało, choć nie do końca wiedzieliśmy gdzie idziemy i czego mamy się spodziewać. Nadal mieliśmy pogodę pod psem, więc i widoki mocno ograniczone, no ale przecież nie będziemy siedzieć w kamperze 🙂 Poza nami była tylko jedna para podróżników z Włoch. I cała plaża dla nas. Szkoda, że nie było słonka, bo można by spokojnie posiedzieć na niej kilka godzin.
3. Hot Water Beach
Zwykle kiedy widzimy grupkę ludzi z łopatkami, siedzącymi na piasku i wykopującymi w nim dziury są to bardzo mali ludzie 🙂 Wiecie takie dzieciaki, które budują na plaży zamki z piasku. W tym miejscu jednak, można zobaczyć całe setki ludzi, którzy dziećmi już dawno nie są, ale przy wykopywaniu dziur i przesypywaniu piasku z jednej strony na drugą, mają ubaw po pachy i bawią się przy tym nie gorzej niż grupka dzieci 🙂 Jest takie jedno miejsce w Nowej Zelandii, które się nazywa Hot Water Beach i możecie mi wierzyć albo nie, ale wystarczy znać sekretne miejsce, wydrążyć małą dziurkę i wypływa z niej gorąca woda. Łatwo można sobie wyobrazić, że kiedy zrobimy dużą dziurę, to siedzimy w gorącym jacuzzi 🙂 Ważną rzeczą jest, żeby przybyć tam w porze odpływu, który możecie sprawdzić
. Lepij być wcześniej, żeby sobie znaleźć dobrą miejscówkę, bo chętnych jest baaardzo dużo i każdy sobie coś tam kopie, ale źródło jest tylko w jednym miejscu i tylko stamtąd wypływa gorąca woda. Oczywiście lepiej nie wstrzelić się w sam środek, bo wtedy zamiast ciepłego jacuzi będziemy mieć garnek z wrzątkiem 🙂 Muszę przyznać, że na początku jak zobaczyłam te tłumy to chciałam uciekać, ale to naprawdę ciekawa sprawa i warto takiego zjawiska choć raz w życiu doświadczyć. To podziemne, gorące źródło liczy sobie kilka milionów lat. Łopaty do kopania dołków wypożyczycie w restauracji obok za 5$.
4. Cathedral Caves
Chyba jedna z największych atrakcji na Półwyspie Coromandel. Jaskinie można zobaczyć zarówno ze strony lądu jak i od strony wody. My zdecydowaliśmy się na 45 minutowy spacer, ale można też podpłynąć tam łódką z niewielkiego miasteczka o nazwie
Whitianga
. Ciekawe formacje skalne, do ktorych przyjeżdżają całkiem spore ilości turystów. Droga do nich jest bardzo łatwa. Najlepiej iść w sportowych sandałach, tak żeby ewentualnie można było je zamoczyć w razie potrzeby. Sprawdzcie też o której jest odpływ, bo to najlepszy moment na odwiedzenie jaskiń . Po drodze fajne widoczki. Mam nadzieję, że trafi się wam lepsza pogoda niż nam 🙂
Wyjeżdżając do Nowej Zelandii trzeba mieć jedną bardzo ważną rzecz na uwadze, nie wolno, a wręcz zabrania się jeżdżenia nocą. Dlaczego? Bo traci się mega piękne widoki 🙂 Nie ważne ile kilometrów będziecie mieć do pokonania, żadna droga się nie dłuży. Tzn dłuży się ale w innym tego słowa znaczeniu, czasami 50 kilometrów jedzie się pół dnia tylko dlatego, że co chwilę trzeba się zatrzymywać żeby zrobić zdjęcie. I nie ważne czy będziecie patrzeć przed siebie, za siebie czy na boki, będzie majestatycznie, obiecuję 🙂 W cztery tygodnie zrobiliśmy 5,5 tysiąca kilometrów, więc całkiem sporo, ale chętnych do kierowania nie brakowało, czasami nawet były sprzeczki, kto dziś zasiada za kółkiem 🙂 Główne drogi bardzo dobre, jednak często warto z nich zjechać, nadrobić kilkanaście, albo nawet kilkadziesiąt kilometrów, żeby zobaczyć piękne krajobrazy, pasące się na zboczach owieczki, zachodzące słonce ponad wzgórzami. Najpiękniejsze drogi wiją się między górami jak spagetti, to z nich mamy najcudowniejsze widoki. Oto moja lista naj:
1. Twizzel – Mount Cook
Zdecydowanie mój numer jeden. Tą drogą mogłabym jeździć codziennie do pracy, myślę, że nawet przy codziennym jej pokonywaniu nie jest w stanie się znudzić. Tym bardziej, że o każdej porze dnia wygląda inaczej. Ten krótki pięć dziesięciokilometrowy odcinek jechaliśmy chyba pół dnia, zatrzymując się co chwila na fotki.
2. Lindis Pass
Kilkadziesiąt kilometrów przepięknej drogi wijącej się pośród pagórków porośniętych kępami traw. Trasa biegnie od Lake Pukaki do Lake Wanaka. Najpiękniejsze we wschodzącym lub zachodzącym słońcu, ale w ciągu dnia też mega pięknie 🙂 Ciekawa jestem jak wygląda to miejsce zimą, chyba nie pozostaje nic innego jak przekonać się kiedyś na własne oczy 🙂
3. Te Anau – Milford Sound
Samo Milford Sound nie zrobiło nam mnie takiego wrażenia jak droga prowadząca do tego miejsca. Co prawda jest to najbardziej turystyczna trasa w całej Nowej Zelandii. Tyle autobusów z Japończykami nie minęliśmy przez cały miesiąc co na tym odcinku. Sporo fajnych punktów widokowych oraz trekkingów. Warto przeznaczyć na te trasę dwa dni.
4. Thames – Coromandel
Zdecydowanie najpiękniejsza trasa na północnej wyspie. Odcinek często pomijany, bo wszyscy się już spieszą do Matamata i wielka szkoda, bo widoki są mega. Nam się akurat trafił deszcz, więc tylko mogę sobie wyobrazić, że w piekny słoneczny dzień jest jeszcze cudniej. Zdecydowanie warto poświęcić dwa dni na dotarcie do Coromandel.
5. Marlborough Sounds – Queen Charlotte Scenic Road
Najbardziej kręta droga jaką było nam jechać w nowej Zelandii. W sumie odcinek nie jest długi, ale jedzie się i jedzie. Wygląda trochę jak spagetti na talerzu 🙂 Widoki na każdym zakręcie mega. Raz z góry raz z dołu. Przepiękne zatoczki z łódkami. Zdecydowanie warto nadrobić kilka kilometrów, żeby pokonać tę trasę.
6. Crown Range Road
Jadąc tą drogą ma się normalnie ciarki na plecach! To chyba najbardziej stroma i kreta droga jaką jechaliśmy. Jest również uważna za bardzo niebezpiczną, szczególnie zimą. Łączy ona Quinstown z Wanaka. Widok na samej górze, na miasteczko niesamowity. Koniecznie trzeba tę drogę przejechać będąc w NZ. Po drodze dużo owieczek i płot z setkami biustonoszy 🙂
7. Christchurch – Mount Hutt
Z Christchurch do Tekapo większość pomyka główną drogą nr 1, która jest raczej nudna i nic ciekawego po drodze nie zobaczymy (wracaliśmy nią), my wybraliśmy drogę boczną w kierunku Mount Hutt, przekraczając turkusową Rakaia River. Koniecznie zatankujcie przed wyjazdem, bo my jechaliśmy 80km na oparach 🙂
8. Motueka – Tataka Hill
Będąc w Abel Tasman Park koniecznie trzeba się udać w stronę Golden Bay. Malownicza droga z wieloma pięknymi punktami widokowymi. Nie zawsze udawało się uchwycić magię tych miejsc aparatem, ale na żywo naprawdę super. Takaka Hill zapiera dech w piersiach, jeśli będziecie mieć taką możliwość poczekajcie, na golden hour.
9. Christchurch – Akaroa
Dojeżdżając do Christchurch postanowiliśmy przenocować w Akaroa. Co prawda odległość, która na mapie wyglądała jakby to był rzut beretem okazała się ponad godzinną drogą. Ale to nic, bo po drodze mieliśmy przepiękne widoki usłane zielonymi pagórkami. I jeśli będziecie w okolicach Christchurch, a na pewno będziecie 🙂 to Akaroa jest punktem obowiązkowym. Przesympatyczne miasteczko, które żyje swoim własnym rytmem.
10. Bruce Road – Village Whakapapa – Tongario Park
To w sumie najkrótszy odcinek drogi, więc jeśli tylko będziecie w okolicach Tongariro warto się wybrać do Village Whakapapa. Po drodze miniecie bardzo malowniczy dworek. Jedźcie na samą górę, aż droga się skończy, wtedy zobaczycie najpiękniejsze widoki. Nam się akurat trafiło całe mnóstwo chmur, ale one jedynie dodawały temu miejscu uroku. Oczywiście moja lista zawiera jedynie drogi, które osobiście przemierzyliśmy.
Zdaję sobie sprawę z tego, że na pewno jest jeszcze całe mnóstwo malowniczych tras do których z braku czasu nie dotarliśmy. Jeśli byliście w Nowej Zelandii i macie swoje ulubione odcinki, piszcie ja chętnie poczytam, a ci co dopiero się wybierają na pewno uwzględnią to planując swoją podróż. Udostępniając tego posta doceniasz moją pracę, za co z góry dziękuję 🙂
Wreszcie udało mi się przebrnąć przez kilka tysięcy zdjęć z Nowej Zelandii i wyselekcjonować te najfajniejsze. Tyle mam wam do napisania, że kompletnie nie wiem od czego zacząć 🙂 Pomyślałam, że na pierwszy rzut zostawię was z moimi ulubionymi kadrami. Codziennie przez cztery tygodnie wstawałam o szóstej rano, żeby uchwycić to co dzieje się na nowozelandzkim niebie. Nie wiem jak to możliwe, ale takich cudów jeszcze nigdzie na świecie nie widziałam, dlatego uznałam że wschody i zachody słońca zasługują na oddzielny wpis. Nie wiem co jest tak niesamowitego w nowozelandzkim klimacie, ale chmury graja tam codziennie niesamowite spektakle. W przeciągu kilku minut możemy zobaczyć wszystkie kolory tęczy. Od blado żółtego, przez ognistą czerwień aż po głęboką purpurę. I co ciekawe ten spektakl rozgrywa się na całym niebie, nie tylko tam gdzie słońce wschodzi czy zachodzi, ale często też całkiem po drugiej stronie. W ciągu kilku minut niebo potrafi zmienić kolory kilka razy, więc dwóch takich samych zdjęć, szczególnie tych z dłuższym czasem naświetlania nie da się zrobić. Przy okazji dzięki nowym filtrom odkryłam moją nową pasję – zamrażanie wody na zdjęciach 🙂 Aż chciałoby się znowu usiąść w każdym z tych miejsc i posiedzieć choćby na chwilkę 🙂
30 WSCHODÓW I ZACHODÓW SŁOŃCA Z 30 DNIOWGO POBYTU W NOWEJ ZELANDII!
Dzwoni budzik, otwieram oczy i pierwsze co to odsłaniam zasłonkę w kamperze i patrzę jaka pogoda. Nie pada! Co prawda błękitnego nieba jak na lekarstwo, ale ważne, że sucho. Pobiegłam jeszcze do recepcji, żeby się upewnić czy na pewno szlak dziś otwarty. Pani z uśmiechem na twarzy powiedziała, że mamy zabrać ze sobą krem z wysokim filtrem. Yes! No to idziemy na wyprawę życia 🙂 Pakujemy do plecaków wszystko co potrzeba. Dużo wody, lunch, batony, orzechy, owoce, pelerynę, no i oczywiście krem z filtrem, chociaż póki co nic nie wskazuje na to, żeby się przydał. Samochód za zgodą zostawiliśmy na parkingu przy kempingu, nawet po powrocie mogliśmy skorzystać jeszcze z prysznica, bo później jedziemy od razu dalej, do Wellington. Wsiadamy do autobusu, który zawiezie nas na początek szlaku i później nas zabierze z powrotem. Warto wiedzieć, że szlak jest tylko w jedną stronę więc jeśli się wybieracie samochodem, to i tak musicie wziąć z powrotem autobus, a różnica w cenie to zaledwie 5$ więc bez sensu jechać samochodem, szukać miejsca parkingowego, które jest dość ograniczone i jeszcze się stresować czy podczas naszej nieobecności, ktoś nie postanowi poszukać w kamperze jakichś cennych rzeczy. To jedyne miejsce w NZ gdzie ostrzegają przed włamywaczami. Wchodzimy zatem na szlak. Jest 7:00 rano. Pierwsze kilometry idzie się całkiem spoko, bo po płaskim, wokoło pełno wrzosów. Jest zimno i mgliście, ale jakieś pierwsze promyki słonka przedzierają się przez chmury. Nadzieja jest 🙂
Codziennie ten szlak przechodzi kilka tysięcy ludzi. Na szczęście przestrzeń jest ogromna i w ogóle się tego nie czuje . Droga jedna, wszyscy idą ładnie gęsiego jeden za drugim. My też. Ten kto był na bieżąco z naszą wyprawą na Instagramie, ten zapewne pamięta, że w pierwszym tygodniu Marcel był chory. Złapał jeszcze w Holandii jakieś paskudne grypsko, 28h lot samolotem mu w tym nie pomógł, potem jetlag. To wszystko spowodowało, że czuł się tak fatalnie, że wylądowaliśmy w szpitalu. Dzień w którym musieliśmy przejść prawie 20km, był praktycznie pierwszym dniem, kiedy czuł się trochę lepiej, ale organizm był dalej osłabiony. Dlatego tempo mieliśmy wolniejsze, żeby dobrze rozłożyć siły i żeby udało nam się dojść do celu. Kolejne kilometry już bardziej pod górkę. Zaczyna się zadyszka. Trzeba robić krótkie przerwy. Choćby na łyka wody.
Nachylenie terenu zwiększa się coraz bardziej i zaczyna się nieskończona ilość schodów. Wloką się strasznie, ma się wrażenie, że zaraz dojdzie się nimi do nieba. Nie muszę chyba mówić, że zmęczenie daje się we znaki. Wejście na 3 piętro powoduje zadyszkę, a my weszliśmy chyba setne piętro, albo i wyżej. W internecie wyczytałam gdzieś, że to łatwa trasa. Nie wiem kto to wymyślił. Dla mnie łatwa trasa, to taką, którą każdy bez większego przygotowania może przejść. Nawet staruszek 60 letni. Co do tego mam obawy i na pewno ten szlak łatwym bym nie nazwała. Idziemy już ze trzy godziny. Im wyżej tym zimniej. Coraz gorsza widoczność. Coraz bardziej wieje. Zaczyna być naprawdę nieprzyjemnie. Robimy coraz częstsze przerwy. Marcel jest zmasakrowany. Martwi mnie czy on w ogóle przejdzie ten szlak. Do celu jeszcze daleko.
Kolejne kilometry za nami. Zaczyna się prawdziwa szkoła życia. Nigdy po górach nie chodziłam, więc kondycja pozostawia pewno wiele do życzenia. Zmęczenie, przeszywający wiatr i widoczność na 10 metrów nie pomagają. Pokonuję kolejne metry, nogi już odmawiają posłuszeństwa, twarz sina od zimna, kurtka przeciwwietrzna, polar i koszulka termiczna z długim rękawem nie pomagają, trzęsę się z zimna. W myślach przeklinam panią z informacji, zamiast kremu z filtrem mogłam lepiej zabrać szalik, czapkę i rękawiczki, na pewno bardziej by się przydały. Łzy napływają mi do oczu, bo widzę, że powoli dochodzimy do szczytu, a tutaj pogoda fatalna, nic nie widać, wszędzie mleko. Widzę, że niektórzy wracają spowrotem. Wychodzimy na samą górę i w miejscu gdzie mieliśmy zjeść lunch z najpiękniejszym widokiem na świecie jest tak:
Luncz zjedliśmy w milczeniu. Nikomu nie chciało się gadać. Każdy zmęczony na maxa i jeszcze wszystko na nic. Żadnego widoku. Chmury gęste, aczkolwiek pędzą jak szalone. Wstajemy i zaczynamy schodzić w dół. Jeszcze ostatnie spojrzenie na jeziorko i nagle zaczyna coś być w dole widać. Krzyczę do chłopaków, żeby zaczekali, że zaczyna się przejaśniać. Schodzimy jeszcze kawałek w dół i nagle dosłownie z sekundy na sekundę zaczyna być widać coraz więcej błękitnego nieba. Niewiarygodne ale w kilka minut zrobiła się cudowna pogoda! Wyszło słonko, a po chmurach nie było ani śladu. Przypuszczam, że gdyśmy szli szybciej, to byśmy zeszli w dół i to wszystko co zaraz zobaczycie pozostałoby nam jedynie do zobaczenia w internecie. Wbiegam szybko z powrotem na górę, żeby zrobić dla was fotki, no i widoki są takie!!! 🙂
Łzy rozpaczy zamieniły się szybko w łzy szczęścia. To był nieprawdopodobny widok. Dosłownie tańczyłam na górze. Nie mogłam przestać robić zdjęć. To było coś niesamowitego. Podwójne szczęście. Że dotarliśmy tutaj i że w ostatniej dosłownie chwili te wielkie i ciężkie chmurzyska rozeszły się. Opłacało się! O bólu w nogach, zamarznietym nosie i zmęczeniu szybko zapomniałam. Taka podróż na szczyt to tak jak nasze życie. Żeby dotrzeć tam gdzie zmierzamy, potrzeba czasami wiele wysiłku. Nie rzadko napotkamy wiat, który będzie wiał nam prosto w twarz, będziemy musieli omijać przeszkody, które staną nam na drodze. I nawet jeśli będziemy już u celu, może zdarzyć się tak, że to jednak nie to czego oczekiwaliśmy. Ale czasami wystarczy odrobina cierpliwości, i cały świat staje przed nami otworem. Wiele osób rezygnuje gdzieś po drodze. Szkoda. Trzeba zawsze walczyć do końca, z zaciśniętymi zębami, bo na wytrwałych zawsze czeka nagroda.
To tutaj w Mordorze kręcono wiele scen z Władcy Pierścieni. Zdecydowanie najpiękniejsze miejsce na północnej wyspie Nowej Zelandii. I myślę, że nawet dość ostro walczy z Mount Cook. Do dziś nie umiem się zdecydować, które z tych dwóch miejsc skradło moje serce bardziej. Ale co tam, nie będziemy się licytować. Widoki trzeba podziwiać 🙂 Cieszę się, że udało nam się tutaj dotrzeć w pełnym składzie, bo nie ukrywam, że przez pół szlaku miałam wizję krążącego nad nami helikoptera, który zgarnia Marcela ze szlaku. To był dla niego mega wysiłek. Biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze dwa dni wcześniej leżał cały dzień na tylniej kanapie kampera, to spisał się na medal.
Nacieszyliśmy oczy, to teraz czas schodzić w dół. Nie ociągamy się, bo chcemy zdążyć na pierwszy autobus. Jeden odjeżdża o 15:30 a drugi o 17:00. Ponieważ przez czekanie na dobrą pogodę straciliśmy jeden dzień, musimy jeszcze dziś dotrzeć w Wellington. Następnego dnia o 8:30 mamy prom na południową wyspę. Zbieramy zatem cztery litery i schodzimy. Jeśli kiedyś myślałam, że wchodzenie na górę jest męczące, to byłam w dużym błędzie. Schodzenie to był prawdziwy koszmar. Jeszcze z samej góry to jakoś szło, bo było płasko. Później zaczęły się schody i moje kolana dostały tak w kość, że myślałam, że będę wyć z bólu. Byłam prawie pewna, że skończyły mi się w kolanach wszystkie płyny i że już nigdy nie wrócą do poprzedniego stanu 🙂 Na szczęście mieliśmy ze sobą jakieś maści rozgrzewające, dzięki którym mogłam w ogóle dojść pod prysznic. W internecie czytałam gdzieś jak kilka osób radziło, żeby zaoszczędzić na autobusie, to że można wrócić się z góry z powrotem. Nie róbcie tego! Droga w dół też jest piękna, a trasa do pokonania taka sama. Zresztą zobaczcie sami.
Takiego zmęczenia jak w tym dniu jeszcze nigdy w życiu nie odczuwałam. Ale udało nam się dotrzeć i zdążyliśmy nawet na pierwszy autobus, który zawiózł nas na kemping. Taka moja rada jak się wybieracie tutaj, to trochę poćwiczcie w domu, przygotujcie kolana, żeby potem nie przechodzić katuszy, tak jak ja 🙂 No i krem z filtrem też się przydał 🙂 Szybki prysznic, obiad w zajeździe przy drodze i ruszamy do Wellington. Przed nami 300 km do pokonania. Przewidywałam zrobić tę trasę w ciągu całego dnia na spokojnie, no ale wyszło jak wyszło. Mieliśmy za to po drodze piękne widoki przy zachodzącym słońcu.
Informacje praktyczne:-Tongariro Alpine Crossing to 19,5km trekking. Średnio jego przejście zajmuje 7-8h. Wymagane porządne buty trekkingowe, najlepiej nad kostkę, ale sporo osób było w adidasach, więc jak widać też można.-ponieważ trasa jest jednokierunkowa macie dwie opcje, albo zamawiacie z kempingu shuttle bus za 35NZ$ w dwie strony, albo jedziecie samochodem/kamperen na parking Mangatepopo i później po zejściu bierzecie autobus w jedną stronę za 30NZ$-na trasie są toalety, w trzech miejscach. Oczywiście kolejki mega długie, no ale jak trzeba, to trzeba. -ubierzcie się na cebulkę, i przede wszystkim ciepło, bo na górze wieje i zimno. Porządny polar i kurtka przeciwwietrzna wskazane. Plus krem z filtrem oczywiście. Duuuzo wody i jedzonko, bo na szlaku sklepów brak 🙂
Nowa Zelandia – Jak co dzień obudził mnie budzik o 6:30. Podnoszę głowę, żeby zerknąć za zasłonkę czy jest po co wstawać. Widzę jakiś róż na niebie, więc przeskakuję przez Marcela, zabieram w biegu statyw i pędzę robić zdjęcia. Praktycznie przez cały miesiąc pobytu tutaj mieliśmy fenomenalne wschody słońca. Tylko przez kilka dni kiedy padało, nie było żadnego spektaklu na niebie, ale tak poza tym codziennie wschody słońca jak malowane 🙂 Więcej zdjęć z cudownych wschodów i zachodów słońca w NZ znajdziecie TUTAJ: A nasz poranek w Wellington wyglądał tak:
Po szybkim śniadaniu podjeżdżamy na miejsce z którego odpływają promy na południową wyspę. Wzięliśmy najwcześniejszy prom, żeby mieć jak najwięcej czasu na przemieszczenie się do Abel Tasman Park. Pierwszy prom odpływa o 8:30. Trzeba być min pół godziny przed wypłynięciem. I dobrze zarezerwować sobie wcześniej bilety przez internet. Nasze załatwiła wypożyczalnia campera. Jeśli nie jesteście do końca pewni jak będzie przebiegać wasza podróż wykupcie sobie wersję flexible, w razie poślizgu można nawet dzień wcześniej zmienić datę przeprawy. Podróż trwa ok 3h. Na pokładzie jest internet – niestety bardzo słaby. Można się domyślić, skoro kilkaset osób w tym samym czasie z niego korzysta 🙂 Po drodze podziwiamy wdzierające się w morze tasmańskie fiordy.
Od naszej wyprawy na Tongariro świeci nam słonko! Hura! I to nawet całkiem mocno. I z dobrych wieści, tak już zostanie do końca naszego pobytu! Czyli przez kolejne trzy tygodnie no more rain 🙂 Po dotarciu do portu w Picton, jedziemy najpierw do najbliższego marketu zrobić zakupy na najbliższe kilka dni, potem kierujemy się od razu w stronę Motueka, gdzie zatrzymamy się na nocleg. Wybieramy dłuższą i bardziej krętą drogę, ale za to zdecydowanie bardziej malowniczą. To droga Queen Charlotte. Gdybyśmy mieli więcej czasu to na pewno zrobiliśmy sobie tutaj jakiś trekking, bo widoki mega, no ale niestety trzeba było z pewnych rzeczy zrezygnować. Ale jeśli tylko macie trochę więcej czasu niż my, to jest zdecydowanie jedno z tych miejsc, gdzie można zatrzymać się na dłużej. Widoki po drodze zapierają dech w piersiach, zdecydowanie było warto wybrać tę trasę. Jedzie się długo, bo droga przypomina nawinięte na widelec spagetti, ale warto 🙂 Podjechaliśmy nawet kawałek w stronę Mahau Sound, żeby poogladać fiordy z góry. Polecam. Chociaż kilkanaście kilometrów, naprawdę warto 🙂 Widoki są takie:
Gdzieś po drodze do Mahau Sound zatrzymujemy się na chwilę, żeby zjeść lunch. Chyba nie ma nic piękniejszego jak możliwość zatrzymania się gdzieś na brzegu, rozłożenia leżaków i posiedzenia w pełnym słońcu! Tego było nam wszystkim trzeba. Ciepłego słonka, bo jak do tej pory pogoda nas nie rozpieszczała. Na szczęście najgorsza pogoda już za nami. Teraz już będzie tylko lepiej 🙂 Przegryzając chrupiącą bagietkę z pysznym łososiem przyglądam się jak po plaży jeżdżą traktory. Tak, traktory. Tutaj to bardzo popularny widok. Przyjechał sobie pan traktorem, wpuścił łódkę do wody, popłyną gdzieś, przypuszczam, że miał gdzieś zarzuconą sieć i wrócił z wiadrem pełnym ryb, które pewno za chwilkę żona przygotuje na kolację. Z jednej strony brzmi to idealnie, a z drugiej daje obraz tego, że życie w Nowej Zelandii wcale łatwe nie jest.
Jadąc w stronę Abel Tasman Park – Nowa Zelandia, mijamy co chwilkę jakieś punkty widokowe. Niektóre z nich są zaraz przy drodze. Wystarczy wyjść z auta i już przed nami rozpościera się przepiękny widok albo na jakąś zatokę, albo tajemnicze fiordy wyrastające z morza niczym grzbiety krokodyla. Czasami jednak aby dotrzeć do punktu widokowego trzeba się przejść kilka minut, ale te punkty są zawsze dobrze oznaczone. Najczęściej nazwą look out i długością spaceru jaki nas czeka żeby tam dotrzeć. Polecam zatem na ten odcinek zarezerwować sobie więcej czasu, bo pięknych widoków po drodze nie brakuje.
Po długiej podróży docieramy wreszcie do naszego punktu noclegowego w Motueka. Wybraliśmy bezpłatny kamping na samej plaży. Idealne miejsce do zatrzymania się jeśli będziecie w pobliżu. Wszystkie kampingi na których nocowaliśmy znajdziecie w planie podróży tutaj: KLIK. Na tym kampingu poznaliśmy przesympatyczną rodzinkę Nowozelandczyków, którzy podróżują po Nowej Zelandii już od prawie roku. Mieszkają w autobusie, takim naszym starym ogórku, pamiętacie je jeszcze? Przerobili go sobie na dom na czterech kółkach. Mają ze sobą wszystko co im potrzebne do życia. Łącznie z rowerami, motorem i łódką. Małżeństwo z dwójką dzieci w wieku szkolnym plus wierny towarzysz pies. Od razu nasuwa się pytanie, a co z dziećmi? Nie muszą chodzić do szkoły? Otóż rodzice uczą ich codziennie, tego co nauczyliby się w szkole. Poza tym taka wyprawa to prawdziwa szkoła życia. Nabywają więcej umiejętności niż nauczyliby się w szkole. I to jest prawda, w podróży uczymy się najwięcej.
Informacje praktyczne: Transport kampera promem na 5 osób kosztował nas 700$. W cenie kamper do 7m, plus 5 osób. Cena w opcji flexible, do 24h przed wyplynieciem mozna zmienic date.
Nie będę ukrywać, że jakaś wielką fanką Tolkiena nie jestem. Filmy fantastyczne to kompletnie nie moja bajka. I pewno się zdziwicie jak powiem, że żadnego jego filmu nigdy w całości nie obejrzałam. Nawet przed wyjazdem do Nowej Zelandii próbowałam się zmusić, żeby wkręcić się w klimat ale za każdym razem zasypiałam. Jakieś tam urywki widziałam, bo budzono mnie jak były ładne krajobrazy 🙂 No ale w naszej ekipie był taki jeden zapalony fan Tolkiena, że w zasadzie to miejsce było numerem jeden na naszej liście do zobaczenia. Pogoda trafiła nam się jak widać na zdjęciach nie najlepsza. Połowę zwiedzaliśmy pod parasolami bo lało jak z cebra. Na szczęście co jakiś czas przestawało i można było wyjąć aparat z plecaka 🙂
No ale po kolei. Najpierw kilka słów o tym, jak to się w ogóle stało, że to właśnie w Shire postanowiono nakręcić trylogię. Otóż kiedy poszukiwacze idealnej miejscówki dla trylogii Tolkiena krążyli helikopterem nad Nową Zelandią, trafili do niewielkiej farmerskiej miejscowości o nazwie Matamata. W pośrodku niekończących się pól zobaczyli rozległe, soczyście zielone pagórki, z pięknym starym dębem rosnącym nad niewielkim jeziorkiem. Cisza, spokój, z dala od cywilizacji, bez jakiejkolwiek infrastruktury. To było dokładnie to czego szukali. Teraz potrzebna była im tylko zgoda właściciela ziemi, którym był Russell Aleksander, zatem na nic nie czekając udali się od razu do niego.
Legenda głosi, że Aleksander oglądał w tym czasie mecz rugby i wyprosił ich. Powiedział, żeby przyszli kiedy indziej. No i przyszli, zaraz następnego dnia i udało im się z Aleksandrem dogadać. Pod jednym jednak warunkiem: że po skończeniu filmu, wszystko zostanie wyburzone i po scenerii filmowej nie zostanie śladu. Twórcy filmu oczywiście umowy dotrzymali. Po nakręceniu trylogii Władcy Pierścieni, niemal wszystko zniknęło. Łącznie z drzewem, które specjalnie na potrzeby filmu zostało tam posadzone. Już po emisji pierwszej części Władcy Pierścienia do Shire zaczęły się zjeżdżać tysiące turystów. Mimo iż tak naprawdę nie było tam co oglądać. I kiedy to zaczęto kręcić Hobbita, wtedy Aleksander znowu wyraził zgodę na produkcję tym razem pod warunkiem, że wszystko zostanie, tak aby turyści mogli zobaczyć scenerię z filmu.
Ponieważ niemal każdy kto przybywa do Nowej Zelandii odwiedza to tajemnicze miejsce, zebrałam dla was kilka przydatnych informacji, które jeszcze bardziej umilą wam pobyt w Hobbitonie.
Wybierz odpowiednią porę dnia.
Jak się domyślacie nie będziecie jedynymi turystami, którzy wybiorą się do Hobbitona. Codziennie to miejsce odwiedza kilka tysięcy osób. Najwięcej pomiędzy 11:00 a 15:00. Tak więc jeśli wybierzecie się w tym czasie macie jak w banku towarzystwo ok 40 osób w waszej grupie plus pewno pół grupy z poprzedniej tury, która wlecze się przed wami, no bo przecież wszyscy muszą mieć fotkę przed każdym domkiem bez wyjątku 🙂 a jest ich uwaga aż 37 :). Grupy wchodzą w odległości co 15 minut co jest niezbyt dużą odległością czasową i potem nachodzą na siebie. Dlatego najlepszym momentem jest pierwsza tura zaraz o 8:30. Na 100% nikt nie będzie się wlókł przed wami i na pewno grupa nie będzie pełna, bo mało komu chce się o tej porze wstawać w wakacje 🙂
W naszej grupie było nie więcej jak 15 osób. No i jest jeszcze jeden plus. Macie idealne poranne światło do zdjęć 🙂 No chyba że traficie na deszcz tak jak my 🙂 Jeśli nie lubicie wstawać wcześnie, to polecam w takim razie wejście z ostatnią grupą. Ta powinna być najmniej liczna, tylko trzeba pamiętać, że słońce będzie zachodzić za domkami, więc to już troszkę gorsza pora pod względem światła. No ale przynajmniej macie pewność, że nikt was nie będzie poganiał, więc czasu fotki na pewno wam wystarczy 🙂
Przygotuj się na każdą pogodę.
Farma Aleksandra ma niemal swój własny mikro-klimat. Pogoda w ciągu godziny potrafi się tam zmienić kilka razy. Od ostrego słońca, przez mocny wiatr, po strugi deszczu. Na szczęście pod tym względem Hobbiton jest bardzo dobrze przygotowany. Zaraz przy wejściu stoją wielkie parasole. Jeśli pogoda jest niewyraźna zabierzcie je ze sobą. Nigdy nie wiadomo kiedy się przydadzą. U nas padało niemal cały czas, więc parasole były niezbędne.
Miej oczy szeroko otwarte.
Jak pewno wiecie, albo i nie domki Hobbitów są jedynie atrapami. W środku nic nie ma. Tylko do jednego z nich można zajrzeć, ale też nic tam nie zobaczycie. To wszystko dlatego, że ujęcia ze środka domków były kręcone w studio w Wellington. Mimo tego wspaniałych detali nie brakuje. Miejsce wygląda jakby normalnie ktoś tam żył. W ogródkach rosną dynie, truskawki, pomidory. Są jabłonie i gruszki. nawet koszyki wypełnione owocami, jakby właśnie ktoś przed chwilką je zebrał. Gdzieś na ławeczce stoją słoiki z miodem, a gdzieś indziej suszy się pranie. Czasami ma się wrażenie, że zaraz z którejś chatki wyskoczy Hobbit i poczęstuje nas świeżym chlebkiem 🙂 Urocze płoty, ławki, skrzynki na listy, drogowskazy. Delektujcie się widokami, ciekawymi opowieściami przewodnika oraz drobnymi detalami, których tam nie brakuje. Hobbiton to naprawdę fajne miejsce, czuje się ten klimat. Nie jest ani trochę kiczowato.
Wypij piwko w gospodzie “Pod Zielonym Smokiem”
Na samym końcu zwiedzania, które trwa ok godzinki znajduje się słynny Green Dragon. To ta sama gospoda, w której to Bilbo Baggins spotkał się z Thorinem i krasnalami przed wyruszeniem na wyprawę. Atmosfera jest niecodzienna, gospoda jest wręcz bajkowa. W cenie biletu mamy do wyboru mamy wino jabłkowe lub piwo imbirowe serwowane w hobbitowym kuflu . Wszystkie sceny z gospody również były kręcone w studio Wellington. Ale rosnący sukces Hobbitonu sprawił, że ekipa produkcyjna zdecydowała się odtworzyć gospodę na miejscu. I bardzo dobrze, bo takie piwko jest idealnym zakończeniem zwiedzania hobbitowego raju 🙂
Kiedy i gdzie kupić bilet?
W zasadzie z kupowaniem biletów nie musicie się jakoś bardzo spieszyć. Jest wiele atrakcji w Nowej Zelandii, gdzie bilety trzeba rezerwować jeszcze z Polski. Ale ponieważ przez Hobbitona przelewa się bardzo dużo turystów, grupy starują co 15 minut. Miejsca na pewno wam nie zabraknie. My kupiliśmy bilety dwa dni wcześniej przez internet
. Cena to 79NZ$. Jeśli macie do dyspozycji samochód to kucie sobie bilety z
The Shire’s Rest
, tam sobie zaparkujecie samochód/campera. Brak opłat za parking. A dalej zabierze was specjalny autobus. Jeśli nie dysponujecie samochodem możecie kupić wycieczkę z Matamata lub Rotarua.
Ciekawostka 🙂 Jedna z rzeczy, która chyba zaskoczyła mnie na miejscu najbardziej, to sztuczne drzewo na wzgórzu. Pewno gdyby nie przewodnik, który opowiedział nam całą jego historię, w życiu nie wpadlibyśmy na pomysł, że ono nie jest prawdziwe. Przy kręceniu Władcy Pierścieni, sprowadzono duże drzewo do Shire i posadzono. Po nakręceniu filmu zgodnie z życzeniem właściciela ziemi drzewo zostało usunięte. No i przy kręceniu Hobbita pojawił się problem, bo producent zażyczył sobie, żeby na planie filmowym było takie samo drzewo, no i musieli je zrobić. W Wellington zrobiono kopię poprzedniego drzewa na które naklejono tysiące liści tak, żeby wyglądało jak żywe 🙂 To jest to mniejsze drzewo na wzgórzu:) Ale tylko z daleka wydaje się, że jest małe 🙂
To kto wybiera się do małego świata Hobbitów? 🙂 Ono istnieje naprawdę 🙂
Post Santorini – Skaros Rock – skała w Imerovigli powstał z myślą o wszystkich tych, którzy planują na własną rękę swój wyjazd na Santorini. O Skaros Rock dowiedzieliśmy się od jednej z naszych czytelniczek, która widząc, że jesteśmy na Santorini, zasugerowała nam, że powinniśmy koniecznie się tam udać. I tak właśnie zrobiliśmy.
Któregoś dnia, dość spontanicznie i trochę nieprzygotowani, postanowiliśmy przejść z Imerovigli na Skaros Rock. Dochodziło południe, więc jak się domyślacie, pora na taki spacer mało odpowiednia, ale odległość wydawała się nie jakaś bardzo duża, więc zabierając butelkę wody wyruszyliśmy. Już po pierwszych kilkunastu minutach, wiedzieliśmy, że wybraliśmy najgorszą porę dnia, no ale trudno. Słońce dawało nam mocno po głowach, moja długa spódnica plątała się między nogami, a butelka wody na 2 osoby, to było nic 🙂 Na szczęście od morza powiewał lekki wiatr, który nas lekko orzeźwiał. Mijamy uroczy kościółek i idziemy dalej.
Santorini – Skaros Rock – skała w Imerovigli
Na skałę dotarliśmy w miarę szybko, bo chyba po 20 minutach, więc tak jak myślałam spacer nie był jakiś bardzo długi, ani intensywny, bo szliśmy głównie w dół. Na sam szczyt skały nie wychodziliśmy, bo to podobno wyższa szkoła jazdy. Bez odpowiedniego obuwia nie ma szans się tam dostać. Obawiam się nawet, że samo obuwie nie wystarczy, trzeba umieć wspinać się po skałkach. Wyszliśmy jedynie na punk widokowy, gdzie chwilkę posiedzieliśmy. Odpoczęliśmy, zrelaksowali i pooglądali Imerovigli od strony morza. Podobno kiedyś tutaj znajdowała się stolica wyspy. Niestety wybuch wulkanu zniszczył wszystkie budynki.
Kiedy już zbieraliśmy się z powrotem, nagle przypomniało mi się, że kiedyś czytałam o przepięknie położonym kościółku, właśnie na jakiejś skale. Pamiętam, że dojście do niego nie było łatwe i jakoś tak od razu skojarzyłam z tym miejscem. Podeszliśmy trochę dalej w kierunku morza, żeby zobaczyć czy to przypadkiem nie to miejsce i co? W oddali, na dole zobaczyliśmy przepięknie położony kościółek, oczy mi się zaświeciły i wiedziałam, że albo tam pójdziemy od razu albo nigdy, bo już czasu na drugi taki spacer nie mieliśmy. Nie zastanawiając się długo zeszliśmy na sam dół. Myślę, że spacer nie trwał więcej jak 10-15 minut. Raczej mało kto tam schodzi, więc kiedy już dotarliśmy, byliśmy tam zupełnie sami. To Chapel of Panagia Theoskepasti.
No to teraz czekała nas droga powrotna. O ile zejście w dół było raczej łatwe i przyjemne, o tyle powrotna droga już mniej. Ale jakoś doszliśmy. Później do razu poszliśmy na lunch z dużą ilością wody 🙂
Jak się dostać na Skaros Rock?
Można się tutaj dostać idąc schodami w dół z Imerovigli. Polecam wybrać się po południu, tak po 17:00, bo trasa w pełnym słońcu jest dość męcząca. My tak troszkę nieprzygotowani poszliśmy w samo południe i trochę słonko nam dało w kość. Można wejść na samą górę skały, ale trzeba mieć dobre buty, my się wybraliśmy w klapkach, więc doszliśmy tylko do punktu widokowego. Polecam też zejść na sam dół do kościoła Chapel of Panagia Theoskepasti. Widoki są naprawdę mega. Jeden z piękniej położonych kościołów na wyspie. Zejście na sam dół nie powinno zająć więcej jak pół godziny.
Sesja ślubna – Ślub Santorini – Fotograf ślubny. Nareszcie znalazłam chwilkę czasu, żeby pokazać wam rezultaty sesji zdjęciowych na Santorini! Jak wiecie ślubna sesja zdjęciowa na Santorini, była moim marzeniem już co najmniej od dwóch lat. W tamtym roku jednak nie udało nam się zgrać terminem z żadną z zainteresowanych par. W tym roku, od razu gdy zgłosiła się do nas pierwsza para, ustaliliśmy termin i kupiliśmy bilety, dzięki czemu zgłosiły się do nas kolejne pary. Santorini okazało się idealnym plenerem dla zakochanych. Wspaniałe zachody słońca, wąskie uliczki, zapierające dech w piersiach widoki, wiatr we włosach i duuuużo słonka :). Ale co ja wam tu będę pisać zobaczcie sami :). Przedstawiam wam naszą pierwszą cudowną parę, Kasię i Maćka
♥ Sesja ślubna ♥ Ślub Santorini ♥ Fotograf ślubny
Jak się zapewne domyślacie, sesje ślubne na Santorini tak się nam spodobały, że to na pewno nie był nasz ostatni raz. Już mamy pierwszą chętną parę, zatem wszystko na to wskazuje, że w przyszłym roku znowu wylądujemy na tej romantycznej wysepce 🙂 Tak więc jeśli ktoś z was jest zainteresowany piszcie do nas na priva, jeśli tylko uda nam się zgrać terminowo, to chętnie spełnimy kolejne marzenie 🙂 Ale oczywiście jeśli waszym marzeniem jest jakieś inne miejsce, też dajcie znać, być może akurat planujemy wyjazd w tamtym kierunku.
Edit: w Październiku 2019 i w pierwszych miesiącach 2020 roku jesteśmy na Seszelach wiec jesli ktos planuje ślub na Seszelach i szuka fotografa to piszcie koniecznie! info@marylafossen.nl
Myślę, że w naszym kalendarzu znajdzie się miejsce na jeszcze jeden kierunek, tak więc jeśli macie jakieś pomysły piszcie, chętnie podejmiemy temat. Oczywiście, zdjęcia nadal robimy na takiej zasadzie, że my sami opłacamy koszty podróży oraz zakwaterowania. Wy płacicie jedynie za samą sesję. Traktujemy wyjazd jako wakacje, a przy okazji pomagamy spełniać wasze marzenia. No bo wiadomo, że nie każdy może sobie pozwolić na miejscowego fotografa. Na Santorini, ceny mają wręcz kosmiczne, a zabranie fotografa z Polski wiąże się najczęściej z opłaceniem kosztów przelotu, zakwaterowania i wyżywienia. Tak więc to idealne rozwiązanie :). Zainteresowanych zapraszam do kontaktu na maila: info@marylafossen.nl. A nasze ślubne portfolio możecie zobaczyć tutaj: www.marylafossen.nl. No i do zobaczenia gdzieś w pięknym, romantycznym miejscu
Od samego początku planowania podróży do Nowej Zelandii, wiedziałam, że Abel Tasman Park, to miejsce obowiązkowe na naszej mapie podróży. Jest trochę nie po drodze i trzeba trochę kilometrów odbić na zachód wyspy, ale zdecydowanie warto. Mieliśmy tutaj do dyspozycji dwa pełne dni i staraliśmy się je maksymalnie wykorzystać. W pierwszym dniu przyjechaliśmy na kamping już późnym popołudniem. Chcieliśmy wykupić na następny dzień wycieczkę na kajaki, ale już wszystkie miejsca, gdzie to mogliśmy załatwić były nieczynne. Musieliśmy zatem kolejny dzień jakoś inaczej sobie zorganizować. Wyruszyliśmy zaraz po śniadaniu w stronę Golden Bay. Ponoć jedno z piękniejszych miejsc w Nowej Zelandii. Ruszamy zatem, jak zawsze zatrzymując się po drodze w zjawiskowych punktach widokowych. Pierwszy z nich to Hawkes Lookout.
Tataka Hill
Jednym z naszych punktów docelowych był Tataka Hill. Ponoć najlepiej pojawić się tutaj tuż przed zachodem słońca. Niestety, nie udało nam się wstrzelić w czasie. Ale i tak widok na dolinę robi wrażenie. Niestety nawet najlepszy aparat nie jest w stanie oddać tej głębi i atmosfery tego miejsca. To trzeba zobaczyć na własne oczy i poczuć tę przestrzeń, Coś niesamowitego. Zdecydowanie warto się tutaj wybrać.
Jak zwykle w porze lunchu zatrzymujemy się gdzieś nad brzegiem. Rozkładamy leżaczki i korzystamy ze słonka. Chłopaki robią kanapki z tuńczykiem, a ja korzystam z chwili dla siebie. Może i na zdjęciach miejsce nie wygląda jakoś bardzo spektakularnie, ale już sama przestrzeń i ten spokój robi mega wrażenie. W ostatnim wpisie wspominałam wam o traktorach, które często jeżdżą po plaży. Dziś znowu takiego spotkaliśmy. Tym razem udało mi się nawet cyknąć fotkę.
Golden Bay
Po krótkim odpoczynku pojechaliśmy dalej w stronę Golden Bay. Nie mieliśmy przygotowanych jakichś konkretnych miejsc do zobaczenia. Po prostu przejechaliśmy niemal całą Golden Bay wybrzeżem. Niestety pech chciał, że trafiliśmy na odpływ, w związku z czym, zamiast pięknego turkusowego wybrzeża oglądaliśmy piaszczystą pustynię 🙂 Ponieważ zatoka jest dość długa, mierzy prawie 60km, w pewnym momencie zawróciliśmy, bo krajobraz cały czas był taki sam. Jeśli będziecie się wybierać w tę stronę i tak samo jak my będziecie ograniczeni czasowo, to polecam pojechać do Tatka Hill, bo naprawdę warto, a później skierować w stronę miejscowości Tataka i tam kierować się do Awaroa. Droga wygląda na bardzo krętą, ale myślę, że warto 🙂 Wygooglujcie sobie Awaroy Bay, będziecie wiedzieć o czym mówię 🙂 I nie zapomnijcie sprawdzić pływów 🙂 Nocleg spędziliśmy w na bardzo przyjemnym kempingu The Barn Backpackers. I stąd ruszamy następnego dnia na kajaki 🙂
Drugi dzień w Abel Tasman Park spędzamy na kajakach. Dzień wcześniej udało nam się zarezerwować kajaki wraz z przewodnikiem w Kahu Kayaks. W ofercie mają różne kombinacje. Od pół-dniowego kajakowania połączonego z pieszą wędrówką, po 5 dniowe z noclegiem na bezludnych plażach. Ponieważ czasu nie mieliśmy zbyt dużo, wybraliśmy całodniowe kajaki, z transportem motorówką na miejsce wypłynięcia oraz lunchem na jednej z plaż. Już po pierwsze godzinie, wiedziałam, że to nie był dobry wybór. Ręce bolały mnie od samego trzymania wiosła, o samym wiosłowaniu nie wspominając. No ale od czego ma się męża 🙂 W efekcie końcowym musiał biedak wiosłować za dwóch w związku z czym ciągle byliśmy na samym końcu 🙂 Widoczki na szczęście rekompensowały ból i zmęczenie 🙂
Głównym punktem docelowym i gwoździem programu było zobaczenie fok w ich naturalnym środowisku. Żyje ich tutaj całkiem spora gromadka. Akurat kiedy podpływaliśmy do ich ulubionego miejsca kilka z nich wygrzewało się w słonku. Mogliśmy podpłynąć naprawdę blisko. Były dosłownie na wyciągnięcie reki i do tego pięknie pozowały do zdjęć 🙂 Nigdy wcześniej nie widziałam fok w otoczeniu przyrody, więc podekscytowanie było ogromne. Linia brzegu wzdłuż której kajakowaliśmy była przepiękna. Płytka woda uwydatniała zielonkawy kolor wody. Dużo głazów i egzotycznej zieleni.
Po bliskim spotkaniu z fokami, przewodnik zaproponował przepłynięcie pod grotą. Podobno za każdym razem kiedy jest w tym miejscu próbuje po nią przepłynąć, ale nigdy mu się nie udało, bo albo poziom wody jest za niski, albo za wysoko. Dziś ponoć mamy szczęście, bo wygląda na to, ze jest idealnie. Przypuszczam, że to przez to, ze tak powoli wiosłowaliśmy i jesteśmy w odpowiednim czasie 😉 Tak więc, powoli ruszamy gęsiego. Za grotą prąd był nieco mocniejszy i trzeba było uważać, żeby nas nie zniosło, ale udało się!
Nareszcie dobijamy do naszego miejsca odpoczynku, w którym mieliśmy lunch. Całe szczęście, bo chyba każdy był lekko zmęczony i głodny. Przewodnik miał ze sobą nasz lunch. Wyjął starannie zapakowane kanapki, muffinki i zapytał co chcemy do picia. Marcel rzucił żartem, że chce cappuccino z cynamonem, ktoś inny czekoladę z bitą śmietaną 🙂 Na to przewodnik odparł, że nie ma najmniejszego problemu. Kiedy zaczął powoli wyjmować z plecaka różne garnuszki, pojemniki i ubijacz do mleka, wiedzieliśmy że nie żartuje. Zrobił faktycznie cappuccino z pyszną pianką i czekoladę ze śmietanką 🙂 To się nazywa przygotowanie 🙂
Po zaskakująco pysznym lunchu w cudownym miejscu wskakujemy z powrotem do kajaków i płyniemy dalej. Generalnie, ja jestem z tych niecierpliwych i jak przez 30 minut robię to samo i do tego w około nie wiele się zmienia, to szybko się nudzę. Dlatego, gdybym jeszcze raz wybierała pakiet kajakowy, to na pewno byłby on połączony z jakaś pieszą wędrówką. Dla mnie cały dzień w mokrym kajaku, to było jednak za dużo. Ale po jakimś czasie dobijamy do kolejnego miejsca odpoczynku. To Mosquitos Bay. Na niewielkiej plaży zostawiamy kajaki i mamy dla siebie chwilę wolnego. Można albo skorzystać z kąpieli, albo zrobić sobie spacer w głąb wysepki.
Informacje praktyczne:
-całodniową wycieczkę na kajaki rezerwowaliśmy tutaj
Chyba każdy, kto przemierza Północną wyspę Nowej Zelandii, wcześniej czy później dociera do Tonagariro. To zdecydowanie najpiekniejsze miejsce na północnej wyspie, jesli nawet nie na całej Nowej Zelandii. Pamietam kiedy planowałam naszą podróż za pomocą wujka google, zdjęcia tego miejsca wyskoczyły mi jako pierwsze. I już wtedy wiedziałam, że to będzie jedno z ważniejszych miejsc do zobaczenia. Cel był jasny, dotracie do niego trochę bardziej skomplikowane. W ulewie takiej, że widoczność była nie większa niż 10m dotarliśmy do wioski w której rozpoczyna się szlak w to magiczne miejsce. Weszliśmy do punktu informacyjnego, żeby zapytać o jakiś kemping w pobliżu no i oczywiście o pogodę na jutro. Wieści były złe. Jutro szlak zamkniety. Może pojutrze będzie lepiej. No i decyzja co robimy. Czekamy aż się rozpogodzi, czy darujemy sobie i jedziemy dalej. Po sprawdzeniu pogody w innych regionach okazłało się, że pada wszędzie więc nie ma sensu jechać dalej. Zostajemy. Nastepnego dnia po południu chumury zaczeły się rozchodzić i czasami nawet wyszło słonko. Nadzieja więc była. Nie traciliśmy więc czasu. Zwiedzamy okolicę. Po drodze do Whakapapa Village odwiedzamy wodospad Tawhai Falls. Dojście do niego z głwnej drogi to jakieś 10 min.
Po krótkim spacerze do wodospadu jedziemy dalej w strone wioski. Docieramy do pięknie położonego Hotel Chateau Tongariro. Szczerze mówiąć nie spodziewałam się w tym miejscu takiego budynku i jakoś tak średnio mi on tutaj pasuje, no ale niech mu będzie. Przypuszczam, że obłożenie ma przez cały rok. Mieliśmy trochę szczęścia i parę razy wyszło słonko zza chmur. Żeby tylko jutro pogoda nam sprzyjała i żebyśmy mogli dotrzeć na szczyt Tongariro.
Przejechaliśmy przez Whakapapa Village i pojechaliśmy na samą górę. Droga kręta, ale bardzo malownicza. O tej porze roku kwitnie wrzos, który dodawał temu miejscu jeszcze większej magii. Do tego kłębiące się chmury i gdzie niegdzie przebijający się błękit nieba. Dojechaliśmy do momentu, gdzie kończy się droga. Zaczynaja się wyciągi narciarskie. Myślę, że zimową porą jest tutaj równie pięknie. Zatrzymujemy się, że podziwiać widoki. Wieje tak, że chce nam pourywać głowy. Zimno przeszywa nas na wylot, ale jest super! No i najważniejsze nie pada! Jutro wielki dzień, tak wię trzymamy kciuki za pogodę. Pani w recepcji nas uspakaja, jutro szlak jest otwarty. O 6:30 rano zbiórka przed recepcją. Przed nami 19,5km szlak z najpiękniejszymi widokami w NZ.
Z wioski Hobbitów udaliśmy się od razu w stronę Rotorua. To aktywny geotermicznie obszar, który obfituje w gejzery i źródła termalne i jest tym samym najbardziej śmierdzącym miejscem w Nowej Zelandii :). Mimo tego przyciąga co roku całe rzesze turystów, zapewne nie dlatego, że każdy chce poczuć na własnej skórze jak śmierdzi zepsute jajo, ale dlatego, że to prawdziwa termalna karania czarów 🙂 Na 18 kilometrach kwadratowych znajdują się rezerwaty, które możemy odwiedzać i podziwiać niesamowite wybryki natury. My wybraliśmy jeden z bardziej znanych rezerwatów, który nazywa się Wai-O-Tapu, co w języku Maoryskim oznacza “święte wody”.
Jednak zanim do niego dotarliśmy, odwiedziliśmy jeszcze jedno magiczne miejsce, o którym dowiedzieliśmy się dzięki Adamowi i Asi z bloga Na Nowej Drodze Życia. To oni odkryli to miejsce podczas swojej podróży po Nowej Zelandii i podzielili się tym na swoim blogu. Dlatego właśnie uważam, że blogi są nieoceniona skarbnicą wiedzy. Wszystkie przewodniki mogą się przy nich chować. Dzięki wskazówkom Adasia i Asi, docieramy do Blue Spring, które jest skrzętnie schowane w związku z czym docierają tutaj nieliczni turyści. Żadna nawigacja nas tam nie zaprowadzi, trzeba popytać miejscowych lub w informacji.
To miejsce jest tak piękne, że aż nierzeczywiste. Niestety jak widać na zdjęciach dalej pogodę mamy pod psem, pada praktycznie bez przerwy. I to nie tak troszkę, tylko czasami świata nie widać. Podjechaliśmy na parking i czekaliśmy dobre pół godziny, aż trochę przestanie. W tym miejscu puściły mi trochę nerwy, bo wiem jak to miejsce wygląda w pełni słońca, jeszcze 100 razy piękniej, a u nas deszcz…przyjechaliśmy na drugi koniec świata, żeby oglądać wszystko w deszczu, tego się tutaj nie spodziewałam. Było mi smutno, że akurat tak nam trafiło, no ale cóż, jak to w życiu, nie zawsze świeci słońce 🙂
Do Wai-o-Tapu dotarliśmy tuż przed zamknięciem. W zasadzie przez ciągły deszcz już straciłam w ogóle nadzieję, że w ogóle uda nam się to miejsce zobaczyć, ale akurat na chwilkę przestało padać, więc kupiliśmy szybko bilety. Do zamknięcia mieliśmy trochę ponad godzinkę, ale pani powiedziała, że spokojnie zdążymy wszystko zobaczyć. Już przy wejściu daje ostro po nosie zgniłymi jajami, ale zapach jest jeszcze do wytrzymania. Dopiero kiedy trzeba przejść przez kładkę nad jednym z pól termalnych, nad którym cały czas unoszą się opary siarki, daje tak, że już zbiera człowieka mocno na wymioty. Trzeba szybko te ławkę przebiec i uciec z oparów, bo inaczej masakra 🙂
Udało nam się przejść całą trasę. Miejsce jest naprawdę niewiarygodne i na pewno warte zobaczenia. To tutaj znajduje się najbardziej gorące na świecie jezioro Frying Pan, gdzie temperatura sięga nawet do 200 stopni Celsjusza. I Champagnie Pool, które ma przepiękną pomarańczową linię brzegową. A kolory niektórych bajorek są po prostu nierzeczywiste. I nie to nie fotoszop, ani też wylane wiadro z farbą, takie cuda natury, kryje u siebie Nowa Zelandia. Ponieważ było już dość późno postanowiliśmy zostać na noc na parkingu przy Wai-o-Tapu. Jest dozwolony postój dla kamperów, więc skorzystaliśmy.
Informacje praktyczne:
Blue Spring znajduje się TUTAJ, w drodze z Matamata do Wai-O-Tapu
Jeśli zaczniecie dzień w Matamata z pierwszą grupą, to spokojnie zdążycie w jednym dniu zrobić wioskę Hobbitów + Blue Spring + Wai-o-Tapu.
Po mega wietrznej nocy na kampingu przy Wai-o-Tapu jedziemy w stronę Tongariro. Po drodze zatrzymujemy się w dwóch miejscach. Pierwsze z nich to Huka Falls kilka kilometrów przed jeziorem Taupo. Co prawada nie jest to wodospad, ale bardziej rwąca rzeka. Bardzo rwąca bym powiedziała. To z jaką szybkościa ona biegnie i ile przy tym robi huku nie da sie ani opisać, ani nawet uwiecznić na zdjęciach. Wrażenie robi ogromne. Kolor błękitny, jak większość rzek w Nowej Zelandii. Nie płaci się żadnego wstępu. Parking bliziutko więc idealana miejscówka na rozprostowanie kości w drodze na Tongariro. Dla odważniejszych oferowane są spływy, ale powiem szczerze, że chyba za nic w świecie bym się na taki spływ nie zdecydowała. Umarałabym zanim bym wsiadała do jakiejkolwiek łódki.
Potem docieramy do jeziora Taupo. To jedno ze słynniejszych miejsc jeśli ktoś lubi skakać na bungy. Oczywiście atrakcji różnych na miejecu cała masa. My jednak nie zatrzymaliśmy nie na długo. Zjedliśmy lunch, popatrzyliśmy jak inni skaczą głową w dół (na ostanim zdjęciu nawet jednego śmiałka widać) i pojechaliśmy dalej.
Na koniec dnia udajemy sie do Spa Thermal Park. Znajduje się on dokładnie 2 min drogi od miejsca gdzie skacze sie na bungy. Takie przyjemne i relaksujace zakończenie dnia. Bezpłatne spa na łonie natury. Gorąca woda, która wpływa do niewielkiego jeziorka. Trzeba uważać, bo w niektórych miejscach jest mega gorąca. Nie należy też tej wody pić, dobrze też żeby nie nalała się do oczu ani uszu, bo zawiera jakieś bakterie. Przeczytaliśmy dopiero jak wracaliśmy z powrtotem, ale na szczęście nic nam się nie przyplątało.
Informacje praktyczne:Huka Falls – wstęp bezpłatnySpa Thermal Park – wstęp bezpłatny znajduje się tutaj KLIK
Oia – białe domki z pocztówek – Santorini, powstał z myślą o tych wszystkich, którzy planują swój wyjazd na Santorini na własną rękę. Znajdziesz, tutaj wszystkie potrzebne informacje do zaplanowania swojej wymarzonej podróży.
Jaka jest naprawdę Oia?
Z daleka wygląda jak wierzchołek góry pokryty białym śniegiem. Kiedy podejdziemy bliżej jak budowla z lego, zbudowana głównie z białych klocków, a jego twórca gdzieś pod wpływem artyzmu wrzucił gdzieniegdzie niebieski dodatek. Z całkiem bliska oślepia nas swoimi białymi murami. Bez okularów ani rusz. W powietrzu unosi się powiew luksusu. Wszędzie pięknie czysto, na próżno szukać wiszących kabli, czy rur kanalizacyjnych, które zakłócałby ten cudowny pocztówkowy obraz.
Co rusz mijamy luksusowe butiki z biżuterią, pamiątkami i stylowymi ciuchami. Zaskakują nie tylko cenami, ale także architekturą, wyszukanymi aranżacjami i niebanalnym asortymentem. Począwszy od Kubańskich cygar, przez drogie wina po najbardziej unikatowe Roleksy. Schodząc z promenady, bardziej w stronę morza, zastanawiamy się gdzie ukryły się białe domki z pocztówek, wiecie, te z niebieskimi kopułkami. Nie długo szukaliśmy, wystarczyło podążać za tłumem. Każdy przyjeżdża właśnie po to, żeby zobaczyć symbol Grecji – białe domki z pocztówek.
Oia – białe domki z pocztówek – Santorini
Udało nam! Dotarliśmy najpierw do słynnych dzwonów. Faktycznie na tle niebieskiego morza wyglądają zjawiskowo. Prawdopodobnie, przed południem, na tle lazurowego nieba, wyglądają jeszcze piękniej. Przedzieramy się przez kolejny tłum robiących sobie selfi Chińczyków…i widzę je! Są, białe domki z pocztówek, marzyłam żeby je zobaczyć kiedyś na żywo! I udało się! Są! Tylko, zaraz, zaraz….dlaczego ich tak mało…trzy kopułki…czy to już wszystko? Biegałam z góry na dół po tych schodach, krzycząc w duchu, to nie może być prawda, musi by ich tutaj więcej! No ale niestety, ten pocztówkowy widok, to tak naprawdę jeden kadr, jedno miejsce, które fotografowane przy różnym świetle, sprawia wrażenie, jak tam była nieskończona ich ilość.
Artyzm architektoniczny.
Dreptając wąskimi uliczkami, nie mogłam przestać podziwiać architektury tego niesamowitego miejsca. Ciężko stwierdzić gdzie kończy się pierwszy domek, a gdzie zaczyna drugi. Wszystko wygląda jak jedna wielka masa z plasteliny, w której ktoś porobił balkoniki. Część domów (tzw. skafta) wykuto w skale. Te najlepiej przetrzymały, katastrofalne dla wioski, trzęsienie ziemi z 1956 roku, które zniszczyło 85 proc. zabudowań na wyspie. Ale dzięki turystom miasteczko zostało znowu odbudowane i stanęło na nogi.
Tylko teraz pytanie czy to całkowite zorientowanie na turystów nie zabiło prawdziwej duszy miasteczka? Kawiarenki i restauracje prześcigają się w coraz to bardziej wykwintnych nazwach dań, pięknie nakrytych stołach i bardziej komfortowych sofach do siedzenia. Na szczęście widok z niemal każdej z nich jest nieziemski, więc tak naprawdę nie ważne gdzie usiądziemy.
Ociekający luxus!
Wszędzie jest mega pięknie. Każda dróżka prowadzi w efekcie końcowym do jakiegoś hotelu lub luksusowego apartamentu z prywatnym basenem. Co rusz przechodzimy obok jakieś pary moczącej się w turkusowych basenach. Z jednej strony kręcimy głowami, bo przecież co to za przyjemność siedzieć w basenie, kiedy ciągle ktoś przechodzi dosłownie nie cały metr od ciebie, a z drugiej strony zazdrość nas zżera, bo pot spływa nam po tyłkach i też byśmy chociaż na chwilę zanurzyli się w takim luksusie, no może nawet na dłuższą chwile 🙂
I tak sobie człowiek chodzi i myśli, shit, co my wżyciu robimy źle, że nie stać nas na taki apartament…niektóre nawet po 20 tyś euro za tydzień 🙂 Tak więc kochani, białe domki, z domami nie mają już nic wspólnego, to jedno wielkie skupisko hoteli, restauracji i apartamentów. Myślę, że nikt o zdrowym rozsądku tam nie mieszka, bo po pierwsze od ilości turystów by już dawno zwariował, a po drugie na wynajmie apartamentu zarabia pewno na tyle, że do końca życia nie musi już nic robić 🙂
Oia Hotel z basenem
Oia – Kiedy najlepiej fotografować?
Do zachodu słońca mamy jeszcze jakieś 2 godziny i tak naprawdę, to była najgorsza pora na robienie zdjęć, bo wszystko było pod słońce. Tak więc jeśli będziecie się wybierać w celach fotograficznych, to podzielcie swój czas na dwie części. Przed południem, kiedy słońce będzie pięknie oświetlać białe domki, wtedy macie szansę na piękne błękitne niebo w tle. I dopiero tak z godzinę przed zachodem, żeby znaleźć fajną miejscówkę i poczekać spokojnie na zachód słońca. A w międzyczasie wyskoczcie sobie na przykład do portu, albo po prostu spędźcie miło czas na relaksowaniu się w kawiarenkach 🙂
Skąd najlepiej oglądać zachód słońca na Santorini?
Podobno najlepszym (i zatłoczonym o zachodzie słońca) punktem widokowym jest
wyniesienie Kasteli
, pozostałości po niewielkiej twierdzy, która zsunęła się do morza podczas trzęsienia ziemi. To stąd mamy widok na całe Oia tonące w zachodzącym słońcu. Kiedy jednak zobaczyliśmy te tłumy, postanowiliśmy zostać po stronie miasteczka. Trochę się poszwendaliśmy w poszukiwaniu najlepszego punktu ale najbardziej spodobała nam się miejscówka, z której rozpościera się widok na wiatraki. O taki! W naszym
, znajdziesz wszystkie najlepsze miejscówki na zdjęcia jakie udało nam się przez cały tydzień znaleźć na Santorini.
Parkowanie samochodu w Oia.
Generalnie parkowanie na Santorini jest bardzo łatwe. W każdej miejscowości jest kilka parkingów – wszystkie bezpłatne. Poza tym, jeśli tylko jest miejsce można parkować wzdłuż drogi więc samochód można zostawić dosłownie wszędzie. Jedynym wyjątkiem jest właśnie Oia, tutaj zaparkować jest ciężko. My zawsze parkowaliśmy na płatnym parkingu, znajdujący się niemal na samym końcu miasteczka, bo tylko tam były wolne miejsca. Ale za to rzut beretem do centrum Oia. Cena za parking 5euro. Do całkowitego zachodu nie czekaliśmy, bo przyznam się szczerze, bałam się wracać z tym tłumem…chyba musi taka podróż powrotna trwać wieki. Zrobiliśmy szybko fotki i uciekliśmy jeszcze przed zachodem 🙂
Wpis Santorini – ciekawe miejsca – co warto zobaczyć powstał z myślą o tych wszystkich, którzy planują na własną rękę podróż na Santorini. Santorini to wyspa morza i ognia, gdzie mity przeplatają się z rzeczywistością. Chyba każdy zna ją z przepięknych pocztówek, białych domków, niebieskich kopuł i maleńkich kościółków. To właśnie te piękne widoki spowodowały, że najwięksi artyści i malarze przypływali tutaj z całego świata, aby mój zobaczyć, tą piękność.
Niezwykłe ukształtowanie wyspy powstałe na wskutek wielkiego wybuchu wulkanu tysiące lat temu, bogate w unikatowe widoki i komponujące się ze sobą piękno jednej z największych na świecie kalder z malowniczą architekturą oraz wyjątkowe plaże w odcieniach czerni i czerwieni. Warto zatrzymać się tutaj na chwilę, żeby delektując się pysznym santoryńskim winem, zobaczyć jeden z najpiękniejszych zachodów słońca na całym świecie. Szkoda jednak, że większość turystów wpada na Santorini na jeden dzień. Bardzo szkoda, bo w jeden dzień, to można co najwyżej poszlajać się po uliczkach Oia i zobaczyć zachód słońca. A to przecież tylko maleńka część wyspy i to w dodatku wcale nie ta najpiękniejsza. Dlatego ja zachęcam wszystkich do tego aby na Santorini wybrać się na dłużej. Co najmniej 5-7 dni. Na pewno nie będziecie się nudzić 🙂 Oto kilka moich propozycji na to co robić na Santorini, poza oglądaniem białych domków 🙂
Imerovigli
To miejsce zdecydowanie skradło nasze serce. Nie Oia, nie Pyrgos, a właśnie Imerovigli. To tutaj oglądaliśmy najpiękniejsze zachody słońca, delektowaliśmy się pysznym santoryńskim winem i podziwialiśmy najpiękniejsze baseny hotelowe. A to wszystko w ciszy, spokoju, bez zgiełku i tysiąca Chińczyków przepychających się do zrobienia sobie fotki. Jeśli jeszcze kiedyś odwiedzimy to miejsce, to już nawet mamy na oku przesympatyczny hotel z widokiem na Skaros Rock i już dziś zaczynamy na niego oszczędzać 🙂
Skaros Rock
Skała w Imerovigli. Podobno kiedyś tutaj znajdowała się stolica wyspy. Niestety wybuch wulkanu zniszczył wszystkie budynki. Można się tutaj dostać idąc schodami w dół z Imerovigli. Polecam wybrać się po południu, tak po 17:00, bo trasa w pełnym słońcu jest dość męcząca. My tak troszkę nieprzygotowani poszliśmy w samo południe i trochę słonko nam dało w kość. Można wejść na samą górę skały, ale trzeba mieć dobre buty, my się wybraliśmy w klapeczkach, więc doszliśmy tylko do punktu widokowego. Polecam też zejść na sam dół do kościoła Chapel of Panagia Theoskepasti. Widoki są naprawdę mega. Jeden z piękniej położonych kościołów na wyspie. Zejście na sam dół nie powinno zająć więcej jak pół godziny.
Kaldera
Czyli ogromne wgłębienie, które powstało na wskutek erupcji wulkanu a póżniej zostało zalane wodą. Santoryńska kaldera należy do jednej z większych kalder na całym świecie – jej średnica wynosi 10km, a głębokość jest jeszcze bardziej imponująca: w najgłębszych miejscach wynosi przeszło 350metrów! W związku z tą głębokością, która występuje chociażby w drugim porcie wyspy, tak zwanym ‘Starym Porcie’, wielkie wycieczkowe statki nie mogą dobijać do samego brzegu, muszą cumować kilkadziesiąt metrów dalej, przy wielkich bojach, gdyż żaden z nich nie posiada na tyle długiej kotwicy, aby móc samemu zacumować. Najpiękniejsze widoki na Kalderę znajdziecie na odcinku Santo Wines Winery – Akrotiri.
Emporio
To maleńka miejscowość nie daleko Perissy. W sumie to trafiliśmy do niej całkiem przypadkowo. Wracając z plaży w Perissie, która średnio przypadła nam do gustu, mieliśmy dość sporo czasu i naszą uwagę przykuła ciekawa wieża kościelna. Zaparkowaliśmy samochód, poszliśmy na górę i daliśmy się poprowadzić labiryntowi uliczek. Cisza, spokój, całkowite przeciwieństwo Oia. Praktycznie brak turystów, czasami na progach domu przeciągały się koty. Gdzieś pomiędzy domkami natknęliśmy się na przeuroczą tawernę z najlepszą kawą mrożoną i lodami. Klimat nie do zapomnienia. Wróciłabym tam choćby dziś.
Pyrgos
To niewielkie miasteczko zbudowane na szczycie wzgórza. Do 1980 roku było stolicą Santorini. Zobaczymy tu przepiękne, tradycyjne białe domki wybudowane wokół zamku weneckiego. Jak na tak niewielką miejscowość, znajduje się tu wiele kościołów oraz kaplic. Jeden z najstarszych nosi nazwę Theotokaki. Sporo sklepów z pamiątkami, urocze kawiarnie, galerie. Można sobie pospacerować i poobserwować jak tam się mieszka i żyje. Spacerując po tym mieście cały czas się zastanawiałam, jak wyglądają domy wewnątrz. Niestety nie udało nam się sprawdzić, ale wygląda na to, że mają bardzo mało światła dziennego, bo okienka bardzo maleńkie i to jeszcze najczęściej zasunięte okiennicami, albo zasłonami.
Firostefani
Idąc z Firy, główną alejką nad samym klifem, niezauważalnie wchodzimy do Firostefani. Przed samym wejściem do miasteczka znajduje się słynna ze zdjęć i pocztówek łódź na dachu jednego z hotelu. W zasadzie nie różni się ona niczym od Firy. Wzdłuż głównego deptaka mamy same restauracje, hotele oraz sklepy z pamiątkami. Każdy znajdzie coś dla siebie. My znaleźliśmy pyszne lody i kilka fajnych knajpek z mega widoczkami. Aż przyjemnie usiąść i zamoczyć usta w lodowatej lemoniadzie 🙂
Oia
To właśnie ta część Santorini z pocztówek. Białe domki, z niebieskimi kopułami. Nie wiem czemu, ale jakoś zawsze wydawało mi się, że tych domków z niebieskimi dachami jest dużo więcej, a tam jest zaledwie jedno miejsce z trzema kopułkami i to wszystko. Wszędzie tłumy turystów. Chińczycy rozlewają się po uliczkach jak mrówki, robiąc sobie przy tym milion zdjęć. Całe mnóstwo ekskluzywnych sklepów z ciuchami, biżuterią i innymi wynalazkami. Restauracje, co jedna to z lepszym widokiem i wyższym cennikiem. Hotele z mini basenami przed każdym pokojem, do którego de fakto każdy może wejść, a już na pewno prywatności w tym baseniku nie zaznamy 🙂
Wulkan Nea Kameni
Jak już zwiedzicie wszystkie najfajniejsze miejsca na wyspie, to możecie sobie zrobić kilkugodzinny wypad na czynny wulkan Nea Kameni. O 11;00 ze starego poru wypływa łódź, płynie się jakieś 15 minut i później czeka nas 30-40 minutowy spacerek na punt widokowy. Wejście jest bardzo łatwe, nie potrzeba jakiegoś specjalnego obuwia, my byliśmy w kapkach. Po zejściu łódź podpływa pod drugą wysepkę Palea Kameni i tam można sobie popływać w gorących źródłach. O godzinie 14:00 jesteście w porcie. Całkiem fajna sprawa jak będziecie tydzień na wyspie, takie urozmaicenie.
Port Ammoudi
Przyjemny porcik znajdujący się u podnóży Oia. Można tam albo zjechać samochodem od zachodniej strony Oia, albo zejść po schodkach. Świetna miejscówka na skosztowanie Santoryńskich owoców morza. Specjalnością wielu restauracji są ośmiornice, które możemy podziwiać rozwieszone przed restauracjami. Fajne światło jest przed zachodem słońca, tak koło 18:00. Więc jeśli znudzi się wam łażenie po Oia, a do zachodu słońca jeszcze będzie dużo czasu to taki fajny przerywnik. Można coś wrzucić na ząb z przyjemnym widoczkiem i orzeźwiającą bryzą.
Fira
Stolica wyspy a jednocześnie drugie – zaraz po Oia – najchętniej odwiedzane przez turystów miasteczko. Znajduje się ono na wysokości około 300metrów na samym klifie i ma się wręcz wrażenie, że jest ono na nim zawieszone. To w Firze znajduje się tzw. Stary Port ( Old Port ) w pobliżu którego stoją statki wycieczkowe. Do portu prowadzą 2 drogi – schody oraz kolejka linowa. Jeżeli chcielibyśmy skorzystać z kolejki aby dostać się do portu, należy podążać za oznaczeniami „Cable car”. Chcąc zjechać kolejką w dół portu między godziną 16tą a 17tą, trzeba mieć na uwadze częste kolejki do…kolejki. Dzieje się to za sprawą wspomnianych wcześniej statków pasażerskich, a dokładniej właśnie ich pasażerów, którzy w tych godzinach zmierzają do portu na ich odpłynięcie.
Port Vlichada
Niewielki i bardzo przyjemny porcik na samym południu wyspy. Możecie tutaj zajrzeć w drodze na Czerwoną Plażę. Niech was tylko nie skusi ta niebieska restauracyjka na brzegu. Poczytałam recenzje na tripadisorze i ponoć to najgorsze miejsce na Santorini 🙂 tak więc omijajcie ją szerokim łukiem 🙂
Mesa Vundo
Antyczna Thera, czyli ruiny antycznego miasta Thery w większości pochodzące z okresu hellenistycznego, znajdujące się na szczycie góry Mesa Vouno. Możecie tam wejść pieszo lub wjechać samochodem od strony Kamari podziwiając jej panoramę. Dla tych co chcą zwiedzić ruiny czeka jeszcze spacer na samą górę. Weźcie pod uwagę, że tam strasznie wieje, mnie prawię z góry zdmuchnęło, dobrze, że Marcel w ostaniej chwili mnie złapał, bo mogłoby mnie już z wami nie być 🙂 Muzeum czynne jest codziennie za wyjątkiem poniedziałków, od godziny 08:00 do 14:30.
Red Beach
Słynna czerwona plaża. Powiem szczerze, że oglądaliśmy ją tylko z daleka. Jakoś na Santorini średnio mieliśmy ochotę na plażowanie. Więc na sam dół nie schodziliśmy. Najlepiej pojawić się tutaj późnym popołudniem, kiedy większość już z plaży się zbiera. Jest wtedy szansa, że znajdziemy miejsce na zaparkowanie samochodu. Kolor skał faktycznie czerwony, szczególnie kiedy słonko już nisko. My byliśmy tak między 17-18:00 i wg mnie to była idealna pora na odwiedzenie tego miejsca.
Perissa
Największa i najdłuższa plaża na Santorini. W Persissie znajdziemy całą masę sklepów i sklepików, jak i również tawern i restauracji. Byliśmy jakoś w okolicach południa ale jakiś taki nijaki klimat tam panował. Niby plaża i pełno plażowych barów, ale nawet muzyki na tej plaży słychać nie było. Posiedzieliśmy góra z godzinę i jakoś tak znudziło nam się. Leżaki na plaży są płatne 5euro od osoby.
Kamari
Tutaj znajduje się druga co do wielkości plaża na Santorini. Jak wiadomo, plaże nie są jakąś bardzo mocną stroną Santorini, dlatego tym co lubią plażować polecam inne greckie wyspy. Ta jest typowo wulkaniczna, piasek jest ciemny i jakoś te plaże średnio zachęcają do plażowania. W Kamari, a w zasadzie dużo przed, zatrzymaliśmy chwilkę na pustej plaży. Stał tam jeden parasol, przy nim dwa krzesełka, para serferów i dwa psy. Fajnie tak posiedzieć i popatrzeć jak inni siłują się z wiatrem, ale jakoś na opalanie się nie skusiliśmy, może dlatego, że za gorąco było 🙂
Wpis Santorini – 13 najlepszych miejsc na zdjęcia powstał z myślą o tych wszystkich, którzy planują na własną rękę podróż na Santorini. Jako fotograf, który przed każdą podróżą przekopuje cały internet w poszukiwaniu nie atrakcji a najlepszych miejsc widokowych, czuję się w obowiązku, żeby wam napisać na ten temat oddzielnego posta. Jeśli się wam spodoba, to myślę, że po każdej podróży taki wpis pojawi się na blogu.
Każdy zna Santorini z pocztówek i pewno większość zdjęć pocztówkowych zrobione jest w Oia. Jednak piękne widoki są porozrzucane po całej wysepce, niestety nie wszystkie można tak od razu znaleźć. Trzeba cierpliwie pokluczyć po uliczkach, żeby natrafić na niektóre miejscówki. Niektóre z nich udało mi się znaleść dopiero po tygodniu poszukiwań. Żeby jednak ułatwić wam sprawę podaję wam jak na tacy kilka moich ulubionych miejsc. W naszym e-booku Santorini Poradnik & Plan Podróży znajdziecie mapkę z wszystkimi najpiękniejszymi punktami widokowymi.
1. Zachód słońca w Imegrovigli nr 1 z przepięknym widokiem.
2. Zachód słońca w Imerovigli nr 2 na dachu kościoła
3. Zachód słońca w Oia z widokiem na wiatraki
4. Łódka na dachu w Firostefani
5. Kościół z piękną dzwonnicą i widokiem na morze – niestety jest on na terenie hotelu i żeby wejść na dach musieliśmy mieć pozwolenie, ale wystarczy ładnie się uśmiechnąć i nie powinno być problemu.
6. Piękny kościół – żeby do niego dość trzeba zarezerwować sobie z 2h, zabrać ze sobą wygodne buty i wodę. Nie polecam wycieczki w godzinach południowych bo do pokonania jest kilkaset schodów i słonko daje mocno we znaki.
7. Czerwona Plaża – najlepiej pojechać tam późnym popołudniem. Skały są oświetlone zachodzącym słonkiem i wydają się być jeszcze bardziej czerwone. My byliśmy gdzieś koło 18:00. Wtedy też spokojnie znajdzie miejsce na parkingu, który w godzinach szczytu jest zwykle pełny.
8. Latarnia morska – też polecam przyjechać na zachód słońca.
9. Niepozorny Kościółek – przy drodze do Pyrgos – również idealna miejscówka na fotografowanie zachodu słońca.
10. Pyrgos – nie wskazuje konkretnego miejsca, ogólnie polecam pokluczyć po uliczkach, znajdziecie mnóstwo fajnych miejsc.
11. Emporio – malowniczo położona niewielka miejscowość przed samą Perissą. Przeurocze miejsce. Fajne wąskie uliczki, do tego całkowicie bez turystów.
12. Santo Wines Winery – stąd rozpościera się najpiękniejszy widok na Kalderę, możecie tutaj również usiąść i wypić lampkę dobrego wina z cudownym widokiem.
Santorini -33 zdjęcia, które sprawią, że będziesz chciał ją zobaczyć!
Robiąc porządki na dysku, znalazłam całe mnóstwo zdjeć z Santorini, które do tej pory nie były publikowane na blogu. Sama nie wiem jak się to stało, bo to absolutnie cudowne zdjęcia 🙂 Może dlatego, że są pionowe, a ja kiedyś nie wrzucałam takich zdjeć na bloga, bo mi się zbytnio nie podobały 🙂 Czas zatem nadrobić zaległości 🙂
Santorini – dla mnie najpiękniejsza wyspa w Europie do zwiedzania!
Gdyby ktoś mnie zapytał, jaka jest moja ulubiona wyspa w Europie, pewno miałabym problem z jednoznaczną odpowiedzią, bo jest ich kilka. W głównej mierze, odpowiedź zależałaby od tego, czy celem podróży jest plażowanie, czy też zwiedzanie. Jeśli plażowanie, to prawdopodobnie odpowiedziałabym, że Sardynia lub Formentera, ale jeśli chodzi o zwiedzanie, to mój zdecydowany numer jeden to Santorini 🙂
Za co kocham Santorini?
Santorini ma w sobie swojego rodzaju magię. Jest zupełnie inna od wszystkich innych wysp i mimo, iż codziennie odwiedza ją rzesza turystów, to bez problemu można tutaj znaleźć ciszę, spokój oraz miejsce do relaksu z cudownym widokiem. Po pustych uliczkach w Imerovigli mogłabym niespiesznie spacerować godzinami, szukając najlepszych punktów widokowych na zdjęcia . Za każdym rogiem czeka na nas niesamowity widok! Do tego wystarczy wyjechać troszkę poza najbardziej turystyczne miejscowości, aby cieszyć się pięknymi widokami w samotności.
Najpiękniejsze zachody słońca na Santorini.
Ktoś kiedyś powiedział, że na Santorini są najpiękniejsze zachody słońca na świecie 🙂 Jeszcze ogromna część świata przed nami do odkrycia, więc nie potwierdzimy tego, ale od siebie mogę tylko napisać tyle, że gdybym dziś miała zrobić listę miejsc na najpiękniejsze zachody słońca, to Santorini na bank znalazłaby się w pierwszej trójce. Jest wiele takich miejsc na świecie, gdzie kadry są po milion razy powielane, bo tak naprawdę możliwości są ograniczone. A tutaj, nawet zachód słońca w Oia, można sfotografować z wielu różnych miejsc i za każdym razem wyjdzie nam z tego niezła pocztówka widokowa.
Prawdopodobnie dlatego też wiele par marzy o sesji ślubnej gdzieś pomiędzy wijącymi się uliczkami Santorini. A najlepsze jest to, że tych malutkich, wąskich uliczek oraz zakamarków na Santorini jest całe mnóstwo, co powoduje, że potencjał do pięknych kadrów jest ogromny. I tak naprawdę, każdy może przywieźć z Santorini swoje niepowtarzalne ujęcia! Zdecydowanie polecam tę wyspę wszystkim miłośnikom fotografii. Gwarantuję Wam, że wrócicie zachwyceni, a karty pamięci będą pękać w szwach 🙂
Co zwiedzić na Santorini?
Wiele osób wpada na Santorini na jeden dzień, najczęściej z Krety. Wg mnie to największy błąd. Bo w jeden dzień to można co najwyżej zobaczyć Oia (wcale nie najpiękniejsze miejsce na Santorini), a wyspa ma zdecydowanie więcej do zaoferowania. Nasz 7 dniowy plan podróży był dość mocno napięty, ale udało nam się objechać całą wyspę i zobaczyć wszystkie najpiękniejsze miejsca na Santorini. Nie ukrywam jednak, że bardzo chętnie bym tam wróciła, żeby jeszcze raz zobaczyć te magiczne zachody słońca!
Santorini -33 zdjęcia, które sprawią, że będziesz chciał ją zobaczyć!
Zostawiam Was zatem z moimi ulubionymi kadrami z Santorini 🙂 Mam nadzieję, że rozbudzą w Tobie chęć zobaczenia tej wyspy na własne oczy!
Jak zapewne zauważyliście nasza podróż po Nowej Zelandii zupełnie omijała miasta. Powód był bardzo prosty. Natura NZ jest zdecydowanie piękniejsza, więc to jej chcieliśmy poświęcić całą uwagę. Miasta jak każde inne, pewno znajdą swoich zwolenników, my woleliśmy przeznaczyć czas na coś czego nie zobaczymy nigdzie indziej. Wyjątkiem było jedno, niewielkie miasteczko o wdzięcznej nazwie Akaroa. Nawet nie było nam jakoś szczególnie po drodze, bo żeby tutaj dotrzeć musieliśmy pokonać z Kaikoura ponad 260 km. No ale zacznijmy od początku. Po pływaniu z delfinami podczas wchodzącego słońca w Kaikoura, rzuciliśmy okiem na okolicę. Ja uwieczniłam wszystko na zdjęciach, chłopaki pobawili się dronem i ruszyliśmy do Akaroa. Niewielkiego miasteczka, położonego ok 90 km na wschód od Christchurch.
Droga do Akaroa była dość długa, ale za to bardzo malownicza. Zresztą chyba jak wszystkie drogi w Nowej Zelandii. Niezliczona ilość powulkanicznych pagórków tworzyły przeurocze krajobrazy. Co chwilkę musieliśmy się zatrzymać, żeby nacieszyć oczy. Powiem szczerze, że zdjęcia kompletnie nie oddają tej przestrzeni, tych wysokości i głębokości. Nawet nie wiem czy filmowanie by tutaj pomogło, to trzeba zobaczyć na własne oczy, to trzeba po prostu przeżyć.
Kiedy dojechaliśmy na przedmieścia Akaroa, przywitał nas taki oto widok. Już wtedy wiedziałam, że było warto jechać tutaj tyle kilometrów. Na samej górze stoi niewielka restauracja The Hilltop Tavern Akaroa z mega widokiem. Nie mogliśmy, nie wejść do środka, tym bardziej, że akurat trafiliśmy na promocję pizzy, 50% taniej. Nie zastanawialiśmy się nawet pięć sekund. Żeby nie było, to nie była pizza z mikrofalówki czy coś 🙂 Tylko z pieca, przepyszna swoją drogą. Z nasyconymi brzusiami a także oczami od widoków wookoło, ruszamy do naszego kampingu. Nie ma ich tutaj zbyt dużo w okolicy. Wybraliśmy jak zawsze ten najpiękniej położony. French Farm Campsite. Akurat tak się złożyło, że był też bezpłatny. Zajęlismy dosłownie ostanie możliwe miejsce! Jupi!
Chyba nie ma nic piękniejszego, jak takie widoki z okna 🙂 Kamperowskiego okna oczywiście 🙂 Dzień pożegnał nas rozpalonym na złoto niebem, a przywitał przepięknym fioletowym spektaklem 🙂 Oczywiście kiedy wszyscy jeszcze spali, ja cichaczem wymknęłam się z kampera i obserwowałam sobie to przepiękne zjawisko. To było coś niesamowitego. Kocyk, ciepła herbatka, leżaczek i kolejny wschód słońca w kraju białej chmury przeżyty 🙂 Kiedy reszta towarzystwa się obudziła poszliśmy poszwędać się troszkę po okolicy. Zjechaliśmy kamperem do centrum, gdzie przywitało nas nieco senne miasteczko z kolonialną architekturą, ewidentnie czuć tutaj wpływy francuskie i brytyjskie. Sporo przytulnych fafejek, restauracji, małych galerii z rękodziłami. Taka przyjemna, swojska okolica z garstką mieszkańców, mieszka tutaj zaledwie 700 osób. W ogródkach idelnie przystrzyżona trawka, starannie wypielęgnowane kwiatki, aż chciałoby zajrzeć do wnętrza domów i sprawdzić, czy w środku też taki ład i porządek. Zakupiliśmy po kubku kawy w ekologicznej kafejce i poszliśmy w kierunku pomostu. Było tak cicho i spokojnie, że wręcz chciałby się rozmawiać szeptem, żeby nie spłoszyć mew.
Dlaczego warto przyjechać do Akaroa – Nowa Zelandia?
bo to tylko 90 km od Chrischurch, a widoki zdecydowanie fajniejsze 🙂
bo jest przepięknie położone, niewielka miejscowość nad brzegiem morza, z milionem zielonych pagórków
bo ma niepowtarzalny klimat, lekko romatyczny, nostalgiczny
bo maja najlepsze fish & chips w Nowej Zelandii 🙂
bo możecie tutaj popływac z delfinami jeśli nie zrobiliście tego w Kaikoura
bo jest dużo szlaków, którymi można spacerować bez końca,
bo mają uroczą latarnie i ogólnie jakiś taki spokój, że chciałby się tutaj zamieszkać 🙂
no i podobno są też pingwiny, tylko nam zabrakło już niestety czasu na ich szukanie.
Sesja ślubna Santorini – Fotograf! Kochani moi! Na początku bardzo, ale to bardzo dziękuję wam za to, że moją ostatnią wiadomość – czyli pomysł, na robienie ślubnych sesji zdjęciowych (podczas wakacji) przyjęliście z takim entuzjazmem, że zaufaliście nam i że puściliście te wiadomość daleko w świat. Dzięki wam zgłosiło się do nas wiele par, niestety nie z wszystkimi udało się nam spotkać ze względu na ograniczony czas, ale te z którymi się spotkaliśmy były bardzo wyjątkowe 🙂
Pomysł na sesję ślubną na Santorini zrodził się w mojej głowie, którejś bezsennej nocy. Z doświadczenia wiem, że jest wiele par, które marzą o romantycznym ślubie, gdzieś na końcu świata, ale nie zawsze jest to możliwe chociażby ze względu na koszty czy też fakt, że nie można ze sobą zabrać najbliższych. Wiem coś o tym, bo sama jeszcze nie tak dawno miałam ten dylemat. Nasz szczęście los sprawił, że udało się jakoś jedno z drugim połączyć. O naszym ślubie na Dominikanie możecie poczytać tutaj: Ślub na Dominikanie i Jak zorganizować ślub na Dominkanie
Sesja ślubna Santorini – Fotograf
Ślub na Santorini
Nie trzeba jednak lecieć, aż na Dominikanę, aby wziąć ślub w pięknej scenerii, można poszukać bliżej. Na przykład Santorini, które ma w sobie to coś! Tę magię! Niestety najczęściej po zapoznaniu się z cenami na tej uroczej wysepce nasze marzenia lgną w gruzach i wracamy do planowania zwykłego, tradycyjnego wesela w Polsce. Co oczywiście ma swoje plusy, bo nie musimy się już zastanawiać kogo na to Santorini zaprosimy, no bo umówmy się sto osób ciężko nam będzie sfinansować 🙂
Ale, ale…jest przecież jeszcze jedna opcja, która wchodzi w grę. Po ślubie możemy spakować naszą suknię do walizki ( pod warunkiem, ze nie jest to ogromna beza z trzykołową halką:)) i przy okazji podróży poślubnej udać się w wymarzone miejsce na sesję zdjęciową 🙂 Tylko, że tutaj również możemy napotkać problem, bo ceny fotografów na Santorini mogą nas skutecznie od tego pomysłu odwieść (wiem bo sprawdzałam:)). Możemy zastanowić się nad zabraniem fotografa z Polski, ale dobry fotograf nie dość, że za taką sesję skasuje nas jak za zboże, to jeszcze musimy pokryć jego koszt przelotu, wyżywienia i zakwaterowania, co umówmy się, może nawet przewyższyć koszt tych fotografów na miejscu.
Sesja ślubna Santorini – Fotograf
No i tutaj wreszcie docieram do sedna sprawy! Mam dla was idealne rozwiązanie! My możemy taką sesję dla was zrobić! Ponieważ Santorini była od dawna na naszej liście, postanowiliśmy odwiedzić ją w tym roku. Tym oto sposobem spełniliśmy kilka marzeń na raz, nasze o zobaczeniu Santorini i trzech wspaniałych par, które od dawna marzyły o sesji w tym cudownym miejscu 🙂 Oczywiście sami poryliśmy koszty przylotu, zakwaterowania itd. Pary zapłaciły jedynie za zdjęcia, które będą ich cudowną pamiątką.
Zaraz po przylocie zrobiliśmy rozeznanie na wysepce, poszukaliśmy najpiękniejszych miejsc na niezapomniane ujęcia. Zwiedziliśmy całą wyspę, przetrząsnęliśmy każdy zaułek, sporządzaliśmy listę miejsc idealnych i potem to już była sama przyjemność. Staraliśmy, aby każda z par miała niepowtarzalną sesję. I mam nadzieję, że nam się to udało. Efekty pracy właśnie macie przed sobą. Wszystkie zdjęcia w tym poście są naszego autorstwa.
Sesja ślubna za granicą Seszele – Polski Fotograf
Oczywiście Santorini to tylko luźna propozycja, jeśli marzycie lub znacie kogoś kto marzy o romantycznej sesji w Wenecji, Paryżu, Rzymie, Barcelonie, Dubrowniku, czy w jakimkolwiek innym miejscu na świecie to też dajcie nam znać. Bardzo dużo podróżujemy i jest jeszcze sporo miejsc w których nie byliśmy więc chętnie zrobimy z wami burzę mózgów. W październiku 2019 jesteśmy na Seszelach, będziemy tam fotografować ślub więc jeśli ktoś z was wybierałby się tam w podróż poślubną, to koniecznie dajcie znać. Na pewno wymyślimy wspólnymi siłami coś fajnego.
Sesja zdjęciowa we wrzosach w Holandii
A może ktoś z was marzy o oryginalnej sesji w Amsterdamie, albo na polu wrzosowym? Na taką sesję przyjechała do nas Agata z Petą z bloga Aschaaa tutaj możecie zobaczyć efekty naszej pracy: Sesja we wrzosach. Wystarczy, że dacie nam znać, kiedy przylatujecie do Wiatrakowa i umawiamy się na niezapomniane zdjęcia 🙂 Co wy na to? 🙂 Z naszym ślubnym portfolio możecie zapoznać się tutaj: KLIK. Właśnie zostało zaktualizowane. Jeśli byłby ktoś zainteresowany, piszcie proszę na mojego maila: info@marylafossen.nl lub addictedtopassion@gmail.com
Mam nadzieję, że spodobał się wam nasz pomysł i że spotkamy się z wami w jakimś cudownym, romantycznym miejscu i wyczarujemy razem niezapomniane zdjęcia z waszej podróży poślubnej. Staramy się, aby zdjęcia zawsze oddawały jak najwięcej emocji. Żeby było widać miedzy wami miłość, radość i fascynację. Żebyście zaglądając do albumu po latach mieli ścisk w gardle i łzy w oczach. Jak to było pięknie i cudownie 🙂 Czekam na wasze maile, propozycje i sugestie 🙂 A jeśli sami nie jesteście zainteresowani, to podrzućcie koniecznie ten pomysł waszym znajomym. Będzie nam bardzo miło jeśli dotrzemy tym postem do jak największej grupy odbiorców. To tyle na dziś! Ściskam was mocno i do zobaczenia gdzieś w pieknym miejscu 🙂 Maryla
Kto z nas nie marzy o tym, żeby znaleźć się w pobliżu tych cudownych, mądrych stworzonek i to w dodatku w ich naturalnym środowisku. Chyba każdy 🙂 Nasz plan podróży po Nowej Zelandii zawierał obowiązkowo punkt pt “pływanie z delfinami”. Jedyne pytanie, które mnie cały czas nurtowało, był wybór miejsca. W Nowej Zelandii pływanie z delfinami odbywa się w trzech miejscach. W Akaroa, w Bay of Island i w Kaikoura. O każdym z tych miejsc znajdziemy wiele informacji, natomiast decyzja o tym, które z tych miejsc jest najlepsze – gdzie znajdziemy najwięcej delfinów, była już nieco trudniejsza.
Akaroa, jakoś w ogóle nie brałam pod uwagę, bo jednak najbardziej popularne były dwa pozostałe z czego Kaikoura była nam cholernie nie po drodze, więc moja decyzja skłaniała się ku Bay of Island. Natomiast kolega upierał się przy Kaikourze, bo jakaś jego znajoma tam właśnie z delfinami pływała i powiedziała, że jeśli delfiny to tylko i wyłącznie tam. No ale wiadomo w Bay of Island jej nie było, więc porównania jako takiego nie miała. Poza tym delfiny jak wiadomo też się przemieszczają, też mają swoje humory i w jednym dniu mogą być, a winnym możemy nie mieć szczęścia i ich nie zobaczymy. Dlatego bardzo mi zależało na tym, żeby wybrać miejsce, w którym prawdopodobieństwo ich zobaczenia jest największe, tym bardziej, że nasz plan był dość napięty i nie przewidywał w razie porażki czekania na następny dzień i kolejną szansę.
Po długich poszukiwaniach wszelkich informacji na ten temat, natrafiłam na jakaś nowozelandzką stronę, gdzie bardziej dokładnie było napisane, w jakich miesiącach mamy największe szanse na duże grupy delfinów, z rozpisaniem na miesiące oraz miejsca, gdzie one się pojawiają. Znalazłam również info, że w Kaikoura występują delfiny Husky, które są mniejsze od tych w Bay Of Island, są one bardziej aktywne, a co za tym idzie bardziej skore do zabaw. Wszystkie te informacje wskazywały jednoznacznie na to, że jednak Kaikoura była dla nas najlepszym i najpewniejszym punktem. No cóż nie było wyjścia. Tak też zrobiliśmy. O 4 rano mieliśmy pobudkę, żeby o 4;30 wyruszyć na poszukiwania delfinów.
Przygotowanie do pływania z delfinami.
Przed wypłynięciem łodzią, obejrzeliśmy film instruktażowy w specjalnie do tego przygotowanej sali. Tam dokładnie wytłumaczono nam, co możemy robić a czego nie. Jak powinniśmy się zachowywać itd. W końcu mamy do czynienia z dzikimi zwierzętami. Instrukcja była w języku angielskim. Ale filmik był tak skonstruowany, że w sumie nawet bez znajomości języka można było wszystko zrozumieć. Póżniej każdy z nas dostał specjalny kostium (piankę), buty, płetwy i maskę z rurką. Gotowi wyruszyliśmy na spotkanie z delfinami. Już w pierwszym momencie na statku spotkała mnie nieprzyjemna niespodzianka. Tak się rano spieszyliśmy, że nie włożyliśmy karty do aparatu, w związku z czym nie mamy ani jednego zdjęcia. Na szczęście mieliśmy go pro, którym udało nam się nakręcić kilka filmików. I w sumie, to chyba nawet lepiej, bo przypuszczam, że zdjęcia i tak nie oddałyby tego co tam przeżyliśmy.
Jak wyglada pływanie z delfinami?
Poszukiwanie delfinów okazało się prostsze niż myślałam. Albo wiedzą gdzie one dokładnie się znajdują, albo mieliśmy wyjątkowe szczęscie. Najpierw płynęliśmy łodzią wzdłuż stada. One ponoć uwielbiają dźwięk łodzi. Pływają przed samą burtą, bawiąc się przy tym całkiem dobrze. W tym czasie mogliśmy obserwować jak skaczą, robią salta i piruety. Grupa była bardzo duża, według załogi statku ok 200 sztuk. Były dosłownie wszędzie. Po prawej, po lewej, z przodu, z tyłu. Coś niesamowitego! Skakały, pluskały i śpiewały 🙂 Po kilkunastu minutach mogliśmy wskoczyć do wody, w sam środek tych cudnych, rozbawionych, roześmianych i śmiesznie piskających stworzonek 🙂 Pierwszy moment był trochę dziwny, ciężko było mi złapać oddech i bardziej skupiałam się na tym, żeby się utrzymać na powierzchni, niż żeby bawić się z delfinami. Sama nie wiem, czy była to kwestia tego, że woda była zimna, czy to adrenalina przed bliskim spotkaniem z nimi.
Zabawa z delfinami.
Na szczęście ten stan trwał zaledwie kilkadziesiąt sekund. Zaraz potem zanurzyłam się pod wodę i nie mogłam uwierzyć w to co widzę. One były dosłownie wszędzie. Pływały wokoło, śpiewały, niemal ocierały się o mnie. Od razu zastosowałam się do wszystkich wskazówek. Biłam mocno płetwami i starałam wydobywać takie same dźwięki jak one. Możecie sobie tylko wyobrazić. Grupa 20 osób, w tym zapewne ważni dyrektorzy firm, którzy na codzień pomykają w garniturkach teraz siedzą w wodzie, machają płetwami i wydają z siebie głupkowate dźwięki, żeby tylko te delfiny były blisko i bawiły się z nimi 🙂 Myślę, że obsługa statku za każdym razem ma mega ubaw, no ale czego się nie robi dla takiego przeżycia. Oczywiście delfinów nie wolno dotykać.
Po jakichś 15-20 minutach, musieliśmy zejść na pokład, bo delfiny pływają trochę szybciej niż ludzie 🙂 musieliśmy je trochę podgonić i znowu pozwolono nam wskoczyć do wody. I znowu były blisko. Mogłam się dokładne przyjrzeć tym ślicznym mordkom. Wyglądają tak radośnie, jakby się wręcz do mnie uśmiechały. To było cudowne przeżyć, być tak blisko…na wyciągnięcie ręki! One są nas bardzo ciekawe, bo nie wygladamy ani jak delfiny, ani jak foki, więc podpływają blisko, żeby nam się przyjrzeć. Kiedy znowu rozległ się gwizdek wzywający nas na pokład, dowiedzieliśmy się, że mamy mega szczęście, bo delfiny są dziś wyjątkowo aktywne. W związku z tym mogliśmy po raz kolejny wejść do wody i tańczyć z nimi 🙂 Jak wiecie fotek nie mamy, ale jest za to filmik 🙂 Zapraszam was na spotkanie oko w oko z delfinami 🙂
Po zabawie z delfinami, zdjęciu pianek i wysuszeniu dostaliśmy kubek gorącej czekolady i przepyszne imbirowe ciasteczka. Ich smak już na zawsze będzie kojarzył mi się z tym miejscem i tym wspaniałym przeżyciem. Oczywiście później w pierwszym napotkanym supermarkecie zaopatrzyłam sie w kilka paczek i przywiozłam do domu. Tak więc kochani jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję, żeby popływać z delfinami, to nie wahajcie się ani chwili. Jesli będziecie w NZ to nie zastanawiajcie też gdzie to zrobić, bo Kaikoura jest właśnie tym miejscem, The one and only! 🙂 To przeżycie jest warte każdych pieniędzy, co ja mówię…to przeżycie jest bezcenne! Jeśli jeszcze kiedyś będę miała okazję to powtórzyć to na pewno zrobię to bez wahania. Ostatnio nawet jeden z czytelników zapytał mnie jaka jest moja lista 5 najlepszych miejsc/przeżyć z NZ. I to było właśnie jedno z nich 🙂
Rezerwacja biletów
Dość istotna informacja. Jeśli już zdecydujecie, że chcecie pływać z delfinami w Kaikoura, to koniecznie zarezerwujcie bilety z większym wyprzedzeniem. My rezerwowaliśmy miesiąc przed wylotem i już na dzień w którym planowaliśmy pobyt w Kaikoura, nie było już wolnych miejsc. Musiałam zmieniać cały plan, żeby przybyć dzień wcześniej, tak więc pamiętajcie o tym. Bardzo ważna jest też godzina wypłynięcia, najlepsza jest ta najwcześniejsza, przed wschodem słońca, chyba 5:30 jak się nie mylę. Wtedy delfiny są najbardziej aktywne i skore to zabawy. Ta godzina też rozchodzi się jak ciepłe bułeczki, tak więc warto mieć to na uwadze.
– Cena biletu 170$ (poszukajcie w necie kodu zniżkowego, nam sie udało, ale ta strona już nie istnieje)
– Kluczem do tego aby delfiny pływały dookoła was jest komunikacja z nimi (naśladowanie ich głosów i machanie płetwami)
Nowa Zelandia to chyba jeden z nielicznych krajów, który na stosunkowo niewielkiej powierzchni kryje tak zróżnicowane krajobrazy. Od piaszczystych wydm, przez rozległe równiny po sam horyzont, malownicze jeziora, wijące się jak esy floresy rzeki, pola lawendowe, fioletowe wrzosowiska, rozległe winnice, aż po wysokie góry, fiordy i lodowce. I o ile większość z tych rzeczy mniej lub bardziej mi do nowozelandzkiego klimatu pasuje, to chyba ostania rzecz jaką spodziewałam się tam zobaczyć to były właśnie winnice. Jakoś nigdy nie kojarzyłam tego kraju z winem i to był błąd, bo nowozelandzkie wina są naprawdę wyśmienite.
Winnice w Marlborough – Nowa Zelandia
Kiedy pierwszy raz w internecie mignęło mi zdjęcie rozległych winnic, od razu zagłębiłam się w temat i widziałam, że to miejsce musi znaleźć się na naszej mapie podróży. I tak też się stało. Ponieważ nasza podróż odbywała się końcem nowozelandzkiego lata, sezon winogronowy był w pełni. Jeszcze będąc w Polsce nawiązaliśmy kontakt z jedną z winnic, która organizowała również rowerowy wyprawy po Maulbourgh – przepięknie położonego regionu w północnej części południowej wyspy. Ta część Nowej Zelandii ma idealny klimat do hodowli winogron. Jest to bowiem jedna z najbardziej nasłonecznionych części wyspy.
Do Renwick przyjechaliśmy prosto z Abel Tasman Park o którym wspominałam wam w tych wpisach KLIK, KLIK. Zaraz po dniu spędzonym na kajakach udaliśmy się w stronę Blenheim. Przenocowaliśmy gdzieś w centrum miasta na parkingu, bo dotarliśmy już późnym wieczorem i nie chciało nam się szukać campingu. Z samego rana poszliśmy na pyszną kawkę w pobliskiej kawiarni i już o 9:00 byliśmy w miejscu gdzie czekały na nas rowery. Właściciel pozwolił nam zostawić kampera na podwórku, dostaliśmy mapę z wszystkimi winnicami w okolicy, zaznaczył nam od razu najlepsze i najbardziej malowniczo położone, na drogę dał kilka butelek wody, kask i mogliśmy ruszać.
To był jeden z cudowniejszych dni jaki spędziliśmy w Nowej Zelandii. Słońce, wiatr, rower, przepiękne widoki, dobre wino, które mogliśmy degustować w każdej z winiarni oraz pyszne lokalne przekąski. Coraz bardziej weseli przemieszczaliśmy się z jednej winiarni do drugiej. Jedyny minus był taki, że w tym dniu po południu, musieliśmy przejechać 165 km do Kaikoury i trzeba było zrobić losowanie, kto będzie prowadził kampera 🙂 No i niestety jedna osoba musiała się mocno ograniczać podczas degustacji 🙂 Wszystkie degustacje były darmowe, tak więc możecie sobie wyobrazić, że po całodziennej degustacji humory dopisywały. Oczywiście zaopatrzyliśmy się w wina, które najbardziej przypadły nam do gustu naszym kubkom smakowym 🙂
Pamiętajcie, że większość winiarni jest czynna do 16:30. Jest też kilka czynnych do 16:00, ale te informacje dostaniecie wraz z mapką w miejscu w którym wypożyczycie rowery. Nam udało się odwiedzić chyba 7 różnych winiarni, ale pamiętam, że do ostatniej dotarliśmy jakoś przed 16:00 i było to już tuż przed samym zamknięciem. Otrzymacie także specjalne identyfikatory na podstawie których możecie kosztować za darmo wino (zwykle po 3 różne gatunki w każdej z winiarni). Jedzenie takie jak deska serów czy wędlin są dodatkowo płatne. Najlepsze jedzonko było w Giesen i Forrest. W Giesen zaopatrzyliśmy się w przepysznego Rieslinga. I jeszcze trochę widoczków z podróży do Kaikoura.
Niestety wschodnie wybrzeże pomiędzy Blenheim a Kaikoura uległo zniszczeniu przez ostanie trzęsienie ziemi. Z google maps wynika, że ta droga w tym momencie nie jest przejezdna.Nie wiem dokładnie jak duże są straty i jak długo potrwa remont tej drogi (na zdjęciach widziałam osunięty cały brzeg), ale jeśli uporają się ze skutkami trzęsienia ziemi i będziecie jechać tą trasą, to koniecznie zarezerwujcie sobie chwilkę na poznanie się z fokami 🙂 Jest takie jedno miejsce wzdłuż wybrzeża, gdzie znajduje się ich cała masa. Nazywa się Ohau Point, już nie daleko Kaikoury. Są ich tam całe setki 🙂 Mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy też na malutkie foczki.
Dalej jadąc wzdłuż wybrzeża mamy takie widoczki 🙂 Późnym popołudniem docieramy do Kaikoura, tam parkujemy w Kaikoura Top Holiday Park. Zależało nam, żeby był jak najbliżej bazy Encounter, bo następnego dnia o 4:00 mamy pobudkę i ruszamy na poszukiwanie delfinów! Juuupi! Tak więc bądźcie czujni, bo w następny wpis wbije was w ziemię 🙂
A na koniec mam dla was niespodziankę, krótki filmik 🙂 Oczywiście z wyprawy rowerowej przez winnice! Obejrzyjcie koniecznie! Poczujecie ten klimat!
Informacje praktyczne:Najlepsze winnice: Giesen, Forrest, Nautilus Estate, Framingham, Bladen, Seresin Estate, Te Whare Ra Rowery wypożyczaliśmy tutaj: Wine Tours By Bike – Cena 45$ od osoby. Ilość czasu jaką musicie przeznaczyć ok 7h
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Malta.
No to lecimy na Malte 🙂
W drodze na lotnisko lało jak z cebra, zimno było tak, że zabrałam ze sobą zimowy szalik. Głównie w obawie przed 2,5 godzinnym lotem z moim przeziębionym gardłem w klimatyzacji. Na szczęście nie było tak źle, lot minął bardzo szybko, zapodaliśmy sobie filmik i już lądowaliśmy na Malcie. Słonko przywitało nas otwartymi ramionami, otuliło od razu ciepełkiem, tak więc polubiliśmy tę uroczą wysepkę od razu po wyjściu z samolotu 🙂
Na lotnisku czekał na nas pan z wypożyczalni samochodów. Podpisaliśmy co było trzeba i dostaliśmy kluczyki wraz z nawigacją. Wszystko trwało mniej niż kwadrans. O wynajęciu samochodu na Malcie napiszę w podsumowaniu, bo jest kilka rzeczy, na które trzeba zwrócić uwagę. Niestety nie jest to taka tania sprawa jak by się wydawało.
Marcel widać trochę spięty przed pierwszą podróżą ruchem lewostronnym. W domu kiedy bez mrugniecia okiem podjął się kierowania, wyglądał na nieco pewniejszego siebie 🙂 no ale nic, powiedziało się A trzeba powiedzieć B, teraz innego wyjścia nie ma, bo ja za nic w świecie po lewej stronie jeździć nie będę. Nawigacja wreszcie odpaliła, ale co z tego, kiedy ogranicza sie jedynie to miejscowości. Na próżno szukać nazw ulic. Zapodajemy zatem centrum miasta i w drogę 🙂
Jazda po lewej stronie dostarczyła nam całkiem sporych emocji, szczególnie kiedy na jednym rondzie pojechalismy w prawo zamiast w lewo, spotykając się oko w oko z samochodem, który jechał prosto na nas, albo raczej my na niego :). Na szczeście na Malcie wszyscy jeżdżą dość wolno, chyba w obawie przez takimi turystami jak my 🙂 Po emoconującej podróży dotarliśmy do hotelu, nawet udało nam się zaparkować przed samym wejściem, co jak się później okazało było dość sporym szczęściem.
W recepcji przywitała nas pani wzrokiem:
a wy czego tutaj? nie było innego hotelu na Malcie?
W milczeniu wypełniliśmy co nam kazała i uciekając przed jej wzrokiem wskoczyliśmy do pierwszej lepszej windy. Wysiedliśmy na pietrze, które wskazywał numer pokoju, poszliśmy w prawo, nie to nie tutaj, w lewo, też nie. No to jeszcze raz, tam i z powrotem. Pokoju nie znaleźliśmy. Na szczęście nawinęła się pokojówka, która poinformowała nas, że hotel ma dwie części i musimy wyjechać na samą górę do restauracji, przejść na drugą stronę, a później zjechać drugą windą. Przy wejściu do restauracji przywitała nas pani z miną:
a wy czego tutaj z tymi walizkami? śniadanie już się dawno skończyło
. Poinformowała nas, że żeby dostać się do naszego pokoju musimy pojechać windą na parter i tam wsiąść do innej windy. Hmmm…zaczęłam się zastanawiać, czy my w ogóle dziś nasz pokój znajdziemy. Przechodząc na parterze obok recepcji już chciałam pani z miną srajacego kota na pustyni powiedzieć, że oszczędziłaby swoim gościom min pół godziny, gdyby chciało jej się poinformować, że mają dwie części budynki i żeby czytać tabliczki, którą windą należy jechać do danego pokoju . Na jej szczęście miała klientów i się jej upiekło. W końcu udało nam się dotrzeć do pokoju. Od razu pobiegłam odsłonić okno i jakież było moje zdziwienie, kiedy zamiast widoku na kamienicę, bo taki zamówiliśmy, moim oczom ukazał się taki oto widoczek 🙂
W 5 sekund zapomnieliśmy o długiej drodze do pokoju 🙂 Szybko wskoczyliśmy w lżejsze ciuszki i fru do Valetty! Zanim jednak tam dotarliśmy zatrzymaliśmy się w kilku ciekawych miejscach na przedmieściach. Piękny widok na Msida Yacht Marina i łowiący rybki tamtejsi mieszkańcy, z którymi nie omieszkaliśmy uciąć sobie krótkiej pogawędki.
Zaraz po wejściu do Valletty kupiliśmy mapę miasta, żeby wiedzieć gdzie znajdują się punkty które chcemy zobaczyć. Skierowaliśmy się od razu w kierunku ogrodów Barracca, żeby zobaczyć panoramę miasta. Po drodze obfociliśmy wszystko co zwróciło naszą uwagę. Przepiękną architekturę parlamentu, teatr na świeżym powietrzu, najpiękniejszy i najczęściej fotografowany budynek Zajazdu Kastylijskiego (Auberge).
Kiedy docieramy do Upper Baracca Gardens przed nami rozpościerają się takie oto widoki 🙂 Zdecydowanie najpiękniejszy punkt widokowy Valetty, którego nie można ominąć 🙂
W ogrodzie zatrzymaliśmy się na dłużej, posiedzieliśmy troszkę na tarasie podziwiając widoki, wrzuciliśmy też coś na ząb i poszliśmy dalej w kierunku Lower Barracca Gardens. Uliczki Valletty zauroczyły mnie totalnie. Charakterystyczne dla Malty kolorowe balkoniki nadawały im niespotykanego klimatu i tajemniczości.
Tak oto docieramy do Dolnych Ogrodów Barracca, z których rozpościera się wspaniały widok na Grand Harbour, Fort Ricasoli, Bighi Palace, oraz Fort St. Angelo.
Z Dolnych Ogrodów przechodzimy na północno-zachodnią część Valletty obchodząc ją tym samym niemal dookoła. W sumie to nie wiedziałam, że Valletta jest taka mała i że można ją obejść w jedno popołudnie. Nam zajęło to coś ok 3 godziny. Zobaczyliśmy najważniejsze miejsca i punkty widokowe. Nie wchodziliśmy jednak do wnętrz kościołów, ani innych zabytkowych budowli. Spędziliśmy za to dużo czasu na robieniu zdjęć 🙂 Tak więc jeśli nie macie za dużo czasu na Malcie, pół dnia na Vallettę w zupełności wystarczy. Polecam wybrać się po południu, wtedy mamy najlepsze światło, słońce nie jest już takie mocne i piaskowe budynki przybierają niemal złoty kolor 🙂
Po powrocie do hotelu udajemy się na kolację. Weszliśmy w zasadzie do pierwszej lepszej restauracji, która znajdowała się zaraz naprzeciwko. Była wypełniona po brzegi więc to znak, że jedzonko musi być dobre. Restauracja nazywała się Pappi’s i faktycznie jedzonko całkiem przyzwoite, Marcel zajadał się domowym burgerem, a ja pastą z Maltańska kiełbaską 🙂 I na zakończenie dnia jeszcze fotka z naszego balkonu 🙂
Informacje praktyczne:
Bilet na Maltę – 70 euro od os retour liniami Ryanair Wynajęcie samochodu na 3 dni z ubezpieczeniem, nawigacją i 3/4 bakiem benzyny – 150 euro ( Peugeot 107 automat) Hotel Plaza Regency 3 noce – 200 euro za pokój Kolacja w Peppi’s- 25 euro od 2 os Parkowanie na Malcie – bez problemu, teoretycznie bezpłatne, praktycznie stoją panowie wspomagający ruch i liczą na napiwki.
Dziś mam dla was kochani kolejny post z Wiatrakowa. Tym razem z miejsca, które chyba najbardziej kojarzy się wszystkim z Holandią. Miejsce, gdzie na stosunkowo niewielkiej powierzchni znajdziemy największą ilość holenderskich wiatraków i to uwaga, działających wiatraków, które są zamieszkiwane przez miejscową ludność. Zaraz po Keukenhof jest to najczęściej odwiedzane miejsce w Holandii. Zjeżdżają się tutaj turyści z całego świata. Być w Holandii i nie odwiedzić tego pięknego miejsca to niemal tak samo jak pojechać do Paryża i nie zobaczyć wieży Eiffla.
Kinderdijk – bo to o nim mowa, to niewielka miejscowość, a właściwie wieś, położona ok 15 km na wschód od Rotterdamu. Położona jest ona na polderze, do którego osuszania zbudowano system wiatraków z których 19 zachowało się do dziś. Są one rozmieszczone po dwóch stronach kanału, tak, aby mogły sterować poziomem wody. Wzdłuż kanału znajduje się wygodna ścieżka rowerowa i chodnik, dzięki którym możemy przechadzać się, tak, aby zobaczyć każdy z wiatraków.Każdy z wiatraków jest zamieszkały, a jeden z nich został udostępniony do zwiedzania. Być w wiatraku w czasie jego pracy jest niezapomnianym i jednocześnie zaskakującym wrażeniem!
Nazwę Kinderdijk
, można przetłumaczyć jako “Dziecko Grobli”. Skąd ta nazwa? Wg lokalnej legendy w 1421 roku Holandię nawiedziła straszna powódź. Burze i sztormy szalały. Prawie wszystko było pod wodą. Fale przetaczały się przez groble. Morze wdarło się w głąb lądu. Przyszedł czas, że sztormy prawie ucichły na jeziorze. Nagle ktoś zauważył drewnianą kołyskę unoszącą się na wodzie. W kołysce był kot, który przeskakiwał w przód i tył. Jak się okazało, kot, cały czas próbował utrzymać równowagę kołyski, aby woda nie wlała się do środka. W pewnym momencie kołyska przypłynęła do wystającej z nad wody, grobli. Wtedy zauważono, że na dnie kołyski śpi maleńkie dziecko…Stąd nazwa wioski…
W Kinderdijk byłam już dwa razy i na pewno zawitam tam jeszcze nie raz. Jest to według mnie jedno z najprzytulniejszych miejsc w Holandii. W wiosenny wieczór gdy już nie ma turystów, a słońce świeci jeszcze do 20-tej, można spacerować tam godzinami. Możemy też wynająć rower i zrobić sobie rowerową przejażdżkę. Przy odrobinie szczęścia możemy się załapać na przepiękny zachód słońca 🙂
Informacje praktyczne. Do Kinderdijk dostaniemy samochodem, autobusem z Utrechtu lub metrem z Rotterdamu. Autobusem najlepiej z dworca głównego w Utrecht. Linią nr 90 dotrzemy pod główne wejście Kinderdijk. Metrem nr 90 z Rotterdam Zuidplein w strone Utrechtu wysiadamy w Alblasserdam. Jeśli wybierzemy się samochodem musimy liczyć się z opłatą parkingową w wysokości 5 euro. Wstęp do Kinderdijk jest bezpłatny. Za wstęp płacimy jedynie przy wejściu do muzeum.
Chyba najwyższa pora, żeby pokazać Wam kilka pięknych miejsc w Holandii 🙂 Ciągle zachwalam jakieś dalekie kierunki, a tutaj we Wiatrakowie tyle pięknych widoków. Postaram się co jakiś czas wrzucać posta, co warto tutaj zobaczyć. Na pierwszy ogień idzie największy i najpiękniejszy ogród roślin cebulkowych, do którego zjeżdżają się turyści z całego świata. Druga połowa kwietnia to najlepszy okres na odwiedzenie ogrodu, wtedy wszystkie kwiaty są w apogeum rozkwitu. I choć ogród nie jest blisko mnie, odwiedziłam go już trzy razy, za każdym razem zachwycając się tak samo 🙂
Keukenhof
bo to o nim mowa, to piękny zespół pałacowo-parkowy, w którym co roku wiosną rozkwita ponad 7 milionów roślin cebulowych – tulipanów, hiacyntów, żonkili, narcyzów. Kolorowe kobierce rozścielone pośród majestatycznych drzew w parku i nad wodą, budzą prawdziwy zachwyt, a do tego jeszcze wystawy kwiatów w pawilonach, ogrody inspirujące, stworzone dla miłośników ogrodnictwa, by mogli czerpać z nich pomysły do swoich własnych ogrodów i ogródków, a także specjalne atrakcje dla dzieci – w Keukenhof można spędzić cały dzień, nie nudząc się ani chwili. Tutaj wiosna jest najpiękniejsza!
Fakty i liczby. Keukenhof jest największym ogrodem prezentującym kwitnące rośliny cebulowe – jedynym w swoim rodzaju, znanym na całym świecie. Jest też jedną z najpopularniejszych atrakcji Holandii. Rozciąga się na obszarze 32 h i co roku rozkwita tutaj ok. 4,5 milionów tulipanów w 100 odmianach. Jesienią w ogrodzie wysadza się ręcznie (!) 7 milionów cebulek dostarczanych przez renomowane firmy, które mają tzw. królewską gwarancję. Rośnie tu 2 500 drzew w 87 gatunkach. Keukenhof to również największy w Holandii park rzeźb.
Temat przewodni. Od kilku lat, co roku główna wystawa w ogrodzie podporządkowana jest innemu tematowi przewodniemu. W 2012 tematem przewodnim w Keukenhof była: „Polska – Sercem Europy”, a jedną z atrakcji był ogromny portret z kwiatów (12 x 20 m), przedstawiający Chopina. Do jego ułożenia zużyto 50 000 cebulek. W tym roku, na 65. rocznicę otwarcia Keukenhof, temat przewodni brzmi: Holandia. A jak Holandia, wiadomo – tulipany. W odnowionym Ogrodzie Historycznym zakwitnęły więc autentyczne odmiany z XVI i XVII w., w “alei gwiazd” można się przespacerować mając za towarzyszy van Gogha czy Rembrandta, czyli nazwane nazwiskami wielkich gatunki, a kwiatowa mozaika z 60 tys. cebulek tulipanów i hiacyntów przedstawia domy znad amsterdamskich kanałów.
Informacje praktyczne. Keukenhof znajduje się w miejscowości Lisse, w środkowej części Holandii. Można się tutaj wybrać samochodem, lub specjalnym autobusem z Amsterdamu, Haarlemu, Leiden czy z lotniska Schiphol. W tym przypadku najlepiej zakupić bilet combi czyli wstęp + bilet autobusowy w cenie 28 euro dorośli, dzieci – 23 euro. Ogród czynny jest tylko dwa miesiące w roku. Najczęściej od połowy marca, do połowy maja. W tym roku dokładnie od 20 marca do 18 maja. Bilety kosztują 15 euro od osoby dorosłej i 7,5 euro dzieci. Jeśli wybierzemy się samochodem, dochodzą nam koszty parkingu w wysokości 6 euro za za cały dzień.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Malta.
Dzień drugi na Malcie rozpoczynamy od śniadanka 🙂 w tym celu łapiemy windę, na którą wyjątkowo długo czekamy, wyjeżdżamy na 6 piętro i od razu wracamy, bo oczywiście zapomnieliśmy, że to przecież niewłaściwa winda. No to zjeżdżamy na parter, tam przechodzimy pod drugą windę na którą już oczekuje kilku zniecierpliwionych gości. Faktycznie w porze śniadaniowej ciężko się na nią doczekać. Marcel dojrzał u jakiejś pani vouchery na śniadanie i przekonuje mnie, że może powinniśmy pójść do recepcji zapytać, czy też takie potrzebujemy. Wybijam mu to z głowy, bo po pierwsze ucieknie nam winda i znów będziemy na nią czekać pół godziny, a po drugie przecież na pewno na górze mają jakiś komputer i żadnych voucherów nie potrzebujemy.
Nadjechała winda, pakujemy się do niej jak szprotki, każdy na wdechu. Winda zatrzymuje się na każdym piętrze, większość odpuszcza sobie wchodzenie bo i tak nie ma miejsca, ale jeden z gości nie dał za wygraną. Wbił się do windy, stając tym samym oko w oko, brzuch w brzuch z Marcelem. Ufff, nie chcielibyście widzieć jego miny. Udało się jednak dotrzeć do restauracji. W drzwiach przywitał nas pan prosząc o vouchery, których oczywiście nie mamy. Z uśmiechem na twarzy informuje nas, ze bez nich śniadania nie dostaniemy, trzeba pojechać do recepcji, zapłacić za śniadanie wziąć vouchery i można zasiąść wygodnie do śniadania. Czuję w tym momencie jak Marcela wzrok wypala mi dziurę w bluzce…uff, no to jedziemy na dół. Kiedy już załatwiliśmy te vouchery to okazało się, że śniadanie było tak beznadziejne, że szkoda było czasu i 4 euro.
No dobra, tyle wstępu jedziemy w końcu pozwiedzać. Pierwszy punkt programu na dziś to Blue Grotto. Docieramy na miejsce po jakichś 25 minutach. Najpierw zatrzymujemy się na tarasie widokowym, aby podziwiać formacje skalne z góry, a później udajemy się na dół, żeby popływać łódką po wyrzeźbionych w skałach jaskiniach. Leżąca na południowym brzegu Malty Blue Grotto, to jedna z największych atrakcji turystycznych wyspy. Jest to grupa jaskiń wyrzeźbionych przez morze w skalistych brzegach. Dodatkową atrakcją są kolory, którymi mienią się ściany jaskiń oraz wypełniająca je woda. Niestety strasznie ciężko je sfotografować.
Jeśli się zastanawiacie o czym rozprawia ta grupka Maltańczyków, to powiem wam w sekrecie, że byli wstrząśnięci wynikiem Eurowizji i nie mogli pojąć jak to możliwe, że Konczita Kiełbasa wygrała całe to zamieszanie 🙂
Po wizycie w Blue Grotto udajemy się na Klify Dingli. Mijamy cudowne krajobrazy Malty. Co jakiś czas zatrzymujemy się, żeby uwiecznić je na zdjęciach. Klimatu dodają przepiękne cirrusy, które wyglądają jakby ktoś pomaział niebo pędzlem. Do tego na poboczach kwitły maki, które uwielbiam 🙂 Przy drodze kupiliśmy pudełko przepysznych truskawek i zajadając się nimi rozkoszowaliśmy się widokami. Czy już wam wspominałam, że zakochałam się w Malcie? 🙂
Po ok 20 minutach dotarliśmy do klifów. Co prawda spodziewaliśmy się, że można trochę bliżej do nich podejść, niestety nie było to takie łatwe. Po pierwsze było dość stromo i niebezpiecznie, po drugie nie mieliśmy odpowiedniego obuwia, a po trzecie mieliśmy jeszcze sporo do zobaczenia więc zadowoliliśmy się widokiem z dalsza 🙂 ale i tak warto tam podjechać tym bardziej, że mamy je niemal po drodze jadąc z Blue Grotto do Mdiny, posiedzieć sobie na tej ławeczce, i pogapić na miejsce gdzie morze łączy się z niebem stanowiąc jedność.
Kolejnym naszym celem jest Rabat oraz Mdina. Są to bliźniacze miasta, które sąsiadują ze sobą. Mdina nazywana również “Miastem Ciszy” jest bardzo wyjątkowym miejscem, ale o tym za chwilkę. Do Rabatu dotarliśmy mniej więcej po kilkunastu minutach, zaparkowaliśmy gdzieś w okolicach rynku i poszwendaliśmy się troszkę po okolicy. Trafiliśmy akurat na Dzień Matki, który jest obchodzony na Malcie dokładnie w tym samym dniu co w Holandii, czyli 11 maja. Nie dało się nie zauważyć całego mnóstwa Maltańczyków z bukietami kwiatów, czekoladkami, oraz pękających w szwach restauracji. W powietrzu aż było czuć, magię tego dnia. Zajrzeliśmy do kilku restauracji w poszukiwaniu wolnego stolika na lunch, niestety w kilku usłyszeliśmy, że w związku z Dniem Matki wszystkie stoliki mają zarezerwowane. W końcu udało się nam znaleść wolny stolik w przesympatycznej restauracji, gdzie zjedliśmy pyszną sałatkę z chrupiącą wołowinką. Mniaaam…:)
Po lunchu jedziemy od razu do Mdiny, dawnej stolicy Malty. Odpalamy nawigację i jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że znajdowała się ona tuż za rogiem 🙂 Pierwsze co rzuciło nam się w oczy, to ogromny mur otaczający miasto. Mijając dorożki wchodzimy za bramę miasta i mamy wrażenie jakbyśmy przenieśli się w czasie, gdzieś do starożytności. Malownicze wąskie uliczki, cisza i spokój. Już teraz wiedzieliśmy dlaczego Mdinę nazywano kiedyś, “The City of Silent”. Spacerując zastanawialam się, czy tutaj w ogóle ktoś mieszka, bo poza niewielkimi grupkami turystów nie było nikogo na ulicach. Czasami miałam wrażenie, że czas zatrzymał się tutaj w miejscu, że jesteśmy tutaj zupełnie sami, a jedyne co słychać to echo.
Tak sobie wędrując po tych ciasnych, krętych a zarazem bardzo romantycznych uliczkach Marcel zastanawiał się kto mieszka w tych pięknych bajkowych kamienicach. Obstawiał, że na pewno jacyś bardzo bogaci i wrażliwi na piękno ludzie, a mnie bardziej zżerała ciekawość jak wyglądają ich domy od środka, jaki panuje tutaj styl we wnętrzach, czy jest tak samo antyczny jak te kamienice, czy wręcz przeciwnie bardzo nowoczesny. Zastanawialiśmy się też gdzie się podziali mieszkańcy i dlaczego na ulicach nie widać żadnych bawiących się dzieci. Jedno było pewne byłam tak zauroczona, że mogłabym się tutaj przeprowadzić od zaraz 🙂 Co można robić w Mdinie poza spacerowaniem? Właściwie to sam spacer dostacza nam tylu wrażeń, że nic nam więcej nie trzeba. Dla miłośników historii są muzea, ale my jestesmy bardziej zwolennikami chłonięcia widoków, aniżeli wiedzy 🙂 Bajecznie kolorowe drzwi i okiennice, lampy, przepiękne kolczatki, misternie malowane tabliczki z nazwami ulic, kwiaty pnące się się po piaskowcach. Co rzuciło nam się też w oczy to ogólny porządek i czystość na ulicach.
Po długich i leniwych spacerkach w Mdinie, wskakujemy do naszego żuczka i jedziemy do wioski rybackiej w Marsaxlokk. Pamiętam, kiedy pierwszy raz zagłębiłam się w temat Malty od razu rzuciły mi się w oczy te piękne kolorowe łodzie rybackie. Od razu widziałam, że to będzie nasz punkt obowiązkowy. Szczerze mówiąc to siedziałam w samochodzie jak na szpilkach i nie mogłam się doczekać, kiedy tam dojedziemy. Podróż trwała ok pół godzinki i oto jesteśmy, w bajecznie kolorowej wiosce. Czy jednak jest tam aż tak bajecznie?
Planując podróż doczytałam gdzieś, że najlepiej udać się tam w niedzielę, bo jest wtedy targ rybny, można posiedzieć w małych restauracyjkach, po delektować się słonkiem, pięknym widokiem na zatokę, a na kolacyjkę zajadać się pysznymi owocami morza. Brzmi wspaniale prawda? 🙂 No to jesteśmy, jest niedziela, jest też targ, tyle, że zwykły z tandetnymi butami i badziewnymi torebkami. Kilka stoisk z rybami, które po całym dniu wyglądają tak sobie, do tego wszędzie walają się śmieci, resztki wypatroszonych ryb na przemian z butelkami dryfują między łodziami. Słońca zachodzi powoli za budynki, w związku z czym siedzenie w przydrożnych restauracyjkach traci na uroku, tym bardziej, że targ rozłożony wzdłuż promenady skutecznie zasłania cały widok na zatokę. Staraliśmy się robić zdjęcia tak, żeby tego całego bajzlu nie było widać, jednak teraz troszkę żałuję, że nie pokazaliśmy tego dobitnie. Na poniższym zdjęciu dryfujące śmieci i wnętrzności ryb.
Jak widać na poniższych zdjęciach, wioska jest faktycznie przeurocza, a kolorowe łodzie są na pewno wspaniałą wizytówką Malty. Jeśli jednak chcecie nacieszyć oczy wspaniałymi widokami wybierzcie się tam w każdy inny dzień niż w niedzielę. My zrezygnowaliśmy nawet z kolacji, bo po pierwsze było dla nas za wcześnie, a nie za specjalnie było tam co robić, żeby zabić 2 godziny czasu. Po drugie słonko już znikało za budynkami i robiło się coraz chłodniej, a po trzecie obiad z widokiem na plac targowy, który właśnie się powoli zwijał jakoś średnio do nas przemawiał.
Wracając z Marsaxlokk, zatrzymaliśmy się jeszcze w pięknym miejscu widokowym Sliemy, gdzie można podziwiać Vallette, z drugiego brzegu. Zdecydowanie uważam to za jeden z najwspanialszych i obowiązkowych punktów widokowych 🙂 Siedzielismy tam chyba z godzinę i gapiliśmy się na Vallettę i granatowe wręcz morze.
Na kolacyjkę udaliśmy do Piccolo Padre, który był jakies 5 min on naszego hotelu. Jeśli macie ochotę na dobrą, ale naprawdę dobrą pizze to polecam to miejsce. My byliśmy dość wcześnie bo około 18:00, więc udało nam się znaleść jeszcze miejsce, ale później w kolejce czekały dziesiątki osób nawet po godzinę w oczekiwani na stolik. Do tego przesympatyczna obsługa i bardzo fajny klimacik.
Informacje praktyczne:Przejazd łodziami w Blue Grotto – 8 euro od os. trwa ok 20-25 min Lunch w Rabacie: 2xsałatka+2xsok ze świeżych pomarańczy-25 euroKolacja w Piccolo Padre: przystawka, 2xpizza, 2xpiwko i 2xświeży sok z pomarańczy – 35 euro
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Malta.
Kochani mam dla was wreszcie relację z ostatniego dnia na Malcie 🙂 trochę mi to zajęło, ale w wolnych chwilach udało się napisać 🙂 Poranek przywitał nas jak zwykle pięknym słonkiem. Tym razem nie skorzystaliśmy, ze śniadania w hotelu z wiadomych powodów. Zaraz przy wyjściu była malutka restauracja, tam wypiliśmy kawkę i wrzuciliśmy po kroasancie, bardzo pysznym zresztą. Do tego dwa na wynos i wyruszyliśmy w stronę portu na Gozo. Podróż trwała jakieś 40 minut. W sumie to nigdzie się nie zatrzymywaliśmy. Jechaliśmy niemal cały czas wzdłuż wybrzeża, ale nie było po drodze żadnych ciekawych widoków, a jak już się coś znalazło to nie było się jak zatrzymać, żadnych zatoczek przy drodze nie było.
Po dotarciu do portu ucieszyliśmy się niezmiernie, bo akurat samochody wjeżdżały na prom, ustawiliśmy się w ładnie w kolejeczce, ale niestety nasze szczęście nie trwało długo, bo jakieś trzy samochody przed nami zamknięto wjazd, bo skończyły się miejsca na pokładzie, no i musieliśmy czekać 45 min na kolejny prom. Na szczęście z samochodu można wysiąść i połazić sobie po okolicy.
Kolejny prom podpłynął dużo wcześniej, więc szybko zleciało. Na pokład wjechaliśmy jako jedni z pierwszych, usadowiliśmy się na ławeczce razem z sympatycznymi Włochami i gaworząc sobie całą drogę rozkoszowaliśmy się widokami. Po ok pół godziny byliśmy na miejscu. Nawet nie wiedziałam kiedy ten czas zleciał.
Gozo już w porcie przywitała nas fajnymi widoczkami. Niespotykane formacje skalne przy brzegu. Przeźroczysta woda i uroczy port.
Ruszyliśmy zatem w kierunku Azure Window, które było naszym celem. Nie wiem czemu wyszliśmy z założenia, że nawigacja nie będzie na Gozo działać, nawet jej nie załączaliśmy. Najpierw kierowaliśmy się w stronę Victorii, a potem Birbuby. Trochę nas zdziwiło, że nie było żadnych kierunkowskazów na Azure Window, skoro to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc na Gozo. No ale jakoś się nam udało dotrzeć. Po drodze zatrzymaliśmy w kilku miejscach. Pierwsze z nich to kościół w Xewkij, a drugie to sanktuarium Ta’ Pinu. Oba wyglądały bardzo okazale i tajemniczo.
Po jakiejś pół godzince dotarliśmy do Azure Window, czyli do wizytówki Gozo. Faktycznie magiczne miejsce. Niespotykany twór natury. Ogromne skalne okno z widokiem na przepiękne lazurowe morze. Dość sporo turystów w tym miejscu, ale na szczęście grota jest podziwiana z dalsza, więc nie było problemu z pominięciem ich na zdjęciach. Choć znalazł się taki jeden śmiałek co to na grotę wyjść musiał, mimo, że na dole duża tabliczka zabraniająca tam wchodzić. Kamienie co jakiś czas się osypują. No ale śmiałków jak widać nie brakuje….ehhh….
Posiedzieliśmy sobie troszkę przy oknie i ruszyliśmy dalej, a w zasadzie w drogę powrotną. Kierowaliśmy się w stronę portu, ale coś nas chyba znaki źle pokierowały, bo jakimś cudem najpierw znaleźliśmy z drugiej strony sanktuarium Ta’ Pinu, a potem wylądowaliśmy w zatoczce rybackiej Marsalforn 🙂 Nie mieliśmy jej w planach, no ale skoro już tutaj się znaleźliśmy to stwierdziliśmy, że zjemy tutaj lunch. Z mapy wynikało, że jest to jeden z ważniejszych punktów do zwiedzenia na Gozo. Na nas to miejsce jakiegoś szczególnego wrażenia nie wywarło. W sumie to nawet nie zrobiliśmy tam żadnej fotki. Ot malutki cypelek, wokoło dość surowa zabudowa, kilka restauracji. Ale jedzonko, które zamówiliśmy było bardzo pyszne.
Po lunchyku udajemy się w stronę portu. Jedno co nas zaskoczyło na Gozo to zupełna cisza. Przejeżdżając przez małe wioski nie spotkaliśmy ani jednej żywej duszy. Ludzi nie było ani na ulicach, ani przy domach, nawet bawiących się dzieci, czy coś. Nie wiem czy trafiliśmy na popołudniową sjestę, czy tam zawsze tak cicho i spokojnie, ale jak chcieliśmy zapytać o drogę, to naprawdę nie było kogo. W końcu odkryliśmy, że nasza nawigacja działa też na Gozo, dzięki czemu udało się nam wrócić do portu 🙂 I tym razem nam się poszczęściło, bo od razu wjechaliśmy na prom. Opłata pobierana jest zaraz przy wjeździe. Ostatni rzut okiem na Gozo i wracamy na Maltę.
Po przypłynięciu na Maltę wyruszamy na poszukiwania restauracji Baia Beach Club , która znajduje się rzut beretem od portu. W pierwotnym planie mieliśmy zjeść tam lunch, no ale błądzenie po Gozo, trochę nam go pokrzyżowało, niemniej jednak pomyśleliśmy, że wpadniemy tam chociaż na lampkę wina i na krótki odpoczynek. Niestety po dotarciu na miejsce, co i tak łatwe nie było, okazało się restauracja jest nieczynna w poniedziałki, czego chyba nie doczytałam na stronie internetowej. A szkoda, bo miejscówka, wygląda naprawdę zachęcająco. W takim razie udajemy się do Popay Village. Ta też w sumie nie daleko od portu. Chyba coś ok 15 min jechaliśmy. A tutaj widok na wioskę. Prawda, że malowniczy?
Po krótkim odpoczynku, jedziemy na plażę Golden Bay, która znajduje się kilka km od Popeye Village. Plaża taka sobie, jakiegoś większego wrażenia na nas nie zrobiła. Szybko się z stamtąd zmyliśmy.
Pojechaliśmy na drugą plażę, która znajduje się zaraz obok. Tuffieha Bay. Ta zdecydowanie bardziej się nam spodobała. Ludzików już prawie na niej nie było, bo słonko powolutku zachodziło. Bardzo urocza i malownicza. Usiedliśmy na tarasie przy restauracji i plan był taki żeby poczekać na zachód słońca, ale była dopiero 19:00 i na zachód musielibyśmy poczekać ze dwie lub trzy godzinki. Do tego byliśmy trochę zmęczeni, więc pojechaliśmy do Hotelu.
Po powrocie do hotelu udaliśmy się od razu coś zjeść. Tym razem trafiliśmy do restauracji Barracuda. Od naszego hotelu w lewo, jakieś 5 minut spacerkiem. Piękne wnętrze. Wspaniały widok na morze i zatokę. A jedzono palce lizać 🙂 Zdecydowanie warto, może tanio nie było, ale jedzonko przepyszne, a obsługa na najwyższym poziomie. Rybkę grillowaną mi pan przyniósł na talerzu, pokazał, a potem zabrał, żeby usunąć ości 🙂
No i to był już ostatni dzień na Malcie. Wszystko co dobre szybko się kończy. Ale na szczęście kolejna wyprawa już w planach, tak więc znowu mamy na co czekać i co planować 🙂
Informacje praktyczne:
– cena promu na Gozo ( 2 os + samochód) – 20 euro
– kolacja dla 2 osób w Barracudzie – 85 euro
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Kuba.
Każdy przed swoją pierwszą wizytą na Kubie ma jakieś wyobrażenie o niej. Ja też miałam swoje. Co prawda od momentu zakupu biletów do wylotu moje wyobrażenie dość mocno ewoluowało. Po przeczytaniu kilku relacji na różnych forach i blogach wydawało mi się, że wiem czego możemy się spodziewać. Kiedy zapytałam was na FB z czym wam się kojarzy Kuba, najczęściej wymienialiście piękne białe plaże, serdeczni i uśmiechnięci Kubańczycy, stare samochody, Fidel, pyszne mojito, bieda, cygara, salsę na ulicach. Generalnie kiedy kupowałam bilety na Kubę, miałam dokładnie takie samo wyobrażenie plus mi dodatkowo Kuba zawsze kojarzyła się z Kubankami, które z wałkami na głowie spacerują sobie po ulicy. Podróże są po to, by skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością, by doświadczyć, sprawdzić, wsłuchać się w wewnętrzny głos poznawanego miejsca. Jaka jest więc Kuba naprawdę? Postanowiliśmy to sprawdzić. Staraliśmy się jednak omijać większość turystycznych atrakcji i muzeów.
Po dość długim locie, wreszcie lądujemy na Kubie. Ponieważ jest już późno wieczorem temperatura całkiem przyjemna. Wchodzimy na terminal. Pierwsze wrażenie bardzo kiepskie. Lotnisko mało przyjemne, a w powietrzu unosił się zapach niczym z toalety. Najpierw okienko do wizy. Szło nawet sprawnie. O dziwo były niemal wszystkie stanowiska czynne. W okienku przywitała mnie Kubanka z miną srającego kota na pustyni. Zapytała czy w ostatnim miesiącu byłam w Afryce, na szczęście nie. Ciekawe czy gdybym była, czy by mnie wpuścili (?) Sprawdziła rzetelnie wszystkie pieczątki w paszporcie i z tą samą miną mnie pożegnała. No cóż. Można tylko przypuszczać, że siedzenie w tym okienku za 15 CUC miesięcznie i obsługiwanie turystów, którzy przyjeżdżają z wypchanymi kieszeniami kasą, skutkuje takim właśnie podejściem. Potem kontrola bagażu. Prześwietlają bagaż podręczny przy wjeździe. Musiałam wyrzuć trzy mandarynki, których nie zjadłam w podróży. No i jesteśmy już przy walizkach. Ta już czekała na nas na taśmie, tak więc wszystko przebiegło sprawnie.
Przy wyjściu czekał już na nas syn właściciela casy. Pierwszy który przywitał nas na Kubie uśmiechem. Musimy jeszcze wymienić kasę, więc idziemy od razu do kantoru, który znajduje się na zewnątrz po lewej stronie. Warto wyjść z lotniska jak najszybciej, bo jeśli trafimy na sam koniec kolejki to możemy w niej stać nawet dwie godziny. Przed nami było dosłownie 6 osób i czekaliśmy prawie godzinę. Obsługa strasznie powolna. Spisują chyba wszystkie dane z paszportu. Najpierw w jakimś zeszycie, potem w komputerze. Warto wiedzieć, że bez paszportu nie wymienimy nawet 1 euro. Tak więc za każdym razem jak będziecie wymieniać walutę pamiętajcie o zabraniu ze sobą paszportu. Ja nie zawsze o tym pamiętałam i trochę się nalatałam po tych kantorach tam i powrotem. No dobra mamy kuki to jedziemy do naszej casy. Jest już bardzo późno, prawie północ, czyli w Polsce ok 4 nad ranem, nie marzymy o niczym innym niż prysznic i łóżko.
Pokój mamy całkiem przyzwoity z jednym małym ale, albo nawet dużym ale. Znajduję się on zaraz przy ulicy, bardzo ruchliwej ulicy, a zaraz obok jest klub gdzie właśnie trwa na całego impreza. Co prawda właściciel uspokaja nas, że dyskoteka już się skończyła, fakt muzyka już nie gra, ale co z tego kiedy cała młodzież siedzi dosłownie pod naszym oknem i bawi się na całego. Muzyczkę puszczają sobie z telefonów, tańczą, śpiewają, przekrzykują się. O zaśnięciu w takich warunkach można było zapomnieć. Do tego co chwilę przejeżdżała pod oknem jakaś ciężarówka, samochód albo motocykl, miałam wrażenie, że przejeżdża mi dosłownie po głowie, bo okna wychodziły na ulicę. Gdyby te okna były jeszcze szczelne to może byłoby i pół biedy, ale to były tylko takie okiennice, tak więc miałam dosłownie wrażenie, że śpimy na ulicy. To myła masakryczna noc. Zasnęłam dopiero nad ranem, kiedy wszyscy się rozeszli i na ulicy zapanowała cisza. Ale ta cisza nie trwała długo bo jak już się zaczęło robić jasno, to z kolei obudził mnie stukot końskich kopyt, które jeden za drugim przebiegały nad moją głową. Tak przywitała na Kuba. Ufff…No to już wiecie, dlaczego tak bardzo uczulałam was na samym wstępie co do rezerwacji cas z polecenia. Musieliśmy wstać wcześnie rano, bo właściciel casy zaproponował. że może nas podrzucić do Hawany, jedzie z jakimiś turystami, więc może nas zabrać po drodze. Dla nas idealnie, bo i cena spoko, tak więc po dwóch godzinach snu, wstajemy na śniadanie. Do wyboru mamy jajka sadzone albo omlet. Wybieramy to pierwsze, do tego kawałek jakiejś kiełbasy, banan i sok z guayaby. Miałam wrażenie, ze przygotowanie dla nas śniadania trwało całą wieczność. Pani miała tylko jedną patelnię, więc najpierw ja dostałam jedno jajko, potem Marcel. Do tego usmażone tylko z jednej strony, z drugiej było kompletnie surowe, mało tego zimne. Od razu poprosiłam o podsmażenie z drugiej, bo w życiu bym tego nie przełknęła, a poza jajkiem niestety nie mieliśmy nic do wyboru. Sok z guayaby też jakiś taki niewyraźny w smaku. Modliłam się tylko po cichu, żeby to śniadanie było wyjątkiem i że nie dostaniemy takiego w każdej kolejnej casie.
Do Hawany jechaliśmy jakąś godzinkę, może trochę więcej. Taxówkarz podrzucił nas pod samą casę. Ta wyglądała dużo lepiej niż nasza poprzednia. Przywitała nas sympatyczna właścicielka, od razu zaproponowała kawę i coś zimnego do picia. Zauroczył nas widok z balkonu. Zostawiliśmy bagaże i poszliśmy od razu na miasto. Ciekawi Hawany, ludzi, Kuby. Bez mapy, bez jakiegokolwiek planu, bez listy miejsc które koniecznie trzeba odwiedzić, postanowiliśmy po prostu poszwędać się po ulicach, zobaczyć jak wygląda życie na Kubie. Poszliśmy na prawo od naszej casy i tak natknęliśmy sie na coś w rodzaju jarmaku z kwiatami. Dość tłoczno, głośno. Każdy coś krzyczy, samochody trąbią. Generalnie pierwsze wrażenie dość szokujące. Nie owijając w bawełnę, smród, bród i bida z nędzą. Na ulicach walają się wszędzie śmieci, tu i ówdzie pływają jakieś ścieki, trzeba uważać żeby w coś nie wdepnąć. Można też oberwać jakimś spadającym kawałkiem z walących się budynków. Co jakiś czas leżała kupka gruzu, który się osypuje. Ludzie siedzący przed swoimi domami lub wyglądający przez okno. Za każdy razem miło się uśmiechamy, krzyczmy z daleka hola, ale mało kto odpowiada. Czasami kiwną głową, czasami odpowiedzą tak na odczepnego, ale jakiejś życzliwości czy radości w ich oczach nie widzieliśmy.
I w sumie nie ma się czemu dziwić, bo dlaczego mieliby się niby cieszyć na widok białego turysty. Ciężko było nam się tam odnaleźć. Co nie zmienia faktu, że byliśmy w raju fotograficznym. Od razu pożałowaliśmy, że wzięliśmy tylko jeden aparat. W ostatniej chwili przed wyjazdem wyjęłam jeden z plecaka, w obawie, że jakby coś się stało, to stracimy cały sprzęt, a tak to chociaż zostanie nam jeden aparat. Przy dwóch nie mielibyśmy problemu z wymienianiem obiektów, co czasami było uciążliwe. O robieniu zdjęć Kubańczykom z bliska można zapomnieć. Szczególnie w Hawanie. Trzeba by by mieć chyba ogromną sakiewkę z kukami, bo jak tylko ktoś widzi, że zbliżamy się z aparatem to od razu prosi za zdjęcie 1CUC. A nam nie chodziło o pozowane zdjęcia za kuki, chcieliśmy uchwycić jak najbardziej naturalną Hawanę. Taka jak jest dzisiaj, a nie tą z pocztówek z przed kilkudziesięciu lat. Dlatego nie spodziewajcie się tutaj zdjęć kolorowych Kubanek z cygarami w ustach, bo takie na całej Kubie są tylko dwie. Siedzą sobie na placu, pozując do zdjęć za 1CUC, ale co to ma wspólnego z samą Kubą? Nic. Bo przejechaliśmy ponad 1tys kilometrów, przespacerowaliśmy kilkadziesiąt i nie spotkaliśmy ani jednej Kubanki z cygarem.
Spotkaliśmy za to wiele starych, zabytkowych samochodów. Tych jest tam naprawdę dużo. Jedne się rozpadają, inne są pięknie odrestaurowane. I to właściwie one nadają kolorów Hawanie, bo bez nich nie byłoby się czym zachwycać. Zwróćcie uwagę na zdjęcia, niemal na każdym znajduje się samochód, a jak sobie zasłonicie palcem samochód, to czar całego zdjęcia nagle pryska. Oczywiście poza zabytkowymi samochodami, po Hawanie jeździ dużo normalnych samochodów, do których Kubańczycy mają normalnie dostęp. Tak się plątając po uliczkach dotarliśmy do Parku Centralnego z którego właśnie odjeżdżał autobus hop on hop off. Ponieważ byliśmy trochę zmęczeni upałem postanowiliśmy zrobić sobie małą rundkę. W autobusie przynajmniej świeży powiew powietrza. Pierwsze trzy przystanki przy jakichś mało ciekawych miejscach, w sumie chyba wszystkie to były hotele. Wysiedliśmy dopiero na Plaza de la Revolution, która tak naprawdę, też za ciekawa nie była. Poza tym, że to miejsce szczególne dla Kubańczyków, to kompletnie niefotogeniczne. Staraliśmy się dodać mu trochę kubańskiego uroku samochodami.
Pokręciliśmy się chwilę po placu i wróciliśmy do przystanku autobusu na który musieliśmy czekać prawie godzinę. W pełnym słońcu, bo nie było się gdzie schować, bez możliwości kupienia czegokolwiek do picia. Już chcieliśmy wziąć taksówkę, ale wreszcie nadjechał nasz autobus. Całe szczęście, bo mi już głowa pękała od nadmiaru słońca. Jadąc autobusem minęliśmy piękny cmentarz. Udało nam się przy nim wysiąść. Przy wejściu musieliśmy zapłacić wstęp. Bagatela 5 CUC od osoby. Nie wiem skąd oni te ceny biorą, ale 40 zł za to żeby wejść na stary cmentarz to lekka przesada, ale ok. Idziemy, bo cmentarz robi mega wrażenie. Jak dla mnie to najpiękniejszy cmentarz jaki w życiu widziałam. Prawdziwe działa sztuki. Zaraz przy pierwszej alejce podszedł do nas Kubańczyk i powiedział że jest strażnikiem/przewodnikiem i że nam poopowiada o cmentarzu. Ucieszyliśmy się, bo jak już zapłaciliśmy te 10 CUC, to chociaż coś się o nim dowiemy. Co prawda jego angielski był tak samo kiepski jak mój hiszpański, ale jakoś udało nam się porozumieć. Na cmentarzu leży ponad 2 miliony zmarłych, a jego powierzchnia to ok 5 km kwadratowych. Jest naprawdę ogromny. Chłopak przeciągnął nas po tych alejkach, pokazując groby znanych Kubańczyków. Co ciekawe ludzie byli tam pochowani w grupach społecznych. Malarze mieli swój grobowiec, muzycy swój, strażacy swój, inny był dla Hiszpanów, jeszcze inny dla arabów. Łaziliśmy za nim tak chyba z godzinę, bo cmentarz ogromny, aż w końcu stwierdziliśmy, że mamy dość i wracamy, głodni byliśmy. Podziękowaliśmy ładnie, a ten wyciąga rękę i mówi, że 10 CUC się należy za jego towarzystwo. Ja takie oczy, że co? Tym bardziej, że 15CUC to on może na miesiąc zarabia. Powiedziałam, że bardzo nie ładnie, że nam od razu nie powiedział, że taka usługa jest płatna, bo na pewno byśmy sobie sami pochodzili. A tak to tylko się nachodziliśmy i jeszcze kasę chce od nas. Dałam mu jakieś drobne, które miałam, bo jakby nie było łaził z nami, ale poprosiłam, żeby kolejnych turystów uprzedzał, że taka usługa jest płatna.
Zaraz obok cmentarza była na rogu niewielka restauracja. Zamówiliśmy pizze, bo chyba tylko to wyglądało tam na zjadliwe. Kosztowała jakieś grosze, bo zapłaciliśmy w ichniejszej walucie czyli w kubańskich pesos. Pizza była beznadziejna, no ale głodni byliśmy, więc najważniejsze, że brzuchy pełne. Akurat uciekł nam autobus, więc wyglądało na to, że znowu będziemy czekać godzinę. Poszliśmy na przystanek w nadziei, że złapiemy jakaś taksówkę i siedząc na murku podszedł do nas Kubańczyk, który zaczął wypytywać skąd jesteśmy itd. Jak powiedzieliśmy że z Holandii, to zaczął nam pokazywać swój rower, który był nota bene holenderski, wymieniał wszystkie marki hamulców, przerzutek, opon, był przy tym tak zafascynowany, że nie mieliśmy sumienia tej ekscytacji mu przerywać. Potem z jeszcze większą ekscytacją w głosie stwierdził, że Marcel jest podobny do Che Gevary i że on ma coś fantastycznego dla nas. Wyjął z portfela 3 pesos kubańskie i dał nam w prezencie. Jak miło pomyślałam, do tego faktycznie można było znaleźć podobieństwo pomiędzy Marcelem, a Che 🙂 Po czym za chwilę mówi, że on kolekcjonuje monety i czy możemy mu dać w zamian jakieś euro. Mówię, że nie mamy, bo faktycznie nie miałam przy sobie żadnych drobnych. No to może być też CUC. Hmmm…po co mu kuki do kolekcji, przecież to ich waluta. No tak, przypomniałam sobie, że to przecież ich stary trik na robienie turystów w bambuko. Oddaliśmy mu grzecznie ten banknot z Che, bo co nam po tym. One są normalnie w obiegu więc duża szansa na to, ze i tak wpadnie w nasze ręce. Z dalszej rozmowy wybawił nas autobus więc szybko wsiadamy i jedziemy dalej. Jechaliśmy nim chyba z godzinę i jakoś nic nie przykuło naszej uwagi. Zresztą miałam wrażenie, że on zatrzymywał się tylko przy hotelach, więc generalnie nie polecam zwiedzania Hawany tym środkiem transportu. Na 15 przystanków na dwóch się warto zatrzymać, cała reszta to jakieś dziwne obiekty, do tego czekanie nawet 15 minut w pełnym słońcu do przyjemnych nie należy, tak więc odradzam. Lepiej dołożyć 15 CUC i zrobić sobie rundkę wypasionym samochodem, który zabierze nas w te same miejsca.
Po wyjściu z autobusu postanowiliśmy poszukać jakiegoś przyjemnego miejsca z ładnym widokiem na szklaneczkę mojito. Akurat napatoczyliśmy się na Hotel Ambos Mundos z widokiem na Hawanę, więc weszliśmy na górę. Windą bałam się jechać, aczkolwiek była przepiękna. Jak na jakichś starych filmach, takie kłute z metalu kraty, aż żałuje, że nie cyknęłam fotki, bo była naprawdę piękna. Z góry widok na starą Hawanę. Generalnie nic spektakularnego, ale wiał przyjemny wiaterek, grał zespół na żywo więc miejsce idealne do odpoczynku. Mojito natomiast było takie sobie, w domu robimy lepsze 🙂 no ale czego się spodziewać, przemiał turystów był tam taki, że głowa mała, do tego o dziwo bardzo dużo Polaków, dosłownie co rusz jakaś niewielka grupka nam się napatoczyła.
Skoro już jesteśmy tutaj to postanowiliśmy zajrzeć do słynnego pokoju, w którym pisał swoje dzieła Ernest Hemingway, który spędził większość z ostatnich lat życia w Hawanie. Tutaj pisał, pił, czerpał inspiracje. To właśnie tutaj powstawały takie arcydzieła jak: „Stary człowiek i morze” i „Komu bije dzwon”. Hemingway wynajmował tu pokój nr 511 na piątym piętrze, skąd roztaczał się widok na kolonialne kamienice, ruchliwe uliczki, mury obronne. I to ten właśnie pokój ponoć w stanie nienaruszonym można odwiedzić. Niestety pan poinformował nas oschle, że jest już zamknięte, że możemy przyjść jutro. Zamknięte, ale przecież jest zaledwie kilka minut po 16:00. No tak na Kubie wszystkie państwowe “atrakcje” zamykają bardzo wcześnie. Tak samo sprawa ma się z bankami, czy nawet z CADECA. To w Hawanie jest akurat chyba do 17:00 czynne, ale w innych miejscach, trzeba być o czasie, i absolutnie nie na pięć minut przed zamknięciem, bo na pewno pocałujemy klamkę. Poszliśmy zatem dalej zwiedzać, a właściwie włóczyć się po ulicach, bo zwiedzania to to za nic nie przypominało. Przyglądaliśmy się biegającym dzieciakom na bosaka, odrapanym murom, które wyglądały niczym blizny, ciasnym uliczkom na których toczyło się codzienne życie, zardzewiałym balkonom na którym suszyło się pranie, czasami z jakiegoś patio dobiegała nas kubańska muzyka, przeszłość idealnie mieszała się z teraźniejszością.
Dotarliśmy do jakiegoś placu, jak się okazało był to plac Katedralny. To właśnie tutaj pod filarkami znajdziemy ostatnie dwie Kubanki, ubrane w kolorowe falbanki i pozujące za 1CUC do zdjęć z cygarem. Turystów po to zdjęcie nie brakuje, ale nie mnie to oceniać, każdy robi to co lubi. Jak dla mnie takie zdjęcia zaburzają tylko prawdziwy obraz Kuby. Zmęczeni troszkę Hawaną poszliśmy coś zjeść. Miałam ze sobą adres restauracji, którą mi ktoś polecił. Poszliśmy zatem. Tanio nie było, ale nie chciało nam się już szukać nic innego, a skoro z polecenia, to zaufaliśmy i co najważniejsze nie zawiedliśmy się. Zamówiliśmy Langustę i była naprawdę pyszna. Patrząc z perspektywy czasu i tego, że jedliśmy ją jeszcze później w 5 różnych miejscach, to ta była zdecydowanie najlepsza. Tak więc tą restaurację jak najbardziej polecam!
Taxówka z lotniska Varadero do Matanzaz – 20CUC za 2 os
Nocleg w Matanzas – 25CUC jednak tej casy ZDECYDOWANIE NIE polecam
Taxówka Matanzas – Hawana – 20CUC za 2 os dzielona z parą Belgów
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Kuba.
Drugi dzień zaczynamy skoro świt. Ciężko się przestawić na nowy czas. Budzimy się wcześnie rano, co ma swoje plusy, bo cały dzień przed nami. Śniadanko już na nas czeka, najpierw salaterka pysznych owocków, pyszne ciepłe bułeczki, omlet, ser żółty, szynka i dwa różne soki, a do tego ponoć pyszna kawa, przynajmniej tak twierdził Marcel, ja nie pijam więc nie wiem. Ufff…no to mi ulżyło, to znaczy, że coś oprócz jajek mają tutaj do jedzenia 🙂 Po obfitym śniadaniu idziemy na miasto. Marcel pyta gdzie idziemy, a ja nie mam pojęcia. Wczoraj poszliśmy na prawo od casy to dziś pójdziemy na lewo. Nie uszliśmy jednak daleko, kiedy zaczepił nas taksówkarz rowerowy. Taki pocieszny chłopak z dredami, mocno się starał żebyśmy go wynajęli na godzinę. Chciał nam pokazać kilka miejsc, które odwiedzają najczęściej turyści. Zgodziliśmy się pod warunkiem, że nas do nich nie zabierze, tylko pokarze właśnie miejsca, do których turyście nie docierają, ewentualnie do miejsc ciekawych z fotograficznego punktu widzenia. Ochoczo się zgodził, ale w efekcie końcowym chyba nie do końca się zrozumieliśmy, no ale tak to jest jak się człowiek hiszpańskiego nie nauczył. Jedziemy. Po kilku minutach zobaczyłam niewielki targ, poprosiłam, żeby się zatrzymał. Nie wiem czemu, ale strasznie lubię fotografować targowiska, są takie naturalne, kolorowe, no i przede wszystkim bez turystów. Nasz BIC-taksówkarz od razu nam powiedział, że jeśli chcemy fotografować ludzi, to musimy każdej z osób zapłacić 1CUC. No cóż, widać że na Kubie zrobiło się gorzej niż w Azji. Wszędzie doją z ciebie kasę jak mogą. Nie robiliśmy zatem żadnych portretów, poza kotem, no ale to na szczęście było bezpłatne 🙂
Jedziemy dalej, zatrzymujemy się przy jakimś dużym budynku. Pytam co to? Muzeum rewolucji. No tak. Nasz taksówkarz mimo, że mega sympatyczny to chyba jednak nie do końca nas zrozumiał. Ale skoro już nas tutaj przywiózł, to zrobiliśmy dwie fotki z zewnątrz i kilka w środku. Muzeum nie zwiedzaliśmy, zostawiamy to innym. Zresztą 9CUC za zwiedzanie też kosmos jak na mój gust, nie wiem skąd oni tutaj biorą te ceny, ale czasami wyskakuję prawie z butów jak słyszę co i za ile. Ale do tego tematu jeszcze wrócimy.
No to jedziemy dalej, nasz rowerowy taksówkarz zawozi nas pod zamek. Kolejna „nieturystyczna” atrakcja. Gdyby nie to, że chłopak nadrabiał swoją osobowością, to już bym mu dawno podziękowała. Tak więc jesteśmy na zamku. Tzn, przed zamkiem, bo do środka jakoś nas nie ciągnie. Staramy się wytłumaczyć naszemu taksówkarzowi, że chcemy zobaczyć jakieś miejsce z ładnym widokiem na Hawanę. Może być jakiś wysoki hotel z tarasem na górze, tak żebyśmy mogli zrobić fajne zdjęcia z góry. No to on wie, gdzie nas zabierze. Jedziemy do Hotelu Libre. Tam jest na górze ponoć jakiś taras, z fajnym widoczkiem. Super wreszcie się dogadaliśmy. Dotarliśmy pod hotel, pytamy pana przy windzie na którym piętrze jest sky bar, a ten do nas, że jest zamknięty i że można z niego dopiero skorzystać wieczorem. No to mamy pecha. Zaczyna mnie humor powoli opuszczać, bo zmarnowaliśmy z półtorej godziny i nic nie zobaczyliśmy. Nasz taksówkarz, szybko wpada na pomysł, że on zna super miejsce na fajne fotki i że to 5 min stąd. No dobra dajemy mu ostatnią szansę. Zabiera nas do jakiegoś dziwnego miejsca, sama nie wiem co to było. Jakiś ogródek kolorowy, z tyłu jakiś występ dla turystów. Obok knajpka, no to z bezsilności chodźmy się czegoś napić najlepiej czegoś mocniejszego, bo jak do tej pory to ta Hawana jakaś mało po naszej myśli. Wypijamy po jakimś dziwnym drinku, który zamówił dla nas na taksówkarz, ponoć specjalność tego miejsca. Dla mnie to była bardziej cytrynowa oranżada, no ale nic. Z moich obserwacji wynikło, że przy każdym stoliku siedzi para z Kubańczykiem. Czyżby tak samo jak my z taksówkarzem? Po krótkim odpoczynku prosimy o rachunek. Jakież było moje zdziwienie, kiedy pani zażyczyła sobie 15 CUC. Czyli po 5 CUC za te lemoniadę. Myślałam, ze może to cena w pesos, ale nie, to była cena w CUC.To był nasz najdroższy napój w trakcie całego pobytu. Nie muszę mówić, że moja cierpliwość do sympatycznego taksówkarza się skończyła i pożegnaliśmy go czym prędzej.
Dobra, to idziemy sobie przed siebie. Gdzieś na pewno dojdziemy. Po drodze fotografujemy życie na ulicach, czyli w sumie jedyna rzecz jaką można w Hawanie fotografować. Docieramy do czegoś w rodzaju parku z jakaś mega długą kolejka. Tak to musi być Coppelia, czyli najsłynniejsze lody w Hawanie. Wreszcie mi się buzia uśmiechnęła. No to skosztujemy pysznych lodów pomyślałam. Od razu na myśl przyszły mi zapominane już smaki lodów z przed 25 lat. Takich domowych, bez konserwantów. Kolejka mega długa, do tego naszych kilkuminutowych obserwacji wygląda jakby się w ogóle nie przesuwała. Nagle podchodzi do nas strażnik i mówi, że jeśli chcemy lody za pesos, to musimy stać w kolejce, jeśli za CUC to możemy wejść od razu. Chwilę się zawahaliśmy, pytamy jaka jest ta cena w CUC, ten mówi, że nie wie…dziwne, ale ryzykujemy i mówimy, że chcemy za CUC. ten nas przeprowadza poza kolejką, potem przekazuje kolejnemu strażnikowi, ten nas prowadzi gdzieś po schodach do takiej małej kanciapki z dwoma pustymi stolikami. Pan w drzwiach przedstawia nam ofertę, która zaczynała się od 5CUC, wysłuchaliśmy, podziękowaliśmy i uciekliśmy. Już mieliśmy wychodzić, kiedy to na dole zobaczyliśmy malutką grupkę Kubańczyków, która czekała do przydziału miejsc przy barze. Dołączyliśmy zatem nieśmiało do niej i dopiero teraz zrozumiałam cały ten system. Przy barze jest 10 krzeseł, i wpuszczają po 10 osób. Jak wszyscy zjedzą, to myją plastikowe miseczki i wpuszczają kolejnych 10 🙂 Taki zagmatwany system 🙂 Pan najpierw od każdego zebrał zamówienie, dylematu nie mieliśmy, bo okazało się, że jest tylko jeden smak, waniliowy 🙂 Potem pan otworzył wielką chłodnię i zaczął nakładać na plastikowe miseczki lody, każdemu po 5 sztuk! Takich mega wielkich. Do tego jeszcze jakieś ciastka nakładał i miodem polewał 🙂 Ja zamówiłam tylko 2, bo 5 to bym tam za nic w świecie do siebie nie wcisnęła 🙂 No, to jemy lody 🙂
No to teraz pewno jesteście ciekawi jak smakowały? Hmmm…no, niestety nie doznałam wspomnień z dzieciństwa, może nie były złe, ale dobrymi, też je ciężko było nazwać. No ale zapłaciliśmy całe 5 pesos, tak więc 24 razy mniej niż za te same, na pięterku w kąciku dla turystów 🙂 Za to doświadczenie bardzo fajne i nawet powiem wam szczerze, że te lody poprawiły mi całkiem humor 🙂 To gdzie teraz idziemy? Może w końcu zajrzymy na ten słynny Malecon? Miejsce gdzie można chwilkę pospacerować, zatrzymać się, odpocząć, popatrzeć na wielkie fale rozbijające się o skalisty brzeg. To tutaj każdego wieczoru, kiedy słońce zaczyna się chylić spotykają się pary, zakochani, grupki przyjaciół, rodziny z dziećmi. Każdy przychodzi, żeby odpocząć, posiedzieć, poprzytulać się w promieniach zachodzącego słońca. My byliśmy co prawda jeszcze grubo przed zachodem, ale przeszliśmy dobre dwa może nawet trzy kilometry. Wiaterek nam powiewał, słonko świeciło, fajnie jest!
Odpoczęliśmy, pogapiliśmy się na chłopaków łowiących ryby i znowu zanurkowaliśmy w wąskich uliczkach Hawany. Z dala od muzeów, turystycznych ulic i atrakcji. Mieliśmy nadzieję, na jakieś fajne portrety Kubańczyków, ale to okazało się dość skomplikowane. Generalnie trzeba by zabrać ze sobą dużą sakiewkę kuków, żeby móc za każdą fotkę zapłacić. Niestety, ale zrobienie komuś portretu za jeden uśmiech jest niemal nie możliwe. Udało nam się kilka, ale tylko dlatego, że najpierw nawiązywaliśmy rozmowę z osobnikiem, którego chcieliśmy sfotografować i kiedy już troszkę nas polubił to pytaliśmy czy możemy zrobić zdjęcie i wtedy najczęściej się zgadzali. Może gdybyśmy lepiej znali hiszpański to byłoby znacznie łatwiej. Ponieważ złapało nas pragnienie, weszliśmy do baru dla Kubańczyków (turyści przypuszczam, że bali by się tutaj cokolwiek wypić) zresztą sprzedawali tam piwo i tylko piwo. Nawet wody nie było, nie wspominając o jakiejś limonadzie 🙂 Usiedliśmy na chwilę, żeby wczuć się w tą barową atmosferę. Marcel od razu znalazł przyjaciela do rozmowy. Wyobraźcie sobie, że starszy pan bardzo dobrze mówił po angielsku. Ja oddawałam się przyjemności fotografowania, co panom barowiczom wyjątkowo się spodobało.
Chyba zgłodnieliśmy, pora więc coś zjeść. Miałam małą ściągę z miejscami gdzie ponoć dobre jedzonko serwują, miała to być sprawdzona restauracja dla Kubańczyków, gdzie można płacić w pesos. Wzięliśmy więc rowerową taxi i poprosiliśmy, żeby nas podrzuciła pod wskazany adres. Dojechaliśmy, taksówkarz pokazał nam palcem, że mamy przejść przez ulicę i po drugiej stronie będzie restauracja której szukamy. Na nic zdały się kilkunastominutowe poszukiwania, nikt nie znał tej restauracji. W końcu jakaś pani powiedziała nam, że ją zlikwidowali. No to pytamy, gdzie tutaj można dobrze zjeść i nie koniecznie chodzi nam o restaurację dla turystów. Wzruszyła ramionami. No nic, jakoś sobie poradzimy. Dotarliśmy do malutkiej restauracji na piętrze w kamienicy, ponoć jeszcze kilka miesięcy temu, było tutaj zwykłe mieszkanie. Sympatyczny chłopak, który zarządzał tą restauracyjką usiadł z nami przy stoliku i przez dobrą godzinę opowiadał nam o Kubie. O tym jak w ostatnich latach zmienili się Kubańczycy, jak zmienił się ich stosunek do turystów…
Po obiedzie poplątaliśmy się znowu po uliczkach. Złapaliśmy ostatnie promyki zachodzącego słońca i zmęczeni Hawaną poszliśmy do naszej casy. Właśnie, chyba jeszcze nic o niej nie pisałam. Zarezerwowaliśmy ją jeszcze w domu, przez internet, a konkretnie przez jedno z kubańskich pośrednictw. Patrząc z perspektywy czasu, to była chyba jedna z bardziej klimatycznych cas w jakiej nocowaliśmy na Kubie. A już z całą pewnością serwowali tam najpyszniejsze śniadanko. Sałatka owocowa, omlet, ser żółty, a nawet szynka, do tego codziennie inne ciasto i inny sok ze świeżych owoców. Później ani szynki ani sera nie było nam dane przez cały pobyt skosztować. Pokój dostaliśmy większy niż zamówiliśmy. Właścicielka była przemiła, aczkolwiek nie naprzykrzała się z oferowaniem jakichkolwiek usług. Sama casa, fajnie położona, piękny widok z balkonu. Pokój codziennie sprzątany, co jak się potem okazało na Kubie nie jest wcale normą. Lokalizacja też super, w Starej Hawanie, wszędzie było blisko na nogach.
Informacje praktyczne:Taxi rowerowe – 5CUC za godzinęPizza z okienka plus ichniejsza Cola 2CUCNocleg Havana Vieja Casa Vladimir– 25CUCŚniadania w casie – 5CUC od os
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Kuba.
Trzeci dzień w Hawanie postanowiliśmy spędzić na plaży. W tym celu udaliśmy się zaraz po śniadanku do Parku Centralnego skąd odjeżdża autobus na Playas del Estas. Najlepiej dostać się tam autobusem turystycznym Hop On Hop Off, to jest dokładnie linia nr 3 i on zawozi nas w 25 min na najpiękniejsze plaże w okolicach Hawany. Właśnie, przy okazji kilka słów na temat plaż na Kubie. Kiedy kilka lat temu wyobrażałam sobie Kubę i moją podróż tam, byłam pewna, że cała Kuba, a przynajmniej całe jej wybrzeże usłane jest pięknymi białymi plażami, z jeszcze piękniejszymi gajami palmowymi. Otóż kochani, wcale tak nie jest. O piękne plaże na Kubie bardzo ciężko. Oczywiście słowo piękne można różnie definiować, dla kogoś kto widział tylko polskie morze, każda plaża na Kubie bez wyjątku będzie piękna, ale dla kogoś kto już trochę pozwiedzał, to słowo przybiera innego znaczenia. Wg nas plaże na Dominikanie były zdecydowanie piękniejsze, nie wspominając już o jakości hotelów. Tak więc jeśli ktoś wybiera się na plażowanie i ma zamiar leżeć plackiem dwa tygodnie z all inc to od razu mówię, żeby sobie szukał jakiegoś innego kierunku. Kuba to kierunek do zwiedzania, do poznania ciekawej kultury, do pojeżdżenia na koniach wzdłuż plantacji tytoniu, do połażenia po górach w Baracoa, wykąpaniu się w w wodospadzie, posłuchaniu dobrej muzyki w Santiago de Cuba. No chyba, że ktoś ma do dyspozycji 3-4 tygodnie, to oczywiście kilka ostatnich dni spedzonych na plaży będzie idealnym zakończeniem wspaniałej wyparawy. Sama zmieniałam nasz plan podróży chyba z 10 razy i dopiero w dwóch ostatnich wariantach z planu całkiem wyrzuciałam plażowanie. Najzwyczajniej w świecie szkoda było mi czasu na leżenie na plaży, które dodatkowo były nam kompletnie nie po drodze. Chciałam zobaczyć najwięcej ile się da, bo zwykle nie wracamy w te same miejsca, a plaże to niestety nie jest najmocniejszy punkt Kuby. Oczywiście co kilka dni znajdowaliśmy się na jakiejś plaży, ale to było bardziej, żeby coś zjeść, wypić drinka i trochę odsapnąć.
Jadąc autobusem na Playas del Este, wysiadamy na ostatnim przystanku Santa Maria. Dobrze wziąć ze sobą coś do picia, bo tam żadnej budki, czy sklepu z jedzeniem, piciem nie ma. Tzn są, tylko trzeba się trochę przemieścić. W autobusie poznaliśmy pewne sympatyczne małżeństwo z Niemiec więc spędziliśmy pierwsze dwie godzinki na plaży razem, wymieniając się naszymi doświadczeniami z podróży. Marcel jak zwykle zajęty rozmową, a ja skakałam jak sarenka, po krzakach, żeby jakieś fajne foty dla was zrobić.
Ponieważ nie mieliśmy ze sobą wody, pożegnaliśmy się z poznanymi Niemcami i zrobiliśmy sobie spacerek po plaży wracając się jakby w stronę Hawany. Tutaj co kawałeczek jest jakaś plaża, jakiś przyjemny gaj palmowy, gdzie można schować się przed słońcem w razie gdyby była taka potrzeba. Jedne są mniej zatłoczone, inne bardziej. Znajdują się tutaj również 3 hotele i przy nich oczywiście są największe skupiska ludzi. Ale też bez problemu można spotkać gaje plalmowe, gdzie nie ma ani jednej żywej duszy. Ważne, żeby nie wybierać się na te plaże w weekend, bo wtedy wielu Kubańczyków również tutaj przyjeżdża no i tych pustek możemy już nie doświadczyć. My celowo pojechaliśmy w czwartek, bo już nawet w piątek obawiałam się, że będzie więcej ludzi. Po chwili dotarliśmy do jakiejś niewielkiej knajpki, gdzie można było kupić coś do picia. Posiedzieliśmy chwilkę, odpoczęliśmy i poszliśmy dalej.
Spacerując brzegiem trzeba uważać na meduzy, których morze wyrzuca na brzeg całe mnóstwo. Mają one często długą żyłkę, która się za nimi wlecze i lepiej na nią nie nadepnąć, bo możemy mieć problem. Ta meduza to żeglarz portugalski i jest ona bardzo toksyczna. Kontakt z jej nićmi chwytnymi jest bolesny dla człowieka i może skutkować dysfunkcjami naczynioruchowymi, zapaścią, niewydolnością oddechową, zaburzeniami w układzie nerwowym, mięśniowo-szkieletowym i pokarmowym w niektórych przypadkach może nawet prowadzić do śmierci. Tak więc uważajcie! W sumie to im dalej szliśmy tym mniej ludzi spotykaliśmy na swojej drodze. Czasami jakiś Kubańczyk z psami. Plaże nie są widoczne z ulicy, więc trzeba się po prostu przejść kawałek brzegiem morza, żeby znaleźć jakieś ciekawe miejsca, czy to do fotografowania, czy do poleniuchowania. Rozkładamy się w gaju palmowych, gdzie poza nami nie ma zupełnie nikogo. Tylko my, cisza, spokój, wiatr który kołysze palmy i fale morza uderzające o brzeg. O tak, taka chwila relaksu, po dwóch dniach w Hawanie zdecydowanie była nam potrzebna.
Ponieważ trochę zgłodnieliśmy, poszliśmy na poszukiwanie jakiegoś jedzonka. Długo nam nie zeszło, trafiliśmy na bardzo przyjemną restaurację, z tarasem, który miał przepiękny widoczek. Zamówiliśmy bułeczki z pieczonym kurczakiem, były naprawdę całkiem przyzwoite, jak na kubańskie warunki. Do tego zapłaciliśmy za nie jakieś grosze, wiec jak najbardziej polecamy. Nazwy niestety nie pamiętam, bo nie zapisałam. Najczęściej zbieram paragony i potem nazwy same się znajdują, no ale jak się domyślacie na Kubie paragonów nie ma, tam nikt nie używa czegoś takiego jak kasa fiskalna, rachunki to zwykła kartka papieru, policzona długopisem:) tak jak u nas jakieś 30 lat temu 🙂 Myślę jednak, że po poniższym widoku z tarasu, powinniście ja bez problemu znaleźć. Jakby co szukajcie 3 palm 🙂 Przed restauracją, też znajduje się przyjemne parasole, można tam sobie wynająć leżaczek i nawet tam wrzucić coś na ząb. Kelnerzy obsługują, tak więc przyjemna miejscówka na odpoczynek.
Po lunchu poszliśmy jeszcze kawałek dalej, zaczął się trochę poszarpany skalisty brzeg, wysokie fale, które rozbijały się o niego. Usiedliśmy sobie tam, i tak sobie patrzyliśmy…uwielbiam taki relaks, takie zatrzymanie się na chwilę i raczenie się wspaniałymi widokami. Cykamy ostatnie fotki (uwaga będzie ich dużo, bo nie mogłam przestać ich robić:))
Robi się późno, więc wracamy do Hawany. Coś kolo 18:00 odjeżdża ostatni autobus, ale tą informację proszę jeszcze sprawdzić, bo teraz już dokładnie nie pamiętam, a nigdzie sobie tego nie zapisałam. Po dotarciu do Hawany siadamy w jednym z narożnych barów i obserwujemy sobie życie na ulicach. Przemieszczające się stare samochody, spoconych taksówkarzy rowerowych, starszą panią ze zgrzewką jajek. A propos jajek, chyba nigdzie na świecie nie je się ich tyle co na Kubie. Ja ogólnie jem jajka może raz na dwa tygodnie, a tutaj w ciągu dwóch tygodni jadłam je 14 razy. Tak, codziennie na śniadanie jedliśmy jajka. I nie ważne gdzie byśmy spali, w każdej casie to samo, jajka smażone, albo omlet z jajek. Do tego pieczywo, masło o dość dziwnym smaku i owoce. Nie wie jak inni ale my po powrocie przez kolejne dwa miesiące na jajka patrzeć nie mogliśmy.
Tutaj spotykamy też przesympatyczną Kandyjkę Mary z dwoma Kubańczykami, którzy pomagają nam zorganizować na jutro transport do Vinales w rozsądnej cenie. Genralnie z taksówkami jest tam taki problem, że są beznadziejnie drogie (jak wszystko na Kubie) i do tego nie chcą się skurczybyki targować. Podchodzisz do jednego takiego co leży w samochodzie, pytasz ile kosztuje kurs, mówi cenę, ty dajesz niższą a temu nawet nie chce się targować. Woli dalej leżeć i nic nie zarobić niż zejść z ceny.
Informacje praktyczne:-Na Playas del Estas dostaniemy się z Placu Centralnego autobusem za 5CUC/retour od os. Wysiadamy na ostatnim przystanku (tam jest najładniejsza plaża i potem możemy się cofać w kierunku Hawany, aż do skalistego wybrzeża) -Przejazd w Hawanie zabytkowym samochodem 1h – 25CUC – trzeba się targować bo cena wyjściowa to 30CUC, nie zawsze się udaje, bo tak jak wspominam wyżej Kubańczycy -Lunch pod trzema palmami – 5CUC/2 os -Obiad w Hawanie – 23CUC za 2 os
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Kuba.
Dziś wyruszamy do Baracoa. Przy śniadaniu prosimy jeszcze właściciela, żeby nam sprawdził, czy z naszym lotem wszystko w porządku, bo ponoć te wewnętrzne często odwołują. Właściciel zadzwonił, potwierdził, wszystko w porządku, taksówka już na nas czeka, pożegnaliśmy się i w drogę. Powiedziałam naszemu kierowcy, że lecimy do Baracoa, ten od razu powiedział, że wie na które lotnisko i terminal, w niecałe 30 min byliśmy na miejscu. Nie wiem czemu, ale zawsze przed lotem się stresuję, więc już byłam szczęśliwa, że dotarliśmy na to lotnisko, teraz tylko znaleźć właściwy check in. Wchodzimy, terminal niewielki więc to nawet lepiej, od razu podchodzimy do informacji, pokazujemy potwierdzenie i czekamy, aż pani w zeszycie coś tam sprawdzi. Długo jej to schodziło, pyta nas o numer lotu, my nie wiemy, powinno pisać na wydruku, ale nie pisało, pani rozłożyła ręce i mówi, że ona takiego lotu nie widzi, odesłała nas do innego okienka. Tam pani popatrzyła na bilet, wzruszyła ramionami i odesłała nas na drugi koniec terminala. Przyszliśmy, kolejna pani wzięła wydruki i mówi, że najbliższy samolot do Baracoa jest jutro. No ale mówię jej że my mamy międzylądowanie w Holquin, więc może stąd to nieporozumienie. Sprawdziła całą listę pasażerów no i niestety nie było nas na niej. No i co teraz, mi już się chce płakać, do Baracoa chciałam za wszelką cenę dotrzeć, a jeśli dziś nam się nie uda, to już w zasadzie nie ma sensu, bo na 2 dni, to tam się nie opłaca lecieć, poza tym te bilety były naprawdę drogie więc drugich byśmy i tak nie kupili. Sprawę pogarszał fakt, że nasz hiszpański był słaby, oni też po angielsku tylko kilka słów i taka bezradność. W końcu przyszła jeszcze jakaś inna pani, popatrzyła na bilety i mówi, że to nie to lotnisko, że musimy szybko łapać taksówkę i jak najszybciej pojechać na lotnisko Baracoa Beach. No to mi już całkiem słabo się zrobiło, bo tutaj nam ponad pół godziny zeszło, nie wiadomo gdzie to drugie lotnisko, no ale biegniemy na taksówkę, tam się znowu z gościem ciężko dogadać, chciałam mieć pewność, że na pewno zawiezie nas w odpowiednie miejsce. Do tego mieliśmy przy sobie już resztki CUC, myśleliśmy że na lotnisku wymienimy, no ale tam kantoru żadnego nie było więc dupa blada, no nic, zapłacimy najwyżej w euro, bylebyśmy tylko na ten samolot zdążyli. Okazało się, że na drugie lotnisko ponad 40 min jazdy, bo to na drugim końcu Hawany. Taksówkarz tak szybko jechał, że o mało zawału nie dostałam, wiedział, że się spieszymy. Dwa razy na czerwonych światłach przejechał, raz Policji się nie zatrzymał, dobrze że za nami nie urządzili pościgu, bo by dopiero było. Dotarliśmy na rzekome lotnisko, za taksówkę zapłaciliśmy jak za zboże, patrzymy budynek wygląda trochę z zewnątrz jak sklep spożywczy, w środku poczekalnia jak do lekarza, na 10 krzesełek, myślę, sobie czy to na pewno tutaj? Ale w drzwiach od razu stał pan z listą pasażerów na której uwaga! Nas nie było! Nie no żartuję, tym razem byliśmy 🙂 i normalnie dzięki Bogu, bo już miałam stan przedzawałowy. Żałuję, że nie zrobiłam zdjęć na tym lotnisku, bo ubaw mielibyście po pachy, ale uwierzcie mi ostatnia rzecz o jakiej wtedy myślałam to były zdjęcia. Na lotnisku poznajemy bardzo sympatyczną parę z Izraela, która zmierza w tym samym kierunku, w kilka sekund znajdujemy wspólny język i umilamy sobie podróż. Wylot o czasie, bez jakichś opóźnień. Krótkie międzylądowanie w Holquin, gdzie kupujemy na lotnisku bułki. Wyboru nie było zbyt wielkiego, albo bułka z majonezem(!), albo coś co miało przypominać szynkę, ale w gruncie rzeczy nawet koło niej nie leżało. Bułka z majonezem też w efekcie końcowym już po jednym ugryzieniu wylądowała w koszu, bo nawet przy ogromnym głodzie, nie było szans jej przełknąć. Lądujemy w Baracoa.
Na lotnisku czeka już na nas Yumi właścicielka naszej casy. Przesympatyczna, uśmiechnięta, ze znikomą znajomością angielskiego, ale za to tak nadrabiała swoją osobowością, że nawet bariera językowa nam nie przeszkadzała. Pożegnaliśmy się z naszymi znajomymi, umawiając od razu na wieczorną kolację i udajemy się do naszego lokum wymieniając po drodze jeszcze pieniądze. Bank był co prawda zamknięty, ale zawsze znajdzie się ktoś kto wymieni kasę na czarno. Oczywiście po gorszym kursie, ale przed nami był weekend, więc i tak nigdzie byśmy nie wymienili, a bez kasy to jak bez ręki, więc wymieniliśmy jakaś niewielką kwotę. Trochę zawaliliśmy, że nie wymieniliśmy od razu na lotnisku w Varadero kasy na cały pobyt, bo jak się później okazało, tam był najlepszy kurs. Później we wszystkich tych mniejszych miejscowościach był gorszy, mało tego banków i CADECA jest jak na lekarstwo i czasami trzeba zmarnować godzinę stojąc gdzieś w kolejce tylko po to, żeby wymienić pieniądze. Tak więc wymieniajcie od razu większą ilość na lotnisku w Hawanie albo w Varadero, bo tam są najlepsze kursy.
Po szybkim odświeżeniu pytamy Yumi czy zna kogoś kto oprowadził by nas po okolicy. Nawet nie chodziło nam o jakiegoś przewodnika, tylko chłopaka, który zna dobrze okolice, trochę angielskiego i chciałby sobie coś zarobić. Od razu zadzwoniła do znajomego, który w 10 minut już był w casie i co się okazało? Że nie dość, że chłopak bardzo dobrze mówił po angielsku, to znał nawet kilka słów po holendersku i z przyjemnością pokarze nam okolicę za uwaga 2,5 CUC od osoby za dzień. Dwa razy pytałam, czy dobrze zrozumiałam, bo dla porównania, przewodnik po Hawanie kosztuje ok 50 CUC od osoby za dzień. Nie tracimy zatem czasu, od razu ruszamy z nim na miasto. Samo Baracoa jest niewielkie, więc w zasadzie wystarczy jedno popołudnie żeby obejść go dookoła, jakichś specjalnych atrakcji tam nie ma do oglądania, ale warto wspomnieć, że podobno to właśnie w tym miejscu po raz pierwszy zszedł na kubański ląd Krzysztof Kolumb. Miasteczko bardzo nam się spodobało. Jest bardzo spokojne, mieszkańcy żyją tutaj swoim powolnym rytmem. Wokół niego rosną kakaowce, drzewa ananasów, palmy kokosowe, a w samym mieście zachwyt wzbudzają jednopiętrowe domki kryte czerwoną dachówką. Całkiem inny klimat niż w Hawanie. Od razu widać zupełnie inne nastawienie do turystów, nie traktują ich jak maszynki do robienia pieniędzy tylko jak swoich gości i to nam się tam bardzo podobało.
Nasz przewodnik Luis jak się okazało przy bliższym poznaniu od kilku lat ma dziewczynę, która jest Holenderką (stąd znajomość tego języka) i w zasadzie mieliśmy ogromne szczęście, bo dosłownie za 2 tygodnie wyjeżdża do Holandii na trzy miesiące, żeby tam kontynuować naukę oraz jak się domyślam, żeby bliżej poznać swoją partnerkę, z którą do tej pory widział się tylko wtedy, gdy przyjeżdżała do niego na wakacje. Warto tutaj wspomnieć, że wyjazd z Kuby do innego kraju, to wciąż dość skomplikowana sprawa. Nie to, że nie możliwa, bo jak widać wielu osobom się udało, ale to ponoć droga przez mękę. Luisowi na przykład nie udało się za pierwszym razem dostać wizy, a najlepsze jest to, że aby się o nią starać trzeba mieć już kupione bilety, co jest dla nich nie lada wydatkiem, a jeśli wizy nie dostaną to bilety przepadają. Oczywiście w takiej sytuacji należy wykupić ubezpieczenie anulacyjne, ale wtedy chyba o tym nie pomyśleli.
Tak sobie spacerując wstąpiliśmy do słynnego na całą wioskę Alberto, który jako jeden z nielicznych Kubańczyków ma typowo europejskie myślenie i podejście do życia. Zna wyśmienicie angielski i jest bardzo chętny to rozmowy. Zatrzymaliśmy się u niego na kilka drinków i poznaliśmy niemal całą historię jego życia. Ile w tym było prawdy, pewno nigdy się nie dowiemy, ale zdecydowanie ma facet gadkę, głowę na karku no i pewno dlatego jest tak lubiany przez turystów. Ponoć serwuje też całkiem dobre jedzonko, ale jakoś nie mieliśmy okazji skosztować. A to widoki z tarasu od Alberto.
Po wizycie u Alberto udajemy się do hotelu El Castillo z którego rozpościera się piękny widok na całe Baracoa. Było już troszkę późno i trochę pod słońce, ale udało nam się pstryknąć kilka fotek. W ogóle dobrze wiedzieć, że nad Barcoa krąży więcej chmur niż nad innymi częściami Kuby. Ponieważ jest to teren górzysty, lubią się one tam zatrzymywać. Podczas naszego pobytu niemal codziennie jakieś tam chmurki były obecne na niebie, ale zabierały nam słonko tylko na chwilkę, tak więc w żaden sposób nie były uciążliwe.
Wieczorem rozstajemy się z Luisem umawiając się z nim na wieczorną imprezę, jemy całkiem dobrą i mega obfitą kolację u naszej Yumi i udajemy się na spotkanie z naszymi nowo poznanymi znajomymi z Izraela. Od Luisa dowiedzieliśmy się, że w każdą sobotę w La Tarraza odbywa się Cabaret Tropikana i że koniecznie powinniśmy się tam udać, żeby go zobaczyć. Tak też zrobiliśmy. Tym bardziej, że wstęp na ten show kosztował całe 1CUC. Jakiegoś wielkiego wow za tę cenę się nie spodziewaliśmy, a tu mege pozytywne zaskoczenie. Show był taki, że wszyscy oglądaliśmy z otwartymi buziami, do tego poza nami były może dwa stoliki z turystami, poza tym sami miejscowi, a co za tym idzie mieliśmy okazje zobaczyć jak bawią się Kubańczycy. Salsa odchodziła pełną parą, aż mi się żal zrobiło, że przerwałam swój kurs, bo może bym i sama wyskoczyła na parkiet, a tak to nie chciałam się kompromitować 🙂 W każdym bądź razie, był to zdecydowanie najwspanialszy wieczór jaki przeżyliśmy na Kubie.
Informacje praktyczne:Bilety do Baracoa możecie kupić za pośrednictwem tej strony – KLIK – koszt 150euro od os w jedna stronę Taksówka z Hawany na główne lotnisko – 20CUC Taksówka z Hawany na lotnisko Baracoa Beach – 40CUC Taksówka z lotniska w Baracoa do casy – 10CUC Casa w Baracoa – 20CUC Sniadania w Casie – 3CUC Obiady w Casie – 7CUC Przewodnik Luis – 2,5CUC za dzień od osoby (dla nas wydała się to tak śmieszna kwota, że na końcu zostawiliśmy mu o wiele więcej, bo uważaliśmy, że w pełni zasłużył na te pieniądze) Wejściówka na Kabaret Tropikana w La Tarraza – 1CUC Mojito w La Tarazza – 2,5CUC Bucanero (Piwo) – 1CUC
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Kuba.
No to zabieram was dziś kochani do Vinales. Długo rozważaliśmy za i przeciw, czy tam jechać czy nie. Przeciwko był przede wszystkim czas jakim dysponowaliśmy, a co za tym idzie cena taxówki, bo żaden inny transport nie wchodził w grę. Za były oczywiście przepiękne widoki, których nigdzie indziej na Kubie nie spotkamy. Do Vinales najlepiej wybrać się na 2 dni, a jeśli tylko czas wam na to pozwala to nawet na 3. Wtedy możecie sobie wyskoczyć na jeden dzień na Playas Levisa. My niestety tego czasu nie mieliśmy, bo na następny dzień mieliśmy już samolot do Baracoa. Na szczęście Vinales jest do zrobienia też w jeden dzień i tak też zrobiliśmy. O 8:00 rano czekała na nas taksówka pod casą. Piękny zabytkowy Chavrolet. Taksówkarz przyjechał ze swoją dziewczyną, tak więc mieliśmy dodatkowe towarzystwo. W sumie fajnie bo dziewczyna mówiła trochę po angielsku, w przeciwieństwie do taksówkarza, dzięki czemu droga szybko nam minęła. Po drodze do Vinales taxówkarz zaproponował nam zobaczenie ogrodu orchideowego Soroa i wdepnięcie na taras widokowy który był w pobliżu. Podjechaliśmy na Las Terrazas, ale widoku żadnego nie było, bo była mgła, do tego wiało jak w Kieleckim i zimno było strasznie. Zrobiliśmy zatem na szybko 3 fotki i uciekaliśmy stamtąd czym prędzej, natomiast pierwsze zdjęcie zostało jednym z moich ulubionych podczas całej wyprawy na Kubę 🙂
Ogród kwiatowy to było jakieś nieporozumienie. Taka sztuczna atrakcja, żeby zarabiać na turystach. Malutkie to było, żadnych ciekawych gatunków kwiatków, gdyby nie to że trafiliśmy na Holenderską parę z przewodnikiem, który o tych kwiatkach opowiadał, to przypuszczam, że obeszlibyśmy ten ogród w 10 minut. Generalnie odradzam to miejsce, w Polsce można znaleźć ciekawsze ogrody botaniczne/kwiatowe. No ale skoro już tam dotarliśmy to pstryknęłam kilka fotek, żeby nie było. Acha, przy wejściu życzą sobie dodatkową opłatę za profesjonalny sprzęt fotograficzny 🙂 Potem jeszcze jakiś smęcący zespól grał na tarasie dla naszej czwórki, więc nie wypadło nie rzucić im jakiegoś grosika. Koło ogrodu są jeszcze jakieś wodospady czy coś, ale nie specjalnie nas to interesowało, pojechaliśmy więc dalej.
Sama dolina Vinales, faktycznie robi wrażenie, piękny jest widok z tarasu. Nam akurat wyszło na chwilkę słonko, bo cały dzień był mocno pochmurny. Myślę jednak, że w pełnym słońcu, albo o poranku wygląda jeszcze bardziej magicznie. Czy jednak warto tutaj jechać na jeden dzień? Hmmm…dość trudne pytanie. Jeśli macie czas i nie odbędzie się to kosztem jakiegoś innego fajnego miejsca to tak, warto. Natomiast jeśli mielibyście rezygnować z czegoś, to myślę, że spokojnie można sobie jednodniowe Vinales odpuścić, tym bardziej jeśli wybieracie się w stronę Baracoa. Tutaj trzeba się zatrzymać na chwilkę, zapuścić w pola tytoniu, bez pośpiechu, na luzie. Natomiast na 2 dni na pewno warto tutaj przyjechać.
W dolinie Vinales nasz taksówkarz poszukał nam farmera, który zabrał nas na przejażdżkę konną po dolinie. Ja co prawda na koniu nigdy nie siedziałam, ale te były takie malutkie i łagodne, że nawet dla takiego amatora jak ja zabawa była przednia. Mieliśmy tutaj małą przygodę, która o mało nie przyprawiła mnie o zawał serca. Wsiedliśmy na konie, zaczynamy naszą przejażdżkę, a nasz aparat przestaje robić zdjęcia. Coś mu się zablokowało i nie działa. No i zaczęło się, włączanie, wyłączanie, wyjmowanie baterii, zdejmowanie obiektywów i nic. Aparat jak nie działał tak nie działa. Od razu przypomniał mi się moment jak pakowaliśmy sprzęt i się zastanawialiśmy czy brać jeden aparat czy dwa, ale w ostatniej chwili wyjęłam ten drugi z plecaka, bo stwierdziłam, że jakby nas gdzieś okradli czy coś, to stracimy wszystko. A teraz jak sobie pomyślałam, że to dopiero czwarty dzień i prawie cała przygoda jeszcze przed nami, bez aparatu, to mi się płakać chciało. Bo wiecie, dla mnie wakacje bez aparatu to nie wakacje. Jak czegoś nie mogę zatrzymać w kadrze to równie dobrze mogłabym tego nie widzieć. Tak już mam i już. Panika była straszna, dlatego ogólnie zdjęć z Vinales mamy nie za dużo, bo nie było jak robić. Później zrobiliśmy mały postój, i dopiero jak zmieniliśmy kartę to aparat ruszył. Dobrze, że mieliśmy kilka zapasowych, bo byłoby pozamiatane, a na Kubie o zakupieniu takiej karty do aparatu to można zapomnieć. Ufff…stres był wielki uwierzcie mi.
Nasz kowboj zabrał nas po krótkiej przejażdżce na farmę, gdzie mogliśmy z bliska przyjrzeć się jak wygląda uprawa tytoniu, proces suszenia oraz skręcania cygar. Każde cygaro wykonane jest ręcznie, najpierw sortują liście tytoniu, te ładniejsze używają na zewnątrz, te bardziej zniszczone są wkładane do środka, później skręcanie, obcinanie i zaklejanie. Ciekawa sprawa zobaczyć taki proces. Jakoś nigdy nie zastanawiałam się nad tym jak takie cygara się robi. Dostaliśmy też po jednym do zapalenia. Moczone w miodzie miały nawet całkiem przyjemny smak. Oczywiście zakupiliśmy niewielką paczuszkę do domu, dla znajomych. Nie mam pojęcia jakie są ceny cygar w sklepie, bo nigdy mnie to nie interesowało, ale nawet na farmie cena wydaje się być wysoka, liczą sobie 3CUC za 1 sztukę.
Po wizycie na farmie cygar zrobiliśmy sobie jeszcze małą rundkę po dolinie i tak zeszły nam prawie 3h. Nawet nie wiem kiedy ten czas minął. Musieliśmy wracać z powrotem do Hawany. W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o słynny mur, ze starożytnymi rysunkami. Ale zobaczyliśmy go tylko przelotem, bo to kolejna z tych wyimaginowanych turystycznych atrakcji, które zrobione są pod turystów. Niby przedstawia jakieś prehistoryczne postacie, ale wygląda jakby wczoraj pomalował go ktoś niebieską farbą. Mur można zobaczyć z daleka, tak jak my, albo wjechać pod niego, ale wtedy już jest opłata, jeśli się nie mylę to 5CUC. Za co to nie wiem, bo za ogrodzeniem nie widać nic innego.
I jeszcze kilka fotek samego miasteczka Vinales:
O, a na powyższym zdjęciu możecie zobaczyć jak wyglądają autobusy na Kubie 🙂 Wracamy zatem do Hawany. Droga nam się trochę dłużyła, bo i widoki trochę nudnawe. Krajobraz raczej mało zróżnicowany, nie było co podziwiać. Zrobiłam kilka fotek z samochodu, tak żebyście wiedzieli czego się spodziewać, ale generalnie najlepiej byłoby tę drogę przespać, żeby jak najszybciej minęła. Dojeżdżając do Hawany zatrzymaliśmy się w niewielkiej restauracji, dla Kubańczyków i to było jedyne miejsce gdzie udało nam się zapłacić w CUP za normalny obiad. Do tego było bardzo pysznie, więc polecam jak najbardziej. Kiedy dotarliśmy do Hawany umówiliśmy się od razu z naszym taksówkarzem na następny dzień, bo musieliśmy dotrzeć jeszcze jakoś na lotnisko. I tym samym żegnamy się z Hawaną.
Informacje praktyczne: Takówka do Vinales tam i z powrotem – 120CUC – ok 2,5-3h w jedną stronę Wstęp do Soroa – 3CUC od osPrzejażdżka na koniach – 5CUC od os za godzinę można u naszego kowboja: odalys.gala@nauta.cu tel: +5358292731 lub +5353103683Wstęp na farmę cygar- bezpłatny Cygaro – 3CUC za 1 szt Obiad w Don David Restaurante – ok 17km przed Hawaną (na słupkach wzdłuż drogi jest napisane ile km nam zostało do Hawany)
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Kuba.
Po tradycyjnym Kubańskim śniadaniu (omlet, owoce i świeży sok) punkt 9:00 podjeżdża po nas Luis wraz z taksówkarzem. Jedziemy jeszcze po naszych Izraelskich towarzyszy i ruszamy na kolejną przygodę z Kubą. Nasz pierwszy przystanek to farma, na której możemy zobaczyć proces produkcji kakao. Największym zaskoczenie był chyba dla mnie sam owoc kakaowca, chyba nigdy wcześniej nie widziałam. A sam proces jego przetwarzania jest równie ciekawy. Jedyny minus tej wizyty był taki, że pani nadawała po hiszpańsku, Luis nam próbował tłumaczyć, ale ona leciała jak katarynka i on biedny nie nadążał z tłumaczeniem. Parę razy ją prosiłam, żeby mówiła po jednym zdaniu a potem dawała czas na przetłumaczenie, ale ciężko jej to szło. Najpierw kilka fotek z „podwórka” farmy, a potem postaram się wam pokazać jak wygląda proces przetwarzania kakaowca w masę kakaową.
Dojrzałe owoce kakaowca poznajemy po żółtej barwie. Owalne owoce, pokryte grubą łupiną zbierane są bardzo starannie przez odcięcie ich od łodygi ostrym narzędziem. Strąki należy odcinać bardzo delikatnie, żeby nie uszkodzić skorupki. Wszystkie próby mechanicznego rozłupywania skorupek dały niezadowalające efekty, dlatego rozłupywaniem tak, jak i zbieraniem owoców, zajmują się ludzie. Grubą skorupę uderza się dużym nożem tak, by móc wydobyć ze środka ziarno kakaowca wraz z białym miąższem (mieliśmy okazję ten miąższ skosztować, coś śliskiego, lekko kwaskowego i bardzo przyjemnego w smaku). Po 24 godzinach od rozłupania owocu rozpoczyna się proces fermentacji. Ziarna są przechowywane przez 5 do 6 dni w dużych koszach zrobionych z bananowca. Ziarna kakaowe są następnie parzone przez 48 h (niektóre typy 24 h, a jeszcze inne aż 96 h). Krok ten ma na celu zatrzymanie procesu fermentacji. Ziarna są suszone na słońcu na tackach lub plandekach. Proces ten trwa od 1 do 4 tygodni. Gdy ziarna są suche, stają się bardziej kruche. Po otrzymaniu ziaren, oczyszcza się je i ogrzewa przez około pół godziny w temperaturze od 100 do 140 C, w zależności od rodzaju surowca. Aromat, który rozwija się w procesie fermentacji, zyskuje dodatkowe walory podczas prażenia. Etap ten polega na oddzieleniu łupin od ziaren przez poddawanie surowca wibracjom na specjalnych maszynach. Następnie ziarna kakaowca wrzucane są do specjalnego młyna. W ten sposób przekształcane są w substancję zwaną masą kakaową, którą widać w tle na ostatnim zdjęciu. Mieliśmy też okazję skosztowania takiej masy. W smaku bardzo dziwnie słono-gorzka 🙂
Wzbogaceni o nową wiedzę jedziemy do ujścia rzeki Yumuri. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na kilka fotek przy plaży, która wyjątkowo nam się spodobała. Mimo, że nie było białego mięciutkiego piasku to i tak miała swój urok.
W ujściu Yumuri zajadamy się pysznymi mango zerwanymi wprost z drzewa…mniaaam….smak nie do opisania! W tym czasie, kiedy sok z mango leci mi po łokciach, przechodzi obok nas Kubańczyk z kogutem pod pachą. Pytam od razu Luisa gdzie ten pan idzie i po co mu ten kogut. I tym sposobem dowiedzieliśmy się, że dzisiaj odbywają się w „sekretnym miejscu” walki kogutów. Sekretnym, bo oczywiście walki nie były legalne. Chwila zastanowienia czy chcemy w takim wydarzeniu uczestniczyć, w końcu to znęcanie się nad zwierzętami i na pewno znajdzie się nie jeden przeciwnik takiego wydarzenia. Na szczęście nie są to atrakcje dla turystów więc swoją obecnością nie napędzamy koniunktury, tak więc czy tam będziemy obecni, czy też nie, nic nie zmieni, a walki to jest ich kulturowa sprawa.
Po długim spacerze wzdłuż brzegu morza, wąską ścieżką docieramy do celu. Impreza nie mała. Kilkuset Kubańczyków zebranych w kręgu, niektórzy nawet dla lepszego widoku oblegli stojące obok drzewo z wielką ekscytacją dopingują swoich faworytów. Udało nam się za 1CUC zdobyć siedzące miejsca i zrobić kilka ujęć, aczkolwiek łatwa sprawa to nie była.
W owym sekretnym miejscu poza walkami, w których można było oczywiście obstawić swojego wybranka i wygrać niewielką kwotę, uprawiano także inne hazardy 🙂 Nie wiem co to dokładnie były za gry, ale Kubańczycy ewidentnie dobrze się przy tym bawili. Rum lał się strumieniami, jedzenia też nie brakowało. Za kilka pesos można był zjeść pyszną bułeczkę z wędzonym prosiakiem, albo pizze prosto z ogniska, napić się wody z kokosa (tutaj moje zdziwienie sięgnęło zenitu, kiedy to pan nalawszy do plastikowej butelki płynu, po wypiciu kazał mi ją zwrócić i bez mycia nalał kolejnemu klientowi – takie rzeczy tylko na Kubie:)) Lód do rumu jak widzicie rozbija się po prostu patykiem 🙂 Pojedliśmy, popiliśmy, i żadnych perturbacji nie było, żyjemy 🙂 Impreza trwała tam cały dzień, co ciekawe nie było tam prawie żadnej kobiety. No i my jedyni biali wzbudziliśmy nie lada sensację, ale zostaliśmy miło przyjęci, nie mieli nawet nic przeciwko robieniu zdjęć. Za to kocham ten region, jest taki prawdziwy, nie udawany dla turystów, tutaj po prostu toczy się życie, a my jesteśmy jego częścią. Tak właśnie wyobrażałam sobie Kubę i cieszę się niezmiernie, że dotarliśmy w te rejony! Wracamy zatem tą samą ścieżką do ujścia rzeki.
W ujściu Yumuri bierzemy łódkę i przeprawiamy się przez kawałek rzeki. Tam rozkładamy się na brzegu i odpoczywamy chwilkę. Jedni jak widać nie mogą się oprzeć kąpieli, inni nurkują, Marcel poszedł szukać przygód w lesie, a ja jak zwykle w swoim żywiole tańczę z aparatem w kółko i zatrzymuję ulotne chwile. Do tego cały czas wypytuję Luisa o życie na Kubie, o jego rodzinę, dziewczynę, która czeka na niego w Holandii i do której leci za dwa tygodnie. Opowiadam mu o życiu we Wiatrakowie, o kulturze, o różnicach na które powinien być przygotowany. To zdecydowanie najpiękniejsze chwile, coś co najbardziej lubię w podróżach. Ludzie i rozmowy z nimi, moja ciekawość świata, tego jak wygląda ich prawdziwe życie, a nie to które sprzedawane jest przez media. Czy wiecie, że na Kubie za zabicie człowieka idzie się na 10 lat do więzienia, a za zabicie krowy na 25? Tak, tutaj krowa to własność rządu. I to by od razu tłumaczyło, dlaczego przez 2 tygodnie nie uświadczyliśmy wołowiny. Niby w kartach wszędzie jest ale już na samym początku, w każdej restauracji kelner oznajmia, że wołowiny dziś brak. Oczywiście w hotelach dla turystów znajdzie się wszystko, nawet stek, choć podobno zwykle przesmażony 🙂
Ponieważ troszkę zgłodnieliśmy zbieramy manatki i udajemy się na playa Barigua. Mała, urocza plaża z niewielka restauracją. Jesteśmy na niej zupełnie sami. Zamawiamy oczywiście mojito, coś do jedzonka i znowu chillout w przepięknym otoczeniu natury. Żyć nie umierać. Jak ja się cieszę, że tutaj przyjechaliśmy! Że nie spóźniliśmy się na samolot 🙂 I że poznaliśmy Luisa! Wspaniały człowiek! Ja to jednak dłużej jak pięć minut nie mogę usiedzieć na jednym miejscu. Aparat do ręki i spacerek wzdłuż plaży sobie zrobiłam. Po drodze spotkałam kilka bawiących się dziewczynek, podeszłam dałam im długopisy i pisaki, które specjalnie ze sobą zabrałam. Znalazłam też jakieś ostatnie słodkości na dnie plecaka, bardzo się ucieszyły, szczególnie najstarsza z długopisów 🙂
Generalnie jeśli ktoś wybiera się w te rejony, to warto zabrać ze sobą sporą ilość długopisów, bo o nie byliśmy pytani z 10 razy dziennie, najczęściej przez nastoletnie dziewczyny. Mieliśmy spory zapas, więc na szczęście nam wystarczyło. Warto też zabrać lekartstwa, ja wiozłam całe pudełka aspiryn, które zostawiłam naszej wspaniałej gosposi w casie. Wiem, że z pozoru na Kubie jest wszystko, ale tak jak piszę to tylko pozory. Jeśli ktoś był tylko w Hawanie, Trinidadzie i innych turystycznych miejscowościach i nie wiedział komu rozdać te wszystkie mydełka i pasty do zębów, które przywizł to wcale się nie dziwię, bo tam też bym nie widziała komu to rozdawać. Generalnie Kubańczycy są bardzo schludnie ubrani, często noszą firmowe ubrania, komórki czy laptopy to nie są już jakieś tajemnice dla nich. Większość je posiada, natomiast fakt jest taki, że gdyby nie my turyści i ich rodziny w ameryce, które cały czas przysyłają im paczki to by tych rzeczy nie mieli. Średnie zarobki na państwowej posadzie to 15-20CUC, czyli dokładnie tyle samo co kosztują w sklepie nowe spodnie czy t-shirt. Takie sklepy oczywiście istnieją i jak najbardziej można się w nich zaopatrywać, problem tylko w tym, że jeśli ktoś nie żyje z tutystów, czytaj nie prowadzi casy, resauracji, nie jest taksówkarzem albo przewodnikiem ani nie sprzedaje kradzionych cygar, to po prostu nie może sobie na to pozwolić. I teraz największy problem, z nami przybywającymi na Kubę jest taki, że jeśli mamy kontakt z jakimś Kubańczykiem, to znaczy, że on ma się całkiem dobrze i niczego mu nie brakuje. Gorzej z tymi, którzy żyją w mniejszych miejscowościach, tam gdzie dociera niewielu turystów. Tam ludzie nadal klepią biedę, na pewno wielu z chęcią otrzymałoby środki czystości, ubrania czy lekarstwa. Niestety większość turystów ma do czynienia z tymi, co mają się tam jak u pana Boga za piecem. Na ścianie TV 46 calowe, na biurku najnowszy MacAir, a w ręce iPhone4. Ale czemu się tu dziwić. Jesli taki taksówkarz za kurs do Vinales bierze 120CUC, a wieczorem jeszcze odwiezie klienta na lotnisko za 25CUC to ma za dzień 145CUC. Niech nawet za benzynę wyda 45CUC, w co wątpię to zostaje mu 100CUC, razy 30 dni to rachunek jest prosty. Nie wiem kto z was zarabia 3 tys euro, ale ja bym za tę kwotę bez problemów mogła żyć na Kubie. Po zapłaceniu podatków (które już nie są tam jakieś bardzo duże) zostałby mi jeszcze na pomoc domową i prywatnego kucharza. Nie wpominając o wszystkich gadżetach, które co prawda z drugiej ręki, ale bez większego problemu można kupić. No dobra to teraz trochę zdjęć, żeby was nie zanudzić 🙂
Słonko powoli zachodzi, zbieramy się zatem powoli do naszej casy. Umówiliśmy się dzisiaj z naszymi znajomymi, że zjemy w jednej z restauracji, którą polecił nam Luis. Restauracja nazywa sie El Buen Sabor. Na tripie właśnie zobaczyłam, że ma najwiecej komentarzy i średnią 4,5 gwiazdki. I znowu zastanawiam się co ci ludzie w domach jedzą co tam zostawiają komentarze. Na przystawkę były oczywiście bananowe chipsy, te trudno zepsuć, więc były pyszne, jak wszędzie. Zupa rybna, to było największe paskudztwo jakie w życiu kosztowałam. I nie żeby to było tylko moje zdanie, ale cała nasza 4 po pierwszej łyżce mocno się skrzywiła i oddaliśmy pani pełne talerze. Na drugie danie zamówiłam sobie krewetki w sosie kokosowym i nie powiem sos, był mega pyszny. Zresztą Baracoa słynie z potraw w kokosie i to faktycznie dobrze im tutaj wyszło. Ale co z tego że sos pyszny kiedy krewetki za długo w nim gotowali i były jak guma. Marcel z Royem zamówili langustę, która też była przegotowana, przeparzona, czy co tam z nią robią. Tak więc albo nie mieliśmy szczęścia (bo może kucharz miał zły dzień) albo jesteśmy zbyt krytyczni, albo tak to już jest z tym jedzeniem na Kubie. Ale była za to muzyka na żywo i ogólnie całkiem przyjemny klimat. Generalnie możecie spróbować zjeść tam, może nie koniecznie krewetki i langustę, ale np jakiegoś kurczaka, czy rybkę. Po kolacji idziemy do casy, bo jutro kolejny dzień pełen wrażeń. Yuuupi!
Informacje praktyczne:Wstęp na farmę kakao – bezpłatny, sama nie wiem jak to działa, ale chyba zarabiają na sprzedaży produktów, głównie oleju z kakaowcaTowarzystwo Luisa za dzień 2,5CUC od osobyTaxówka 15CUC od paryLunch na plaży 10CUCObiad w El Buen Sabor – 15CUC od osoby
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Kuba.
Kolejny dzień z Luisem. Tym razem zaraz po śniadaniu wybieramy się do parku Yunke. Luis przychodzi po nas do kasy, a potem idziemy do centrum. Najpierw czeka nas wymiana pieniędzy w banku. Kolejka całkiem spora już na zewnątrz, ale mijamy ją i wchodzimy do środka. Do wymiany waluty, nie trzeba stać w tej długiej kolejce (a może to był jakiś przywilej dla turystów, sama nie wiem). Choć w samym banku swoje odsiedzieliśmy. Jeden pan, który kierował tam ruchem, mówił wszystkim kiedy mają podchodzić i do którego okienka. Swoją drogą nie mam pojęcia jak on zapamiętywał kolejność tych ludzi, bo po wejściu do banku wszyscy siadali na krzesełka i porządku chronologicznego tam na pewno nie było. Dość ciekawym widokiem były całe stosy pieniędzy, które niektórzy Kubańczycy przynosili ze sobą. Wiadomo, że pesos ma nie wielką wartość. 1CUC to ok 24 pesos. Do jednego okienka podszedł pan, który po wyjęciu wszystkich paczek peso zastwił całe okienko tak, że pani w środku już nie było widać 🙂 Nawet chciałam zrobić zdjęcie, bo to naprawdę niecodzienny widok, ale pan strażnik mi nie pozwolił (słusznie zresztą). Jeszcze co do wymiany pieniędzy to nie wiem czy już wspominałam, ale warto wymienić większą część gotówki na początku, czy to w hawanie czy w Varadero, bo potem kurs we wszystkich tych mniejszych miejscowościach jest gorszy, do tego niepotrzebnie będziecie tracić czas na szukaniu CADECA, czy banku, oraz stanie w kolejkach. Zaopatrzeni w kuki oraz wodę na drogę ruszamy do parku. Jeszcze tylko musimy znaleść taksówkarza, szybka negocjacja ceny, bo oczywiście chciał więcej niż my chcieliśmy wydać, udało się więc jedziemy. Nasz nowy taksówkarz ma na imię Chicken 🙂 Pierwszy przystanek przy fabryce czekolady, niestety do środka nie można wchodzić, za to mieliśmy okazję poprzedniego dnia skosztować czekolady z tejże właśnie fabryki, kiedy to spacerując z Luisem po Baracoa, spotkaliśmy jego znajomego, który tam pracuje, a że akurat wracał z pracy z kilkoma tabliczkami, które zapewne bardzo przypadkowo znalazły się w jego plecaku, to podzielił się z nami 🙂 Jednak Kubańskiej czekoladzie do dobrej daleko 🙂 Bardziej mi przypominała takką czekoladę czekoladopodobną, którą można było kupić w PL w latach 80.
Jedziemy zatem dalej w stronę naszego parku. Droga najłatwiejsza nie była, powiedziałabym wręcz, że bez jeepa ciężka do pokonania, ale nasz Chicken poradził sobie bez problemu. Widać, że każdą dziurę znał na pamięć i udało nam się razem z zawieszeniem dojechać do celu. Po drodze zatrzymaliśmy się nad rzeką na kilka fotek. Po dotarciu do parku, płacimy wstęp, zostawiamy samochód oraz Chickena i idziemy. Generalnie naszym celem jest wodospad, ale po drodze mamy widoki takie, że mucha nie siada. Dokładnie takie marzyłam, żeby na Kubie zobaczyć. Z dala od całej rzeszy turystów i wszystkich atrakcji pod nich przygotowanych. Najprawdziwsza Kubańska rzeczywistość. Kowboje na koniach, osiołki z bagażami, które idą od celu do celu bez swojego pana, Kubanki robiące pranie w rzece, wspaniała przyroda i taki spokój. Tego nam było trzeba 🙂 Zaczyna nam się wreszcie ta Kuba podobać 🙂
Idąc do wodospadu spotkaliśmy pewną parę. W sumie śmieszna historia, bo będąc w Baracoa 3 dni spotkaliśmy ich 4 razy, w różnych miejscach. Nie sposób było ich nie zapamiętać. Dziewczyna, była jedną z piękniejszych i zgrabniejszych Kubanek jakie widziałam przez całe dwa tygodnie. Jak dla mnie mogłaby być modelką, zresztą może i nią była, kto wie. A jej facet, hmmm…jakby to delikatnie ująć. Biały, niższy od niej dużo, włosy na żelu postawione, spodnie grubą nitką przeszywane, mordka troszku przepita, a jego nieodłącznym elementem była butelka rumu. Nie ważne czy to na imprezie, czy w parku, nad rzeka czy na mieście, zawsze miał butelkę rumu w ręce. No to co, chcecie zgadywać skąd on? Jak się dowiedzieliśmy od Luisa to Polak. Ehhh…a potem się dziwić, że Polacy mają na świecie, taką a nie inną opinię. Ale jakby na to nie patrzeć laseczkę sobie fajną przygruchał 🙂
W trakcie naszego spaceru do wodospadu dalej toczymy rozmowy z Luisem o życiu na Kubie. Tym razem zagłębiamy się bardziej w jego relację z tajemniczą Holenderką. Luis opowiada nam jak się poznali. O ich znajomości na odległość i o tym jakie to trudne. Widzą się dwa razy w roku, bo wiadomo, że są ograniczenia i urlopowe i finansowe. Co ciekawsze, nawet jak już się spotkają, to nie mogą ot tak sobie pobyć razem. Luis mieszka z dziadkami, więc nie ma w domu warunków do tego, że ona się u niego zatrzymała, poza tym jeśli ktoś nie ma zarejestrowanej casy, to nie może przyjmować pod swój dach turystów. W casie z kolei jest zakaz przebywania Kubańczyka kobietą innej narodowości. Tak więc w zasadzie muszą się przez cały jej pobyt na Kubie ukrywać. Kilka razy musieli uciekać z casy, bo akurat trafiła się kontrola. Tak, takie kontrole w casach zdarzają się tutaj bardzo często. Rząd nie chce, aby Kubańczycy wiązali się z innymi narodowościami, nie chce żeby wchodzili bliższe relacje i kontakty, nie chce aby Kubańczycy wiedzieli jakie jest życie poza Kubą. Nie chce, aby wiedzieli jak postrzegana jest Kuba z zewnątrz. Powoli zaczyna się to zmieniać, ale to jeszcze długa droga. Internet nadal jest dla większości niedostępny, mają go tylko nieliczni, a nawet jeśli już ten dostęp jest to i tak do ograniczonych rzeczy. Nie mają np dostępu np do youtuba, FB oraz wielu innych stron społecznościowych. Docieramy prawie do naszego wodospadu, prawie, bo czeka nas jeszcze przeprawa przez rzekę. Niby tak niewinna, ale w jednym miejscu dość głęboko i całkiem spory prąd. Luis przeprawił najpierw wszystkie nasze manatki, potem my się jakoś powoli przedostaliśmy na drugi brzeg. Teraz jeszcze tylko krótki spacerek i jesteśmy u celu 🙂 Jak wam się podoba?
Byliśmy tam całkiem sami. Nasza trójka i piękny wodospad. Nie to co w Trinidadzie, więcej turystów niż wody, a i sam wodospad wyschnięty. Oczywiście wskoczyliśmy się orzeźwić. Woda dość zimna, ale po takim długim spacerku, całkiem przyjemnie było się popluskać. Marcel z Luisem urządzili sobie znowu skoki do wody, a relaksowałam się i cieszyłam oczy pięknym kolorem wody. Po odpoczynku zbieramy się z powrotem. Po drodze Luis zabiera nas do malutkiej szkoły, w której było 6 uczniów. Pani pozwoliła nam zrobić kilka zdjęć, a dzieciakom zostawiliśmy długopisy i pisaki. Gdybyście się tutaj wybierali, to zabierzecie coś dla nich koniecznie. To są właśnie takie miejsca na Kubie, gdzie wszelkie środki pomocy są mile widziane.
W drodze powrotnej dalej toczymy rozmowy z Luisem o życiu na Kubie. Tym razem zagłębiamy się bardziej w jego relację z tajemniczą Holenderką. Luis opowiada nam jak się poznali. O ich znajomości na odległość i o tym jakie to trudne. Widzą się dwa razy w roku, bo wiadomo, że są ograniczenia i urlopowe i finansowe. Co ciekawsze, nawet jak już się spotkają, to nie mogą ot tak sobie pobyć razem. Luis mieszka z dziadkami, więc nie ma w domu warunków do tego, że ona się u niego zatrzymała, poza tym jeśli ktoś nie ma zarejestrowanej casy, to nie może przyjmować pod swój dach turystów. W casie z kolei jest zakaz przebywania Kubańczyka kobietą innej narodowości. Tak więc w zasadzie muszą się przez cały jej pobyt na Kubie ukrywać. Kilka razy musieli uciekać z casy, bo akurat trafiła się kontrola. Tak, takie kontrole w casach zdarzają się tutaj bardzo często. Rząd nie chce, aby Kubańczycy wiązali się z innymi narodowościami, nie chce żeby wchodzili bliższe relacje i kontakty, nie chce aby Kubańczycy wiedzieli jakie jest życie poza Kubą. Nie chce, aby wiedzieli jak postrzegana jest Kuba z zewnątrz. Powoli zaczyna się to zmieniać, ale to jeszcze długa droga. Internet nadal jest dla większości niedostępny, mają go tylko nieliczni, a nawet jeśli już ten dostęp jest to i tak do ograniczonych rzeczy. Nie mają np dostępu np do youtuba, FB oraz wielu innych stron społecznościowych.
Wracamy do punktu wyjścia, Chicken uciął sobie drzemkę w samochodzie. W sumie, żyć nie umierać. O takiej pracy marzy chyba każdy Kubańczyk. Przejechał z nami pół godziny, potem przespał się w samochodzie ze cztery, potem znowu przejechał pół godziny i dostał 30CUC 🙂 Ale zanim dotarliśmy do domu, Luis zabrał nas jeszcze na plaże Maguana. Ponoć jedna z ładniejszych tutaj w okolicy, nam jednak średnio przypadła do gustu, może dlatego, że zaszło słonko, zerwał się wiatr i w zasadzie zrobiło się zimno. Zjedliśmy lunch w restauracji obok (mają tam najlepsze chipsy bananowe jakie jedliśmy na Kubie, tak nam zasmakowały, że kupiliśmy kilka porcji na wynos, pani nie miała nam je w co zapakować więc dostaliśmy w worku po papierze toaletowym :)) Langusta i ryba trochę przesolone i przesmażone, ale zjadliwe.
Wracamy do naszej casy, gdzie już w progu wita nas Yumi. Wyściskała nas, wycałowała. Czujemy się tutaj jak goście a nie jak turyści. Zdecydowanie była to najlepsza casa pod względem gościnności i serdeczności właścicielki. Nawet pomimo dość sporej bariery językowej czuliśmy się tutaj jak w domu. I mimo, że warunki były chyba jedne ze skromniejszych w jakich mieszkaliśmy na Kubie, to zdecydowanie ta casa pozostanie najbliższa naszemu sercu. Do tego jedzonko też było bardzo dobre i to w mega wielkich ilościach 🙂 Po kolacji wpadł do nas jeszcze Luis, żeby się z nami pożegnać. Niby spędziliśmy razem tylko trzy dni, ale mieliśmy wrażenie, że znamy go od zawsze. Nawet któregoś dnia zadzwoniliśmy do jego dziewczyny do Holandii, żeby jej powiedzieć, że jest prawdziwą szczęściarą mając takiego cudownego faceta. 🙂 Żegnając się z Luisem, aż się łezka w oku zakręciła, ale na szczęście nie żegnaliśmy się na długo 🙂 Dwa miesiące później, Luis odwiedził nas w Holandii razem ze swoją dziewczyną 🙂
Informacje praktyczne:Towarzystwo Luisa – 2,5CUC od os za dzień namiary: Angel Luis Mora tel: +5353399629 email: angel831@correodecuba.cu (Luis ma whats upa, wiec mozna probowac sie w ten sposob rowniez z nim kontaktowac, aczkolwiek trzeba wziasc pod uwagę, że nie jest cały czas dostępny on line)Taxówka 30CUCWoda 2l- 2CUCWstęp do parku 8CUC od osLunch 10CUC
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Kuba.
Przyszła pora na pożegnanie się z Baracoa oraz z naszymi cudownymi właścicielkami. O 9:00 rano podjechała taxówka, którą dzień wcześnie załatwił nam oczywiście niezawodny Luis. Cena 90CUC, to bardzo dobra cena jak na ten odcinek drogi, bo podobno średnio ta trasa kosztuje ok 150 CUC. Do tego mieliśmy to szczęście, że dzieliliśmy taksówkę z naszymi towarzyszami z Izraela, tak więc na głowę wyszło nam nie wiele więcej niż autobus, a w każdej chwili mogliśmy się zatrzymać na zdjęcia, na czym bardzo nam zależało. No i taksówka jedzie dużo szybciej niż autobus, więc dodatkowo zyskujemy na czasie. Z żalem opuszczamy Baracoa, bo spędziliśmy tutaj najwspanialsze chwile na Kubie. Mimo iż już wczoraj pożegnaliśmy się już z Luisem, przyszedł jeszcze raz nas wyściskać. Myślę, że gdybym kiedykolwiek miała wrócić na Kubę, to tylko i wyłącznie tutaj. Baracoa przerosło nasze oczekiwania pod każdym względem. Jeszcze pożegnalne fotki z dziewczynami i możemy ruszać.
Przed nami 4 godzinna podróż do Santiago de Cuba. Przed wyjazdem trochę się martwiłam o ten odcinek drogi, przede wszystkim o to jak go pokonamy i czy ktoś nas będzie chciał wieść tak daleko samochodem. Oczywiście nie było z tym najmniejszego problemu. Chętnych taksówkarzy nie brakuje. Natomiast warto wiedzieć, że ta sama trasa w drugą stronę (Santiago-Baracoa) może nas więcej kosztować. To dlatego, że taksówkarze w Santiago bardziej się cenią. Dlatego polecam właśnie dostać się najpierw do Baracoa samolotem, a potem stamtąd jechać taksówka do Santiago, a z Santiago do Trinidadu autobusem nocnym. Dzięki temu oszczędzamy na noclegu i jedziemy nocą, czas szybciej mija i nie tracimy całego dnia na przejazd. Trasa Santiago – Trinidad to ok 12h. Robiąc te trasę w drugą stronę mamy tylko do wyboru autobus, który jedzie w dzień. Dlaczego tak bardzo zależało nam na tym, żeby jechać taksówką z Baracoa do Santiago? Bo jedziemy najbardziej malowniczą droga jaka jest na Kubie. La Farola, bo tak nazywa się kilku dziesięciokilometrowy odcinek mega krętej drogi faktycznie powoduje, że jedziemy z nosem przylepionym do szyby, od czasu do czasu wzdychamy, albo krzyczymy, look there…what a great view! Zatrzymujemy się w najwyższym punkcie, gdzie jest mały taras i takie oto widoki:
La Farola to faktycznie piękna malownicza trasa. Tak inna Kuba. I bardzo się ciesze, że nie jechaliśmy autobusem, bo takie widoki są warte uwieczniania. Góry, pagórki, lasy palmowe, stepy, jeziorka, pola uprawne. Krajobraz zmienia z minuty na minutę. Jadąc te 4 godziny ( z przystankami na zdjęcia) ani przez chwilę nie poczuliśmy znudzenia. Wręcz przeciwnie 🙂 Jechaliśmy jak w wesołym autobusie, salsa na maxa i śpiewy na całe gardło 🙂 Nasi towarzysze, też byli zadowoleni, bo tak naprawdę, przez nas zostali w Baracoa jeden dzień dłużeń. Pierwotnie mieli inny plan, ale ponieważ dalsza podróż przebiegała podobnie, zostali dzień dłużej i dzięki temu nadal podróżowaliśmy razem, co oczywiście dla obu stron miało swoje plusy. Za każdym razem kiedy napotkaliśmy ciekawe widoki nasz taksówkarz zatrzymywał się, żebyśmy mogli zrobić kilka fotek. Tym razem sami się zastanawialiśmy czy oby dalej jesteśmy na Kubie, czy przenieśliśmy się na jakieś australijskie stepy 🙂
Cieszę, się, że mogliśmy te wszystkie piękne miejsca uwiecznić, bo ten odcinek jest naprawdę piękny, a niestety strasznie ciężko znaleźć na ten temat jakiekolwiek informacje, nie wspominając już o zdjęciach. Pamiętam, że przed wyjazdem przetrząsnęłam w necie wszystkie fora internetowe, przeczytałam dziesiątki relacji, przewertowałam kilka blogów, ale generalnie ta część Kuby pozostaje ciężkim tematem. Trochę informacji znalazłam na zagranicznych blogach, ale nadal o zdjęcia bardzo ciężko. Nawet kiedyś przeszłam cała tą trasę na google maps i też nie za wiele znalazłam. Jest jednak kilka filmików na youtubie, które w miarę dobrze obrazują ten odcinek. My mieliśmy jednak niesamowitego farta bo mieliśmy cudowną pogodę. Niebo było błękitne, żadnej chmurki, żadnych zmian pogodowych. No po prostu idealnie. Tak więc kochani, polecam i jeszcze raz polecam, wybierzcie się z Baracoa do Santiago Taksówka, a na pewno nie pożałujecie 🙂 Kolejny przystanek mamy taki:
Niestety strasznie ciężko mi te miejsca w tym momencie zlokalizować. Nie zapisałam sobie od razu w jakich to było miejscowościach a teraz to już musztarda po obiedzie. No i trzeba krzyczeć do taksówkarza, żeby się zatrzymywał, bo dla nich te wszystkie widoki są już takie normalne, że nawet nie zwracają na nie uwagi. Po 4h podróży docieramy do Santiago de Cuba. Nie mamy tutaj zarezerwowanego noclegu, ale nasi towarzysze mają namiary na jakaś case więc wysiadamy z nimi. W casie jest tylko jeden wolny pokój więc dla nas już nie ma miejsca. Ale właściciel szybko organizuje, nam pokój po sąsiedzku. W sumie to byliśmy w tej casie sami, bo właściciel gdzieś wyjechał. Dostaliśmy klucze i musieliśmy sobie sami radzić. W kuchni był jakiś przeciek, z rury lała się ciurkiem woda do podstawionej beczki, ale ta szybko się napełniła więc woda wylewała się na podłogę. W przedpokoju stało akwarium, które chodziło tak głośno, że miałam wrażenie że za ścianą jest wodospad, spłuczka w kiblu nie działała, a klimatyzacja po pół godzinie się wyłączyła i nie szła do wieczora. Dlatego też na początku was uczulałam na rezerwowanie cas z wyprzedzeniem. Generalnie nie powinniśmy tam zostać, szczególnie że za te cenę na pewno moglibyśmy nocować w o wiele lepszych warunkach, ale chcieliśmy być blisko naszych znajomych więc już nie wybrzydzaliśmy. W końcu to tylko jedna noc. Natomiast niestety tej casy wam nie polecę. Po szybkim prysznicu spotykamy się z naszymi znajomymi i idziemy na rozeznanie.
Najpierw poszliśmy na lody. Takie na patyku. Pierwszy raz w życiu jadłam loda, prosto z zamrażarki bez opakowania 🙂 Jak widać żyjemy, ale wszyscy staliśmy tam lekko wstrząśnięci niezmieszani 🙂 Santiago już wizualnie bardziej nam się spodobało niż Hawana. Najfajniejsze dla mnie były te wszystkie uliczki, które biegną w górę i w dół. Trochę się człowiek namęczył zanim kawałek przeszedł, ale miało to swój urok. Jak zwykle wybraliśmy się bez celu, bez mapy. Po prostu przed siebie. Od razu widać, że prace remontowe w Santiago dużo bardziej posunięte niż w Hawanie. Co rusz jakaś ekipa remontowa, to nic, że wszyscy siedzą albo leżą, liczą się dobre chęci 🙂
No i miasto widać, że w dużo lepszym stanie. Wiele kamienic pięknie odnowionych. Styl kolonialny pięknie utrzymany. Najbardziej zachwyciły mnie kolorowe kamienice z białymi kutymi kratami w oknach. Też chce takie! Zdecydowanie bardziej czysto. No i ludzie milsi. W ogóle nie odczuliśmy takiego naciągania jak w Hawanie. No i co dla nas najważniejsze, bez problemu mogliśmy Kubańczyków fotografować. Zawsze pytaliśmy i nikt nam nie odmówił. Wręcz przeciwnie, czasami sami prosili, żeby im zrobić zdjęcie i dawali nam adres, żeby później te zdjęcia im przesłać. Zresztą myślę, że to nawet na zdjęciach widać. Wszyscy pięknie uśmiechają się do zdjęć 🙂
Santiago od razu nam się spodobało i mimo, że było to najbardziej gorące miejsce na całej Kubie i pot spływał po nas ciurkiem to nie chcieliśmy marnować czasu. Na rynku znajduje się Hotel, gdzie na górze na tarasie jest restauracja. Udaliśmy się tam, żeby coś wypić, ale ponieważ, przez pół godziny nie doczekaliśmy się na obsługę, poszliśmy gdzieś indziej. Generalnie ubaw mieliśmy tam po pachy. Nie wiem czy to od słońca, czy od nadmiaru mojito, ale wesoło było. Zresztą pozycje niektórych mówią same za siebie 🙂
Jeśli ktoś w swoich wyobrażeniach o Kubie widzi salsę na ulicach, to Santiago jest do tego idealnym miejscem. Tutaj na każdym rogu gra jakiś zespół. Można przystanąć, posłuchać, kupić płytę no i oczywiście jeśli tylko ktoś ma ochotę zatańczyć. Ja akurat miałam takiego farta, że do tańca porwał mnie Polak 🙂 Staliśmy obok trzech takich co Kubę odwiedzają regularnie. Jeden z nich chyba ma żonę Kubankę i pół roku mieszka tam a pół w Polsce. W sumie fajny układ, myślę, że spokojnie mogłabym w takim rytmie się odnaleźć 🙂 Zakupiliśmy obowiązkowo płytę od tego zespołu, panowie naprawdę świetnie grali i śpiewali a piosenkę El Comandante znam już prawie na pamięć 🙂
Po tańcach wywijańcach idziemy na obiad do restauracji, którą polecił nam właściciel casy. Generalnie na Kubie menu w niemal każdej restauracji wygląda tak samo. Kurczak smażony, kurczak na głębokim oleju, kurczak w pomidorach i kurczak grillowany ( przy czym grilla to on nawet na oczy nie widział) w tej samej wersji dostaniemy bez problemu świnkę i jagnięcinę, rybę ale nie zawsze, wołowiny nigdzie nie spotkaliśmy. Nie wiem czy wspominałam też o sałatkach? Jeśli tak to przepraszam, że się powtarzam, ale sałatki zasługują na szczegółowy opis, bo na 14 kolacji 12 wyglądało identycznie 🙂 Na talerzu pokrojone w plasterki pomidory z jednej strony, ogórki z drugiej, a w środku poszatkowana biała kapusta. Bez żadnego dressingu czy coś, na stole przecież jest sól, pieprz, ocet i olej, więc każdy może sobie przyprawić 🙂 Akurat w tej restauracji, jedzonko było wyjątkowo przyzwoite, więc jakby coś to polecam.
Informacje praktyczne:Taksówka Baracoa – Santiago de Kuba – 90CUC za 4 osCasa w Santiago – 25CUCLody – 1CUP
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Kuba.
Santiago niby jest dużym miastem, ale w zasadzie wszytko co chcieliśmy zobaczyć zobaczyliśmy już wczoraj. Planu zatem na dzisiaj nie mieliśmy, a do dyspozycji był cały dzień, bo dopiero wieczorem mamy autobus nocny do Trinidadu. Marcela coś brzuch pobolewa, zapewne przez to, że w ciągu ostatniego tygodnia zjadł więcej langust niż w całym swoim życiu 🙂 Mi szczerze mówić ta langusta jakoś średnio zasmakowała, no może ta w Hawanie była faktycznie dobra, ale cała reszta, to tak sobie. No ale wracając do planu na dziś, to Roy i Tali chcieli się wybrać na jakiś zamek za miasto, tam też ponoć jakaś wysepka jest czy coś. Ja tego wcześniej nie obczajałam więc wiecie jaką wysepkę miałam od razu w głowie, palmy i biały piasek 🙂 Zanim jednak udamy się na zamek zahaczamy o punkt widokowy La Terraza, nie daleko słynnych schodów Diego. Byliśmy tam wczoraj, ale słońce było ze złej strony i i nie robiliśmy zdjęć.
Załatwiliśmy zatem taksówkę, która miała nas najpierw zawieść na zamek Castillo el Morro a później na wysepkę Cayo Granma. Ukrop w tym dniu był straszny, chyba najgorętszy dzień podczas całego naszego pobytu na Kubie. Plastikowe siedzenia w taksówce nie pomagały, pośladki kleiły się do nich jak do taśmy klejącej, naprawdę ciężko było się od nich odlepić. Na szczęście w niecałe pół godziny docieramy do zamku.
Zamek, a w zasadzie twierdza z zewnątrz prezentował się tak sobie. Ja ogólnie jakiegoś sentymentu do takich budowli nie mam, zresztą on nawet nie jakiś bardzo stary, bo zbudowany w XVII wieku. Do środka nie udało nam się jednak wejść. W sumie to nie wiemy dlaczego. Ciężko było się dogadać. Kazali nam czekać, więc czekaliśmy chyba z pół godziny, ale słońce tak dawało, że się poddaliśmy. A schronić nie było się gdzie, więc w pełnym słońcu staliśmy. Stwierdziliśmy, że lepiej zatem jedźmy na tę wysepkę, tam chociaż odpoczniemy pod palmami. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zamiast palm i białego piasku, zobaczyłam takie oto coś:
No cóż moja wina, trzeba było doczytać 🙂 Według informacji taksówkarza najbliższa łódź którą można dostać się na drugi brzeg miała przypłynąć za godzinę. Może gdyby na tej wysepce czekał na mnie biały piasek, palmy i zimne mojito to byłabym w stanie jakoś tę godzinę przetrwać. A tak, to jakoś średnio nam się chciało. Tym bardziej, że nic tam specjalnego do oglądania nie było. Zawinęliśmy się zatem do taksówki i poprosiliśmy o odwiezienie do centrum Santiago. Tak więc wycieczka średnio udana, no ale tak to już w życiu bywa 🙂 Robimy zatem rundkę po Santiago. Trafiamy do jakiegoś garażu gdzie panowie ciachają partyjkę w domino. Bardzo miło zapraszają nas do środka, pozwalają robić zdjęcia i nawet nie proszą za to kasy 🙂 Przypatrujemy się chwilę, bo domino na stole aż podskakuje, w sumie, za każdym razem przyglądam się temu z pełnym podziwem, bo oni tyle emocji w to wkładają, jakby co najmniej od wygranej, zależało czyjeś życie, a dla mnie to najnudniejsza gra na świecie, no ale może ja jej do końca nie rozumiem 🙂 Potem zahaczyliśmy o szwalnię.
Przyszła pora na lunch, więc wdepnęliśmy do restauracji La Juliana, którą polecił nam jeszcze Kubańczyk w Hawanie. Ponoć same znakomitości tam jadały, na ścianach zdjęcia aktorów i znanych piosenkarzy, nawet Nick en Simon tam byli (to dla wtajemniczonych co w we Wiatrakowie mieszkają :)). Nas znowu nie zachwyciło, więc nie polecam. Sałatka jak wszędzie, mięso ociekające tłuszczem. Masakra. No, ale ważne, że brzuszki pełne więc możemy iść dalej. Tak sobie idziemy, idziemy i nagle Marcel krzyczy na mnie, żebym zaczekała. Myślę sobie co on tam zobaczył. On on zobaczył te oczy:
Piękne, niebieskie, dobre oczy, w których można wyczytać całą historię życia…Ja bym obok nich przeszła i nie zauważyła, więc jak widać co dwie głowy to nie jedna. A najlepsze jest to, że staliśmy z tym panem i rozmawialiśmy chyba z 20 minut. On ze swoimi 10 słowami po angielsku, ja ze swoimi 15 po hiszpańsku, opowiadał nam całą historię swojego życia. Jedyne czego żałuję, to że nie wzięliśmy od niego żadnego adresu, bo bardzo chciałabym wysłać mu to zdjęcie. Dlatego z tego miejsca mam taką prośbę. Gdyby ktoś wybierał się do Santiago i miał ochotę zabrać wydrukowane zdjęcie może udałoby się tego pana znaleźć. Dam dokładne namiary gdzie go spotkaliśmy, to w samym centrum, więc nie trzeba daleko szukać. Przypuszczam, że musi mieszkać gdzieś w pobliżu. Bardzo możliwe, że sprawę ułatwi drugie zdjęcie, na którym jest z osobami, które też go znają, bo kiedy go spotkaliśmy to stali w trójkę i rozmawiali. A skoro pani jest sprzedawczynią orzeszków, to też myślę, że kręci się cały czas po okolicy. Gdyby ktoś miał ochotę podjąć się takiej misji, to proszę o kontakt na maila. Byłoby mi bardzo miło gdyby nasze zdjęcie trafiło w jego ręce.
Ciepło jest to czas na kolejne mojito 🙂 Generalnie rzecz biorąc, to jak będziecie się wybierać na Kubę i będziecie sobie planować budżet to możecie sobie spokojnie założyć, że na mojito rozejdzie się wam z 300 CUC. Tak, tak. Mojito pije się tam jak lemoniadę, a niestety tanie ono nie jest. Średnio wypijaliśmy po 3-4 dziennie na głowę, jeśli pomnożycie razy 3 CUC za szt, to taka właśnie sumka wychodzi. My generalnie z tych niepijących, ale tam jakoś inaczej się nie dało. Tym razem na szklaneczkę zasiadamy w Casa de La Trova, żeby przy okazji posłuchać dobrej muzyki. I nie wiem, czy mieliśmy wyjątkowe szczęście, czy tam zawsze tak dobrze graja, ale siedzieliśmy tam chyba ze 2 godziny i wcale nam się nie spieszyło wychodzić. Gdyby nie fakt, że musieliśmy w tym dniu wyjechać, to pewno siedzielibyśmy jeszcze dłużej. Wspaniała muzyka, wykonawcy zmieniali się średnio co godzinę, salsa pełna parą, cudowny klimat. Do tego obok mnie siedziała przepiękna modelka, której ewidentnie spodobało się pozowanie do zdjęć 🙂
Niestety musimy się zbierać. W bólem w sercu, bo Santiago zdecydowanie podbiło nasze serca. A ból ten powiększał jeszcze fakt, że właśnie w tym dniu rozpoczynał się festiwal muzyczny i wieczorem miał być na rynku wielki koncert. Na ten festiwal zjeżdżają się najlepsi muzycy z całej Kuby i bawią się grając, śpiewając i tańcząc przez kilka dni. Gdybym tylko wiedziała, że z taka impreza będzie w tym czasie to zapewne, zaplanowałabym przynajmniej pozostanie jednego dnia dłużej. Nie wiem, czy ten festiwal co roku o tej samej porze jest, ale warto sobie sprawdzić takie rzeczy przed wyjazdem, bo przypuszczam, że takich festiwali mają w roku co najmniej kilka. W końcu z tego słynie Santiago 🙂 No i jeszcze kilka fotek w drodze do casy.
Jeszcze dwa słowa o trasie Santiago de Cuba – Trinidad. Odbyliśmy ją Viazulem. Bilety zakupione na około 3 tygodnie przed wyjazdem. Trasa przebiegła nam całkiem szybko i sprawnie. Jeśli dobrze pamiętam w okolicach 19:30 odjeżdża autobus z dworca Santiago. Z wydrukowanym potwierdzeniem trzeba się udać do okienka po bilet. Mieliśmy to szczęście, że autobus nie był pełny i każdy z pasażerów miał dwa siedzenia do dyspozycji, dzięki czemu można było się spokojnie rozłożyć i spać. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że kierowca zatrzymuje się na trasie kilka razy i dobiera pasażerów. Nas o 4:00 nad ranem obudził jakiś Kubańczyk (któremu nie podobało się, że pozajmowaliśmy podwójne siedzenia) i mimo, że było pełno wolnych miejsc na przodzie, akurat sobie upatrzył to na którym spała Tali (chyba dlatego, że było z tyłu). Była mała awantura, bo nie mogliśmy zrozumieć, czemu nie może usiąść gdzieś indziej skoro tyle wolnych miejsc, ale ten się uparł i tyle. W końcu Tali odpuściła, bo on chyba całkiem trzeźwy nie był, ale cała ta afera trochę wybiła mnie ze spania. Pamiętajcie żeby zabrać do autobusu długie spodnie, polara, albo kurtkę, czy co tam macie ze sobą. Przydadzą się też skarpetki i szalik. Na początku chłodu się nie odczuwa, ale potem nad ranem jest w autobusie prawdziwa lodówka. Mi najbardziej było zimno w twarz, bo całą resztę miałam dobrze zabezpieczoną. A i jeśli nie musicie po drodze korzystać z toalet, to lepiej tego nie róbcie. Tzn toaleta w autobusie nie działa, ale można się załatwić na którejś ze stacji. Jednak to przeżycie zaliczam do najbardziej traumatycznych w moim życiu, więc na prawdę nie polecam. W Trinidadzie byliśmy coś po 7:00 więc nawet przed planowym rozkładem.
Informacje praktyczne:Taksówka do Castillo el Morr i Cayo Granma – 20CUCObiad w La Juliana – 30 CUCPłyta CD- 10CUCBilet Santiago de Cuba – Trinidad – 33CUC do zakupienia tutaj: KLIK
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Kuba.
Bladym świtem, wraz ze wschodem słońca przybywamy do Trinidadu. Ponieważ nie mieliśmy zarezerwowanej żadnej casy, zaczęliśmy przeglądać oferty Kubańczyków, którzy stali przed dworcem. Generalnie nic ciekawego nie mieli. Jedna pani wydała się bardzo sympatyczna i poszliśmy z nią. Jej casa miała być nie daleko dworca. No i w sumie była tylko ta wyboista droga jakoś dziwnie się dłużyła. A może to ze zmęczenia. Tali z Royem dostali pokój u jej sąsiadki, bardzo przyjemny z resztą. Nasz nie był jeszcze posprzątany i pani kazała nam zaczekać w salonie. Zrobiłam małą rundkę pod domu, przez przypadek zahaczyłam o kuchnie i stwierdziłam, że ja tutaj nie zostaję chociażby nie wiem co. Zapach był średnio przejemy, po domu łaziły jakieś psy, patio przypominało bardziej graciarnie niż miejsce do wypoczynku no i jeszcze pokój był zajęty. Zostawiłam Marcela z walizkami i poszliśmy z Royem szukać czegoś innego. Sprawa wcale nie była łatwa, bo gdzie nie zapukaliśmy to wszędzie było zajęte. W końcu trafiliśmy na miłą panią, która zaczęła obdzwaniać wszystkich znajomych po kolei, ale też wszystko zajęte. Przeszliśmy tak chyba całą ulicę i albo warunki były opłakane, albo zajęte. Po dobrych 30 minutach wracamy do casy, a tam przed domem chyba z 20 osób, każdy gdzieś dzwoni. Pytam Marcela co się tu dzieje, a on mi mówi, że wszyscy szukają dla nas casy. Szczeka mi opadła do kolan. Normalnie pół wioski chyba się zbiegło. W końcu przybiegła jakaś pani, że ma coś dla nas. Idziemy i oczom nie wierzymy. Lepszej miejscówki nie mogliśmy sobie wymarzyć. Casa nowiutka, miesiąc temu otwarta, stąd jeszcze wolne miejsca, bo mało kto o niej wie. Pokój malutki ale przesympatyczny. Patio cudowne, piękny taras, przemiła właścicielka, która miała chyba bzika na punkcie sprzątania, bo już od progu tak pięknie i świeżo pachniało, że mogłabym się tam na podłodze położyć i spać. Ufff…no to się nam udało.
My szybko pod prysznic, a właścicielka w tym czasie przygotowała dla nas śniadanko. To nic, że znowu omlety, na takim pięknym tarasie to i nawet one smakowały jakoś inaczej 🙂 Lepiej 🙂 Od razu zamówiliśmy u niej obiad na wieczór dla całej naszej czwórki. Ponieważ na łażenie po mieście nie mieliśmy za bardzo ochoty, postanowiliśmy, że jedziemy na plażę. Zapytaliśmy właściciela jak najlepiej dostać się na Playa Ancon (bo to ponoć najładniejsza plaża w okolicach Trinidadu) i dowiedzieliśmy, że można autobusem, który miał odjechać za 5 minut. Biegiem zatem na przystanek, właściciel z nami, bo oczywiście nie mieliśmy pojęcia skąd ten autobus odjeżdża. A następny dopiero za 3h, więc dlatego taki pośpiech. No ale nie zdążyliśmy, niestety. Odjechał nam dosłownie z przed nosa. No więc pozostała nam tylko taksówka. Właściciel łapie nam pierwszą lepszą, mówi że chcemy jechać na Playa Ancon, a taksówkarz do nas, że dziś rano na tej plaży znaleziono zwłoki dwóch turystów, plaża jest pełna policji no i oczywiście zamknięta. Ciarki nam po placach przeszły, zastanawiamy się co teraz, a taksówkarz mówi, że zabierze nas w takim razie na inną plażę, która jest równie piękna. No to co, pakujemy się i jedziemy. Plaży niestety do pięknej było daleko, ale wszyscy po całonocnej podróży w autobusie byli tak padnięci, że już nam było wszystko jedno, byleby się gdzieś położyć.
Chwila odpoczynku i poszłam szukać czegoś do picia, bo nic ze sobą nie zabraliśmy. Na rogu była malutka restauracja, zajrzałam więc do środka. Miły pan w barze mówił po angielsku, więc dłuższa konwersacja nam się wywiązała. Z ciekawości zapytała o ten nieszczęsny incydent na plaży, a on na mnie wielkie oczy i mówi, że nic nie słyszał. A gdyby coś takiego się faktycznie wydarzyło, to cała wioska by o tym gadała. Dziwna sprawa zatem. Na plaży średnio odpoczęliśmy, bo po pierwsze była bardzo mała, a po drugie, zaraz obok nas rozłożyła się para z niepełnosprawną dziewczynką, która tak bardzo się cieszyła faktem bycia na plaży, że praktycznie cały czas, bez chwili przerwy wydobywała z siebie dość głośne okrzyki radości. Tak więc posiedzieliśmy chyba ze dwie godzinki i zebraliśmy się do casy. Z taksówką był problem, bo tam w ogóle nic nie przejeżdżało. Na szczęście jakiś przechodzący Kubańczyk zadzwonił po kolegę i ten podjechał po nas. Okazało się, że właśnie wraca z Playa Ancon i że żadnego przykrego incydentu tam nie było. Wygląda, na to, że zostaliśmy po raz kolejny nabici w butelkę, tylko nie do końca wiedzieliśmy dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że ta Playa Boca jest dużo bliżej niż Playa Ancon, a taksówkarz skasował nas tak jakby nas zawiózł na Ancon. Ehhh…ręce opadają normalnie. Od razu przypomniała mi się taka historia, którą kiedyś czytałam na jakimś blogu, że dwie dziewczyny chciały jechać autobusem z Santiago de Cuba do Barcoa. Na przystanku autobusowym zaczepił ich taksówkarz i powiedział, że zabierze je za 15CUC od os tylko muszą chwilę poczekać na 2 inne osoby. No więc dziewczyny się zgodziły, poczekały. Autobus odjechał a taksówkarz powiedział, że te inne osoby się nie zgłosiły więc je może zawieść ale za 150CUC. Oczywiście się nie zgodziły bo nie miały tyle kasy, autobus pojechał, a one zostały na lodzie, przez co posypał się im cały plan, bo skoro już cały dzień były w plecy (kolejny autobus następnego dnia) to nie było już sensu tam jechać. Tym oto świńskim sposobem taksówkarz pokrzyżował im plany i nie było im dane zobaczyć Baracoa. To tak ku przestrodze piszę, żebyście byli uczuleni na tego typu kanty. Idziemy do casy na małą drzemkę, a po południu wyskakujemy jeszcze żeby pozwiedzać trochę Trinidad.
Co nas od razu zaskoczyło, to nieskończone ilości turystów. Wręcz całe pielgrzymki. Na głównej drodze było więcej autobusów niż Kubańskich samochodów. Sklepów z przerozmaitymi pamiątkami więcej niż kubańskich domów, no i w końcu w tłumie tych turystów ciężko było znaleźć jakiegoś Kubańczyka. Porównując z pięknym, cichym i spokojnym Baracoa, to niebo i ziemia. Szczerze mówiąc to nam się za bardzo tam chodzić…tzn przepychać nie chciało. Od razu ginie ta magia i tajemniczość Kuby. No ale nie zapominajmy, że sami jesteśmy turystami, więc tak samo jak inni przyczyniamy się do tego. Od razu próbowałam sobie wyobrazić to miasteczko kilkadziesiąt lat temu. Musiało być na prawdę piękne, bo faktycznie jest malowniczo położone, szczególnie podczas zachodu słońca, drogi mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Uciekamy w końcu w jakieś boczne uliczki. Z daleka od tego zgiełku. Trafiamy na miejsce gdzie Kubańczycy grają w ping-ponga i zapraszają nas do środka. A że my też lubimy, więc dwa razy wołać nas nie trzeba. Trochę tam zabawiliśmy, bo Marcel zaczął ogrywać wszystkich po kolei i każdy musiał spróbować swoich możliwości 🙂 Na koniec poprosili nas o jakieś pieniądze na nowe paletki, bo te były w mega opłakanym stanie, więc oczywiście zostawiliśmy w nadziei, że nie spożytkują ich od razu na butelkę rumu 🙂
Przechadzając się dalej zaglądamy, a to do sklepu, a to do apteki, a to do przedszkola. Jakoś te wnętrza bardziej widoczne niż w poprzednich miejscach. Bardziej otwarte. Nie trzeba nawet wchodzić do środka, wszystko niemal na zewnątrz. No i tutaj widać dokładnie jak ciężko z niektórymi, albo w zasadzie z większością produktów. W sklepach puste półki, gdzie nie gdzie coś porozkładane, tak jak u nas w czasach komuny. W aptekach brakuje podstawowych leków. W przedszkolach przyborów i zabawek. W ogóle, to nie wiem czy wspominałam, ale na Kubie zarówno opieka zdrowotna jak i szkolnictwo są państwowe, a zarazem bezpłatne. Niestety do lekarza bez łapówki ponoć nie ma sensu się wybierać, bo niczego się nie załatwi. Studia, też są bezpłatne, tyle, że potem trzeba je jakby odpracować. Jak już się je skończy to przez pierwsze kilka lat otrzymuje się bardzo niską pensję.
Docieramy do wieży z której po wyjściu na górę rozpościera się całkiem przyjemny widok na cały Trinidad. Trafiliśmy jednak na jakaś przerwę i musieliśmy chwilkę poczekać zanim będzie można wejść na górę. Siadamy zatem na murku i w towarzystwie przyjemnej muzyczki delektujemy się widokami. Podchodzi do nas sympatyczny kowboj, który namawia nas na wycieczkę do doliny cukrowej. Akurat taki mieliśmy plan na dzień następny, tylko, że właściciel casy zaproponował, że może nam polecić swojego zaprzyjaźnionego kowboja. Jednak różnica w cenie była dość spora, bo ten z casy kosztował 25CUC od os, przy naszej 4 os grupce, a ten pan oferował nam za 8CUC od os w takim samym składzie. Dokładnie się upewniliśmy czy to na pewno to samo miejsce i czy oby na pewno się nie okaże, że jutro pojedziemy z jeszcze 20 innymi turystami i bez większego namysłu zarezerwowaliśmy Camilo, bo tak miał on na imię. A różnica w cenie jak się później dowiedzieliśmy wynikała z tego, że właściciel casy dostaje od kowboja prowizję. No to mamy na jutro załatwioną wycieczkę i to za jaką cenę! Mam tylko nadzieję, że konie nie będą wybrakowane 🙂 Wieża ponownie otwarta więc wskakujemy na górę. Byliśmy już późno, kiedy słonko coraz niżej było, ale i tak było uroczo.
No to co na mojito? Oczywiście, wszyscy zgodni 🙂 Tym razem chyba każdy zamówił jakiś inny napitek. Zresztą ja sukcesywnie próbowałam wszelkich nowości. Tym razem padło na Ciamciaramcia czy jakoś tak (podawane w glinianych kubeczkach), nawet czytając pani z karty nie umiałam tego poprawnie wymówić. Ale chyba mohito mimo wszystko lepsze 🙂 Wracając do casy jeszcze robimy sesję zdjęciową przy zachodzącym słońcu i lecimy na kolację, bo nasza właścicielka prosiła, żebyśmy byli punktualnie. Jedzonko było pyszne, tylko dużo za dużo! Najpierw ogromna zupa fasolowa…mniam…mniam…a potem wielki talerz owoców morza…a potem jeszcze deser…normalnie pękaliśmy.
Informacje praktyczne:Namiary na case: Pablo Pichs, Frank Pais no 618, 62600 TrinidadNocleg w casie – 25CUCSniadanie w Casie – 5CUCTaksówka do Playa Boca – 6CUCObiad w casie – 15CUC od os
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Kuba.
Przyjeżdżając do Trinidadu, w zasadzie nie wiedzieliśmy jak długo tutaj zabawimy. Generalnie wszystko zależało od tego na ile nam się tutaj spodoba i co będzie nam miało to miasto do zaoferowania. Po dwóch dniach stwierdziliśmy jednak, że nie zauroczyło nas na tyle, żeby zostać dłużej. Generalnie to co chcieliśmy zobaczyć to już zobaczyliśmy. Pewno można by jeszcze wyskoczyć gdzieś na plażę, albo nad wodospad, ale jakoś nie przemawiało to do nas. Chyba głównie przez to, że te wszystkie atrakcje takie typowo pod turystów tutaj i postanowiliśmy ruszyć dalej. W tym dniu musieliśmy się pożegnać z naszymi towarzyszami Royem i Tali. Oni jechali dalej do Santa Klara, a my zdecydowaliśmy, że pojedziemy do Playa Larga. Zadzwoniłam dzień wcześniej do pewnej casy, która była bardzo polecana na jednym z polskich blogów, dostałam odpowiedź, że mają wolny pokój zatem jedziemy. Dzień wcześnie zamówiliśmy też dzieloną taksówkę. Jeśli potrzebujecie taksówkę z Trinidadu do jakiegokolwiek innego miejsca na Kubie, to przy wejściu na stację autobusową stoi chłopak, który rozdaje wizytówki. Cena była całkiem przyzwoita. Namiary i cenę podaję w informacjach praktycznych. Z żalem żegnamy się z naszymi towarzyszami i ruszamy dalej. Droga przed nami dość długa. Prawie 3h, ale nasi współtowarzysze okazali się Belgami, więc droga zleciała szybko na pogaduszkach.
Właściciel casy przywitał nas bardzo entuzjastycznie, niestety nie miał dla nas dobrej wiadomości, bo turyści, którzy mieli opuścić dzisiaj pokój rozchorowali się, w związku z czym przedłużyli swój pobyt o jeden dzień. Dla nas oznaczało to jedno, inna casa 🙁 zła wiadomość, bo przyjechaliśmy tutaj 200km, właśnie dla TEJ casy, a nie dla żadnej innej. Casa usytuowana na samej plaży, wychodzisz z pokoju, maleńki tarasik, kilka metrów piasku i woda! Tak właśnie chcieliśmy spędzić ostatnie dni na Kubie. Na nic nie robieniu. Na leżeniu na tarasie i patrzeniu w morze. A w efekcie dostaliśmy casę po drugiej stronie ulicy, niby schludną, ale pozbawioną całkiem tego uroku. Do tego właściciel Alberto, jest ponoć wspaniałym kucharzem i to właśnie dlatego przyjechaliśmy do niego. No ale nic nie poradzimy na to. Siła wyższa. Obeszłam jeszcze wszystkie casy wzdłuż plaży, z nadzieją, że znajdę coś lepszego, ale niestety nie udało się. W efekcie końcowym właściciel zaproponował, żebyśmy korzystali z jego tarasu, że będzie też dla nas gotował, a po drugiej stronie tylko przenocujemy. Tak też zrobiliśmy. Bardzo miło z jego strony, że tak rozwiązał tę patową sytuację. Zostawiamy walizki w drugiej casie i robimy sobie spacerek wzdłuż plaży.
Generalnie miejscówka bardzo sympatyczna. Spokojna, mało turystów. Dużo ptactwa, w końcu to w okolicach Parku Zapata, który słynie z bogatej flory i fauny. To właśnie tutaj przyjeżdżają obserwatorzy ptactwa z całego świata. I to właśnie tutaj można spotkać flamingi! Chyba nie muszę wam mówić, że nie znaleźliśmy się tutaj przypadkiem 🙂 Spacerując po plaży spotkaliśmy pewną sympatyczną Kanadyjkę, która mieszka tutaj od kilku lat ze swoim kubańskim mężem. Dość interesujące było, jak kobieta z Ameryki jest w stanie odnaleźć się i żyć, w kraju, w którym czas zatrzymał się 50 lat temu. Bez internetu, pralki, zmywarki i innych dóbr do których była przyzwyczajona. W zasadzie te wszystkie pytania były zbędne, bo w jej oczach widzieliśmy szczęście. To było jej miejsce na ziemi. W rozmowie opowiedziałam jej także o planach zobaczenia flamingów, ale niestety znowu dostaliśmy złe wieści. Ponoć o tej porze roku flamingi przemieszczają się na Cayosy i tam jest ich najwięcej. Tutaj zostaje niewielka grupka i w zasadzie szanse na ich zobaczenie niewielkie. Wiadomość sprawdzona, bo jej mąż jest przewodnikiem i organizuje wyprawy po Parku Zapata połączone z obserwacją ptaków. Tę informację potwierdził nam też inny przewodnik, którego zaprosił wieczorem nasz właściciel casy, tak więc z ogromnym bólem serca zrezygnowaliśmy z tej eskapady. Może gdyby koszty były niższe, to byśmy zaryzykowali, ale ogólnie była to dość droga impreza. Taksówka+przewodnik+wstęp do parku ok 100CUC.
Po powrocie do casy zastaliśmy na tarasie ową parę turystów, która to przedłużyła sobie pobyt o jeden dzień. Jakież było moje zdziwienie, kiedy się okazało, że to Polacy, którzy przybyli tutaj dokładnie po rekomendacjach tego samego bloga 🙂 Oczywiście szybko się dogadaliśmy. Trochę było im głupio, że przez nich musimy nocować gdzieś indziej, ale skoro możemy dzielić z nimi taras, to dla nas żaden problem. Oczywiście spędziliśmy miło cas na pogawędkach podróżniczych. Oni dzień wcześniej najedli się jakichś bułek z mięsem na ulicy, popili lemoniadą i trochę im zaszkodziło. Ale potwierdzili nam, że Leonardo gotuje wyśmienicie i nawet podpowiedzieli co zamówić na kolację, bo oni już tutaj kilka dni odpoczywali i przetestowali kilka dań. No i faktycznie było tak jak mówili, kolacja u Leonardo była wyśmienita, najpyszniejsze jedzonko jakie jedliśmy w casach. Do tego na śniadanie mieliśmy coś innego niż omlety. Były pyszne naleśniki z miodem 🙂
Informacje praktyczne: Taksówka Trinidad – PlayaLarga – najlepiej zamówić dzień wcześniej u: koszt to 20CUC od os za taksówkę dzieloną. Droga zajmuje ok 3h. Casa u Leonardo: cena 25CUC KLIK najlepiej rezerwować telefonicznie +5354348197 lub mailowo: yoa.alvarez@nauta.cu oraz leonardo.rivero@nauta.cu
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Kuba.
O 9:00 rano byliśmy umówieni z Camilo pod wieżą czyli w tym samym miejscu, w którym go wczoraj spotkaliśmy. Już czekał na nas. Poszliśmy razem z nim do stajni, gdzie czekały na nas konie. Nie ukrywam, że nagle obleciał mnie strach i to całkiem spory, bo ja nigdy w życiu na koniu nie jeździłam, no poza tym w Vinales, one one były o połowę mniejsze i w zasadzie same jechały. Nawet nie trzeba było nimi kierować. Jak zobaczyłam innych kowbojów, którzy pomykali z prędkością światła po tych brukowanych uliczkach, to mi ciarki nagle na całym ciele wyszły. W zasadzie to o mało nie wróciłam do casy, taki cykor mnie obleciał 🙂 Na szczęście Camilo mnie uspokoił, że wsiądziemy na konie niżej, jak już te nierówne drogi się skończą więc nie mam się czym martwić. Mimo to rozmiar konia trochę mnie przerażał, no ale przecież się nie wycofam. Poprosiłam tylko o jakiegoś łagodnego, żeby żadnych piruetów nie robił, bo mogłabym tego nie przeżyć. No dobra głowa do góry i dosiadamy rumaka. Będzie dobrze, musi być…przecież nie może być inaczej. Ten koń mnie przecież nie zrzuci z siodła, co nie?
Rumak okazał się faktycznie łagodny, nawet czasami za bardzo, bo obstawiałam cały czas tyły, ale cieszyłam się jednocześnie, że nie dostał mi się koń Roya, bo ten cały czas galopował 🙂 Generalnie przejażdżka całkiem mi się podobała. Nawet wydawało mi się, że umiem konia dosiadać, bo kiedy wszyscy po pół godzinie narzekali, że boli ich tyłek i inne części ciała, ja żadnego bólu nie odczuwałam. Docieramy powoli do doliny cukrowej. Chyba jakoś inaczej ją sobie wyobrażałam, bardziej zieloną, ale może to nie ta pora roku czy coś. Po drodze Camilo trochę opowiada nam o sobie i o jego życiu w Trinidadzie. O tym, że generalnie pasuje mu polityka i ustrój kraju, bo nie musi się martwić o nic, bo szkoły, szpitale, media i dach nad głową ma za darmo. Jedyne o co musi się zatroszczyć to jedzenie, na które zarabia właśnie robiąc wycieczki do doliny cukrowej.
Po jakiejś pół godzinie docieramy do farmy, w której można zobaczyć proces przerabiania trzciny cukrowej w pyszny napój. Wstyd się przyznać, ale chyba nigdy wcześniej nie widziałam na żywo trzciny. Tutaj mogliśmy zobaczyć cały proces począwszy od jej ścinania, poprzez oczyszczanie, ręczne wyciskanie soku, aż do wypicia słodko-kwaśnej mikstury. Nie ukrywam, że pomimo swojej słodkości bardzo mi zasmakowała i pochłonęłam aż dwie szklanki 🙂 Napój jest od razu mieszany z lodem i limonką, dzięki czemu jest pyszny i orzeźwiający. Poniżej na zdjęciach można zobaczyć cały proces. A ten prosiaczek to będzie się tutaj jeszcze smażył przez kilka godzin, jak będziemy wracać, to spożyjemy go na lunch 🙂
Po krótkim odpoczynku wskakujemy znowu na rumaki i jedziemy w kierunku wodospadu. Po drodze mijamy kolejne piękne widoki doliny. Valle de los Ingenios – bo taka jest jej kubańska nazwa jest obecnie pamiątkową niechlubnego okresu w dziejach Ameryki Środkowej, mimo iż monopol na handel cukrem stał się źródłem świetności Trinidadu. Pośrodku zielonej kotliny wznoszą się dziesiątki okazałych posiadłości cukrowych magnatów i ślady ich olbrzymich majątków. Duże wrażenie robi pałac Manaca Iznaga wraz z pobliską dzwonnicą z 1816 roku, z której to nadzorcy obserwowali pracę niewolników na polach uprawnych. Potężny dzwon oznajmiać miał początek i koniec robót, a także przerwy na modlitwę oraz pożar lub ucieczkę rdzennych Indian z miejsca pracy. W chwili budowy wieża była najwyższą budowlą na Kubie – symbolizowała władzę kolonistów nad niewolnikami oraz była dowodem wysokiej pozycji społecznej właściciela plantacji.
Docieramy do wodospadu, który niestety ze względu na porę suchą całkiem „znikł”. Ludzików wokoło całkiem sporo. Woda zimna jak lód. Do tego bardzo, ale to bardzo ślisko a zarazem niebezpiecznie. Generalnie nie przypadło nam to miejsce za bardzo, no ale kąpiel wzięliśmy, bo nam troszkę słonko dało po głowie. Przy wodospadzie jak zwykle typowo turystyczne atrakcje. Można posłuchać muzyki na żywo, zakupić płytę, mojito albo inne pamiątki. Akurat się zgadałam z grupką polaków, którzy ostrzegali przed oszustwem sprzedających. Ponoć wydawali resztę w kubańskich pesos. Generalnie jak ktoś nie rozróżnia za bardzo waluty, to łatwo można się nadziać. A wiadomo, że CUP ma 24 krotnie niższą wartość niż CUC. Przed wylotem proponuję się zapoznać z obiema walutami. łatwo je znaleść z internecie. Najlepiej zapamiętać w ten sposób, CUC=pomniki, CUP=ludzie, czyli że pomniki są bardziej wartościowe niż postacie 🙂 Po kąpieli wracamy tą samą drogą do farmy, gdzie czeka na nas lunch i pieczony prosiak! Ommomm!
Lunch oczywiście nie był w cenie jaką zapłaciliśmy Camilo, jest on dodatkowo płatny. Tak więc rozliczamy się z kelnerem i wracamy do Trinidadu. Tym razem już się droga trochę bardziej dłużyła. I zaczęłam też coraz bardziej odczuwać moją czteroliterową część ciała. A nawet chyba bardziej bolały mnie całe nogi, bo akurat na 4 literach starałam się jak najmniej opierać. Generalnie to na twarzach całej czwórki malował się ten sam grymas krzyczący, ja chcę już zejść z konia! No ale oczywiście wszyscy dzielnie jechali dalej. Aż ja się w końcu wyłamałam i zeszłam z konia. Już mi się przestała ta przejażdżka podobać, a poza tym i tak szliśmy tak wolno, że na piechotę bylibyśmy szybciej. Camilo przejął mojego rumaka, a ja mogłam oddać się przyjemności fotografowania.
Kiedy wreszcie docieramy do celu, rozliczamy się z Camilo, zostawiając mu suty napiwek. Zdecydowanie chłopak zasłużył. I jeśli ktokolwiek będzie w Trinidadzie i będzie miał ochotę wybrać się na koniach do doliny cukrowej, to koniecznie szukajcie Camilo pod wieżą. Przed kolacją, którą tym razem zamówiliśmy u właścicieli casy Roya i Tali, robimy jeszcze kilka fotek o zachodzie słońca, który w Trinidadzie jest wyjątkowo piękny i magiczny.
Informacje praktyczne: Wycieczka do Valle de los Ingenios – 8CUC przy 4 os Lunch na farmie – 8 CUC od os
Wyobraź sobie, że pewnego dnia budzisz się, otwierasz oczy, nad twoja głową kołyszą się lekko palmy przez które przedzierają się ostre promienie słońca. Dotykasz ręką ziemi i czujesz jak między palcami przesypuje się delikatny jak aksamit piasek. Podnosisz głowę i widzisz bezkresny błękit. Podrywasz się, nie wierzysz własnym oczom. Jesteś w raju! Ale nie wiesz jeszcze, że poza tobą nie ma tam nikogo. Jesteś na bezludnej wyspie. Będziesz jak Robinson Crusoe walczyć o przetrwanie. Będziesz musiał się sam zatroszczyć o jedzenie, ubranie i dach nad głową. Od dziś jesteś zdany sam na siebie. Ty i natura. Przeszywa cię ogromy strach….
Kto z nas nie marzył, żeby choć raz w życiu wylądować na bezludnej wyspie 🙂 I na takiej wyspie udało nam się znaleźć. Na szczęście nie zostaliśmy wyrzuceni przez fale oceanu, nie byliśmy też sami, no i mieliśmy pyszne BBQ na obiad 🙂 Zdecydowanie brzmi lepiej prawda 🙂 Drugiego dnia pobytu na Nilandhoo zdecydowaliśmy, że popłyniemy w kameralnym towarzystwie na inna wysepkę. Była taka malutka, że nikt do tej pory na nie niej zamieszkał. Dlatego była idealnym miejscem na jednodniową wycieczkę. Już pierwsze wrażenie po przypłynięciu było niesamowite. Aż trudno było uwierzyć, że takie miejsca istnieją na naprawdę.
Co można robić na takiej wyspie? Relaksować się, odpoczywać, można obejść wyspę 10 razy dookoła, albo snurkować, albo latać dronem, robić zdjęcia, raz pod wodą, raz nad wodą. Można obserwować kraby, albo grać w domino. Można spać pod palmą, albo leżakować w wodzie, raz na brzuchu, raz na plecach, raz na boku 🙂 Tak właśnie spędzaliśmy nasz dzień na bezludnej wyspie 🙂 Poza nami była jeszcze jedna rodzinka z lokalnej wyspy. Od razu zaczęli nas częstować różnymi pysznościami, które sami przygotowali. Marcel w pięć minut zaprzyjaźnił się z dzieciakami. Były zabawy w wodzie, pluskanie i fikołki. A na obiad świeżo złowiona rybka, zamarynowana, przyprawiona i ugrillowana na łuskach z kokosów. Do tego wyobraźcie sobie mieliśmy polski ketchup i arbuza na deser! Jednym słowem dzień perfekcyjny!
Informacje praktyczne – BBQ na bezludnej wyspie
całodniowa wycieczka z naszego GH StarFish Inn
cena – 40$ od os przy 6 osobowej grupce
dotarcie na wyspę łódką w ok 30 min
koniecznie zabrać krem z wysokim filtrem, maskę do nurkowania i t-shirt, bo jak się długo snurkuje to plecki się przypalają
Malediwy są na twojej liście do odwiedzenia? Tutaj znajdziesz inne posty z tego niesamowitego miejsca na ziemi. A jeśli podobał Ci się tekst, to dołącz do uzależnionych od podróży na Facebooku.Tam relacje na żywo, podróżnicze dyskusje i wiele innych. Zapraszam!Uściski, M.
Sand Bank – czyli mała, biała kropeczka wynurzająca się z szafirowego oceanu, otoczona turkusową wodą oraz kolorową rafą. Z hydroplanu prawie niezauważalna, ma dosłownie kilkadziesiąt metrów długości, a jej kształt przypomina muszelkę. Cała pokryta śnieżnobiałym piaskiem, który delikatnie masuje nasze stopy. Gdzie nie gdzie wyrzucone na brzeg kawałki białego koralowca. Perspektywa na spędzenie kilku godzin w takim miejscu była bardzo kusząca. Dlatego zdecydowaliśmy się na wykupienie wycieczki i leniuchowanie w tym rajskim miejscu. Pakujemy zatem wszystkie potrzebne sprzęty, a trochę ich było 🙂 do tego ręczniki, sprzęt do nurkowania, snurkowania no i duuużo wody i jesteśmy gotowi na leżenie i nic nie robienie. Tylko, czy ja umiem nic nie robić? hmmm….no to już inna para kara kaloszy 🙂
Malediwy – Sand Bank
Kiedy podpływamy naszą łódką na horyzoncie prawie w ogóle jej nie widać. Dopiero kiedy zbliżamy się coraz bardziej zaczynamy dostrzegać niewielką płachtę piasku, lekko wynurzającą się z głębin. Już się nie mogę doczekać, żeby postawić tutaj swoją stopę. Buzia śmieje mi się na całego, choć można by pomyśleć, że to przecież nic nadzwyczajnego. Po prostu kupa piachu na środku oceanu. Pewno tak, ale dla mnie ta kupa, miała w sobie coś niesamowitego, no bo ile razy w życiu, zdarza nam się postwić stopę na czymś takim. Tym bardziej, że to nie są miejsca, które bedą istnieć zawsze. Wystarczy, że poziom oceanu podniesie się o kilkadziesiąt centymetrów i po tym magicznym miejscu zostanie tylko wspomnienie….no i zdjęcia oczywiście 🙂 Atmosferę podkręca fakt, że jesteśmy tutaj zupełnie sami. Stawiamy nasz parasol i relaksujemy się. Tzn, u mnie relaks wyglada tak, że nie wypuszczam z ręki aparatu 🙂 A to robie zdjęcia, a to filmuje, a to puszczamy drona. W końcu mamy idealne tło to mega fotek, możemy zatem szaleć do woli 🙂
Malediwy – Snurkowanie
Dookoła naszej kupy piachu znajdowała się rafa, więc ci, którzy nie potrafią długo leniuchować, zawsze mogą dać nurka w głębię oceanu i bez końca obserwować życie pod wodą. Ja sobie trochę snurkowałam, a Marcel zrobił sobie w tym czasie wypad na manty. To znaczy ponurkować z nimi. Ja po moim pierwszym i ostatnim nurkowaniu w Egipcie jakoś nie mogę się przekonać do zrobienia kursu. Śmieszna w ogóle sprawa, bo to właśnie podczas nurkowania ponad osiem lat się poznaliśmy 🙂 On diving master, ja nieodpowiedzialna wariatka, która bez jakiejkolwiek wiedzy i papierków porwała się na nurkowanie na 10 metrów no i tak się to skończyło. On upolował sobie jak to zwykle mówi wszystkim “bikini fish” 🙂 a ja mam uraz do nurkowania na całe życie ( ach…będę musiała wam kiedyś tą historię opowiedzieć :)) No ale nie mówię nie, może kiedyś dam się namówić na kurs 🙂 Poniższe zdjęcia pochodzą z innych raf, bo jak Marcel pojechał na manty to zabrał GoPro i nie miałam czym focić.
Malediwy – Dharanboodhoo
Po relaksie na kupie piasku trochę zgłodnieliśmy, a może nawet trochę bardziej niż trochę, bo nie pomyśleliśmy, żeby wziąć coś do jedzenia 🙂 Popłynęliśmy zatem na lokalną wysepkę Dharanboodhoo, znaleźliśmy jakiś niewielki bar, w którym troszkę się posililiśmy. Ogólnie trzeba uważać, bo ich potrawy są dość ostre. Ja zjadłam jakieś zawiniątko w tortilli i miałam spalone usta do końca mojego pobytu. A słona woda i ostre słońce nie pomagały się im zagoić. Póżniej zrobiliśmy rundkę po skąpanej w zachodzącym słońcu wysepce. Bardzo przyjemni lokalni, zaciekawione dzieciaki, wszędzie czysto aż lśniło. Nawet liście na bieżąco są grabione, co widać na poniższym zdjęciu.
Informacje praktyczne:
wycieczkę zakupiliśmy w Star Fish Inn, cena 40$ od os, przy 6 osobowej grupie (Sand Bank i Snurkowanie)
koniecznie zabierzcie ze sobą dużo wody, dobrą maskę do nurkowania i coś do przekąszenia, bo na miejscu sklepów brak 🙂
na miejscu spędziliśmy ok 3h, później było jeszcze snurkowanie na innej rafie.
Malediwy są na twojej liście do odwiedzenia? Tutaj znajdziesz inne posty z tego niesamowitego miejsca na ziemi. A jeśli podobał Ci się tekst, to dołącz do uzależnionych od podróży na Facebooku.Tam relacje na żywo, podróżnicze dyskusje i wiele innych. Zapraszam!Uściski, M.
Relacja oraz wrażenia z Cejlonu już się piszą, ale cały czas dostaje od was wiadomości z pytaniami o to jak było na Malediwach. No było bajecznie i rajsko, choć tak naprawę ciężko to w ogóle ubrać w słowa, bo takich widoków jeszcze nigdy wcześniej nie doświadczyliśmy. Postanowiłam zatem, że będę pisać jednocześnie relacje z Malediwów, na przemian z postami ze Sri Lanki, bo wiem, że sporo osób czeka właśnie na tę drugą część naszej podróży. Tak więc dziś zaczynamy, podobnie jak w przypadku Sri Lanki, najpierw 40 ulubionych kadrów z raju. Wszystkie oczywiście naszego autorstwa. Jest również kilka ujęć z drona. A już niedługo pierwszy post z tego cudownego zakątka na ziemi, który jeszcze nie tak dawno był dla nas jedynie marzeniem.
Malediwy – jeśli istnieje raj na ziemi, to właśnie w nim byliśmy!
Sand Bank o zachodzie słońca
Bezludna wyspa na którą wybraliśmy się z Madzią ze Star Fish Inn
Wyspa organiczna na której Vilu Reef hoduje swoje warzywa i owoce
Plaża przy Filidheyo
Wejście na plażę – Nilandhoo
Zachód słońca na lokalnej wyspie Dharanboodhoo
Nilandhoo -bikini beach
Plaża – Sun Aqua Vilu Reef
Plaża przy Resorcie Filitheyo
Woda na Malediwach jest tak przeźroczysta jakby jej w ogóle nie było 🙂
Plaża przy hotelu Filitheyo
Malediwska dziewczynka bawiąca się w wodzie – bezludna wyspa
Plaża przy hotelu Filitheyo
Koralowiec na Sand Banku – wycieczka ze Star Fish Inn
Niebiańskie Nilandhoo
Mój ulubiony hamak przy San Aqua Vilu Reef
Świeżuteńki kokos prosto z drzewa na wyspie organicznej Sun Aqua
Bezludna wyspa z lotu ptaka na której urządziliśmy sobie BBQ – wycieczka ze Star Fish Inn
Co można robić na Sand Banku – leżeć plackiem 🙂
Filitheyo
Basen przy Sun Aqua Vilu Reef
Dzieciaki lokalne na Nilndhoo
Krabik na lokelnej wyspie Dharanboodhoo
Nilandhoo – widok z lotu ptaka
Lokalni na Dharanboodhoo
Sun Aqua Vilu Reef – SUB Boarding
Widok z naszego domku prze Sun Aqua Vilu Reef
Przepiękna plaża na Nilandhoo gdzie można się opalać w bikini
Ujęcie z drona – Resort Filitheyo
Lokalne dziecieki na Dharanboodhoo
Cudowna Nilandhoo
Wschód słońca przy Sun Aqua Vilu Reef
Sun Aqua Vilu Reef – hamak – widok z drona 🙂
Nilandhoo – lokalne dziewczynki celebrujące 16 urodziny, oblewając się jakimś zielonym specyfikiem 🙂
Sun Aqua Vilu Reef – po zachodzie słońca
Sand Bank – czyli kupa piachu po środku oceanu – widok z lotu ptaka
Cudowny poranek w Sun Aqua Vilu Reef
Nieziemsko turkusowa i czysta woda przy Nilandhoo
Domki na wodzie – Filitheyo
Zachód słońca na Nilandhoo
Filitheo z lotu ptaka
Gwieździste niebo na Nilandhoo
Malediwy są na twojej liście do odwiedzenia? Tutaj znajdziesz inne posty z tego niesamowitego miejsca na ziemi. A jeśli podobał Ci się tekst, to dołącz do uzależnionych od podróży na Facebooku.Tam relacje na żywo, podróżnicze dyskusje i wiele innych. Zapraszam!
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Kuba.
Po ogromnym i pysznym śniadaniu u Leonardo chcieliśmy jechać dalej, ale nie mogliśmy się podnieść więc postanowiliśmy zostać jeszcze chwilę na tarasie i poleniuchować. Trochę szkoda, że nie udało nam się zobaczyć flaminów…mam nadzieję, że kiedyś uda mi się w jakimś pięknym miejscu na świecie trafić na większą grupkę i zobaczyć je z bliska. To takie moje małe marzenie 🙂 Od Leonardo postanowiliśmy przejść na główną drogę i złapać jakiegoś stopa do Villa Guama. W końcu to tylko kilka kilometrów więc musi się udać. Ku naszemu zdziwieniu przez kilkanaście minut nie przejechał ani jeden samochód. Nawet koń z kulawą nogą. Słońce dawało po głowie, nawet nie wiedzieliśmy gdzie jakiejś taksówki szukać. Chyba wyglądaliśmy na potrzebujących pomocy, bo podszedł do nas jakiś Kubańczyk, zapytał gdzie chcemy jechać, zadzwonił gdzieś i zza rogu pojawił się jakiś samochód z przyciemnionymi szybami (taka lewa taksówka, żeby turystów nie było widać:)) i podrzucił nas do Guama za jakieś grosze. W kilka minut byliśmy na miejscu.
Villa Guama, to chyba jedno z najbardziej kontrowersyjnych miejsc jakie było nam na Kubie zobaczyć. Jest to coś w rodzaju osady zbudowanej na jeziorze. Malutkie drewniane domki na palach, połączone ze sobą mostkami. Żeby się tam dostać trzeba wziąć łódkę z parkingu. Śmieszna sprawa, bo kiedy planowałam
podróż na Kubę
oraz zatrzymanie się w Villi Guama, w głowie miałam jakieś tam wyobrażenie jak może to miejsce wyglądać. Jakoś nigdzie nie natknęłam się na zdjęcia miejsca z którego wypływa łódź. Jakie wiec było moje wyobrażenie? Byłam święcie przekonana, że to będzie na jakimś totalnym odludziu. Parking myślałam, że będzie na kilka samochodów, gdzieś w piasku wyżłobiony, do tego jakiś malutki pomost i jakiś starszy dziadzio z niewielką łódką. No to podjechaliśmy. I co widzę? Parking jak przed jakimś supermarketem, załadowany po brzegi autobusami z turystami. Kilka sklepów z pamiątkami, restauracje, i łodzie pełne turystów odjeżdżające co kilka minut. Aż się za głowę złapałam. Gdzie my jesteśmy? Tylu turystów to nawet w Trinidadzie nie spotkałam, a to było ostatnie miejsce w którym się ich spodziewałam. Lekko zdezorientowana podchodzę do pana w informacji, pokazuje bilet z rezerwacją hotelu i biletem na przepłynięcie łodzią. Ten każe czekać, bo ponoć w tym momencie nie mają żadnej łodzi, która mogłaby nas zabrać do Guama. Dziwne, bo łódź odpływa jedna za drugą. Nic nie kumam. Ale skoro mamy czas to idę się rozejrzeć za transportem na jutro do Varadero. Sprawa łatwa nie była, bo niby odjeżdża stamtąd autobus, ale nikt mi nie chciał powiedzieć dokładnie skąd i o której. Zagadałam kilku taksówkarzy, ale ci jak mi zapodali cenę, to o mało z butów nie wyskoczyłam. Nie sądziłam, że będzie taki problem żeby się stąd wydostać. W końcu zagadałam kelnera w jednej z restauracji i ten po wykonaniu kilku telefonów załatwił nam taksówkę za połowę tej ceny, którą wcześniej dostałam. Ufff…Akurat podjeżdża też w tym czasie nasza łódka. Yes! To jedziemy, choć mój entuzjazm nieco opadł…
W kilkanaście minut docieramy na miejsce. Pierwsze wrażenie: jak tu cicho i pusto, gdzie są u diabła ci wszyscy turyści? Jak się później okazało, te wszystkie autokary przyjechały na farmę krokodyli, która znajduje się w pobliżu. My krokodyle oglądaliśmy na wolności w Tanzanii, wiec takie atrakcje nas nie interesowały. Poza tym gdzieś na tyłach Villi Guama jest coś w rodzaju wioski indiańskiej i tam odbywają się jakieś teatrzyki dla turystów, wiec oni tam sobie pojechali. Ufff…no to odetchnęliśmy z ulgą. Po zameldowaniu pan podwiózł nas łódeczka pod naszą chatkę. Trochę się bałam wejść do środka, bo dużo o tym obiekcie się naczytałam i nie ukrywam, że nie były to dobre opinie. Były wręcz tragiczne i zdecydowanie odradzające nocleg w tym miejscu. Może dlatego, że tyle się naczytałam, byłam przygotowana na najgorsze. Czy było tak strasznie? Zaraz wszystko napiszę, najpierw kilka fotek.
Generalnie Villa Guama, została zbudowana na polecenie Fidela gdzieś w latach 50 i od tego czasu na moje oko nikt nie dołożył ani jednego peso, żeby to miejsce utrzymać w należytym stanie. Wszystko gnije, rdzewieje, próchnieje i rozlatuje się. Mostki tracą szczebelki, tak, że czasami strach się po nich przemieszczać, a fakt, że wszystko jest zbudowane na wodzie w tym niestety nie pomaga. Generalnie jak się temu przyjrzeć z bliska, to faktycznie jedna wielka tragedia. Ale znowu to czego naczytałam się w internecie, to lekka przesada. Bo łóżko było i wygodne i pościel czysta. Sam domek był szczelny, klimatyzacja działała, woda ciepła była, komarów nie spotkaliśmy. Tak więc generalnie nie jest tak źle. Apropo komarów na Kubie, bo chyba o tym nie wspominałam. My nie spotkaliśmy przez dwa tygodnie ani jednego. Od Hawany przez Baracoa, Santiago i Trinidad nie mieliśmy z nimi żadnego bliższego spotkania. W Playa Larga nas ostrzegano, że jest ich dużo i że pomiędzy 19:00 a 20:00 mamy się zamknąć w pokoju, włączyć klimę i nie wychylać nosa, bo zjedzą nas żywcem. Tak też zrobiliśmy. I na wszelki wypadek w Villi Guama, też w tym czasie się zaszyliśmy w domku. Ponoć pora zmierzchu jest najgorszą porą i wtedy komary atakują. Dodam jednak, że podczas naszego pobytu nie padało ani razu, a jak wiadomo najwięcej komarów pojawia się po deszczu.
Bierzemy ręczniki i idziemy na basen. Tam poza nami była grupka kilku Kubańczyków, takich z górnej półki. Każdy miał jakiś swój biznes, albo prowadził casę, albo restaurację, albo pub, wiec generalnie stać było ich na wszystko. Mogli sobie zabrać żonki, albo kochanki ( tego nie wiem :)) i wyskoczyć sobie na weekend do hotelu. Ponieważ przyjechaliśmy tutaj z nimi jedną łódką, od razu nas zawołali, żebyśmy się dosiedli. Rumu polali, cygaro dali i rozmowa się od razu potoczyła. My nadal ciekawi Kuby, oni ciekawi Europy. Zapytaliśmy, czy nie ciągnie ich za granicę, żeby zobaczyć coś poza Kubą. Stwierdzili, że byli tam i ówdzie, trochę zwiedzali, ale Kubę kochają najbardziej. Za nic w świecie nie chcieliby mieszkać nigdzie indziej. Jest im tutaj dobrze i w sumie trudno się z tym nie zgodzić. Wiadomo, że są rzeczy, które chcieliby zmienić. Dowiedzieliśmy się od nich, że generalnie na Kubie nie można nic mówić głośno. Że na każdej ulicy mieszkają kapusie, którzy podsłuchują rozmowy i jeśli tylko ktoś podpadnie, to na drugi dzień zjawia się w drzwiach policja i zabiera cię na odsiadkę do więzienia. Nikt wie wie czemu, ani za co. Po prostu, zabierają i bez słowa wyjaśnienia spędzasz sobie jakiś czas za kratkami. Tak więc każdy zanim coś złego powie na państwo, czy na system to dwa razy się zastanowi, trzy razy rozejrzy, czy przypadkiem ktoś w pobliżu nie przechodzi, bo nigdy nie wiadomo z kim jest powiązany.
Po kapieli w basenie i pogaduszkach z Kubańczykami postanowiliśmy wziąć łódkę i zbadać teren. Zrobiliśmy sobie małą rundkę. Taka błoga cisza. Tylko my dwoje, odgłosy falującej wody i śpiew ptaków. Takie trochę uczucie jakbyśmy nie na Kubie byli, tylko gdzieś indziej. Zupełna cisza i spokój. Aż by się wydawało, że powinniśmy mówić szeptem, żeby tej ciszy nie zagłuszyć.
Wieczorem idziemy na kolację. Na dość dużej sali raptem 3 stoliki są zajęte. Tłumów jak widać nie ma. Jakiś kelner kręci się po sali, ale jakby nas zupełnie nie zauważał. Czekaliśmy dobre 15 minut zanim do nas podszedł. Myślałam, że od razu przyniesie nam kartę, a on tylko przyszedł zapytać o numer pokoju tzn domku. Potem znowu się szwendał 10 minut po sali i wreszcie dostaliśmy menu. A w nim specjalność szefa kuchni, mięso z krokodyla. Nie odważyliśmy się zamówić, bo to pewno z tej farmy obok, gdzie je hodują. Zamówiliśmy po prostu kurczaka, bo nic innego sensownego w tej karcie nie było. Niemniej jednak z ciekawości zapytałam kelnera jak taki krokodyl smakuje, a ten przyniósł mi na talerzyku łyżkę jakby zmielonego, białego mięsa, takie w sumie małe kuleczki/kawałeczki to były. Włożyłam jedną do buzi, byłam przygotowana, że to będzie coś twardego i chrzęstnego, ale mięso było nawet miękkie. Smakowało trochę jak coś pomiędzy rybą a kurczakiem. Generalnie dziwny smak. I nie wiem czy to fakt, że miałam przed oczami krokodyla, czy faktycznie to mięso było dziwne w smaku spowodowało, że na pewno nie potrafiłabym przełknąć tego więcej niż jeden kęs.
Informacje praktyczne:– nocleg Villa Guama z transferem łodzią – 55CUC za 2 osoby. Można zarezerwować TUTAJ lub TUTAJ. Przy czym porównajcie sobie ceny, bo ja pamiętam, że rezerwowałam chyba dwa tygodnie przed wylotem i na jednej ze stron strasznie nocleg podrożał. – wynajęcie łódki – 5 CUC za godzinę– obiad ok 40 CUC
Dlaczego spośród ponad 1000 Malediwskich wysp wybraliśmy akurat tę?
No właśnie, Malediwy to generalnie szerokie pojęcie. Na oceanie indyjskim znajduje się prawie 1200 malutkich wysepek, a my wybraliśmy właśnie Nilandhoo, dlaczego? Powodów było w zasadzie kilka. Pierwszy i zdecydowanie najważniejszy to byli ludzie. A właściwie jeden ludź, który nazywa się Typelek 🙂 Pamietam jak ponad trzy lata temu, kiedy Malediwy kojarzyły mi się z najbardziej luksusowymi wakacjami jakie można sobie tylko wyobrazić i na które stać tylko wybranych, natknęłam się na jej bloga z którego wynikało, że wcale nie trzeba wygrać w totka, żeby spędzić w raju kilka dni i spełnić tak odległe i wręcz nierealne marzenie. Wtedy przejrzałam całego jej bloga, ze zdjęć wynikało, że Nilandhoo jest dokładnie takie jak moje wyobrażenie o raju. Z innych źródeł wyczytałam, że im bardziej na południe tym bardziej dziewiczo, a ponieważ na tej wysepce znajduje się tylko jeden guest house, poczujemy dobrze lokalną atmosferę oraz kulturę, na czym nam bardzo zależało, nie tak jak na innych lokalnych wyspach gdzie guest housy wyrosły jak grzyby po deszczu a ilość turystów przerosła zdecydowanie ilość lokalesów, którzy ze względu na ilości odwiedzających przeprowadzili się gdzieś indziej. Kolejny powód był taki, że na wyspie obok mieliśmy zlecenie do wykonania, a na innej z wysp w tym samym czasie przebywali nasi dobrzy znajomi, których dawno nie widzieliśmy i bardzo chcieliśmy się z nimi spotkać. Powodów zatem wystarczyło, żeby to właśnie Nilandhoo zostało naszą wybranką 🙂 Czy to był dobry wybór? Dowiecie się już niebawem.
Nilandhoo – jak dostać się na wyspę?
Zaczniemy od tego, że Nilandhoo leży jakies 140 km na południe od Male, a jak wiadomo im dalej od Male tym bardziej dziewiczo czyli tym piękniej 🙂 W zależności od zasobności portfela jest kilka różnych możliwości dotarcia na wyspę, tak więc każdy znajdzie coś na swoją kieszeń. Budżetowy przejazd publicznym promem, który wypływa z Male wieczorem i płynie całą noc, można się bez problemu przespać kosztuje 16$ w jedną stronę. Niestety prom nie pływa codziennie, więc wszystko zależy od waszego przylotu do Male. Jego rozkład też nie jest do końca sztywny i dokładne godziny wyjazdu znane są dopiero na kilka tygodni przed wypłynięciem. Drugą opcją, jest motorówka która odpływa w poniedziałki, czwartki i soboty o 13:00, czas podróży to około 3h, koszt 40$ w jedną stronę. No i zdecydowanie najszybszym transportem jest hydroplan, podróż trwa ok godzinki, ale jego koszt to ok 230$ w jedną stronę. Niewątpliwie cenę tę zrekompensują nam częściowo, a może i całkowicie cudowne widoki z góry 🙂 My zawsze staramy się balansować pomiędzy ceną, jakością i czasem jaki musimy poświęcić, więc wybraliśmy opcję drugą czyli motorówkę. W tym celu po przylocie na lotnisko w Male kierujemy się z wyjścia w prawo, tam czekają łódki, które za 1$ w ciagu 7 minut zabiorą nas do miasta Male. Kursują co 10 minut. Tam za 3$ bierzemy taksówkę pod restaurację Merry Brown, gdzie po tygodniu jedzenia curry z ryżem zamawiamy smażonego kurczaka z frytkami. Mniam, mniam 🙂 Podczas wędrówki do toalety zauważyłam, że na stoliku obok stoi “Nałęczowianka” no więc myślę sobie, nie może być inaczej – to muszą być Polacy, a skoro czekają w tej restauracji to szansa, że też płyną na Nilandhoo bardzo duża. Wracając oczywiście zagadałam i tak oto poznałam pierwszą przesympatyczna ludzików z którymi dzieliśmy kolejne dni naszej podróży! Pozdrawiamy cieplutko 🙂 Punktualnie o 13:00 zabiera nas motorówka o nazwie DMMA X PRESS na Nilandhoo! No to płyniemy do naszego raju! Po drodze mijamy kilka resortów oraz lokalnych wysepek, na których wysadzamy innych podróżujących.
Remora Beach House
Po około trzech godzinach docieramy na naszą wysepkę. I tutaj muszę wspomnieć o nienajlepszym pierwszym wrażeniu przy wjeździe do portu. Ogólnie wiadomo, że Malediwy mają problem ze śmieciami, po prostu nie mają ich gdzie podziać. Ten problem dotyczy nie tylko wysp lokalnych ale także resortów. Często są one składowane na jednym miejscu i palone. Tak się złożyło, że składowisko na Nilandhoo jest to w pobliżu portu i wjeżdżając na wyspę motorówką nie jest to najlepszy widok. Na szczęście pensjonat jest po drugiej stronie wyspy i po kilku minutach zachwyceni rajskimi widokami zapominamy o tym nieszczęsnym wysypisku. Tak więc zupełnie nie należy się tym przejmować. W porcie czeka już na nas obsługa z naszego guest house, żeby zabrać nasze bagaże. Pakują nasze walizki na takich śmiesznych taczkach i gubiąc się w labiryncie uliczek pomykamy razem do naszego pensjonatu. No i jesteśmy, docieramy do niebiesko-zielonej bramy i już się nie mogę doczekać, żeby zobaczyć Madzię 🙂 Od ponad trzech lat planowałam przyjazd na Malediwy i od samego początku wiedziałam, że jeśli kiedyś będzie mi dane się tutaj znaleźć to na pewno będzie to pensjonat który ona prowadzi. Do tej pory znałam Magdę jedynie z jej bloga, czasami pisałam do niej zawracając jej głowę i zadając milion pytań odnośnie wyspy, po czym lądowaliśmy na całkiem innym krańcu świata. Tym razem się udało! Wreszcie się zobaczymy na żywo! Aż mi serce zaczęło bić mocniej przed otwarciem furtki. No i stało się! Powitanie jakbyśmy co najmniej znały się sto lat 🙂 Mimo iż nigdy się nie widziałyśmy miałam wrażenie jakbym przyjechała do koleżanki 🙂 Od razu poczuliśmy się jak w domu. Z każdej strony dobiegał nas znajomy język 🙂 Orzeźwiający napój na powitanie i możemy zaczynać wykład o wyspie i zaplanować nasz pobyt na kolejne 4 dni. Pierwsze wrażenie po wejściu do ogrodu Starfish Inn, bardzo pozytywne. Przyjemna przestrzeń, dobrze zacieniona, co pozwalało jadać nam posiłki na zewnątrz. Bardzo czysto i przytulnie. Idziemy zatem do naszego pokoju. Tutaj również bardzo miłe zaskoczenie. Bardzo sympatyczny pokoik, nie za duży, ale idealny żeby pomieścić dwie osoby plus bagaże. Pojemna szafa. Skromna ale czyściutka łazienka z gorącą wodą. Duże, wygodne łóżko – i co dla mnie bardzo ważne poduszki również 🙂 No i najważniejsze, idealna temperatura w pokoju. Klimatyzacja ustawiona tak, że nie jest ani za ciepło, ani nie czuje się w nocy wiatru po szyi. Jednym słowem tak jak lubimy. Szczególnie, że przez ostanie 2 tygodnie mieliśmy w podróży bardzo różne warunki. Cena za noc 86 $ ze śniadaniem lub 106 $ śniadanie + obiadokolacja/ cena za 2 os.
Jedzenie na Nilandhoo
Co do jedzonka, to wybraliśmy opcję wliczonego śniadania i obiadokolacji w cenę pokoju. Idealne rozwiązanie jeśli i tak większość czasu spędza się poza pensjonatem. W Starfish Inn są do wyboru 4 różne śniadania, dwa tradycyjne malediwskie: zielone – Mashuni (moje ulubione :)) oraz czerwone – Kulhimas, 1 kontynentalne oraz 1 fit (płatki sniadaniowe + kanapka tostowa z serem, pomidorem i ogórkiem). Akurat byliśmy 4 dni i skosztowałam wszystkich czterech. Wszystkie bardzo polecam. Do każdego śniadania podawana jest kawa/herbata i pyszny sok ze świeżych owoców. A na obiadokolacje duży wybór różnych dań ze świeżo złowionymi rybami, z kurczakiem, curry, zupy, do tego ryż lub frytki. Na pewno każdy znajdzie dla siebie coś odpowiedniego. Potrawy są raczej proste, z tego względu, że na Malediwach mają ograniczony dostęp do wielu produktów. Ceny posiłków od 5 USD do 8 USD za danie, woda, soki, napoje, kawa, 1 – 3 USD. Niestety nie dysponuje praktycznie w ogóle fotkami. Po pierwsze kiedy jedliśmy kolację praktycznie zawsze było już ciemno, śniadania zawsze były w pośpiechu, bo już łódka na kolejną wyprawę czekała. No nic, będziecie musieli mi uwierzyć na słowo 🙂 Oczywiście możecie sobie zjeść też poza guest housem, jest na wyspie kilka miejsc w których podawane są lokalne specjały. Głównie są to jednak przekąski w formie snacków. Często są one bardzo ostre ale zdecydowanie warto spróbować. Bez problemu można też kupować ichniejsze napoje, soki – niebutelkowane – żadnych rewolucji nie mieliśmy. Są też sklepy spożywcze w których nabędziecie owoce, napoje, soki, słodycze, ciastka a nawet chipsy 🙂
Plażowanie na Nilandhoo
Ogólnie wiadomo, że na Malediwach mamy do czynienia z Islamem, a co za tym idzie generalnie zakaz opalania się czy kąpania na plażach w bikini, respektujemy tym samym ichniejszą kulturę. To dotyczy wszystkich lokalnych wysp. Wyjątki stanowią resorty, które rządzą się swoimi prawami. Ale co by to były za wakacje bez opalania w bikini 🙂 dlatego na Nilandhoo jest wydzielony dla turystów specjalny odcinek plaży, tzw bikini beach. Jest ona całkiem spora i oczywiście bardzo piękna. Sfotografowaliśmy ją dla was z każdej możliwej strony 🙂 z góry, z dołu, z boku 🙂 oczywiście spacerować można wszędzie, gdzie tylko oczy was poniosą, co zresztą bardzo zalecam, bo wysepka ma pełno ciekawych zakamarków, trzeba tylko pamiętać, żeby zarzucić na sobie chociażby jakąś chustę czy pareo. Muzułmanki kąpią się standartowo w odzieniu zakrywającym ręce, nogi oraz włosy.
Ludzie na Nilandhoo
Szczerze mówiąc przed wyjazdem jakoś bardzo się w tym temacie nie zaczytywałam, więc generalnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Po podróży do innych krajów mogłam się tylko domyślić, że jak wszędzie będą pewno zaczepiać, próbować coś sprzedać, doradzić za niewielkim napiwkiem, może wciągnąć do jakiejś restauracji, a tymczasem jedno wielkie zaskoczenie. Nikt nam nic nie próbował sprzedać, ani naciągnąć, za to bardzo często zagadują, pytaja skąd jesteśmy, jak długo zostajemy i czy nam się tutaj podoba. A to wszystko bardzo czystym angielskim, praktycznie wszyscy sie tutaj znakomicie nim posługują. Ponieważ wysepka jest malutka, każdy o każdym wie wszystko, a każda nowinka roznosi się z prędkością swiatła. Pamiętam jak pierwszego wieczoru poszliśmy na plażę zobaczyć zachód słońca. Zagadała do nas grupka dzieciaków i pytają: “A wy to chyba dziś pierwszy dzień jesteście, bo jeszcze was tutaj nie widzieliśmy :)”. Wszyscy są bardzo pozytywnie nastawieni do turystów, bardzo chętnie pomagają, tak bezinteresowanie oczywiście, nauczą cię jak zrobić gwiazdkę z kilku listków palmowych, lub zagraja z tobą w siatkówkę. Żyją sobie jak jedna wielka rodzina, w zgodzie, przyjaźni i harmonii. Walczą ze sobą jedynie na boisku. Każdy ma tam praktycznie tyle samo. Czyli nie za wiele. Dach nad głową, lekko podarty hamak lub huśtawkę przed domem i kokosy, z których wyczarowuja przeróżne różności. Uwielbiają się huśtać. Niektórzy potrafią spędzić tak cały dzień 🙂 Radzą sobie bez pralek, zmywarek, suszarek i samochodów, no bo w sumie, to nie są im do szczęścia potrzebne. Ubrania schną na słońcu w godzinę, a samochód na wyspie której obejście dookoła zajmuje nie całą godzinę jest zupełnie niepotrzebny. Maja za to rowery, skutery, najnowsze komórki i są zawsze pięknie i czysto ubrani. A za każdą grupką osób jeszcze przez długo roznosi się piękny zapach 🙂 Nie raz byłam pełna podziwu jak dziewczynki biegały na codzień w przecudnych sukienkach, u nas takie tylko przeznaczone na większe święta i uroczystości. Na próżno szukać zasmarkanych dzieciaków, co śmieszniejsze, małe dziewczynki już w wieku kilku lat biegają w butach na malutkim obcasie, z wymalowanymi rzęsami i usteczkami 🙂 Nikt na pewno nie wyciągnie do was ręki z prośbą o pieniążka czy cukierka. Nie ma tam czegoś takiego. Są nas bardzo ciekawi, tam turysta to wciąż coś egzotycznego. I to było dla mnie naprawdę bardzo, ale to bardzo miłym zaskoczeniem.
Co robić na Nilandhoo?
Chyba najwięcej pytań jakie do mnie w ostatnich dniach spłynęło, dotyczyło tego co tam na tej Nilandhoo można robić. Czy tydzień czasu to nie za dużo? Może będziemy się tam nudzić? No pewno, że można się nudzić, nawet trochę trzeba bo po to w końcu przyjeżdża się na Malediwy, żeby odpocząć i zrelaksować:) A Nilandhoo to taka malutka wioska, na której poza kilkoma sklepikami, czterema kawiarniami nic nie ma. Brak pubów, dyskotek, nocnego życia, drogich restauracji i ogólnie pojętych luksusów. Ale jest za to przepiękna przyroda, turkusowy ocean – który NIGDY się nie nudzi, palmy zwisające do wody, piasek niczym kokaina, ogromne nietoperze, magiczne zachody słońca, kolorowa rafa i taka wiejska sielanka 🙂 No ale oczywiście, wiem, że po kilku dniach mogą się znudzić te same palmy, więc dlatego Starfish Inn ma w swojej ofercie całkiem sporą ilość wycieczek jednodniowych które jeszcze bardziej umilą wam czas na tej rajskiej wyspie. Kilka z tych które przetestowaliśmy na własnej skórze i bardzo polecamy:
Sand Bank
To nic innego jak jedna, wielka kupa pachu, na środku oceanu. Niby nic, bo gdzie się obejrzeć tam lazury, ale no właśnie, to dla tych lazurów, dla tej krystalicznie czystej, niczym niezmąconej wody, miliony osób rocznie przyjeżdża na Malediwy. A siedzenie na takiej wysepce to sama przyjemność. Już patrzenie w sam turkus oceanu koi naszą duszę, a co dopiero jeśli mamy ze sobą parasol, który osłoni nas od słońca, dobrze schłodzony soczek i jakaś fajną grę. Co jakiś czas zakładamy maskę i dajemy nura pod wodę, żeby zobaczyć więcej kolorów niż tylko lazur 🙂 Więcej o całym dniu jaki spędziliśmy w tym cudownym miejscu napisze wam w innym poście 🙂 to było tylko tak na zachętę 🙂 Koszt Sand Banku połączonego ze snurkowaniem – 40$ od os- przy 6 osobowej grupie.
BBQ na bezludnej wyspie
Chyba każdy chociaż raz w życiu marzył o tym, żeby znaleść się chociaż na chwilę na bezludnej wyspie. Takiej zupełnie pustej, gdzie nikt nie mieszka. Też kiedyś miałam takie marzenie. I dzięki Magdzi udało mi się je zrealizować. Urocza wysepka, położona gdzieś na środku oceanu, do tego załoga Starfish Inn zatroszczyła się o świeże rybki, które później przygotowała dla nas na lunch. Ognisko z łusek kokosa i pyszna pieczona rybka z porannego połowu. Do tego arbuz na deser i snurkowanie na przystawkę 🙂 Czego chcieć więcej? Zdecydowanie obowiązkowy punkt programu! Cena całodniowego pobytu z lunchem w formie BBQ – 40$/od os przy 6 osobowej grupie.
Island Hopping
Prawdopodobnie przy dłuższym pobycie niż siedem dni, zapragniecie zobaczyć też życie na innych lokalnych wyspach niż Nilandhoo. I bardzo dobrze. Choć nie różni się ono jakoś zbytnio, bo życie płynie tak samo wolno i sielankowo, to zawsze mamy inne krajobrazy, inne zakamarki i inaczej zwisajace palmy 🙂 Może też inny zachód słońca i inne aczkolwiek tak samo pięknie ubrane i uśmiechnięte dzieci 🙂 Zwiedzając dwie wysepki płacicie 40$ od os przy 6 os grupie.
Nurkowanie i snurkowanie
Pierwszym i najważniejszym punktem na waszej liście rzeczy do spakowania na Malediwy powinna być maska i rurka. Dlaczego? Bo tam nie będziecie chcieli się z nią rozstawać. Będzie wam towarzyszyć codziennie, rano, wieczór, w południe, a dla szaleńców nawet w nocy 🙂 wcale nie żartuje, maskę można oczywiście wypożyczyć na miejscu, ale zawsze dobrze mieć swoją, sprawdzoną, taką która będzie dobrze dopasowana, żeby nie martwić się wpływającą pod nią wodą tylko oglądać podwodny świat. A oglądać jest co! Jest pięknie, kolorowo! Dla tych którzy nie boja się głębokości zalecane jest nurkowanie, a nawet nie jedno tylko kilka. Koniecznie z mantami i rekinami 🙂 Koszt surkowania 23$ od os przy 6 os grupie. Ceny nurkowania zależą od miejsca – np nurkowanie z mantami 80$.
Wizyta w Filitheyo
No ale jak wiadomo, Malediwy kojarzą się wszystkim bardziej z luksusowymi miejscami, niż to o którym wam do tej pory pisałam. Wysepka lokalna to jedno a resort to drugie. Wiele osób twierdzi, że ci którzy byli na wyspie lokalnej, a nie w resorcie tak naprawdę nie byli w prawdziwym raju. Z tym akurat się nie zgodzę. Bo dla mnie raj, to palmy, lazur, i biały piasek, a tego na lokalnej wyspie nie brakuje. Luksusowy domek z basenem to jedynie dodatek. Nie każdy jednak chce wydawać od razu kilka tysięcy, żeby spędzić tam kilka nocy, ale na pewno wiele osób chce się tam znaleźć, zobaczyć na żywo. I tutaj również jest wspaniała wiadomość. Za nieporównywalnie niską cenę możemy tam spędzić cały dzień, delektując się luksusowymi widokami. My wybraliśmy się tam akurat w innym celu, ale o tym napisze wam innym razem 🙂 Całodniowy pobyt w tym resorcie to koszt 100$ od os, przy 2 os grupie. Cena zawiera przejazd motorówką ok 40 min, wejście na teren hotelu oraz lunch.
Wizyta w Sun Aqua Vilu Reef
Resortów do których na taki jednodniowy wypad można się wybrać z Nilandhoo jest co najmniej kilka. Są bardziej i mniej luksusowe. Z tego co pamiętam mają nawet w ofercie hotel 6 gwiazdkowy. Oczywiście jest to idealne rozwiązanie dla tych, którzy szybko się nudzą i lubią codziennie zwiedzać nowe miejsca. Chyba jednym z fajniejszych hoteli jest Sun Aqua Vilu Reef, który znajduje się najbliżej z wszystkich resortów, w związku z czym są najniższe koszty dojazdu. Hotel jest przepiękny. My akurat mieliśmy to szczęście, że mogliśmy w nim nocować kilka dni i w pełni doświadczyć uroku tego miejsca. Dlatego oczywiście czeka na was długi bardziej szczegółowy wpis na jego temat. Koszt jednodniowego wypadu na tę wysepkę z Remora Inn to 110$ od os, przy 2 os. Cena zawiera przejazd motorówką, wstęp oraz lunch.
Nilandhoo – czy wyspa lokalna to już ten prawdziwy raj?
No i jeszcze zostało mi odpowiedzieć na ostanie kluczowe pytanie, czy Nilandhoo to jest ten prawdziwy raj? TAK! Bezsprzecznie i bezapelacyjnie tak! Oczywiście, że trzy dniowy pobyt w Sun Aqua Viluu Reef był cudowny i jestem mega szczęśliwa, że mogłam popływać w moim prywatnym basenie przed domkiem, ale uwierzcie mi, gdybym tam nie spała, tylko wyskoczyła na jeden dzień z Nilandhoo, to wakacje byłyby równie udane i niezapomniane, bo mogłabym jeść to samo co inni goście, pić te same drinki i to dokładnie z tym samym widokiem! Dla mnie prawdziwy raj to ta nieskazitelnie czysta woda w kolorze turkusowym, biały, mięciutki piasek, którego nie czuć praktycznie pod stopami i cień palmowy 🙂 Ale odwracając pytanie czy gdybyśmy spędzili w resorcie całe 7 dni, omijając Nilandhoo, czy mielibyśmy równie cudowne wspomnienia? To odpowiedź brzmi niestety NIE. Bo wakacje życia to nie tylko ekskluzywny domek na wodzie, to przede wszystkim ludzie i wspaniały czas wspólnie spędzony razem. Ominęły by nas wieczorne pogawędki z cudownymi osóbkami, które tam poznaliśmy (pozdrawiamy wszystkich cieplutko :)), wieczorne oglądanie zdjęć, najlepsze BBQ na bezludnej wyspie, wspaniałe uśmiechy malediwskich dzieci, ich ciekawość świata, nas, nauka wyplatania gwiazdek z liści palmowych, poszukiwanie najlepszego miejsca na nocne ujęcie gwieździstego nieba, kosztowanie lokalnych potraw, malediwskie wesele – w którym mogliśmy uczestniczyć no i przede wszystkim nie poznałabym osobiście największej polskiej szczęściary, która ma to wszystko na co dzień – Typelka – która robiła wszystko, żebyśmy spędzili tutaj wakacje życia i udało jej się 🙂 Jeszcze raz dziękujemy całej załodze StarFish Inn za mega cudowne chwile i obiecujemy wrócić! A was odsyłam na stronę Madzi, tam znajdziecie więcej szczegółów oraz informacji o Nilandhoo! Z ostatnich wiadomości Madzia otwarła nowy guest house, nowiusieńki, jeszcze piękniejszy. Nazywa sięRemora Inn.
Malediwy są na twojej liście do odwiedzenia? Tutaj znajdziesz inne posty z tego niesamowitego miejsca na ziemi. A jeśli podobał Ci się tekst, to dołącz do uzależnionych od podróży na Facebooku.Tam relacje na żywo, podróżnicze dyskusje i wiele innych. Zapraszam!
Po raz pierwszy od wielu lat dotarła do Holandii prawdziwa zima! Taka wiecie, ze śniegiem i mrozem 🙂 Nie muszę Wam mówić jaki wszyscy mieli z tego ubaw! Niektóre dzieciaki po raz pierwszy w życiu mogły ulepić bałwana z prawdziwego zdarzenia 🙂 W ruch poszły sanki, narty, jabłuszka i co tam w domu tylko się udało znaleźć. Białe szaleństwo trwało od wschodu do zachodu słońca.
Ale nie tylko dzieci miały radochę! Dorośli także. W końcu mogli wyciągnąć z szafy zakurzone łyżwy. Tak, Holendrzy uwielbiają jazdę na łyżwach, tak samo bardzo jak jazdę na rowerze! Mróz spowodował, że zamarzły niemal wszystkie kanały i małe jeziorka. A to oznaczało tylko jedno. Szaleństwo na lodzie! Holenderskie kanały zamieniły się w jedno wielkie lodowisko! Na łyżwach jeździli starzy i młodzi, aktorzy, piosenkarze, a nawet policjanci. To było niesamowite! Był też hokej, surfing na łyżwach, bojery…i co tam komu przyszło do głowy 🙂
Najpiękniejsze miejsca w Holandii zimą.
Dla mnie natomiast była to idealna okazja do tego, aby uwiecznić zimę w Holandii na fotografiach. Codziennie od wschodu do zachodu słońca, odwiedzałam moje ulubione miejsca, aby uchwycić tę magię i pokazać Holandię w tej niecodziennej odsłonie. Poniżej kilka kadrów, które udało mi się uchwycić 🙂
Najpiękniejsze holenderskie wiatraki
Codziennie wczesnym rankiem, odwiedzałam moje ulubione wiatraki. Ponieważ w mojej okolicy jest ich całe mnóstwo, dawkowałam sobie tę przyjemność i każdego dnia odwiedzałam inne miejsce. Starając się pokazać je w najlepszym świetle!
Amsterdamskie kanały i ulice – najpiękniejsze miejsca w Holandii zimą.
Do Amsterdamu wyruszyłam, zaraz kiedy tylko znowu zaczęły jeździć pociągi. Tak, tak…przez kilka dni, po tym jak spadł śnieg, cała Holandia była sparaliżowana i nie jeździły ani pociągi, ani tramwaje, ani nawet metro! Cały dzień włóczyłam się wąskimi uliczkami, w poszukiwaniu ciekawych kadrów.
Marken – wioska rybacka
To dość turystyczna miejscowość. Latem jest tutaj zawsze mnóstwo ludzi. Pomyślałam sobie, że może teraz zimą będzie pusto. Oj, ależ się myliłam 🙁 Port zamienił się w duże lodowisko, a miejsce turystów zajęli Holendrzy, którzy wygrzewając się w słońcu popijali grzane wino i zajadali frytki z majonezem! Jednak moim głównym celem, była latarnia…ta na ostanim zdjęciu 🙂
Urocze miasteczko Alkmaar
Alkmaar to małe, urocze miasteczko, w którym w sezonie letnim, w każdy piątek odbywa się targ serów. Absolutnie uwielbiam to miejsce. Wąskie uliczki, kanały, maleńkie sklepiki. W zimowej odsłonie wyglądało tak inaczej.
Holenderskie kanały
To było niesamowite móc obserwować radość Holendrów z jazdy na łyżwach. Wykorzystywali do tego, każdy kawałek lodu. Oczywiście kanały sprawdziły się idealnie. Pewno gdyby nie COVID i zakaz organizacji imprez znowu mógłby się odbyć Elfstedentocht, czyli najdłuższy wyścig na łyżwach, ma on aż 200 km. Ostani odbył się w 1997 roku.
Holenderskie wydmy
Ciekawie pod pierzynką ze śniegu wyglądały też holenderskie wydmy, które normalnie pokryte są piaskiem. Spacer pomiędzy sosnowymi lasami był naprawdę przyjemny. Do tego, po około pół godzinnym spacerze doszłam do jeziorka, na którym oczywiście było lodowisko!
Spodobał ci się artykuł: Holandia – najpiękniejsze miejsca zimą!
A Holandia jest na twojej liście do odwiedzenia? Tutaj znajdziesz inne posty z tego niesamowitego miejsca na ziemi. A jeśli podobał Ci się tekst, to dołącz do uzależnionych od podróży na Facebooku oraz Instagramie. Tam relacje na żywo, podróżnicze dyskusje i wiele innych. Zapraszam!Uściski, M.
Był już ślub na Dominikanie, były informacje jak taki ślub zorganizować, to teraz czas na to, żeby napisać kilka słów o samej Dominikanie 🙂 i naszym pobycie na tej rajskiej wyspie 🙂 Dlaczego wybraliśmy Dominikanę to już wiecie z poprzedniego postu 🙂 dzięki komu udało nam się tam dotrzeć też napisałam słów kilka. Zatem teraz mały reportaż z naszego 10 dniowego pobytu w tym niezwykłym miejscu 🙂
Jak pamiętacie ze ślubnego postu, dokładnie w dniu w którym musieliśmy wylatywać, byliśmy w szpitalu na kontroli Marcelkowej nogi i dopiero kilka godzin przed wylotem dowiedzieliśmy się, że możemy lecieć 🙂 Emocje towarzyszyły temu niesamowite, tym bardziej, że Marcello poruszał się tylko i wyłącznie o kulach, a czekał nas naprawdę kawał drogi. Najpierw musieliśmy dostać się do Brukseli na lotnisko, bo stamtąd właśnie wylatywał nasz samolot. Na Brukselę padło z prostego względu. Cena naszych wakacji rózniła się o 500 euro od osoby porównując ten sam hotel z wylotem z Amsterdamu. A ponieważ tysiąc euro drogą nie chodzi dlatego też wylot z Brukselli. Po prawie 4 godzinach w samochodzie, w śnieżycy i zawieruchach udało nam się dostać na najbliższy parking przy lotnisku, gdzie zostawiliśmy nasz samochodzik. Stamtąd zostaliśmy odtransportowani na lotnisko i udaliśmy się do stoiska Thomasa Cooka, żeby sprawdzić, czy z naszymi biletami wszystko w porządku i czy możemy udać się do odprawy. Ponieważ Malcel poruszał się o kulach przysługiwało nam pierwszeństwo z czego mój jeszcze wtedy narzeczony cieszył się jak dziecko, bo nie musieliśmy nigdzie stać w kolejkach 🙂 Po nadaniu bagaży, Marcela wrzuciłam na wózek bo trochę go noga pobolewała, tym bardziej, że musieliśmy przemierzyć niemal całe lotnisko udając się do bramek. Do samolotu trochę czasu mieliśmy więc rozsiedlimy się wygodnie i czekamy. Nagle Marcel wpada w panikę, bo noga zaczęła go strasznie swędzieć. Wiecie, tam pod tym całym bandażem, który mu założyli. Od razu zaczął kręcić czarne scenariusze, że na pewno ma jakieś uczulenie na bandaż, i że zaraz się zadrapie na śmierć…i że może jednak lepiej nigdzie nie jechac, bo jak tam mu coś się na Dominikanie będzie dziać to kto go będzie ratował (?). Na nic się zdawały moje zapewnienia, że przecież tam też są szpitale, a na swędzenie się nie umiera…ten dalej swoje, że chce wracać do domu…możecie sobie tylko wyobrazić moją minę…już miałam w głowie scenariusz na nowy film pt.” Uciekający pan młody” :). Na szczęście po pół godzinie marudzenia, swędzenie przeszło i tym samym wróciła znowu wiara, że nasz wymarzony ślub jednak się odbędzie! Eh ci faceci, czasami są gorsi niż dzieci.
Podróż minęła całkiem znośnie, Marcel spał jak zabity i dobrze, bo gotów mi przez 9 godzin marudzić, że chce samolot do domu zawracać 🙂 Wylądowaliśmy w środku nocy. Była chyba 4 nad ranem, czy jakoś tak. Przy wyjściu czekał na nas taksówkarz z naszymi imionami. Zapakowaliśmy się do bardzo ekskluzywnego busika i po niecałej pół godziny byliśmy w hotelu 🙂 Check in odbyliśmy w błyskawicznym tempie, chyba pani widziała, że ledwo na oczy patrzymy i wózkiem golfowym odstawiono nas do pokoju. Kilka dni wcześniej wysłałam do hotelu informację, że mój przyszły mąż będzie poruszał się o kulach i dostaliśmy pokój najbliżej plaży i wszystkich restauracji 🙂 Już na samym początku polubiliśmy nasz hotel 🙂 Takie powitanie czekało na nas w pokoju 🙂
Pierwszy dzień w hotelu rozpoczęliśmy dość późno, no bo przecież wyspać trzeba się jakoś było. Marcel musiał zregenerować siły 🙂 Pierwsze co to przebudzeniu wyszłam na balkon, żeby obczaić nasze jakuzzi 🙂 Kiedy się tak nad nim zachwycałam dobiegły mnie dziwnie głosy z sąsiedniego balkonu. Wsłuchuje się…i słyszę Polaków 🙂 Nie mogłam uwierzyć 🙂 Przelecieliśmy tyle tysięcy kilometrów i zaraz obok nas mieszka przesympatyczna Polska rodzinka 🙂 Po szybkim zapoznaniu się zjedliśmy śniadanko na balkonie, bo restauracja była już zamknięta i przygotowywała się do lunchu. Na śniadanko pyszne maślane bułeczki, soczek ze świeżych pomarańczy i przepyszne owocki 🙂 No ja mogę tutaj zostać na zawsze i się nawet na krok stąd nie ruszać 🙂 Po śniadanku poszliśmy od razu przywitać się z karaibską plażą 🙂 Jej, co to był za widok! Normalnie szczęka opadła mi do samej ziemi i pół godziny szukałam zębów w piasku…to był po prostu raj! Już od samego patrzenia buzia się śmiała od ucha do ucha 🙂
Od razu zalogowaliśmy się przy barze plażowym i zamówiliśmy sobie mohito! Co to było za mohito, niebo w gębie! Zostajemy tu na zawsze 🙂 Oczywiście Marcelowa noga wzbudziła nie małe zainteresowanie, wszyscy myśleli, że złamana, bo tak to wyglądało. Poza tym każdy był pewien, że tę nogę złamał tutaj, no bo kto normalny leci w tropiki z nogą w gipsie i pomyka po plaży z kulami…no ale noga nie była ani w gipsie, ani złamana…i jak każdemu wytłumaczyliśmy co i jak i że za kilka dni bierzemy tutaj ślub to wszyscy od razu gratulowali 🙂
Do ślubu mieliśmy jakieś 4 dni i wykorzystaliśmy je na błogie lenistwo 🙂 Zresztą co innego mogliśmy robić? Marcel nawet do wody nie mógł wejść bo tego bandaża nie można było zamoczyć. Żeby mu przykro nie było, to też ograniczałam swoje kąpiele do minimum. Całe dnie spędzaliśmy pod palmami, w towarzystwie przemiłych ludzi. Ciągle ktoś do nas przychodził, pytał albo o nogę Marcela albo o to czy się przypadkiem nie rozmyśliłam z tym ślubem 🙂 Poznaliśmy tam całe mnóstwo wspaniałych ludzi, Amerykanów, Kanadyjczyków, Chilijczyków a także wspomnianych już wcześniej Polaków 🙂 Z którymi do dziś mamy kontakt 🙂 Pozdrowienia dla Dorotki z mężem i znajomymi 🙂 Wiem, że nas podczytują 🙂 Super, że was poznaliśmy 🙂 Może jeszcze kiedyś na jakichś wakacjach się spotkamy, kto wie 🙂
Hotel pokochałam całym sercem 🙂 Takiej obsługi nigdzie indziej na świecie nie doświadczyliśmy! Takich uśmiechniętych i pełnych energii kelnerów już nigdzie później nie spotkałam. Niesamowite, jak oni troszczyli się tam o każdego! Drinki na plaży roznosili, jeszcze jeden się nie skończył a oni już przynosili kolejnego. Jak ktoś nie pił alkoholu, to przynosili całe półmiski owoców, soki ze świeżych owoców. Tak po prostu, bez proszenia. Mało tego zapamiętywali imiona wszystkich. Były nawet gratisowe masaże stóp, albo innych części ciała. Ahhh…aż się rozmarzyłam 🙂 Chętnie wróciłabym tam znowu :)To był zdecydowanie najwspanialszy hotel w jakim do tej pory byliśmy! I jeśli jeszcze kiedykolwiek, będzie nam wrócić na Dominikanę to na pewno wrócimy do tego hotelu 🙂 Na jego temat poświecę kolejnego posta, tam dowiecie się co to za hotel 🙂
Dziś kochani jest szczególny dzień 🙂 Dzień zakochanych 🙂 Na pewno wasi ukochani, już od rana zasypują was całusami, pięknymi czerwonymi różami, czekoladkami i innymi niespodziankami 🙂 Ja też mam dla was niespodziankę 🙂 Bo dla nas ten dzień jest nie tylko dniem zakochanych, to także nasza druga rocznica ślubu cywilnego na Dominikanie 🙂 Skąd pomysł na taki ślub? Odkąd pamiętam zawsze marzył mi się ślub na pięknej, najlepiej dzikiej plaży. Ale tak to czasami w życiu bywa, że często o naszych marzeniach zapominamy. Kiedy padło hasło ślub – od razu, zarezerwowaliśmy miejsce, znaleźliśmy fotografa, zespół itd. Dopiero pół roku przed ślubem przeglądając zapewne jakieś strony z inspiracjami ślubnymi natrafiłam na pewną agencję, która wchodziła dopiero na rynek i chcąc rozpromować swoje usługi, właśnie dotyczące organizacji ślubów za granicą, zorganizowała konkurs. Trzeba było wysłać wspólne zdjęcie z wakacji i para, która uzyskała największą ilość głosów mogła wygrać ślub na Santorini. Jak się pewno domyślacie, mimo wszelkich starań znajomych, którzy całym sercem zaangażowani byli w konkurs, nie udało nam się wygrać. Ale wtedy właśnie obudziło się we mnie uśpione marzenie, które postanowiłam za wszelką cenę zrealizować. Od razu zaczęłam wertować oferty rożnych biur, które zajmują się organizacją takich ślubów. Niestety ceny jakie otrzymywaliśmy w ogóle nie wchodziły w rachubę, tym bardziej, że właśnie oszczędzaliśmy na ślub kościelny. Postanowiłam zatem, że zorganizujemy sobie ten ślub sami. Bez niczyjej pomocy. Ile ja wtedy godzin spędziłam w internecie, ile się naszukałam, ile maili nawysyłałam, ile nocy nie przespałam to wiem tylko ja. I choć w pewnym momencie nie wiele wskazywało na to, żeby moje marzenie miało się spełnić, to jednak się udało 🙂 Po długich poszukiwaniach znalazłam firmę na Dominikanie, która w rozsądnej cenie zorganizowała nam przepiękny ślub na dzikiej plaży. Znalazłam też wspaniałą fotografkę, która uwieczniła dla nas te piękne chwile. No i w końcu dzięki pomocy zaprzyjaźnionego biura, udało nam się znaleźć przepiękny, romantyczny hotel w bardzo promocyjnej cenie. W niecały miesiąc udało nam się wszystko pozałatwiać i pozostało już czekanie na ten wyjątkowy dzień. Niestety dwa tygodnie przed wylotem mój ukochany zerwał sobie na treningu ścięgno Achillesa i nasz wyjazd stanął pod wielkim znakiem zapytania. Normalnie zerwane ścięgno=gips na 6 tygodni i leżenie w łóżku, ale kiedy lekarz usłyszał, że za dwa tygodnie pobieramy się na Dominikanie, zaproponował operację i zszycie ścięgna. Dwa tygodnie unieruchomienia i kontrola, czy wszystko przebiega bez komplikacji. Wylot mieliśmy w piątek w godzinach nocnych, a rano czekała nas wizyta w szpitalu i decyzja czy możemy lecieć. Wszystko gotowe, walizki spakowane, suknia na wieszaku, klapki z napisem Just Married i ta niepewność. Największy koszmar w moim życiu. Na szczęście wszystko zrastało się prawidłowo, Marcelowi założono specjalny obcas, usztywniono nogę i mogliśmy ruszać. Co prawda o kulach, bo nie mógł się przez kolejne dwa tygodnie opierać na nodze, ale mogliśmy jechać 🙂 Jhuuu!
Jak przebiegał ślub pisać nie będę bo pewno po takim długim wstępnie i tak już nikt dalej nie będzie czytał 🙂 Zostawiam Was z całą masą zdjęć i krótkim filmikiem który opowie wam wszystko 🙂
Jeśli klikniecie w poniższy link przeniesiecie się na kilka minut do raju 🙂 Czeka tam na was dużo większa porcja fotek. Nie wrzucam filmiku tutaj, bo jakość od razu się pogarsza. Zapraszam i miłego dnia wszystkim moim wspaniałym czytelnikom życzę 🙂Slub M&M Dominikana
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Dubaj.
To co, zaczynamy relację z Dubaju! Gotowi? 🙂 No to zapinajcie pasy i lecimy! Już w samolocie przebieram nogami, lot dłużył mi się okropnie. Kiedy wreszcie zobaczę te wyspy palmowe? Czy w ogóle zobaczę je z lotu ptaka, a może przy odrobinie szczęścia zobaczymy też jakieś drapacze chmur? Obyśmy tylko o nie nie zahaczyli lądując 🙂 Aparat miałam w pogotowiu, bo pilot właśnie zapowiedział, że będziemy lądować wprost nad palmą. Jupppi! Nawet okazało się, że siedzimy z dobrej strony (z lewej) i jest, widzę tę ogromną palmę, lecimy wprost nad nią, tylko zaraz zaraz, czemu ona pusta, myślałam, że obie palmy są zabudowane, a ta nad którą lecimy to kupa piasku…buuu…no nic, pewno ją kiedyś zabudują. Ponieważ lecimy pod słońce, zdjęcia wyszły beznadziejne. Wylądowaliśmy mięciutko. Wchodzimy na lotnisko i pierwsze wrażenie, jak tu pusto, cicho i spokojnie. W okienku wizowym uśmiecham się nieśmiało do pana, ten wbija pieczątkę, odwzajemnia służbowym uśmiechem i jesteśmy w Dubaju! Pierwsze wrażenie, jakiś taki dystans może nawet trochę respekt. Obok nas przemykają Szejkowie w pięknych białych dishdashah (poprawcie mnie jeśli ta biała sukienka inaczej się nazywa). Wyglądają, tak czysto, wręcz niewinnie. Materiał szykowny, bez ani jednego zagięcia, jakby właśnie z pod żelazka wyszedł. Wszędzie czysto, aż się błyszczy. Wsiadamy do autobusu, który zabiera nas do naszego hotelu. Już prawie zapomniałam jak to jest wygodnie, mieć transport z lotniska do hotelu.
Z przyklejonym nosem do szyby chłonę pierwsze widoki. Na pierwszy rzut oka Dubaj to taka wyższa półka Egiptu. Widać to już na samym początku. Drogi mega szerokie, sześciopasmowe, ronda takie wielkie, że zjeżdżając z nich można zapomnieć kiedy się na nie wjechało. Piasek, dużo piasku, no tak, przecież jesteśmy na pustyni. I znowu bijąca po oczach czystość, ani jednego papierka wzdłuż drogi, ani jednej plastikowej butelki. Żeby dotrzeć do naszego hotelu musimy przejechać niemal cały Dubaj. O rany jaki on wielki! To chyba moje największe zaskoczenie. Dubaj jest dużo większy niż się wydaje na mapie. Odległości są bardzo duże. Coś co wydaje się być tuż za rogiem w rzeczywistości okazuje się być półgodzinnym spacerem.
Docieramy do hotelu. Zameldowanie na szczęście nie trwa długo, wskakujemy szybko pod prysznic i idziemy ładować akumulatorki. W recepcji wymieniamy EUR na dirhamy i idziemy szukać taxówki. Jeszcze dobrze na zewnątrz nie wyszliśmy, kiedy ktoś woła, taxi Ma’am? Wygląda na zwykły samochód, ale co tam wsiadamy i mówimy panu, że chcemy na plażę Al Mamzar Beach. Sympatyczny taksówkarz okazuje się być Pakistańczykiem. Pracuje tutaj za jakieś marne grosze, jego rodzina mieszka w Pakistanie, którą odwiedza raz w roku. Jak się później okazało niemal wszyscy taksówkarze to Pakistańczycy. Droga na plażę, która na mapie miała być 10 km odcinkiem, wlokła się nieskończenie długo, korki straszne. W końcu dotarliśmy, licznik wybił 50AED. Myślę sobie, no jak tak mają wyglądać tutaj te tanie taxówki to ja bardzo dziękuję. Niestety na tę plażę inaczej byśmy się i tak nie dostali, więc trudno się mówi. A na plaży mamy takie widoki.
Ponieważ na plaże dotarliśmy już po południu, postanowiliśmy spędzić tam resztę dnia. W końcu byliśmy trochę zmęczeni po podróży, ja generalnie nie umiem spać w samolocie, więc mimo, że lecieliśmy nocą nie zmrużyłam nawet oka. Widoczki z tej plaży bardzo fajne, te budynki w tle to Sharjah, miasto graniczące z Dubajem. Spacerkiem doszliśmy do Parku Al Mamzar Beach. Tam planowaliśmy zrobić sobie drzemkę i coś zjeść, ale przy wejściu okazało się, że w poniedziałki i środy jest tzw Ladys Day i panowie do parku mają zakaz wstępu. No trudno, skąd mogliśmy to wiedzieć. Swoją drogą fajnie, że coś takiego jest, wtedy kobiety mogą sobie tutaj spokojnie z dziećmi spędzać czas, jeśli nie mają ochoty na towarzystwo mężczyzn.
To, że muzułmańskie kobiety przebywają na plaży w długich sukienkach, to już pewno wiecie. Taka ich kultura i czy nam się to podoba czy nie, one chyba czują się tak najlepiej. Albo przynajmniej mam taką nadzieję, bo czasami jak parzę na taka parę na plaży, facet bez koszulki się opala a kobieta pozawijana od stóp do głów to jakoś tak dziwnie to wygląda. Ale nie o tym chciałam. Chciałam napisać kilka słów o tym jak my tam powinniśmy się ubierać. Przed wyjazdem konsultowałam tę sprawę z osobami, które już w Emiratach były. Ponieważ znam tę kulturę, sama byłam przygotowana raczej na długie spódnice i zwiewne spodnie, ale właśnie chciałam wiedzieć czy to potrzebne, czy ktoś tam w ogóle zwraca na to uwagę no i dostałam informację, że mam sobie zabrać takie ubrania jakie zwykle biorę na wakacje i zupełnie się tym nie przejmować. No to ucieszyłam się, bo kto chce spacerować w 30 stopniowym upale w długich spodniach. Dorzuciłam zatem do walizki kilka sztuk krótkich spodenek. No i od razu pierwszego dnia w te spodenki wskoczyłam, w końcu jedziemy na plażę. Generalnie wiecie, że moje nogi do jakichś atrakcyjnych nie należą, więc też nigdy jakimś obiektem westchnień nikogo nie były, ale tyle facetów ile zawiesiło wzrok na nich albo inaczej ile zmierzyło mnie z góry na dół w tym dniu, to chyba przez całe życie mi się nie przydarzyło. I nie sądzę żeby były to aprobacyjne spojrzenia, wręcz przeciwnie. Tak więc to był mój pierwszy i ostatni dzień w szortach. Ewidentnie nie jest to tam mile widziane. Tak więc gdyby jeszcze ktoś miał wątpliwości co do stroju, to oczywiście zrobicie jak zechcecie, ale wiedzcie, że wystąpienie w krótkich szortach będzie mocno przyciągać uwagę innych.
Wracając do hotelu złapaliśmy taxówkę na ulicy. Tym razem była to taxówka sieciowa, jakież było nasze zdziwienie kiedy, za tę samą trasę, zapłaciliśmy dokładnie połowę ceny. Tak więc uwaga! Nie wsiadajcie do samochodów, które nie są oznaczone. Tam połowa taxówek nie ma oznaczeń i jak się później dowiedzieliśmy są dużo droższe. Niby mają taxometr, ale opłata za km jest dwa razy wyższa. Kazaliśmy się wysadzić koło centrum handlowego Burjuman, bo musieliśmy wymienić kasę w kantorze. Możecie zabrać do Dubaju zarówno euro jak i dolary, obie waluty można spokojnie wymienić. Idąc do hotelu zahaczamy o niewielką indyjską restaurację, gdzie podają nam przepysznego kurczaka Tikka Masala i Palou. Palce lizać. Polecam!
Informacje praktyczne:Przelot + hotel Golden Sands+ transfer z lotniska + śniadania – 460 euro od osPrzelot: Amsterdam – Dubaj – 7,5hRóżnica czasowa – 3hTransport lotnisko Al Maktoum International Airport – Hotel Golden Sands – 45 min Wizy do Dubaju nie są już dla Polaków wymagane Waluta: 1AED=1 ZŁJaką zabrać walutę? Bez różnicy i EUR i USD jest ok.Taxi: Hotel Golden Sands – Al Mamzar Beach – 25AEDCena wody 0,5l w automacie na Al Mamzar Beach – 1AED Kolacja w indyjskiej restauracji Sarhad Darbar– 63AED
Jeszcze przed wyjazdem na Dominikanę wiedziałam, że Saonę musimy zobaczyć na pewno. Wycieczkę kupiliśmy w hotelu. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, ze takie sprawy załatwia się u chłopaków na plaży 🙂 Przepłaciliśmy oczywiście słono. Już nawet nie pamiętam ile płaciliśmy, ale chyba coś kolo 100$ od osoby. Problem był tylko jeden bo Marcello nie mógł wchodzić do wody, żeby nie zamoczyć nogi. Kiedy poszliśmy się dowiedzieć jak to wszystko będzie wyglądać okazało się że żeby wejść na katamaran czy na szybka łódź, trzeba wejść do wody. Hehhh…wymyśliliśmy wiec ze owiniemy mu nogę jakąś folia i powinno być dobrze 🙂 Na recepcji dostaliśmy worki foliowe, taśmę i byliśmy gotowi na podbój Saony 🙂 Bladym świtem, chyba coś koło 7:00 albo nawet wcześniej zgarnął nas busik z przed hotelu. Droga do portu dłużyła mi się przeokropnie. Autobusem jechaliśmy chyba ze 2h albo nawet i dłużej. Miałam wrażenie, że po drodze objechaliśmy wszystkie hotele na Dominikanie. Nasz hotel był na nieszczęście jako jeden z pierwszych. No ale nic jakoś dotarliśmy do miejsca w którym czekała na nas szybka łódź. Zanim nas do niej wpuścili trochę zamieszania z tym było. Czekaliśmy w sumie nie wiem na co. No ale wreszcie idziemy. Woda wysoka, już mam stresa i nie wiem jak Marcela do tej łódki wpakujemy. On sam też przerażony. Ale dwóch Mufinków długo się nie zastanawiało jak to zrobić, wzięli go i wnieśli na tę łódź 🙂 kosmicznie to wyglądało, ale siedzimy więc jest dobrze 🙂
Motorówka ruszyła, płyniemy 🙂 trochę chlapie z każdej strony ale co tam…ważne że płyniemy i już nie długo będziemy na tej rajskiej wyspie.
Chyba za wcześnie zaczęłam się cieszyć. W pewnym momencie zaczęliśmy zwalniać…okazało się, że motor padł …Nie mogliśmy płynąć dalej…ehhh…zaczęła się akacja…co teraz?
Musieliśmy czekać na jakieś przejeżdżające obok łódki, żeby nas zabrały. Oczywiście, to nie było takie hop siup, bo mogliśmy się dosiadać tylko po kilka osób, i to do łódek który nie były pełne…tak więc troszkę sobie poczekaliśmy…a za nami kłębią się chmury i wygląda jakby zaraz miało lunąć…
Na szczęście udało nam się w końcu przesiąść do innej łodzi…hurra
płyniemy dalej, może jednak jest nam dane zobaczyć te Saone 🙂 Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na snurkowanie…chmury dalej krążą nad nami…ale nie jest najgorzej…:)
Sesja z rozgwiazdą obowiązkowa 🙂
Chyba zbliżamy się powoli do wyspy 🙂 jeszcze kilka portretów mew 🙂
Do dziś się zastanawiam czy one były niebieskie, czy to odbicie lazurowej wody:)
No i w końcu jest! Wyśniona, wymarzona…Saona!!!!
Jak widać nawet słono wyszły i niebieskie niebo się pokazało…ale niestety tylko na chwilkę…zdążyłam dosłownie kilka fotek zrobić…zostawiłam biednego Marcela na leżaczku, zaopatrzyłam w zimne napoje, i pobiegłam dalej focic…
Słonko dosłownie za kilka minut zaszło…i przestałam focić, bo Saona bez słonka, to już nie ta sama Saona…Skąpana w słońcu prezentuje się zdecydowanie najpiękniej 🙂
Zdecydowanie warto było tam pojechać. Choć nie ukrywam, że zrobienie fotki bez ludzi, ręczników czy majtek na drzewie graniczy niemal z cudem…trochę to było wkurzające, no ale w sumie każdy chce ten piękny kawałek na ziemi zobaczyć, wiec nie ma się czemu dziwić. Na wyspie byliśmy możne z 2-3h nie dłużej. Lunchyk był bardzo pyszny. Wracaliśmy katamaranem. Na szczęście slonko znowu wyszło wiec było przyjemnie…tzn prawie…bo trafiła się nam grupka Rosjan którzy skutecznie uprzykrzali wszystkim podróż. Trzech panów mocno przy tuszy, obwieszonych złotymi łańcuchami z trzema laskami, wyjętymi niczym z PlayBoya…aż przykro było na to patrzeć…ich zachowanie było ciężkie do zniesienia. Pijani byli w 3 du*y. Obściskiwali te biedne dziewczyny. Zrobili chyba z tysiąc zdjęć w pozie na Tytanica…z ledwością udało mi się zrobić kilka fotek, jak już dobijaliśmy do brzegu…ehhhh…
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Dubaj.
Drugi dzień w Dubaju spędzamy w jego starej, powiedzmy bardziej historycznej części. Nie jest to jeszcze ten Dubaj na który czekacie, ale spokojnie, muszę wam widoki powoli dawkować 🙂 Tak więc, grafik na dziś mocno napięty. Żeby sprawnie zobaczyć najważniejsze punkty w tej części miasta, decydujemy się na zakupienie biletów na autobus Hop on Hop Off. Dwudniowe bilety kupiliśmy na dwa tygodnie przed wylotem przez internet. Tutaj znajdziecie plan linii autobusu turystycznego BIG Bus:
Z samego rana zaraz po śniadaniu, łapiemy taxówkę – oznaczoną oczywiście i prosimy pana żeby podrzucił nas do
Ras Al-Khor
Na początku nie wiedział za bardzo po co tam chcemy jechać, bo chyba nie wielu turystów udaje się w tamto miejsce. Ale wy już pewno się domyślacie po co się tam wybraliśmy 🙂 Tak! Flamingi! Wyobrażacie sobie??? Niemal w centrum Dubaju, całkiem spore stadko przepięknych flamingów! Co jak co, ale tam się ich nie spodziewałam i zupełnie przypadkiem natrafiłam w ogóle na informacje, że można je tam znaleźć. Nie mogłabym odmówić sobie tej przyjemności, żeby ich nie odwiedzić i napatrzyć się na nie 🙂 Były tak blisko! Tylko, że można je obserwować ze specjalnej budki obserwacyjnej, żeby się oczywiście nie spłoszyły. Ach! To był wspaniały początek dnia!
Pan taksówkarz był tak miły, że czekał na nas ponad pół godziny, z wyłączonym taksometrem. Później podrzucił nas do naszego pierwszego przystanku z naszej listy Hop On. Jest nim
Creek Park
park rozrywkowy, w którym w zasadzie można spędzić cały dzień. Turystów raczej mało. Przyjeżdżają tutaj raczej miejscowi oraz wycieczki szkolne. Olbrzymia powierzchnia parku i różnego rodzaju rozrywki dla dzieci. Jest kolejka linowa z której ponoć jest piękny widok, niestety w momencie kiedy tam byliśmy była nieczynna. Myślę, że dla rodziny z dziećmi może to być interesujące miejsce, dla nas nie szczególnie, robimy kilka fotek z widokiem na rzekę Creek i udajemy się na przystanek naszego autobusu.
Naszym Big Busem docieramy do
Al Fahidi Port (Dubai Museum)
W autobusie na samym początku dostajemy słuchawki i w trakcie przemieszczania się z jednego punktu do drugiego możemy co nie co posłuchać o danym miejscu. Zwiedzając ciekawe ekspozycje Dubai Museum poznamy historię miasta, którego nagły rozkwit w latach 80. XX wieku do dziś nie przestaje zdumiewać. Ciekawy jest sam budynek muzeum, wzniesiony w 1789 roku Al Fahidi Fort. Najprawdopodobniej jest to najstarszy obiekt w całym mieście. Strategiczne usytuowanie na skraju Starego Miasta oraz potężna konstrukcja z trzema wieżami i wysokim murem wskazują, że fort pełnił funkcje obronne. Przez cały XIX wiek Al Fahidi stanowił rezydencję szejków, służącą aktualnie rządzącej rodzinie. Muzeum Dubaju działa tutaj od 1971 roku. W budynkach muzeum rozplanowano kilka dużych pomieszczeń, w których przygotowano wystawy obrazujące tradycyjne życie mieszkańców Dubaju. Można tu zobaczyć klasyczny suk (targowisko) z lat 50., w którym działały niegdyś stoiska spożywcze, sprzedawano różnorodne przyprawy i tekstylia. Stworzono tu również rekonstrukcję tradycyjnej islamskiej szkoły i dawnych obozowisk koczowniczych. Osobną salę zajmują znaleziska archeologiczne wydobyte w trakcie prac w Dżumejrze i Al Qusais. Jedna z wystaw nawiązuje do perłopławów i rybołówstwa; tymi zajęciami trudnili się mieszkańcy Dubaju przed odkryciem ropy naftowej. Na dziedzińcu można obejrzeć kilka zabytkowych łódek, używanych niegdyś przez miejscowych rybaków.
Old Souk
– to kolejny punkt, który znajduje się na mapie Big Busa. Przebiegliśmy go w zastraszająco szybkim tempie Nie to żebyśmy się spieszyli czy coś, ale tak natarczywych sprzedawców to nawet w Egipcie nie spotkałam. Nie było szans się gdzieś zatrzymać i zawiesić na czymś oko, bo od razu wieszano coś na nas, albo chustkę, albo szalik, albo inne badziewie, które idealnie miało się komponować z naszym kolorem włosów, karnacja albo szminką na ustach. Nie lubię takiej natarczywej sprzedaży stąd nasza wizyta trwała tam całe 10 minut.
Bastakiya
to dzielnica Dubaju, która pierwotnie powstała w około 1890 roku, zbudowana przez irańskich kupców i rzemieślników, którzy handlowali na pobliskim targowisku obecnie znanym jako Meena Bazaar. Na kompleks składa się sześćdziesiąt budynków, wszystkie odrestaurowane, w których teraz mieszczą się niezależne galerie sztuki, muzea (np. filatelistyki, monet), restauracje, kawiarnie i malutkie, prywatne hotele oraz pokoje gościnne. W cieniu zimnych murów kupieckich domostw można nie tylko schować się przed prażącym słońcem, ale przede wszystkim zaczerpnąć sporą dawkę historii na temat tego jak wyglądał Dubaj 50 lat temu. Panuje tam tam cisza i spokój. Nie ma w bezpośrednim sąsiedztwie targów, nie ma więc handlarzy gorąco (a często niemal nachalnie) namawiających do kupna ich towarów. Przede wszystkim jednak, nie ma tam pośpiechu. I bardzo dobrze, bo żeby w pełni poczuć atmosferę tego miejsca, trzeba się na chwilę zatrzymać. Fotek tam nie robiliśmy, bo generalnie miejsce bardziej do pogłębienia wiedzy, niż fotografowania.
Heritage Village
– to nic innego jak skansen w Dubaju. Położony jest u samego wejścia do zatoki Dubai Creek. Miejsce to jest szczególnie warte odwiedzenia popołudniową i wieczorowa porą w okresie zimowym (wiosennym też), kiedy muzeum ożywa wypełnione dźwiękami i zapachami towarzyszącymi tradycyjnym, beduińskim zajęciom. Wtedy można podejrzeć (i spróbować!) jak ubrane w tradycyjną burkę (maskę w kształcie sokoła) kobiety przygotowują lokalne potrawy (przede wszystkim kilka odmian beduińskiego chleba oraz ligamat – typowy dla regionu deser, przypominający małe pączki) i tkają kosze z liści palmy. Można zobaczyć, jak mężczyźni obrabiają metal albo oczyszczają małże. Niestety my byliśmy za wcześnie. Tak więc planując zwiedzanie należałoby tę atrakcję zostawić sobie na późniejszą cześć dnia.
Spice Souk
– Najpierw uderza w nas armia zapachów. Słodkie i cierpkie aromaty mieszają się ze sobą splatając w wonną opowieść o Dubaju i jego portowej historii, pisanej przez indyjskich i perskich kupców, którzy przybywali drewnianymi kutrami wypełnionymi przyprawami orientu. A może to dźwięk dosięga nas pierwszy? Stukot koszy wypełnionych dobrami, które sprzedawcy muszą ciągle przestawiać, by z najgłębszych zakamarków swoich ciasnych sklepików wydobyć towar „specjalnie dla nas”. Grzechot drobinek wyschniętej żywicy. Szczęk metalowych dzbanków o wyciągniętej, smukłej szyjce i wygiętym dziobku, zwanych dallah, służących do podawania lokalnej gahwah, kawy przyrządzanej z zielonych jeszcze ziaren. Turkot wózków, którymi tragarze mozolnie dowożą zapasy artykułów z nieopodal zakotwiczonych łodzi. Cokolwiek by to nie było, zapachy i dźwięki przenoszą nas w czasie do lat 40′ XX wieku, albo jeszcze wcześniej, kiedy Dubaj żył z pereł, połowów i handlu.Tutaj można kupić shishę, znaleźć orientalne aromaty, albo świeżą wanilię w bardzo dobrej cenie.
Dhow Cruise
– W cenie biletów na Big Busa mamy bezpłatny rejs po rzece Creek. Udajemy się zatem do punku wypłynięcia i o 16:30 startujemy w godzinny rejs. Pora celowo wybrana. Przy zachodzącym słońcu Stary Dubaj wygląda nieziemsko, niemal jakby skąpany w złocie. Bardzo przyjemny rejs. Nawet jeśli nie podróżujecie Big Busem to polecam zrobić sobie taki rejsik. Na prawdę fajny klimacik, jak dla mnie chyba najfajniejsza część dnia. Zalecam zabrać coś z długim rękawem, bo jak słonko zajdzie to na rzece dość chłodno.
Na koniec celowo zostawiamy sobie targ złota czyli
Gold Souk
Podobno najfajniejszy klimat jest właśnie wieczorem stąd ominęliśmy go i potem wróciliśmy jak już się ściemniało. Co prawda nic nie kupiliśmy, bo po pierwsze ja nie noszę tego typu ozdóbek, a po drugie przypuszczam, że i tak nie byłoby mnie tam na nic stać. Zobaczcie zresztą sami, kupując taki naszyjnik jedno jest pewne, nie potrzebujemy już bluzki 🙂 Za to daliśmy się wciągnąć do pewnej ciemnej uliczki. A było to tak. Kiedy wyszliśmy z budynku targu podszedł do nas jeden sprzedawca oferują piękne torebki w okazyjnej cenie, co akurat mnie zainteresowało, bo szukałam jakiejś fajnej, więc ciągnę Marcela. Najpierw weszliśmy w jakaś ciemną uliczkę, Marcel już mnie ciągnie za rękaw, żebyśmy wracali, ale uspakajam go bez przesady. Idziemy dalej, wchodzimy do jakiejś opustoszałej kamienicy, tuta i ja sama się zawahałam, no ale przecież nie będziemy się teraz wracać. Gość wsadza nas do windy, która mam wrażanie za zaraz się zatnie i już z niej nie wyjdziemy. Czuje jak Marcela wzrok wypala mi dziurę w bluzce, ale uśmiecham się do pana nie dając poznać po sobie, że mnie też strach obleciał. Dotarliśmy na 3 piętro, tam drzwi otworzył nam kolega, który nas przejął, a owy sprzedawca pojechał windą na dół. Wchodzimy do pomieszczenia pełnego papierów i rozrzuconych opakowań, słyszę jak kolega zamknął za nami drzwi na klucz. W tym momencie już sama pękłam, w takim tempie przejrzałam wszystkie torebki, że nie pamiętam zupełnie co tam było. W 3 sekundy stwierdziłam, że nic mi się nie podoba i jeszcze szybciej postanowiłam stamtąd wyjść. Udało się. Żyjemy. Aczkolwiek, nie był to najlepszy pomysł. Nie muszę mówić jak mi się po uszach oberwało od Marcela.
Z Gold Souk bierzemy taksówkę i jedziemy do Dubai Mall, bo mamy tam spotkanie z naszymi znajomymi, który od kilku lat mieszkają w Dubaju. Podjeżdżają po nas wypasioną bryką, ale tam wszyscy takimi jeżdżą więc jakoś nas to nie zdziwiło. Jedziemy razem najpierw na kolacje do armeńskiej restauracji Mayring, którą jak najbardziej mogę polecić, bo jedzonko było pyszne, szczególnie chlebek z hummusem…mniaaam! Potem robimy z nimi rundkę po Dubaju docierając do Atlantisa. Tam przy takiej sobie Pina Coladzie siedzimy do prawie drugiej w nocy rozprawiając o życiu w Dubaju, ale o tym napiszę wam kiedy indziej, bo to materiał na całego posta. To był mega dłuuuugi dzień. Padamy na mordki. Kto doczytał ręka do góry? 🙂
Informacje praktyczne:Bilety dwudniowe na BIG BUSA- 68AED od os, do nabycie tutaj:KLIKTrasa Big Busa –KLIKTaxówka: Golden Sands – Ras Al Khor – Creek Park – 35AEDBilet wstepu do Creek Park – 5AED od os Wstęp Dubai Museum – 1AED – jeśli macie bilety na BIG Busa to bilet jest w cenie i dostaniecie go od kierowcy autobsuLunch w Al Areesh – 114 AED za 2 osoby Taxówka – Gold Souq – Dubai Mall – 15AED Kolacja w restauracji Mayring – 160AED za 2 osoby
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Dubaj.
Dziś program trochę mniej napięty, więc odsypiamy najpierw wczorajszy dzień. Ledwo łapiemy się na sniadanie, bo dośc późno wygramoliliśmy się z pokoju, no i ruszamy w drogę. Plan na dziś to niebieska trasa Big Busa, którą zaczynamy przy meczecie
Jumeirah Mosque
Jest to jedyny meczet w Dubaju, do którego wpuszczają turystów. Oczywiście należy pamiętać o stosownym ubraniu zakrywającym kolana i ramiona.Niestety pocałowaliśmy klamkę. Okazało się, że meczet otwarty jest dla turystów tylko w soboty, niedziele, wtorki i czwartki raz dziennie o godzinie 10:00, a my już byliśmy dużo późnieji. Na zwiedzanie trzeba przeznaczyć około półtorej godziny. Tak więc pstryknęlismy fotkę z zewnątrz i pobiegliśmy na Big Busa, który właśnie podjechał na przystanek.
Drugi przystanek to
Mercato Mall.
W sumie to nie wiem czemu tutaj wysiedliśmy, bo było to po prostu centrum handlowe. Jesli ktoś lubi zwiedzać na wakacjach takie miejsca, to jak nabardziej można się zatrzymać, ale jeśli nie macie zamiaru robić żadnych zakupów, to można sobie spokojnie ten przystanek ominąć i jechać dalej. No ale skoro już wysiedliśmy na przystaku, to posiedzieliśmy trochę w klimatyzowanym centrum. Ogólnie to żar lał się z nieba, a powiedzmy, że byliśmy już ichniejszą zimą. Wolę sobie nie wyobrażać, jak gorąco musi być tam latem. Podczas naszego pobytu na początku grudnia temperatura codziennie ok 30 stopni. Po pstryknięciu kilku fotek w centrum handlowym idziemy znowu na przystanego Big Busa. Tym razem uciekł nam i musieliśmy ok 15 minut czekać na następny. Na szczęście czekanie na przystanku, to sama przyjemność. Wyobraźcie sobie, że przystanki są zamykane, klimatyzowane i niewiarygodnie czyste. Na ścianie wisi kartka z godzinami, o której przystanek był sprzątany. Czemu wszędzie na świecie tak nie jest?
Kolejny przystanek to
Jumeirah Beach Park.
Przy wejściu pani w okienku kasuje nas za wejście 5AED i w sumie do tej pory nie wiem za co zapłaciliśmy. Weszliśmy na teren parku i w zasadzie w 5 minut go obeszliśmy. I nawet nie było czemu zdjęć robić. Za parkiem niby była plaża, ale zamknięta, jak nam pan powiedział w renowacji jest. Planowane otwarcie za dwa lata (?). Aż się boje, co oni tam wymyślą. No nic, rozczarowani kupiliśmy butelkę wody i czekamy znowu na nasz autobus. W sumie, to dobrze wiedzieć, że w autobusach znajdują się lodówki, a w niej niegazowana woda butelkowana, którą mamy w cenie biletu i możemy sobie za każdym razem jak wsiadamy lub wysiadamy wziąć. My odkryliśmy to dopiero w ostatniej chwili, więc nie skorzystaliśmy.
Docieramy wreszcie do
Jumeirach Public Beach
czyli do plaży publicznej znajdującej się w okolicach
Al Burj Arab
. Rozkładamy się na piasku i robimy sobie mały odpoczynek. Szczerze mówiąc to siedmiogwaiazdkowy hotel w kształcie żagla nieco mnie rozczarował. Spodziwałam się jakiegoś większego wow. A on taki mały, niepozorny. Oczywiście na jego teren nie można wejść. Jedynie goście hotelowi oraz osoby które wykupiły lunch, lub kolację mogą go podziwiać z wewnątrz. Nawet zastanawialiśmy się nad wykupieniem takiego lunchu, ale powiem, że cena 350AED od osoby średnio do nas przemawiała. To najtańsza opcja, bo restauracji jest kilka i ceny bardzo różne. A te restauracje nawet żadnej gwiazdki nie mają i czytałam opinie, że jedzenie jak za tę cenę na kolana nie powala tak więc ograniczyliśmy się do podziwiania żagla z zewnątrz.
A wiecie czym jeździ policja w Dubaju? Ferrari FF, Chevroletem Camaro, Lamborghini Aventador, Aston Martin One-77, Bentley Continental GT albo Bugatti Veyron 🙂 Tak więc dogonią każdego 🙂 A skoro już o policji mowa, to przypominało mi się coś o czym należy pamiętać będąc w Dubaju. Trzeba uważać na publiczne okazywanie sobie uczuć. Nie ukrywam, że przed wyjazdem dość mocno mnie ta kwestia zaniepokoiła, bo my już tak mamy, że okazywania uczuć, a tym bardziej na wakacjach sobie nie szczędziliśmy, więc musieliśmy się mocno pilnować. I nawet całkiem dobrze nam szło, aż do momentu, kiedy to szliśmy sobie ulicą i jakoś tak z radości i zapomnienia zawisnęłam na Marcelu i dałam mu buziaka. Wyobraźcie sobie, że przejeżdżający wówczas obok nas taksówkarz najpierw zatrąbił tak, że o mało z butów nie wyskoczyłam, potem zaczął krzyczeć, że takie gesty mogą nas kosztować 3 dni w więzieniu, a odjeżdżając pogroził nam palcem. W lekkim szoku byliśmy. Nie wiedzieliśmy czy się śmiać czy płakać. W efekcie końcowym zaczęliśmy sobie żartować, że może to nie byłby taki głupi pomysł. Najpierw zgarnęła by nas policja jakimś wypasionym Ferrari, a potem wsadzili by nas do celi wysadzanej złotem, kto wie 🙂 Tak więc pamiętajcie, żeby w krajach arabskich uważać w tych sprawach. Choć, jak później rozmawialiśmy z naszymi Dubajskimi znajomymi, powiedzieli, że oni często dają sobie buziaka w miejscu publicznym i chyba mieliśmy wyjątkowego pecha.
Souk Madinat Jumeirach
to kolejny punkt naszego dzisiejszego programu. Bardzo fajna miejscówka na odpoczynek i przerwę w zwiedzaniu. To takie tradycyjny targ, tyko na wyższym poziomie niż ten w Old Dubai. Nikt nikogo nie zaczepia, nie wciska niczego na siłe, nie wiesza szlików na szyji. Można swobodnie pooglądać, porobić zdjęcia, cicho, spokojnie, nie ma tłumów. Do tego przepiękna architektura i dużo restauracji. My co prawda najlepiej nie trafiliśmy, ale chcieliśmy zjeść na zewnątrz, w restauracji z widokiem na coś w rodzaju kanału, po który pływają sobie łódeczki.
Z Madinatu udajemy się z powrotem na plażę przy
Al Bujr Arab
żeby zobaczyć zachód słońca. Tym razem stwierdziliśmy, że ponieważ czasu mamy całkiem sporo, to się przejdziemy. Przecież to tuż za rogiem. Za tym rogiem wyglądało tak, że slziśmy chyba z pół godziny. Zachód miał być piękny i spektakularny, ale nie wiem czy ze złej strony byliśmy czy jak, ale dla mnie nic niezwykłego tam nie było. A ponieważ zaczynało się robić chłodno, więc cyknęliśmy kilka fotek i zebralismy się stamtąd dość szybko.
Podjechaliśmy z powrotem Big Busem pod Madinat, bo chciałam jeszcze zrobić kilka fotek o zmroku, ale niestety w tym dniu odbywał się tam festiwal filmowy i już nas nie wpuścili na teren Madinatu. Złapaliśmy więc pierwszą lepszą oznaczoną taxówkę i poprosiliśmy pana żeby zabrał nas w jakiś fajny punkt widokowy, gdzie możemy zrobić fajne fotki nocą. Generalnie, wydawało by się, że w Dubaju w każdym miejscu można zrobić fajne foty, ale wcale tak nie jest. Dubaj jest olbrzymi, a punktów widokowych na drapacze raptem kilka. Jeśli się ich nie zna i nie wie dokąd jechać, to generalnie można być tydzień w Dubaju i wrócić bez tych pięknych fotek, które wszędzie widzimy. Mieliśmy to szczęście, że kierowca faktycznie wiedział gdzie nas zabrać, pojechaliśmy na Palmę. Z ostatniego liścia mamy widok na Dubai Marina! Bosko! Tego potrzebowałam 🙂
Kierowca bardzo sympatyczny poczekał na nas, niestety tym razem z włączonym taxometrem, ale za postój to jakieś grosze nalicza, więc no problem. Potem zabiera nas jeszcze w jedno miejsce z widokiem na Bujr Khalifa, ale tam generalnie dość niebezpiecznie. Bo zatrzymał sie normalnie na tej 6 pasmowej ulicy i kazał nam robić fotki. Zrobiliśmy dwie i uciekliśmy, bo jak dla nas trochę niebezpieczne to było. Na koniec podrzucił nas do Burjuman, tam poszliśmy coś zjeść, bo zgłodnieliśmy. I tak minął nam kolejny dzien 🙂
Informacje praktyczne:Taxi – Golden Sands – Jumeirah Mosque – 15AEDJumeirah Mosque – można zwiedzać w soboty, niedziele, wtorki i czwartki o 10:00.Jumeirah Beach Park – wstęp 5 AED Sniadanie/Lunch w Al Bujr Arab w najtańszej restauracji – od 350AED KLIKLunch w Toscana Madinat Jumeirah – 180AED za 2 os Taxowka Madinat – Palma – Bussines Bay – Burjuman – 180AED
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Dubaj.
Dziś w planach mamy tylko Safari, które rozpoczyna się dopiero po południu, tak więc możemy się wyspać do woli, a nawet poopalać przy naszym przyhotelowym baseniku. Właśnie, chyba jeszcze nic nie pisałam o naszym hotelu. Hotel Golden Sands
to raczej niskobudżetowy hotel. Relacja ceny do jakości jest bardzo w porządku. Nie ma jakichś fajerwerków, o przepychu tez można zapomnieć, ale jest czysto i wygodnie. Klima działa. Sejf był bezpłatny. Pokój był codziennie sprzątany, ręczniki wymieniane. Położenie jest ok, aczkolwiek na mapie wydawało się, że będzie bliżej metra. Śniadania były jak na cenę hotelu bardzo przyzwoite. Duży wybór ciepłych dań, codziennie się zmieniały. Dużo owoców. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że Golden Sands ma kilkanaście budynków, jedne są starsze, inne nowsze, tak więc i standard może być różny.
Wycieczkę na Dunne Dinner Safari wykupiliśmy w biurze przy naszym hotelu. Była tańsza niż ta oferowana przez sprzedających na ulicy czy przez rezydenta. Ponieważ mieliśmy sporo czasu poszliśmy do sklepu zaopatrzyć się w jedzenie i picie na drogę. Przed Safari nie powinno się jeść, więc wzięliśmy jedzonko ze sobą. Tutaj nawet zwykły market w taniej dzielnicy robi wrażenie. Wszystko tak pięknie poukładane, jabłka, pomarańcze w piramidy. Wszystkie warzywa i owoce takie piękne i świeże, że same do koszyka wskakują. Nie wspominając o szerokim wyborze asortymentu. Ceny już mniej przyjazne. Z hotelu odebrano nas punktualnie o 14:30. Jeepem jechaliśmy najpierw około pół godziny do miejsca startu. Tam był przystanek na sprawdzenie opon oraz tradycyjnie zakupienie pamiątek. Niemal wszyscy kupowali arafatki 🙂 W sumie w samochodzie była nas 6 plus kierowca.Przejażdżka zaczyna się dość niewinnie, ale im dalej zapuszczamy się w góry piachu, tym zaczyna być zabawniej, a czasami nawet wcale nie do śmiechu. Zrzuca na wszystkie strony, wnętrzności podchodzą do gardła, faktycznie dobrze, że nie jedliśmy lunchu, bo mogło być nie ciekawie. Po jakiejś godzinie szaleństw po wydmach, zatrzymujemy się na zrobienie fotek. Odetchnęłam z ulgą.
Jedziemy dalej w stronę beduińskiej oazy. Na szczęście już trochę wolniej. Przy oazie stoją dwa wielbłądy. Dla chętnych przejażdżka w cenie biletu. Ja raz w życiu na wielbłądzie jeździłam w Egipcie i dziękuję bardzo. Szczególnie traumatycznie wspominam wchodzenie i schodzenie z nich. Udajemy się do oazy. Szukamy jakiegoś przyjemnego stolika z fajnym widokiem na scenę, na której ma się odbywać wieczorem pokaz tańca. Do naszego stolika dosiada się w pewnym momencie dwóch Pakistańczyków. Takich wiecie, z brodami, powiedziałabym nawet trochę groźnie wyglądających. Pewno gdybym była tam sama, to już bym się rozglądała za jakimś innym stolikiem, ale Marcel zaczął coś tam do nich zagadywać. Okazało się, że to wujek z bratankiem. Bratanek pracuje w Dubaju na lotnisku, a wujek jest w tymczasowych odwiedzinach. Na co dzień pracuje w Arabii Saudyjskiej jako inżynier od mostów. Oczywiście zasypaliśmy ich całym tysiącem pytań odnośnie życia w Pakistanie, ich religii, kultury, tego jak to wszystko wygląda w rzeczywistości. Tak nam się rozmowa ciekawie toczyła, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy nam wieczór minął. Nawet skusiłam się pierwszą w życiu sziszę 🙂 Taką fajną, truskawkową 🙂 Pod koniec rozmowy zapytali nas co robimy jutro. Jedziemy do Abu Dhabi. Poważnie my też. A czym jedziecie. No jeszcze nie wiemy, albo taxówką, albo autobusem. To może chcecie się zabrać z nami? Mój bratanek ma samochód, możemy jechać w czwórkę. Wymieniliśmy z Marcelem porozumiewawcze spojrzenie. No to super! Jedziemy z wami! I tym oto sposobem mamy darmowy transport do Abhu Dhabi, który nie ukrywam spędzał mi trochę sen z powiek.
Informacje praktyczne:– ceny w sklepie spożywczym Spinneys w Dubaju na poziomie europejskim, albo nawet ciut wyższym (sałatka +mandarynki+banany+pistacje+ciastka+woda min = 57AED)– cena safari wykupionego w hotelu – 170 AED– na Safari zabrać ciepłe ubrania, bo wieczorem robi się zimno
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Dubaj.
Dziś postanowiliśmy udać się do
Dubai Marina
na cały dzień. Wczoraj oglądaliśmy ją tylko nocą i to z bardzo daleka, a dziś przyjrzymy się jej z bliska. W tym celu idziemy na stację metra i w kasie prosimy o bilet retour do Dubai Marina. Metro w Dubaju jest naziemne i jest sterowane automatycznie. Tzn nie ma maszynisty. Należy pamiętać, że pierwszy przedział jest tylko dla kobiet (tych, które nie chcą podróżować razem z mężczyznami), a dopiero kolejne dla obu płci. O miejscach siedzących można zapomnieć, gdyż metro pęka w szfach. Podróżują nim głównie Pakistańczycy oraz ludność innych narodowości. Rasowego Dubajczyka raczej ciężko w nim zobaczyć. Docieramy do Marina Bay i zachwycamy się już od samego wyjścia z metra. Chyba dopiero teraz po praz pierwszy czujemy, że naprawdę jesteśmy w Dubaju.
Dubai Marina to całkowicie sztuczna zatoka, o długości 3 km, która w chwili powstania była największą sztuczną mariną na świecie, w tym momencie musiała ustąpić miejsca Marinie w Californi. Jest ona nie tylko efektownym kanałem, ale i sporą dzielnicą, po ukończeniu wszystkich budynków ma tutaj mieszkać ok 120 tysięcy osób. Wokół Mariny ciągnie się szeroki deptak usłany restauracjami ze wszystkich stron świata. Tak sobie drepcząc nie wiedzieliśmy czy podziwiać wieżowce, czy zacumowane przy brzegach jachty. W sezonie jest ich tam ponoć tyle, że nawet kajaka nie ma gdzie wepchnąć. O dziwo, kiedy my byliśmy było tam jeszcze całkiem spokojnie. Nawet mało turystów. Przycupnęliśmy w jednej z restauracji, żeby się posilić, miałam ogromną ochotę na chlebek z hummusem. Niestety nazwy nie pamiętam i mimo, że skrupulatnie zbierałam wszystkie paragony, to ten zniknął, nie ma, amba wcięła. Ale jedzonko było pyszne, poszliśmy tam też wieczorem na kolację i było jeszcze pyszniej! Jedyne co pamiętam, to że była to Egipska restauracja.
Po drugiej stronie Mariny, od strony morza, ciągnie się promenada zwana The Walk. Z jednej strony piękna, szeroka aleja ocieniona palmami, z drugiej-plaża i błękitna Zatoka Perska. To tutaj toczy się wieczorne i nocne życie. Około 300 różnych restauracji i kawiarni, najdroższe samochody jakie można sobie zamarzyć. Ale do tej części wrócimy jeszcze wieczorem. Póki co udajemy się na plażę. Rozkładamy się wygodnie i ładujemy akumulatorki. Plaża przy Marinie jest publiczna, więc każdy może z niej skorzystać. Woda niestety nie jest na tyle ciepła, żeby chciało mi się choć zamoczyć stopy. A takie oto widoczki za nami.
Leżąc na plaży zaobserwowaliśmy, że Arabowie nie mają tutaj większych problemów z wylewnym okazywaniem swojej sympatii i serdeczności względem swoich przyjaciół. Mówię tu o męsko-męskich przyjaźniach. Nie tylko witają się buziakiem w policzek, ale też bez żadnego skrępowania spacerują trzymając się za ręce. Na początku miałam dwuznaczne myśli, ale potem doczytałam gdzieś, że to normalne w ichniejszej kulturze.
Na plaży posiedzieliśmy aż do zachodu słońca, który na początku grudnia jest ok 17:30. Za chwilkę będzie się ściemniać, więc pora zbieramy się z plaży, żeby uchwycić najładniejsze kolory zatoki. Tutaj znowu przydaje się nam statyw, bez niego w Dubaju ani rusz. Natomiast dobrze wiedzieć, że ochrona w Dubaju nie przepada za fotografami ze statywami. Często nam nie pozwalali robić zdjęć. Nie mam pojęcia czym to jest spowodowane. Być może mają swoich fotografów, którym pozwalają zarabiać na zdjęciach. Być może boją się, ze ktoś będzie te zdjęcia potem sprzedawał. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia o co chodzi, ale bądźcie przygotowani na to, że czasami mogą do was podejść strażnicy i poprosić o nieużywanie statywu. Natomiast robią to bardzo grzecznie, więc nie ma problemu. Kiedy tak sobie czekaliśmy na zmrok, do naszego punktu widokowego dołączył się jeszcze jeden fotograf, jak się okazało z Pakistanu. Bardzo sympatyczny chłopak, który zajmuje się fotografią na co dzień, a w Dubaju przebywa służbowo. Oczywiście tematów do pogawędki nam nie brakowało, więc sobie fociliśmy i gaworzyliśmy, przemieszczając się od czasu do czasu. A oto efekty:
Marina obfocona, no to stwierdziliśmy, że idziemy jeszcze raz na plażę i spróbujemy złapać widok z tamtej strony. Chyba nie ma nic piękniejszego w nocnej fotografii jak odbijające się w wodzie wszystkie kolory tęczy. To co najbardziej spodobało nam się w Dubaju nocą, to to że budynki oświetlone są różnymi kolorami. Nie tylko zwykłym, żółtym światłem, ale też zielonym, niebieskim, czerwonym czy fioletowym. To nadaje zdjęciom tego czegoś, czego nie znajdziemy w europejskich miastach. Bo tutaj w zasadzie dominującym, jak nie jedynym kolorem jest właśnie żółty.
Żegnamy się z naszym towarzyszem, z którym oczywiście wymieniliśmy się danymi na FB i mamy do tej pory kontakt. Nawet dostaliśmy od niego zaproszenie do Pakistanu 🙂 ale chyba póki co nie mamy odwagi skorzystać 🙂 ale może kiedyś, kto wie 🙂 Tymczasem już jesteśmy umówieni z naszymi Dubajskimi znajomymi, idziemy razem najpierw na kolację i tutaj korzystamy z tej samej restauracji co w porze lunchu, bo jedzonko nam bardzo zasmakowało, do tego trafiliśmy na wyjątkowo miłego kelnera. Po kolacji jeszcze spacer wzdłuż Marina Walk. Podoba mi się tutaj, nawet bardzo!
Wracając do hotelu taksówka, bo ostatnie metro nam oczywiście zwiało, doświadczyliśmy kolejnego nowoczesnego wynalazku Dubajskiego, chodzi mianowicie o system opłat za autostrady. Na Sheikh Zayed Road jest takie coś, co nazywa się Salik. Jest to system płacenia za przejazd autostradą. Po arabsku oznacza to “otwarty i prosty”. I taki on też jest. Opiera się na szeregu bram nad drogą, które wyglądają jak np bramka z drogowskazami. Na nich umieszczone są skanery, które rejestrują i identyfikują przejeżdżające pojazdy na podstawie specjalnych chipów przyklejanych na przednią szybę. Każde auto ma swój indywidualny numer i przypisane do niego konto. Za każdy przejazd pobierana jest opłata w wysokości 5AED. Konto działa na zasadzie pre-paid, ale jeśli zapominalski zapomni je uzupełnić, musi wpłacić środki w przeciągu 5 dni. Inaczej naliczona będzie karna opłata. Dzięki takiemu systemowi nie ma spowolnienia ruchu przez zatrzymywanie się na bramkach do opłaty za przejazd. Prawda, że genialne?
Informacje praktyczne:Bilety na metro – Al Fahidi -z przesiadką w Burjuman Station – Marina Bay – 14AED retour od osMapa Metra w Dubaju – KLIKW cenie biletu BIG Busa jest też bilet na jednorazowy przejazd łodzią RTA po Marina Dubai. Taksówka – Dubai Maria – Hotel Golden Sands – 80AED
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Dubaj.
Piąty dzień w Dubaju zapowiadał się bardzo ekscytująco! Chyba jesteśmy jednymi z nielicznych podróżujących, którzy będąc w tym mieście tydzień, dopiero piątego dnia udają się do największych atrakcji 🙂 Tak jakoś wyszło, trochę przypadkiem, trochę celowo. Generalnie planując pobyt w Dubaju starałam się robić tak, żeby nie jeździć dwa razy w te same miejsca. Po pierwsze oszczędność czasu, po drugie pieniędzy, bo jak wiadomo odległości są tam spore, a taksówki wcale nie takie tanie jakby się wydawało. O tym, że dopiero dziś dotarliśmy do Dubaj Mall, który skupia jedne z największych atrakcji, zadecydowały bilety na Bujr Khalifa, które zakupiliśmy dwa tygodnie przed wylotem i po prostu na wcześniejsze dni były już wykupione, ale o tym wspomnę jeszcze za chwilkę. Tak wiec docieramy do Dubaj Mall, czyli największego centrum handlowego Dubaju, w którym można spędzić spokojnie cały dzień, jeśli tylko oczywiście mamy na to ochotę. Centrum skupia pod jednym dachem 1200 sklepów i restauracji. Jest czynne codziennie od 10:00 do 24:00. Spacerując mijamy co chwilę Dubajczyków obładowanych samymi markowy torbami. Chanel, Dior, Versace, LV itd. Jedno co mnie zastanawia do tej pory, to kiedy i gdzie zakładają oni te ciuchy, skoro cały czas chodzą w burkach i dishdashah.
Po krótkim spacerze dochodzimy do największego na świecie akwarium, w którym znajduje się 10 milionów litrów wody. Powierzchnia akwarium jest zdumiewająca i robi naprawdę wrażenie. W akwarium można zobaczyć nie tylko płaszczki i rekiny, ale także nurków w kojach, czy pływające po powierzchni łodzie z przeszklonym dnem. Taką łódką można sobie za dodatkową opłatą popływać. Osobiście nie skorzystaliśmy, ale myślę, że dla dzieciaków może to być spora frajda. Samo akwarium, można podziwiać za darmo, z centrum handlowego, nie wolno jednak podchodzić do samej szyby. Ta jest oddzielona specjalnym sznurem i poza niego można wejść tylko wtedy jeśli mamy bilety. Akwarium można też podziwiać z drugiego pietra, jakby trochę od tyłu, też za darmo. Tak więc można sobie najpierw obejrzeć akwarium od strony centrum i dopiero wtedy zdecydować czy chce się kupować bilet czy nie, bo jedyna przyjemność z biletu to spacer w (na moje oko) 20 metrowym tunelu.
Przy wejściu do tunelu strzelają nam sweet focię, a przy wyjściu czeka ona już na nas pięknie wydrukowana. Oczywiście jest to fotomontaż, bo znalezienie się samemu w tym tunelu graniczy z cudem. Generalnie nie mamy w zwyczaju kupować takich fotek, tym bardziej, że pierwsza cena jaką pani rzuciła było 280 AED! W skórzanej oprawce, do tego kubek do herbaty w gratisie 🙂 Oczywiście podziękowaliśmy, ale pani nie ustępowała. Za 200AED sprzeda nam bez kubka. Idziemy dalej, ona za nami. Za 150AED w plastikowej oprawce. Nadal dziękujemy. No to za 100AED samo zdjęcie bez niczego. Ciekawa byłam do ilu pani jest w stanie zejść więc rzuciłam z głupia cenę 20AED, popatrzyła na mnie i zaproponowała 50AED. Skoro tyle pracy w to włożyła, to wzięliśmy to zdjęcie i daliśmy później teściom na pamiątkę 🙂 W końcu mamy deficyt wspólnych zdjęć 🙂 Tak więc jeśli znajdziecie się w akwarium i będziecie chcieli kupić zdjęcie, to udawajcie jakbyście nie chcieli i pamiętajcie, że można z 280AED zejść do 50AED 🙂
Ponieważ bilet do akwarium zawiera również wejście do Underwater Zoo, stwierdziliśmy, że zobaczymy co tam mają. Ja trochę niechętnie, bo jakoś nie przepadam za jakimkolwiek Zoo, ale Marcel nalegał więc poszliśmy. Jak dla mnie było kiepsko, zimno i kiczowato. Pełno jakichś sztucznych kwiatów, bluszczy i zieleniny. Rybki w akwarium średnio mnie kręcą, tak samo jak biedny zamknięty tam krokodyl. Ponoć największy na świecie. Oczywiście, jakżeby mogło być inaczej. W Dubaju wszystko musi być naj. Ogólnie to zoo, to nie dla mnie. Wolę zwierzątka na wolności. Tak samo to akwarium. Przerost formy nad treścią. Fakt, robi wrażenie, ale jakby się tak głębiej nad tym zastanowić, to…dochodzimy do wniosku, że świat zmierza w złym kierunku. Wszystko kręci się wokół kasy i to dużej kasy. Wiecie, że Dubaj zarabia więcej na turystach niż na ropie? Nie? No to już wiecie 🙂
Trochę mamy dość tego centrum więc idziemy na zewnątrz. Robimy sobie rundkę po okolicy. Podziwiamy nie tylko piękne wieżowce, ale także kobiety w burkach. Tak przy okazji taka ciekawostka podczytana na jednym z blogów. Nie wiem ile w tym prawdy, ale pozwoliłam sobie zacytować:
“Jak kobiety w Arabii Saudyjskiej obróciły na swoją pewną korzyść ograniczenia, jakie narzucili im mężczyźni.Otóż kobiety w Arabii Saudyjskiej nie mogą w zasadzie nic. Nie pracują, nie mogą prowadzić samochodów, bez ojca, brata, męża (czyli pana) nie znaczą wiele. Do tego zgodnie z nakazem skromności muszą zasłaniać swoje ciało i twarz. A jak mogą to wykorzystać? Sprawa wątpliwe moralnie, ale widziana z dystansu dość zabawna. Otóż kobiety kradną. Bezczelnie i bezkarnie. Wchodzą do sklepu, wynoszą, co chcą i wychodzą nie zatrzymane przez nikogo. Po pierwsze, obcy mężczyzna nie może dotknąć kobiety-ochrona sklepu może co najwyżej rozdziawić usta ze zdziwienia i oburzenia, ale ma związane ręce. Panie nie pracują, zatem odpada pomysł na damską ochronę. Kobieta zatem spokojnie może wyjść ze sklepu z łupem. Kamery sklepowe? Żaden problem, mają na nagraniu postać zasłonietą od stóp po czubek głowy tak, że nawet ciężko powiedzieć, czy jest otyła, czy chuda, nie mówiąc o tym, jak wygląda. Mogą sobie zatem oglądać nagranie do upadłego-jest bezużyteczne. Tak sobie zatem czasem panie radzą. Potępiam, bo kradzież z chciwości jest zła, ale chciałam podzielić się ciekawostką kulturową. Swoją drogą, policja (jeśli są to mężczyźni, w innych krajach arabskich kobiety pracują) zatrzymując kobietę nie chwyta jej, tylko otacza wianuszkiem. Uniemożliwia ucieczkę, bez dotknięcia ręką.”
cytat z bloga: https://ameliaaindubai.wordpress.com/2013/10/29/jak-saudyjki-wykorzystuja-swoja-pozycje-spoleczna/
Spacerujemy, chłoniemy promienie słoneczka i podziwiamy. Jedno co mnie tam mocno zaskoczyło, to taki spokój. Na trawce przy Bujr Khalifa, jakieś dwie rodzinki z dziećmi. Jedna pani bawiąca się z psem i para jeżdżąca na jakimś dziwnym wynalazku. Do tego cudowna, uspakajająca muzyczka, która rozlega się dookoła. Można było sobie poleżeć i wyluzować się na maxa. Tak też zrobiliśmy, bo mieliśmy jeszcze sporo czasu do wejścia na Bujr Khalifa. Bilety na wjazd na najwyższy budynek na świecie kupiliśmy na dwa tygodnie przed wylotem. Przed zakupem biletów najlepiej sprawdzić o której zachodzi słońce w Dubaju w czasie kiedy tam będziecie. Mozna to sprawdzić np
Dzięki temu można kupić bilety na wieżę na taką godzinę, żeby popstrykać fotki w świetle dziennym, przy zachodzie słońca i po zmroku. Czyli musimy być na górze mniej więcej pół godziny przed zachodem i pół godziny po. Jest to jak najbardziej możliwe. Na stronie teoretycznie piszą, ze max czas przebywania jest 30 min, ale w praktyce nikt nie jest tego w stanie sprawdzić, tak więc jeśli ktoś ma ochotę, to może tam nawet pół dnia siedzieć. Problem jest tylko w tym, że ciężko zarezerwować bilety na tę godzinę. Nie wiem czy my mieliśmy pecha, czy zawsze tak jest, ale z dwutygodniowym wyprzedzeniem nie było już biletów. Tak więc jeśli wam na tym zależy, szczególnie tym co lubią tak jak my focić, to zalecam sprawdzanie dostępności biletów jak najwcześniej. Kupowanie biletów przez internet ma jeszcze jedną dużą zaletę. Bilety są trzy razy tańsze niż na miejscu.
Ponieważ na 16:30 i na 17:00 wszystkie bilety były wykupione (o 17:30 był zachód słońca) wzięliśmy na 17:30. Woleliśmy widok nocny niż za dnia, bo ten nocny jakoś bardziej mi się podobał. Z wydrukowanymi biletami idziemy najpierw do kasy, aby odebrać właściwy bilet. Trzeba liczyć się z tym, że będziemy musieli stać w kolejce. Szczególnie o tej porze, w ciągu dnia ponoć nie ma tłumów. Potem czeka nas kolejka to słynnej windy. Słynna, bo oczywiście najszybsza na świecie, porusza się 16m na sekundę. Ale nie bójcie się, nie czuć tego. Bałam się trochę tej prędkości, ale zupełnie się tego nie odczuwa. Kolejka do windy była na tyle duża, że od kontroli biletów, do znalezienia się na 124 pietrze, czyli na tarasie widokowym minęła dokładnie godzina. Czyli szybko licząc mimo, że kupiliśmy bilety na 17:30 na górze byliśmy godzinę później. Wniosek? Można spokojnie kupić bilety na 16:00 i wtedy zahaczamy o widok za dnia, przy zachodzie i nocą 🙂 Po co to piszę? No bo może tutaj trafi jakiś zapalony fotograf taki jak my, dla którego takie informacje okażą się bardzo cenne 🙂 No to jesteśmy na górze i podziwiamy 🙂
Czasami jednak zanim zaczniemy go podziwiać trochę czasu minie, bo okna widokowe zatkane są turystami. Takimi samymi jak my zresztą, aczkolwiek ze statywem byliśmy jedyni 🙂 Kiedy uda nam się dopchać do tej małej luki (ok 30 cm szpara pomiędzy taflami szkła) możemy się wreszcie oddać chwili i mojemu marzeniu, czyli sfotografowaniu Dubaju z najwyższej wieży na świecie 🙂 Na górze spędziliśmy ok godzinę. Fotki z kilku stron, plus czekaliśmy na pokaz fontann. Chcieliśmy go koniecznie zobaczyć i sfilmować z góry. Jednak odległość jest dość spora, i kilkudziesięciometrowe fontanny, przypominają małe zapałki. Ale oczywiście sam widok zapiera dech w piersiach i pozostaje na długo w pamięci. Oczywiście jeśli chcecie wyraźne fotki, zabierzcie statyw, nie niższy jak 180 cm, bo na takiej mniej więcej wysokości są szpary w taflach szkła. Do tego koniecznie szerokokątny obiektyw. My mieliśmy 24-70mm i zdecydowanie było za mało, żeby objąć to co widzieliśmy. I jak nie przepadam za fish eye to tutaj zdecydowanie bym go użyła. Do zjazdu znowu kolejka, można się domyślić, ze taka sama jak i do wyjazdu, więc kolejna godzinka z głowy. Tak więc na samą wieżę liczcie 3h. No chyba, że udacie się w ciągu dnia, to ponoć wszystko szybko i sprawnie idzie.
Po wrażeniach z wieży od razu kierujemy się w stronę tańczących fontann, które znajdują się Pomiędzy Bujr Khalifa i Dubaj Mall. Fontanny są największym tego typu obiektem na świecie. Mają aż 275 m. długości i potrafią wyrzucić na raz 83 000 litrów (!) wody na 150 m. w górę! Do ich podświetlenia użyto najnowocześniejszych lamp, których światło jest widoczne z odległości 20 km oraz z….kosmosu. A co tam – niech astronauci tez mają coś od życia 🙂 Pokaz odbywa się codziennie od godziny 18:00 aż do 23:30 w przerwach co pół godziny. Każdy pokaz trwa tyle co dany utwór, czyli ok 3 min. Możemy podziwiać je tyle razy ile mamy na to ochotę i to uwaga, całkiem za darmo! Niby widać je i słychać z każdego miejsca, w którym się stanie, ale… nie zawsze tak samo. Jest kilka dobrych miejscówek, szczególnie ważnych podczas filmowania. Pierwsza – zaraz po wyjściu z Dubai Mall przechodzimy przez mostek, skręcamy w prawo i zatrzymujemy się na łuku (tym sposobem jesteśmy po jego wewnętrznej stronie, co sprawia, że czujemy się jakbyśmy byli wewnątrz całego pokazu). Druga miejscówka (szczególnie dobra do nagrywania i robienia zdjęć), jest jakieś 10 m. na prawo od mostka (nie przechodzimy przez niego!). Miejsce zajęte, kamera ustawiona, czekamy. Ja normalnie z wypiekami na policzkach, jakby zaraz miało się wydarzyć coś wielkiego, niepowtarzalnego, wręcz majestatycznego. Ręce mi się normalnie pociły, a nogami przebierałam ze zniecierpliwienia jakby mi się co najmniej siku chciało. Niech już się zacznie, bo umrę tutaj ze zniecierpliwienia. Nagle dookoła gasną wszystkie światła, robi się cicho, słychać niemal jak każdy bierze głęboki oddech…i jest…”Baba Yetu” już sama melodia wywołuje u mnie skrajne emocje, a co dopiero w połączeniu z tańczącymi w rytm strumieniami fontanny…łzy szczęścia lecą, kapią na beton i rozbijają się na drobne części…dla takich chwil warto żyć, warto podróżować, warto zbierać grosz do grosza, żeby to przeżyć!
Film niestety nie naszego autorstwa, bo jeszcze nie zdążyłam zrobić porządku z naszymi filmikami. Moje wrażenie z pokazu? Nie skłamałabym gdybym powiedziała, że warto kupić bilet i pojechać do Dubaju na jeden dzień tylko po to, żeby go zobaczyć. Nie najdroższy hotel na świecie, nie największe akwarium, nie najwyższą wieżę, ale właśnie tańczące fontanny! Ja po prostu zaniemówiłam. Mimo, że już wcześniej w internecie je widziałam, to na żywo robią one 1000 razy większe wrażenie, którego nie da się ani opisać słowami, ani uwidocznić na zdjęciach, ani nawet na filmie. To po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy, usłyszeć a przede wszystkim poczuć na własnej skórze. Ja nawet teraz jak o tym piszę, to mam gęsia skórkę na całym ciele! To jest dla mnie numer jeden w Dubaju, najpiękniejszy i najwspanialszy pomysł. Nie wiem kto na niego wpadł, ale jak dla mnie zasługuje na nobla. Mogłabym tak stać w nieskończoność i czekać na kolejne pokazy zmieniając tylko miejsce. I tak też robiliśmy. Widzieliśmy pokaz myślę, że z 5 razy, potem jeszcze w ostatnim dniu 3 i nawet przez chwilę nie miałam dość. Najbardziej jednak chciałam zobaczyć pokaz do piosenki Baba Yetu. Kocham tę piosenkę, za każdym razem kiedy ją słyszę mam gęsią skórkę, ma taką moc, że mam wrażenie, że mogłabym góry przenosić. Tytuł Baba Yetu, przetłumaczony z języka suahili oznacza “Ojcze Nasz…” a cała piosenka, to śpiewana wersja modlitwy. I choć to afrykańska piosenka, to już na zawsze będzie mi się kojarzyć z Dubajem!
Po którymś z rzędu pokazie, postanowiliśmy wejść do restauracji która znajduje się na pierwszym piętrze Dubai Mall i z której jak się domyślam jest najfajniejszy widok na fontanny. Był to jakiś sushi bar. Niestety przy wejściu okazało się, że miejsca na balkonie są tylko dla osób zamawiających posiłek, sam soczek czy kawka nie wystarczy. Podziękowaliśmy zatem, bo byliśmy już po kolacji. Szkoda, bo balkon był pusty, mogli zarobić chociaż na dwóch sokach, a tak to nie zarobili nic. Teraz tak sobie pomyślałam, że można było to inaczej rozegrać. Można pójść tam 5 min przed pokazem, powiedzieć, że będziemy jeść, usiąść wygodnie na balkonie, ustawić kamerę na nagrywanie, zamówić coś do picia, wtedy pewno pokaz już się zacznie, zanim pani wróci z napojami i poprosi o zamówienie, pokaz się skończy a my zawsze możemy powiedzieć, że nie znaleźliśmy w karcie nic interesującego 🙂 Lol 🙂 Dopijamy soczek, płacimy i wychodzimy 🙂 Sprytnie wymyśliłam co nie? Szkoda, że nie od razu…No nic, jakby ktoś chciał fajną miejscóweczkę na nagrywanie filmu, to można spróbować.
Informacje praktyczne:Dubai Mall – czynny codziennie od 10:00 do 24:00Bilet do Dubai Aquarium & Underwater Zoo – 80AED – nie trzeba kupować biletów z wyprzedzeniem. Ceny na miejscu i w internecie są takie same.cytat z bloga: https://ameliaaindubai.wordpress.com/2013/10/29/jak-saudyjki-wykorzystuja-swoja-pozycje-spoleczna/ Bilety wstępu na Bujr Khalifa – przez interenet 125-200AED (w zależności od pory dnia) na miejscu 500AED (!) Można kupić tutaj: KLIKJak sprawdzić godzinę zachodu słońca w Dubaju – TUTAJ
Tańczące fontanny – bezpłatne – pokazy codziennie, pierwszy o 18:00 ostatni o 23:00. Pokaz trwa ok 3 min i odbyła się co pół godziny.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Dubaj.
No to jedziemy dziś do Abu Dhabi z naszymi nowymi znajomymi 🙂 Swoją drogą, to nie źle się nam upiekło, że poznaliśmy na Safari tych Pakistańczyków i nie dość, że mieli takie same plany jak my to jeszcze zechcieli nas ze sobą zabrać. Oczywiście wieczorem trochę nad tym dumaliśmy czy dobrze robimy jadąc z dwoma obcymi facetami tyle kilometrów, no ale jakoś tak wzbudzili nasze zaufanie, że w zasadzie szybko te wątpliwości rozwialiśmy. Pobudkę mieliśmy przed 6:00 bo o 6:30 umówiliśmy się, że podjadą po nas pod hotel. Byli punktualnie, nawet chyba przed czasem. Do Abu Dhabi mieliśmy jakieś półtorej godzinki. Na szczęście wcześnie rano nie było żadnych korków więc jechało się szybko i przyjemnie. Zatrzymaliśmy się tylko raz na tankowanie i kawę, którą wyobraźcie sobie nam postawili. Dziwne uczucie, kiedy obcy ludzie nie dość, że biorą cię na własny koszt w podróż to jeszcze nie pozwalają ci zapłacić za kawę. Zaraz po 9:00 docieramy do meczetu Sheikh Zayed Grand Mosque. Żeby uniknąć zakładania abayi, specjalnie na tę okazję założyłam bluzkę z długim rękawem i długą spódnicę i co się okazało, że nie mam nakrycia głowy i tak musiałam założyć to okropieństwo w rozmiarze XXL. No ale jak trzeba to trzeba, tylko, że w dwóch długich rękawach i spódnicach o mało się tam nie ugotowałam 🙁 No, ale co tam ubranie, tak wygląda najpiękniejsza budowla jaką w życiu widziałam!
Meczet rozpoczęto budować w 1996 roku, z polecenia szejka Zayeda, niestety udało się go skończyć dopiero po jego śmierci w 2007 roku. Jest to zdecydowanie najbardziej imponująca budowla w Abu Dhabi. Jak dla mnie to w ogóle najpiękniejsza jaką w życiu widziałam. To po prostu architektoniczne dzieło sztuki! Jest tak pięknie, że aż wydaje się niewiarygodnie, jak z jakiejś bajki o Alladynie. Zresztą chyba jest nawet podobny do Tadż Mahal w Indiach. Ta biel na tle błękitnego nieba powala dosłownie na kolana, kojarzy się z czystością i niewinnością. Wchodzimy najpierw na dziedziniec. Jest ogromny! W środku i na zewnątrz jest w stanie pomieścić ok 40 tysięcy osób. Ściany, kopuły i minarety pokryte są białym marmurem sprowadzanym z Macedonii. Tak samo posadzka, ogromne marmurowe tafle, częściowo pokryte misternie wykonanymi kwiatami. Jesteśmy dość wcześnie więc nie ma jeszcze tłumów. Obok nas jakaś szkolna wycieczka. Podziwiamy z otwartymi buziami.
Zdejmujemy buty i wchodzimy do środka. Pierwsze co zwraca moją uwagę to największy i najpiękniejszy żyrandol jaki w życiu widziałam, waży bagatela 12 ton i jest zrobiony na zamówienie z kryształków Swarovskiego. Siedziałam pod nim chyba 10 minut i się gapiłam. Majstersztyk po prostu. W głównej sali modlitw znajduje się również największy na świecie, ręcznie tkany dywan, który został stworzony przez około 1200 artystów. Projekt meczetu, jak również jego budowa można powiedzieć, że ‘jednoczy świat’, rzemieślnicy którzy brali udział w budowie i materiały z których powstawał pochodzą z wielu krajów min. Włoch, Niemiec, Maroka, Indii, Turcji, Malezji, Iranu, Chin, Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii, Grecji oraz Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Przy budowie pracowało ponad 3 tysiące robotników oraz 38 renomowanych firm. Koszt tej budowli szacuje się na 545 milionów dolarów. I choć ciśnie się na usta słowo przepych, to jest zachowany jakiś taki balans, który powoduje, że na pewno daleko tutaj do kiczu.
Arkady odbijają się w wodzie basenów umiejscowionych na około meczetu. Wieczorem widok jest jeszcze piękniejszy, nam niestety nie było dane tego zobaczyć, ale widzieliśmy zdjęcia znajomego, coś absolutnie pięknego! System, który oświetla meczet, został zaprojektowany przez firmę Jonathon Speis and Major i odzwierciedla fazy księżyca. Na ścianach meczetu wyświetlane są niebiesko szare chmury, są one jaśniejsze bądź ciemniejsze zgodnie z fazą księżyca. Myślę ze do Abu Dhabi warto wybrać się chociaż dla tej świątyni. Niesamowite doznanie. Ta przestrzeń, jasność, piękno, ciepło, wytworność powoduje że czujemy się tutaj jak w świątyni, w jakimś szczególnym miejscu– takim „przyjaźnie-przyjemnym”. Z meczetu udaliśmy się z naszymi znajomymi Pakistańczykami do Pałacu Emirates. Ale o nim napiszę wam w następnym poście, bo ten byłby za długi i co najważniejsze zawierał za dużo zdjęć 🙂
Informacje praktyczne:– jak dostać się do Abu Dhabi?
poznać dwóch Pakistańczyków i zabrać się z nimi 🙂
pojechać autobusem z przystanku Al Ghubaiba Bus Station (Bur Dubai), bilet kosztuje 25AED, podróż trwa 2h
kupić łączony bilet na BIG Busa, Dubaj + Abu Dhabi, wtedy transfer do Abu Dhabi mamy za darmo, a w Abhu Dhabi przmieszczamy się BiG Busem.
pojechać taxówką, która obwiezie nas po wszystkich atrakcjach – cena wyjściowa 600AED my utargowaliśmy z jednym panem na 500AED, ale to wciąż droga sprawa.
wykupić zorganizowaną wycieczkę, koszt ok 300AED od os
– należy pamiętać o stosownym ubraniu do meczetu, zasłonięte ramiona, kolana, żadnych obcisłych czy prześwitujących rzeczy plus nakrycie głowy– pamiętamy, że meczet jest nieczynny w piątki-zwiedzanie meczetu jest bezpłatne
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Dubaj.
No to dziś zabieram was moi drodzy na wycieczkę po Pałacu Emirates. Jeśli ktoś lubi luksusy i miejsca ociekające złotem to coś dla niego 🙂 Jeśli takich miejsc nie lubicie, to z dobrych wiadomości, to już prawie ostatni wpis z Dubaju, a przed nami kolorowa Kuba 🙂 Dwa zupełnie inne światy 🙂 Ale wracając do tematu, Pałac został wybudowany oczywiście dla Szejka, ale potem zdecydowano go przekształcić w hotel. Jak dla mnie to kicz nad kicze ale, co kto lubi. Zobaczyć na pewno warto, bo przypuszczam, że ciężko będzie nam znaleść podobną budowlę na świecie. Ponieważ byliśmy w okresie Bożego Narodzenia w Pałacu pomimo ichniejszej kultury panował świąteczny klimat. Nie powiem, dziwnie się ogląda choinki w 30 stopniowym upale. Najpierw kilka fotek z zewnątrz. Warto wiedzieć ze turyści mogą zwiedzać pałac tylko do 13:00.
Historia powstania pałacu
Koszt budowy wyniósł ponad 3 miliardy USD. Zarządza nim niemiecka sieć hotelowa Kempinski. Zalicza się też do największych luksusowych hoteli świata. Budowa rozpoczęta w grudniu 2001r. i zakończyła się w 2004r. a w lutym 2005r. “pałac” przyjął pierwszych gości. Ze względu na architekturę oraz luksusowe wnętrza, uznano, że nie wypada nazywać go hotelem i stąd nazywany jest pałacem.
Na potrzeby marketingowe stosuje się określanie standardu hotelu siedmioma gwiazdkami
chociaż w światowym systemie branży turystycznej najwyższy standard określa się pięcioma gwiazdkami. Siedem gwiazdek ma odzwierciedlać odległość przepychu obiektu w stesunku do hoteli 5-cio gwiazdkowych. Dlatego pominięto nieistniejącą sześciogwiazdkową kategorię. Hotel zatrudnia ok. 2000 pracowników, znających 50 języków świata. Na terenie hotelu znajduje się 17 sklepów międzynarodowych luksusowych sieci handlowych. Wystrój objektu korzysta z tradycyjnych, arabskich motywów pałacowych, takich jak wielka kopuła centralna i 114 kopuł obocznych, tworzących dach całego pałacu. Kolor elewacji wypełnia paletę wszystkich odcieni piasku, jakie znaleziono na arabskich pustyniach. Kopuła osłaniająca atrium ma średnicę 42 metrów. Pokryta jest mozaikami z czystego srebra i złota. Nad salą balową, która może pomieścić jednocześnie 2800 uczestników przyjęcia, unosi się kopuła o szerkości 17 metrów. Pozostałe kopuły mają od 3 do 12 metrów szerokości. Hotel ma 1 km długości a obwód jego elewacji wynosi 2,5 km. Wokół hotelu rozciąga się park o powierzchni 1 km², urządzony na styl różnych ogrodów i plaż nadmorskich.
Koszt budowy Pałacu wyniósł ponad 3 miliardy USD. Zarządza nim niemiecka sieć hotelowa Kempinski. Zalicza się też do największych luksusowych hoteli świata. Budowa rozpoczęta w grudniu 2001r. i zakończyła się w 2004r. a w lutym 2005r. “pałac” przyjął pierwszych gości. Na potrzeby marketingowe określa się mianem hotelu siedmiogwazdkowego, chociaż w światowym systemie branży turystycznej najwyższy standard określa się pięcioma gwiazdkami. Siedem gwiazdek ma odzwierciedlać odległość przepychu obiektu w stosunku do hoteli 5-cio gwiazdkowych. Dlatego pominięto nieistniejącą sześciogwiazdkową kategorię. Hotel zatrudnia ok. 2000 pracowników, znających 50 języków świata. Na terenie hotelu znajduje się 17 sklepów międzynarodowych luksusowych sieci handlowych. Wystrój obiektu korzysta z tradycyjnych, arabskich motywów pałacowych, takich jak wielka kopuła centralna i 114 kopuł obocznych, tworzących dach całego pałacu. Kolor elewacji wypełnia paletę wszystkich odcieni piasku, jakie znaleziono na arabskich pustyniach. Kopuła osłaniająca atrium ma średnicę 42 metrów. Pokryta jest mozaikami z czystego srebra i złota. Nad salą balową, która może pomieścić jednocześnie 2800 uczestników przyjęcia, unosi się kopuła o szerokości 17 metrów. Pozostałe kopuły mają od 3 do 12 metrów szerokości. Hotel ma 1 km długości a obwód jego elewacji wynosi 2,5 km. Wokół hotelu rozciąga się park o powierzchni 1 km², urządzony na styl różnych ogrodów i plaż nadmorskich. A tak wygląda on w środku:
Gdyby ktoś miał ochotę kupić złoto, to można to zrobić w poniższym aparacie Gold to go. Takie rzeczy tylko w Emiratach 🙂
Po zwiedzaniu poszliśmy z naszymi towarzyszami na obiad. Gdzieś po drodze zapytaliśmy taksówkarza gdzie tutaj najlepiej zjeść i polecił nam Indyjska restauracje
Jeśli kiedykolwiek będziecie w Abu Dhabi i będziecie chcieli doznać rozkoszy podniebienia to koniecznie udajcie się tam. Jak dla mnie tam było najlepsze jedzenie z całego naszego pobytu w Dubaju. No po prostu place lizać i do tego nie drogo. Przy płaceniu rachunku o mało nie doszło do awantury, bo wyobraźcie sobie że nasi towarzysze chcieli za nas znowu zapłacić. Oczywiście powiedziałam, że takiej opcji nie ma i że tym razemmy płacimy za nich i powiem wam ze był problem, bo oni się uparli że zapłacą i koniec. Twierdzili, że my jesteśmy u nich w gościach i że oni nie mogą pozwolić na to żebyśmy to my płacili. Koniec końców poszłam do kelnera i załatwiłam sprawę rachunku, ale normalnie prawie się za to na nas obrazili. Ufff…Z ciekawostek to mamy z nimi kontakt do dziś, średnio raz na dwa tygodnie dostajemy wiadomość z zapytaniem co u nas i kiedy przyjedziemy ich odwiedzić 🙂 A oto nasi uśmiechnięci znajomi 🙂
Ogólnie to był chyba jeden z fajniejszych dni spędzonych w Dubaju. Przede wszystkim z tego względu że odbyliśmy wspaniale i niezapomniane rozmowy z naszymi towarzyszami, które dają nam całkiem inny pogląd na ichniejsza kulturę i religie. Czasami mam za złe mediom, ze kreują wszystkich Islamitów na zbrodniarzy. Nie każdy kto nosi długą brodę i białą diszdasze jest od razu terrorystą. Na koniec kilka fotek z Dubai Mall gdzie wyskoczyliśmy wydać ostatnie dirhamy na szejki z wielbłądziego mleka które popijaliśmy przy oglądaniu po raz już kolejny pokazów fontann. I to byłby moi drodzy koniec relacji z Dubaju. Mam dla was jeszcze przygotowane podsumowanie i przydatne informacje w pigułce, a także oddzielnego posta w którym napiszę kilka słów o ciemnej stronie Dubaju.
Informacje praktyczne:Wstęp do Pałacu Emirates – bezpłatnyZwiedzanie pałacu dla turystów do godziny 13:00Obiad w India Palace 340 AED za 4 os
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Curacao.
Plaża Blue Bay byłą naszą przyhotelową plażą. Jest całkiem spora, porównując do innych plaż, które odwiedziliśmy na Curacao. Dla gości Blue Bay Hotel oraz Bayside Butick Hotel
zarówno wejście na plażę, jak również leżaki czy ręczniki są bezpłatne. W okresie, w którym my tam przebywaliśmy, czyli pierwsza połowa października (poza sezonem) było bardzo spokojnie. Może 1/3 leżaków była zajęta. Na plaży jest bar i dwie restauracje. Obie polecamy z czystym sumieniem. Śniadania w AzZuro, z widokiem na morze to idealne rozpoczęcie dnia i są naprawdę pyszne. My zawsze braliśmy zestaw kontynentalny, bo był bardzo duży i spokojnie wystarczało nam dla dwóch osób. Świeże pieczywo, kroasanty, domowe dżemy, naleśniki, jajka na kilka sposobów, sery, wędliny, owoce. Było w czym wybierać. Poza tym zawsze można poprosić o dodatkową kawę, pieczywo czy nawet sok ze świeżych pomarańczy. Codziennie przychodziliśmy tam na śniadanie, bo i widoki i obsługa i sama jakość posiłków nie pozostawiała żadnych zastrzeżeń. Co do obiadów, to pierwsze dwa dni jedliśmy w AzZuro, a później już praktycznie codziennie w restauracji na cypelku, niestety nazwy nie pamiętam. W poniedziałki i wtorki maja nieczynne. Szczególnie polecamy jedzonko z Big Green Egg, jagnięcina, steki czy łosoś, mega pyszne. Niestety ceny do najniższych nie należą, ale o nich napiszę w informacjach praktycznych.
Na plaży Blue Bay spędziliśmy dwa dni. Pierwszy dzień po przylocie i ostatni przed wylotem. Wszystkie inne dni eksploatowaliśmy inne mniej i bardziej dzikie plaże Curacao. Przy hotelu Blue Bay jest dość spore i pięknie położone pole golfowe, a jako goście Byside Butick macie możliwość bezpłatnego wejścia. Jeśli dobrze pamiętam był to czwartek, ale tą informację najlepiej potwierdzić. My w sumie planowaliśmy się tam udać, ale plaże zachwyciły nas na tyle, że zrezygnowaliśmy 🙂 Może gdyby w którymś dniu pogoda była gorsza, to byśmy spróbowali sił na polu golfowym, ale niestety, albo stety pogoda dopisała bez zastrzeżeń więc nie było nam dane bieganie za piłką golfową 🙂 Co jeszcze mogę napisać o tej lokalizacji, to to, że jest naprawdę fajnie położona. Już jak się wjeżdża na teren Blue Bay widać, że jest to bezpieczna i bardzo fajna okolica. Wzdłuż drogi możemy podziwiać przepiękne jednopiętrowe domki z okiennicami. Aż się od razu marzy człowiekowi, aby się tutaj przeprowadzić i zamieszkać w jednym z nich 🙂 Niestety takie domki wcale nie są tutaj tanie. Powiedziałabym wręcz, że byliśmy mocno zaskoczeni cenami nieruchomości. I jeszcze kilka fotek naszej zatoczki.
Jeśli spodobał ci się post i uważasz, że zawarte w nim informacje mogą przydać się innym udostępnij go, tym samych docenisz moją pracę 🙂 Ściskam, M.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Bali.
Sidemen– co robić i zobaczyć, polecane atrakcje. Każdy ma w życiu jakieś marzenie, listę miejsc do których chciały kiedyś dotrzeć. Jakieś trzy lata temu, wpadła mi w ręce lista najpiękniejszych miejsc noclegowych na Bali. Faktycznie wszystkie bez wyjątku były obłędne, ale jedna z nich zwróciła moją szczególną uwagę. Nawet niem czy sama villa w sobie, czy po prostu widok, który rozpościerał się z tarasu – widok na wulkan Agung. Dlatego pierwszą rzeczą jaką zrobiłam zaraz po kupieniu biletów na Bali, była rezerwacją owej willi. Niestety tuż przed naszym wyjazdem wulkan Agung przebudził się z zimowego snu, a tym samym szansa, że dotrzemy do naszej Villi Sideman, malała z dnia na dzień, tym bardziej, że villa była położona w rejonie zagrożonym.
Sidemen – prawdziwe Bali
Już na samą myśl o tym miałam dreszcze, ale przed Marcelem cały czas utrzymywałam, ze nasza villa absolutnie nie leży w strefie zagrożenia, bo o ile ja dopuszczam do siebie różnego rodzaju ryzyko, tak on absolutnie nie dopuszcza żadnego 🙂 Pewno gdyby była możliwość anulacji, to z wielkim bólem serca nacisnęłabym guziczek anuluj, ale ponieważ takiej opcji nie było, nie pozostało nam nic innego jak czekać na rozwój wydarzeń. Kiedy już przylecieliśmy na Bali, a Agung miał wybuchać lada dzień, nasz kierowca lekko się przeraził kiedy usłyszał, że planujemy tam pojechać. Ale cóż, mimo wszystko postanowiliśmy zaryzykować.
Villa Sideman – czyli gdzie nocować w Sideman?
Do villi dotarliśmy bez problemu, choć przejeżdżaliśmy przez żółtą na nawet czerwoną strefę zagrożenia, policyjnych patroli nie brakowało, drogi i wsie w tej strefie były całkowicie opuszczone. Wyglądało to bardzo smutno i przygnębiająco, ale cały czas wierzyliśmy, że Agung w końcu ucichnie i nie przyniesie żadnych szkód. Nie ukrywam, że dreszczyk emocji był. Kiedy dotarliśmy do naszej villi, czekała nas nas obsługa, przepiękny pokój z ogromnym łóżkiem, łazienka z okrągłym jacuzzi i basen z najpiękniejszym widokiem jaki w życiu widziałam. To miejsce w rzeczywistości wyglądało jeszcze piękniej niż na zdjęciach. W willi Sideman spędziliśmy dwie noce. Była to nasza baza wypadowa do świątyń na wschodzie wyspy. Tutaj możecie ją zarezerwować na booking: Villa Sidemen
Sidemen – co robić i zobaczyć, polecane atrakcje
Sidemen to jedno z tych miejsc na Bali, które trzeba koniecznie odwiedzić. To taka typowa balijska wieś. Całe mnóstwo tarasów ryżowych, lasów palmiastych, plantacji kawy i cacao. Jeśli macie do dyspozycji samochód, to koniecznie trzeba się udać na wschód aby zobaczyć dwie najpiękniejsze na Bali Świątynie. Puta Lempuyang i Pura Tirta Gangga. Więcej o tych świątyniach napiszę wam poniżej. Całkiem niedaleko od Sidemen jest też niewielka wioska rybacka Amed. My tam akurat nie byliśmy, bo już nam nie wystarczyło czasu, ale jeśli będziecie w pobliżu to warto zajrzeć. Jeśli będziecie mieć słoneczną pogodę, to można też podjechać na plażę Blue Lagoon. Stosunkowo niedaleko jest jeszcze jedno fajne ukryte miejsce, nazywa się Tukad Cepung Waterfall.
Pura Lempuyang
Prawdopodobnie najwyżej położona świątynia na Bali, a co za tym idzie, rozpościera się z niej najpiękniejszy widok. Widok na Wulkan Agung. Oczywiście musimy mieć jeszcze na tyle szczęścia, żeby Agunga nie zasłaniały chmury, tak jak w dniu w którym my się wybraliśmy. Ale nawet bez Agunga było magicznie. Droga do świątyni jest bardzo stroma, wąska i kręta. Najlepiej dostać się tutaj samochodem lub skuterem, jeśli mieszkacie gdzieś na wschodzie wyspy. Opłata jest w formie datku, obowiązuje też sarong. Można jeszcze wejść do kolejnej świątyni, dużo wyżej, trzeba tylko przejść tysiąc schodów, ale podobno widoki z góry są gorsze i nic tam ciekawego nie ma więc sobie darowaliśmy i zostaliśmy w pierwszej świątyni. W drodze powrotnej przechodziliśmy obok wioski/zabudowań gdzie grupa kobiet przygotowywała dekoracje na uroczystości. Około dwudziestu kobiet w różnym wieku, siedziało i lepiło przeróżne kolorowe ozdoby, większości z cukru. I tak sobie siedzą te kobietki od rana do wieczora i się bawią 🙂 żyć nie umierać 🙂
Pura Tira Gangga
Ta przepiękna świątynia znajduje się na wschodzie wyspy. Można ją zrobić w jednym dniu razem z Pura Lempuyang. Zdecydowanie najpiękniejsze są tutaj ogrody. Nie ma drugiej takiej świątyni na Bali, ani nawet podobnej. Podczas naszego pobytu byliśmy tam praktycznie sami. Ale to zapewne przez niespokojnego Agunga przez którego wiele osób w ogóle nie zapuszczało się na wschód wyspy. Raczej nie jechałabym z nastawieniem, że zobaczycie takie pustki. Bilet wstępu 20 000IDR i o dziwo sarong nie był wymagany.
Targ lokalny w Sidemen
Drugiego dnia, wczesnym rankiem, jeszcze przed śniadaniem pojechaliśmy na lokalny targ, który jest czynny tylko do 9:00 rano. Myślałam, że zaopatrzymy się tam w jakieś pyszne balijskie przyprawy, ale niestety poza świeżym chili nic takiego nie znaleźliśmy. Nie mniej jednak targ bardzo fajny. Dużo warzyw, owoców, jest też mięso i ryby i kurki. Pięknie, kolorowo, tradycyjnie, bazarowo. Ja uwielbiam takie klimaty.
Islandia – co zobaczyć, zwiedzić i przeżyć na Islandii? Wybierasz się na Islandię, nie chcesz ominąć najpiękniejszych miejsc? Dzięki naszemu starannie ułożonemu Planowi Podróży po Islandii zobaczysz wszystkie najpiękniejsze miejsca i wrócisz ze wspaniałymi przeżyciami i wspomnieniami. Co zatem warto zobaczyć, zrobić oraz przeżyć w trakcie podróży po tej magicznej wyspie.
Zobacz najpiękniejsze wodospady
Islandia to kraina wodospadów. Nie da się ukryć, że faktycznie robią ogromne wrażenie i pod tym względem Islandia nie jest ani trochę przereklamowana. Znajdziecie tam absolutne perełki. Jedne łatwo dostępne, gdzie będą tłumy turystów, podjeżdżające pełnymi autokarami. Inne, ukryte z dala od ludzkości, do których wiodą tajne przejścia. Uwielbiamy takie miejsca! Im bardziej dziko tym lepiej. Przy tym wodospadzie byliśmy zupełnie sami.
Wybierz się na obserwacje wielorybów.
Kiedy wybieraliśmy się na Islandię miałam dwa marzenia. Pierwsze z nich to było zobaczenie maskonurów, a drugie obserwacja wielorybów. Dlatego właśnie wybraliśmy się latem. Tylko wtedy można zobaczyć te wspaniałe stworzenia. Oczywiście obserwacja wielorybów, to jedna wielka niewiadoma. Wypływasz w morze i czekasz. Zobaczysz, czy nie zobaczysz? Ta niepewność powoduje ogromną ekscytację, a moment w którym w końcu wyłowi się ten olbrzym z wody zapada w pamięci do końca życia.
Spotkajsię z maskonurami!
Przyznam szczerze, że są to absolutnie najsłodsze ptaki, jakie w życiu widziałam. Biały brzuszek, czarne pióra, czarujące spojrzenie i piękny pomarańczowo-czerwony dzióbek. Już od samego patrzenia na nie buzia się śmieje, szczególnie gdy obserwuje się, jak chodzą i lekko kolebią się na boki. Najlepszy czas na spotkanie maskonurów na Islandii to od połowy maja do połowy sierpnia. To jest ich okres lęgowy i właśnie w tym czasie te sympatyczne ptaszyska schodzą na ląd, aby złożyć tam jaja.
Zjedz najpyszniejszą zupę pomidorową w szklarni z pomidorami!
Zamknij oczy i wyobraź sobie ogromną szklarnię w której rosną tysiące krzaków pomidorów, a gdzieś pomiędzy tymi krzakami są pięknie nakryte stoliki gdzie podają najlepszą na świecie zupę pomidorową. Przepiękne światło, zapach i ten Islandzki klimat. Zupa jest mega rozgrzewająca, co uwierzcie mi na Islandii będzie Wam potrzebne i do tego nie jest droga. Szczególnie kiedy zjesz przy barze. Koniecznie musicie odwiedzić to miejsce. Oczywiście zaznaczyliśmy go na naszej mapie kulinarnej.
Zobacz zachód słońca nad górą Kirkjufel
Jeśli jest jakieś miejsce na Islandii, które każdy bez wyjątku zna z pocztówek to jest właśnie ta góra na tle wspaniałego zachodu słońca. Kiedy jechaliśmy na Islandię, marzyłam o pięknych białych nocach, cudownych wschodach i zachodach słońca. No ale jak to w życiu bywa. Czasami marzenia mijają się z rzeczywistością. Na 10 dni widzieliśmy tylko jeden zachód słońca. W pozostałe dni mieliśmy chmury. Ale za to, ten cudowny zachód złapaliśmy w pocztówkowym miejscu na Islandii 🙂 Też musisz to zobaczyć!
Posłuchaj jak pękają diamenty na diamont beach!
To było jedno z tych podróżniczych, miłych zaskoczeń. Czytałam co nieco i diamont beach przed wyjazdem, ale wyobrażałam sobie to miejsce jako, czarną, gwarną plażę z milionem turystów. I w sumie tak trochę było. Bo plaża faktycznie była czarna, i ludzi jak mrówek, ale wystarczyło przejść nieco dalej i ludzi mniej i gwar coraz mniejszy. I wtedy dostrzegłam magię tego miejsca. Przykucnęłam sobie na brzegu i patrzyłam na przesuwające się olbrzymie tafle lodu. Nasłuchiwałam jak pękają jedna po drugiej i rozpadają się na mniejsze części. Obserwowałam jak płyną obok siebie, jakie wydają odgłosy, kiedy się o siebie obijają. Jakie wspaniałe odcienie błękitów potrafią przybierać! Jak matka natura może tworzyć tak piękne rzeczy! Normalnie miałam wzrusz i łzy mi napływały do oczu, jaki ten świat jest niesamowity!
Zjedz najpyszniejsze w życiu shushi!
Każdy, kto mnie zna, wie, że jestem ogromnym wielbicielem sushi. Mogłabym jeść je codziennie. Oczywiście na Islandii warunki, do jedzenia ryb są wręcz idealne. Dlatego też nie omieszkaliśmy odwiedzić kilku restauracji z sushi. Jedna z nich uchodzi za najlepszą restaurację na Islandii. I powiem Wam tylko tyle. Zgadzamy się z tym w 100%! To był totalny odlot. Takiego właśnie sushi szukałam w Japonii. Niestety bez rezultatu. Tak, na Islandii jadłam lepsze sushi niż w Japonii.
Spotkaj się z górą lodową
To niesamowite przeżycie spotkać się twarzą w twarz z ogromną górą lodową w niezliczonych kolorach błękitu. Z jednej strony piękna dostojna, z drugiej strony groźna i niebezpieczna. Pamiętam kiedy po raz pierwszy stanęliśmy nad jedną z lagun, praktycznie zaniemówiłam. Siedzieliśmy tak kilka godzin i totalnie zafascynowani widokiem patrzyliśmy jak ogromne głazy odrywają się i płyną sobie dalej. W takich miejscach zawsze dzwonimy do najbliższych, żeby im pokazać na żywo jak jest tutaj cudownie 🙂
Zanurz się w jednym z Islandzkich ciepłych źródeł
Być na Islandii i nie zanurzyć się w gorącym źródle, to tak jak być w Paryżu i nie zobaczyć wieży Eiffla. To nic, że zimno, to nic że wieje, to niż, ża pada deszcz ze śniegiem. Załóż strój kąpielowy, czapkę na głowę i wskakuj do wody. Za chwilę będzie ci tak dobrze, że nie będziesz chciał wyjść 🙂
Zobacz jak wybucha gejzer!
Obowiązkowy punkt programu na Islandii. To absolutnie fenomenalne zjawisko. Staliśmy tam chyba z godzinę wpatrzeni w ogromną kałuże, która co kilka minut podnosiła się do góry, wyrzucają ogromne ilości wody, z tak ogromną mocną, że człowiek jeszcze przez kilka kolejnych godzin zastanawia się jak to jest w ogóle możliwe.
Zjedz najlepszą na świecie zupę z langusty!
Tak jak już wcześniej wspominałam, Islandia jest krainą pysznych, aromatycznych i rozgrzewających zup. Nigdzie do tej pory na świecie nie zajadaliśmy się tak pysznymi zupami. Czasami były one tak sycące, że talerz zupy wystarczał nam na lunch. Jeśli już skosztujecie pyszną zupę z pomidorów, to też koniecznie spróbujcie zupy z langusty. To absolutnie uczta dla podniebienia.
Poszukaj ukrytego wodospadu!
Ukrytych wodospadów na Islandii są całe setki. Wiadomo, że jest lista z wodospadami, które są wszystkim znane i droga do nich jest oznaczona, ale jest też kilka perełek, do których dojście wcale nie jest takie oczywiste. Znaleźliśmy kilka takich. Oczywiście wszystkie zaznaczyliśmy na naszej mapie podróży. Ale ten który widzicie poniżej skradł totalnie nasze serce! Koniecznie go poszukajcie!
Zobacz najpiękniejszą lagunę lodową!
Jedne z najpiękniejszych zjawisk na tej wyspie to laguny lodowcowe. Jest ich całkiem sporo. My odwiedziliśmy trzy różne i zdecydowanie jedna z nich zauroczyła nas najbardziej. Mogłabym tak stać i patrzyć w nieskończoność na przesuwające się w żółwim tempie tafle lodu.
Poczuj zapach siarki w najpiękniejszym miejscu na świecie!
Pamiętam kiedy, po raz pierwszy będąc w Nowej Zelandii udaliśmy się w miejsce geotermalne i praktycznie nie mogłam uwierzyć, że takie miejsca istnieją naprawdę. Takie piękne i takie śmierdzące 🙂 Pamiętam, że wtedy na wdechu przechodziłam, bo normalnie zapach zgniłych jaj powodował, że wszystko mi się podnosiło do góry. Na Islandii, też są takie miejsca, ale na szczęście, nie śmierdzi, aż tak bardzo 🙂
Poszukaj domków pokrytych mchem.
Bardzo charakterystyczne dla Islandii są domy torfowe, których dach jest porośnięty trawą. Ponieważ na Islandii jest znikoma ilość lasów, używanie drewna do budowy domu nie było takie oczywiste. Dlatego też wiele domów jest zbudowana z torfu. Najpiękniej wyglądają na wiosnę kiedy trawa jest bujnie zielona.
Odwiedź najbardziej malowniczy kościółek na wyspie
Objeżdżając Islandię dookoła, z całą pewnością będziecie spotykać malowniczo położone kościółki. Wszystkie pięknie się komponują na tle soczystej zieleni. Ale ten poniżej zdecydowanie skradł nasze serca 🙂
Zobacz najbardziej błękitną grotę na Islandii!
To, że na Islandii znajduje się wiele gorących źródeł w których obowiązkowo trzeba zanurzyć cztery litery to już wiecie. Ciekawe jest to, że niektóre z tych źródeł znajdują się w grotach, co nadaje dodatkowej tajemniczości temu miejscu. W tej grocie akurat nie można się kąpać, ale słyszałam, że są też takie w których kąpiel nie jest zabroniona.
Zrób trekking na Landmannalaugar
Jeśli miałabym wymieć dwa najpiękniejsze miejsca jakie odwiedziliśmy na Islandii, to Landmannalaugar byłby na pewno jednym z nich. To miejsce znajduje się w samym sercu Islandii. Żeby tutaj dotrzeć trzeba mieć dość dobry samochód 4×4 który pokona wysokie rzeki. Ale zdecydowanie warto. Można zrobić tutaj kilka różnych trekkingów w zależności od kondycji. Najdłuższy trwa, aż 5 dni. Kiedyś go zrobimy!
Skosztuj najlepszej zupy pieczarkowej na Islandii.
Obiecuje to już ostatnia zupa do skosztowania której będę Was namawiać 🙂 Ale nic nie poradzę na to, że ja jako wielbiciel dobrego szamanka, zwracam na to dużą uwagę. Oczywiście na naszej kulinarnej mapie Islandii znajdziecie, też inne pyszne dania, ale wiem, że wiele osób podróżuje tam budżetowo więc na takie pyszne zupki stać będzie każdego 🙂
Zobacz jak wyglada świat zza wodospadu!
Wiele wodospadów na Islandii jest oblegana przez turystów. Wiadomo, każdy chce je zobaczyć. Jest taki jeden bardzo duży i bardzo znany – nazywa się
Seljalandsfoss
. Podjeżdżają pod niego całe autobusy wycieczkowe. Każdy chce zobaczyć jak wyglada świat zza niego. Tymczasem, kilka km dalej, jest jeszcze jeden o którym wie garstka osób. Widok jeszcze piękniejszy i do tego cisza i spokój. Widzicie tego małego ludka po prawej stronie? No to już wiecie, jak duży jest ten wodospad 🙂
Poszukaj fok na półwyspie Snæfellsnes
Czy na Islandii są foki? Tak! Co prawda, nie spotkaliśmy ich bardzo dużo, ale są. Oddalone co prawda od ludzi, ale to rzecz normalna. Nie zobaczycie ich z bliska, no chyba, że będziecie mieć wyjątkowe szczęście. Za to widok mają przedni, prawda?
Znajdź tajemniczy domek…
Kiedy zobaczyłam to zdjęcie w internecie, wiedziałam że muszę zobaczyć ten pięknie położony, domek. Wydawałoby się, że stoi tutaj taki samotny. Nic bardziej mylącego. Zaraz obok jest całe mnóstwo budynków, parking i przede wszystkim pełno turystów 🙂 Ale nie zmienia to postaci rzeczy, że z tego miejsca faktycznie robi wrażenie wmarzonego domku, pośrodku niczego 🙂
Odwiedź Viking Village Prop For Movie
Są takie miejsca na świecie, które lepiej wyglądają w pochmurny dzień niż w słoneczny. I Islandia jest właśnie jednym z takich miejsc. Bez względu na chmury i deszcz jest po prostu magicznie! Czasami ten deszcz i dramatyczne niebo dodają nawet uroku. Tak jak tutaj. Dotarliśmy do wioski Vikingów, która jakiś czas temu została zbudowana na potrzeby filmu. Filmu jednak nigdy nie nakręcono, ale wioska została i można ją odwiedzać. Przypuszczam, że w słońcu nie oddawała by tego klimatu, który tam zastaliśmy.
Poszukaj małych tajemniczych karaterów
Islandia to wyspa pokryta ogromną liczbą kraterów powulkanicznych. Jedne z nich są ogromne, wypełnione wodą, inne zupełnie maleńkie, porośnięte trawą. Te z poniższego zdjęcia znaleźliśmy na północy wyspy. To idealne miejsce na spacer pomiędzy kraterami.
Islandia – Z naszej 10 dniowej podróży dookoła Islandii wybrałam 44 ulubione zdjęcia, a zarazem najpiękniejsze miejsca jakie widzieliśmy na tej wyspie!
Islandia to nasze największe podróżnicze zaskoczenie. Myśleliśmy, że po zobaczeniu Nowej Zelandii nic nie jest w stanie nas bardziej zachwycić, a tu taka niespodzianka! Po wspaniałych 10 dniach spędzonych na tej cudownej wyspie, zgodnie stwierdziliśmy, że Islandia jest pod wieloma względami piękniejsza niż Nowa Zelandia. Do tego jest bliżej, taniej no i nie musimy lecieć na miesiąc, wystarczy nam 10 dni!
Co zatem najbardziej nas ujęło na Islandii?
OMG! Chyba wszystko! To jest naprawdę niesamowity kraj. Szczerze mówiąc nie zdawałam sobie sprawy z tego, że niecałe trzy godziny lotu od nas mamy tak wspaniałe i zapierające dech w piersiach krajobrazy. Czuliśmy się jak na innej planecie! Cała Islandia, kawałek po kawałku to absolutny raj dla fotografów. Chyba jeszcze podczas żadnej podróży nie zrobiliśmy tak dużo zdjęć. Jadąc samochodem można się zatrzymywać dosłownie co 5 minut.
Wspaniałe rozległe krajobrazy, niekończące się pola łubinowe, gejzery wybuchające na 30 metrów, niezliczone gorące źródła, setki wodospadów, tysiące owiec, słodkie maskonury, ogromne wieloryby, stada dzikich koni, kręte rzeki, błękitne jeziora, trzaskające lodowce. To wszystko powodowało, że czasami czuliśmy się jak w jakimś filmie!
Urzekła nas też islandzka kuchnia. Ryby, owoce morza, pyszne steki zdecydowanie wpisały się w nasze kubki smakowe. Z ciekawych rzeczy, na Islandii jedliśmy lepsze sushi niż w Japonii 🙂 Jeśli jeszcze nie miałeś okazji być w tym magicznym miejscu, zostawiam Cię z naszymi ulubionymi kadrami 🙂 Mam nadzieję, że zachęcą Cię do podróży!
A jeśli po obejrzeniu zdjęć zamarzysz, aby polecieć na tą wspaniałą wyspę koniecznie pobierz nasz
Islandia. Jeśli też marzysz o takiej wyprawie na Islandię i chciałbyś odwiedzić wszystkie Islandia – najpiękniejsze naszym zdaniem miejsca na Islandii, przygotowaliśmy dla Ciebie gotowy plan podróży wraz z mapą na której zaznaczyliśmy dokładnie wszystkie powyższe miejsca.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Curacao.
Plaża Cas Abou jest uznawana w większości rankingów plażowych za najpiękniejsza plażę na Curaco. Czy tak jest naprawdę? Hmmm…no ja przyznam się szczerze, widziałam tam ładniejsze plaże. Aczkolwiek poza ilością przebywających na niej turystów, nie ma w zasadzie sobie nic do zarzucenia. Faktycznie bardzo przyjemna, jak na plaże na Curacao też całkiem spora, jeśli nie największa. Można wynająć parasole, leżaki, jest też restauracja z całkiem przyzwoitym jedzonkiem. Jeśli ktoś ma ochotę, to można sobie zrobić masaż z widokiem na lazurki. Jest idealna do snoorkowania, woda jest idealnie czysta i przejrzysta. Ponoć życie podwodne też ciekawe, osobiście jednak nie próbowałam. Plaża jest płatna, leżaki również. Za wjazd na parking też kasują, 10$ jesli dobrze pamiętam za samochód. Ponieważ my byliśmy już w godzinach popołudniowych za samą plaże i leżaki nikt nas nie skasował. Generalnie płatność za plaże czy leżaki odbywa się w ten sposób, że w okolicach 11:00 – 12:00 przechodzi ktoś z obsługi po plaży i zbiera pieniądze Jeśli posiedzicie na plaży przed południem, albo po południu, to raczej małe szanse, że was ktoś za nią skasuje, bo chodzą tylko raz. Ponieważ my dość dużo się przemieszczaliśmy po różnych plażach, chyba na żadnej plaży nie płaciliśmy, poza tymi gdzie spędzaliśmy cały dzień.
W drodze na plażę Cas Abou zahaczyliśmy jeszcze o jedną plażę Porto Mari. Ale nie ujęła nas jakoś specjalnie, dlatego nie zatrzymywaliśmy się tutaj dłużej. Plaża jest płatna, tak samo jak leżaki, które są ustawione jeden obok drugiego, jak śledziki w puszcze 🙂 Jest restauracja i sklep ze sprzętem do nurkowania, tak więc jeśli ktoś lubi takie sporty to tutaj można z nich skorzystać.
Jeśli spodobał ci się post i uważasz, że zawarte w nim informacje mogą przydać się innym udostępnij go, tym samych docenisz moją pracę 🙂 Ściskam, M.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Curacao.
Dzięki jednej z naszych czytelniczek trafiliśmy na jedną z najpiękniejszych według mnie plaż na Curacao. To Plaża Santa Martha. Ponieważ plaża jest trochę na odludziu, praktycznie nikogo na niej nie ma. Turyści o niej nie wiedzą, jedynie miejscowi na niej wypoczywają, ale przez to, że jest dość daleko, nawet miejscowych można na palcach jednej ręki policzyć. Zanim jednak dotarliśmy do plaży zatrzymaliśmy się w jednym z najpiękniejszych punktów widokowych na Curacao. Kiedy tam dotarliśmy, otwarliśmy oczy szeroko ze zdziwienia, takie cudowne widoki tam były. Można byłoby siedzieć i siedzieć i patrzeć, uwielbiam takie miejsca. Poza nami oczywiście nie było tam żywej duszy.
Zgodnie ze wskazówkami naszej czytelniczki Ewy (której bardzo, ale to bardzo dziękujemy za pomoc :)) udaliśmy się na Playa Santa Martha. Jest to całkiem dzika plaża. Bardzo tajemnicza. Opuszczona. I chyba przez to taka fascynująca. Kiedyś w tym miejscu był hotel. Chyba nawet całkiem przyzwoity hotel, sądząc po jego pozostałościach. Można go nawet pozwiedzać od środka, jest całkowicie zniszczony i opuszczony. Aż dziw bierze, że jeszcze nikt nie wybudował w tym miejscu czegoś nowego, bo miejscówka jest po prostu mega. Już sam wjazd na plażę pomiędzy ogromnymi pnączami kwiatów robi wrażenie. Fakt, że poza nami była na niej jedna rodzinka, jeszcze bardziej dodał jej uroku.
Oczywiście, kiedy już nacieszyliśmy się widokami, zrobiliśmy tysiąc zdjęć musieliśmy zaspokoić naszą ciekawość i dowiedzieć się, dlaczego jeszcze nikt nie postawił na tym miejscu innego hotelu. Hotel zbankrutował, bo podobno biznes nie szedł najlepiej, przejął go jakiś inny właściciel, który narobił jeszcze więcej długów, także wobec państwa. Oczywiście jest ktoś zainteresowany jego kupieniem, ale ponoć sprawa jest bardzo skomplikowana pod kątem prawnym i nie mogą się dogadać. Szkoda, bo naprawdę to miejsce ma wielki potencjał, i szkoda, żeby się tak marnowało. Jak dla mnie to najpiękniejsza plaża na całej wyspie. Tak nam się tutaj spodobało, że byliśmy na tej plaży dwa razy. Oczywiście nie muszę dodawać, że plaża jest bezpłatna, jedyne co to w pobliżu nie kupimy nic do jedzenia ani picia, o prysznicu czy leżakach też można zapomnieć, za to można zaparkować na samej plaży 🙂
Jeśli spodobał ci się post i uważasz, że zawarte w nim informacje mogą przydać się innym udostępnij go, tym samych docenisz moją pracę 🙂 Ściskam, M.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Curacao.
Plaża Daaibooibaai to zdecydowanie jedna z moich ulubionych plaż na Curacao. Dotarliśmy do niej od razu drugiego dnia naszego pobytu na wyspie. Zatoka całkiem spora, na plaży kilka drewnianych parasoli, pod którymi można się schować przed słońcem. Można też wypożyczyć leżak, wziąć prysznic, a także wrzucić co nie co na ruszt jeśli zgłodniejemy. Ponieważ plaża jest publiczna, nie musimy za nią płacić. Parking przy plaży tez jest bezpłatny. Jeśli lubicie zdjęcia z ładnymi widokami, to polecam wejść po lewej stronie na górę i przejść się troszkę wzdłuż linii brzegu. Ja uwielbiam zdjęcia wszelkich zatoczek z góry, więc jeśli tylko jest taka możliwość to wspinamy się najwyżej jak się da 🙂 Wspomnę jeszcze, że najładniejsze zdjęcia wychodzą między godziną 11:00 a 13:00. Wtedy słońce pada najbardziej prostopadle to powierzchni wody, wydobywając z niej najpiękniejsze kolory.
W ogóle muszę wam powiedzieć, że Curacao bardzo, ale to bardzo pozytywnie nas zaskoczyło. Nie wiem sumie dlaczego, bo jakby nie patrzeć to plaże nie są mega rajskie. Bywaliśmy na lepszych. Ale ta wysepka ma w sobie to coś. To pozytywne zaskoczenie może wynikać z tego, że jadąc tam nie spodziewaliśmy się niczego szczególnego. Wiedziałam, że Curacao, to nie Dominikana, że gąszczy dzikich gajów palmowych tam nie znajdziemy. Może właśnie dlatego, że nie mieliśmy żadnych oczekiwań tak pozytywnie się zaskoczyliśmy. Cieszę się, że wynajęliśmy samochód i pojeździliśmy trochę po wyspie, bo faktycznie udało nam się dotrzeć w kilka bardzo fajnych miejsc. I o ile Daaibooibaai znajdziemy niemal w każdym zestawieniu najpiękniejszych plaż na Curacao, to udało nam się trafić też w takie miejsca, o których nigdzie się nie pisze i nie znajdziecie ich w żadnym przewodniku. Jeszcze kilka fotek z tej uroczej zatoczki 🙂
I jeszcze kilka widoczków w drodze na plażę. Nie wiem czy widać, ale te malutkie różowe plamki to flamingi oczywiście 🙂 Nie muszę mówić, że nie znaleźliśmy się tutaj przypadkiem 🙂 No ale niestety, znowu było za daleko 🙁 ufff…nie wiem ile ja jeszcze będę musiała świata przejechać, żeby zobaczyć te ptaszyska z bliska.
Jeśli spodobał ci się post i uważasz, że zawarte w nim informacje mogą przydać się innym udostępnij go, tym samych docenisz moją pracę 🙂Ściskam, M.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Curacao.
Boca Santa Cruz
– to kolejna plaża jaką odwiedziliśmy na Curacao. Mieliśmy co do niej troszkę mieszane uczucia. Niby była ładna, fajnie położona, ale strasznie zaniedbana. W sumie to chyba była najbardziej zaśmiecona z wszystkich na których byliśmy. Jakoś nie zachęcała nas do dłuższego pozostania. Mimo to spędziliśmy tam ponad godzinkę. Marcel jak zwykle zaczepił jakąś parę. Okazało się, że to jakaś zapalona para amerykańskich podróżników, którzy są w podróży już trzy lata. Czasami nie mogę się doczekać wieku emerytalnego, żeby sprzedać wszystko i ruszyć w świat. Bez pośpiechu, bez stresu, bez zaliczania wszystkich atrakcji po drodze, bez zastanawiania się czy po powrocie z wakacji w skrzynce czekają nowe zlecenia. Tak po prostu na totalnym lajciku rozkoszując się wspaniałymi miejscami na świecie 🙂 A wracając jeszcze do plaży, to jest to plaża bezpłatna, ale również bez jakiejkolwiek infrastruktury. Na pewno była fotogeniczna, ale z czystością niestety na bakier. Tak więc można zajrzeć, zrobić kilka fotek i jechać dalej 🙂
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Meksyk.
Wyspa Cozumel – co warto wiedzieć przed wyjazdem? Kiedy już zobaczysz wszystkie najważniejsze miejsca na Półwyspie Jukatan być może zapragniesz odwiedzić któreś z wysp znajdujących się w pobliżu. My odwiedziliśmy cztery wyspy: Holbox, Cozumel,Isla Mujeres oraz Isla Contoy. Każda z tych wysp jest na swój sposób inna. W tym poście napiszę Wam trochę więcej na temat wyspy Cozumel. Wszystko co powinieneś wiedzieć przed wyjazdem na tę wyspę:
Jak dostać się na wyspę Cozumel?
Na wyspę Cozumel dostaniesz się promem, które wypływa z Playa Del Carmen. Są dwie firmy, każda pływa co dwie godziny, tak że w sumie co godzinę jest jakiś prom. Pierwszy startuje o 7:00. Najlepiej kupić bilety po przyjściu do portu i sprawdzeniu o której mamy najbliższy prom i z której firmy. Nie ma sensu kupować biletu w dwie strony, bo cena jest taka sama, a może się okazać, że wracając któraś z firm będzie płynąć wcześniej. Bilet kupuje się przed wypłynięciem. Bądź w porcie minimum 30 minut przed wypłynięciem. Kolejki do kasy, a później do wejścia na prom mogą być bardzo długie.
Co zrobić z samochodem przed wypłynięciem na Cozumel?
Jeśli podróżujesz po Jukatanie samochodem, ale nie planujesz go ze sobą zabrać na Cozumel, to musisz go gdzieś zostawić w Playa Del Carmen. My rozwiązaliśmy to w ten sposób, że zarezerwowaliśmy nocleg z bezpłatnym parkingiem strzeżonym bardzo blisko portu i tam zostawiliśmy samochód na cały dzień. Jeśli nie planujesz nocować w Playa del Carmen to jest w centrum kilka parkingów na których możesz zostawić samochód. Są one płatne za godzinę.
Ile czasu potrzeba na zobaczenie wyspy?
Wyspa Cozumel jest dość spora, ma 48 km długości i 16 km szerokości. Żeby ją całą objechać potrzebujesz na to minimum jeden pełny dzień. W tym celu trzeba wynająć skuter lub samochód. W zależności od tego czym wolicie się bardziej przemieszczać. Są też do wynajęcia garbusy, garbusy cabrio lub buggy. My akurat bardziej lubimy w takich miejscach skuter, łatwo się przemieszczać, no i lubimy to uczucie wiatru we włosach. Na Cozumel można też zabrać swój samochód. Wtedy wypływa się z portu Calica. Promy cargo wypływają rzadziej i są obsługiwane przez dwie firmy: ULTRAMAR oraz TRANSCARIBE.
Koszt za samochód osobowy to 650 MXN w jedną stronę. Warto rozważyć tę opcję, bo koszty podobne jak prom osobowy + wynajęcie skutera na miejscu. No, a po przypłynięciu nie trzeba już szukać pojazdu i martwić się gdzie go zostawić w Playa del Carmen. My na Cozumel wybraliśmy się promem osobowym o 9:00 rano i wracaliśmy promem o 18:00. Bez problemu objechaliśmy w tym czasie wyspę, zjedliśmy śniadanie oraz lunch, wypiliśmy kilka drinków w przydrożnym barze i pochillowaliśmy w kilku różnych zatoczkach.
Wynajęcie skutera na Cozumel
Pierwsza i najważniejsza sprawa, to nie dajcie się naciągnąć na wynajem skutera w porcie przy Playa del Carmen. Nas zaczepił miły pan, który pod pretekstem pokazania nam mapy wyspy, próbował nas namówić na wynajęcie skutera u niego za jedyne 900$ za dzień. Twierdził, że na wyspie jest dużo drożej ponad 1300$. Gdyby nie fakt, że wiedzieliśmy jakie są ceny na wyspie, pewno byśmy się nabrali. Nie dajcie się też zaczepić nachalnym panom zaraz po wyjściu z portu. Przejdźcie sobie spokojnie do miasta, zapuście w pierwszą lepszą uliczkę i tam na każdym rogu wynajmują skutery. My za cały dzień z ubezpieczeniem zapłaciliśmy 450$.
Czy na Cozumel warto nocować?
To zależy co planujesz tam robić. Jeśli planujesz objechać ją tylko na skuterze i poodpoczywać na plażach w międzyczasie, to nie ma sensu tam rezerwować noclegu. Natomiast jeśli planujesz tam nurkować, to jak najbardziej wskazany jest nocleg.
Co zobaczyć na wyspie Cozumel?
Cozumel to dość duża i turystyczna wyspa. Wybrzeże południowe jest mega turystyczne. Jest ono usłane dużymi hotelami, sklepami i restauracjami. Z koleji wybrzeże północne, czyli to, które prawdopodobnie będziecie chcieli zwiedzić jest bardziej dzikie, puste i niezatłoczone. To jest w sumie jedyna atrakcja tej wyspy, odwiedzenie kilku plaż lub zatoczek. Warto wiedzieć, że z tej strony wyspy są duże prądy i tylko w kilku miejscach można się kąpać. Ponieważ to wybrzeże nie jest zamieszkałe jest niewiele miejsc w których można coś zjeść. Warto to zrobić przed wyjazdem z miasta.
Czy wyspa Cozumel nas zachwyciła?
Niestety nie. Poza tym, że mieliśmy fun z jazdy na skuterze, to nic tam ciekawego nie było. Kilka mało urokliwych zatoczek, jeden fajny bar z drinkami i to byłoby na tyle. Zdecydowanie ładniejsze plaże były na Holbox, czy nawet w Tulum. Może jest to fajna odskocznia dla tych, którzy spędzają cały tydzień na Playa del Carmen, ale jeśli widzieliście inne miejsca to raczej nic Was tam nie zachwyci. No chyba, że planujecie nurkować, to ponoć jest to idealne miejsce do tego.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Bali.
7 powodów dla których warto pojechać do Munduk? Zaraz Ci o nich opowiem! Po dwóch pełnych dniach spędzonych w Ubud z bólem serca żegnamy się ze wspaniałą obsługą oraz naszą Villą Padi Menari. Będziemy tęsknić, ale obiecujemy, że jeszcze kiedyś tutaj wrócimy! Nasz kierowca Nono zabiera nas swoim vanem na północ Bali. Jako bazę wypadową wybraliśmy Munduk — niewielką miejscowość położoną w górach — oraz Villę Dua Bintang z przepięknym basenem i widokiem na dżunglę.
7 powodów dla których warto pojechać do Munduk – Bali
Północ Bali jest jeszcze bardzo dziewicza, docierają tutaj nieliczni turyści. Większość jednak zatrzymuje się w Lovinie, bo tutaj są plaże, a Munduk jakoś wszyscy omijają. A szkoda, bo to przepiękne miejsce, prawdziwe, z duszą. Możemy tutaj połazić po balijskiej dżungli, wykąpać się w wodospadzie, podziwiać plantacje kawy czy wschód słońca nad jeziorem Tamblingan. A do tego w drodze do Munduk mamy co najmniej dwa miejsca, które na Bali obowiązkowo trzeba zobaczyć. Mam nadzieję, że 7 powodów w zupełności wystarczy, aby tutaj przyjechać 🙂
Tarasy ryżowe Jatiluwih
W drodze do Munduk koniecznie trzeba odwiedzić najpiękniejsze tarasy ryżowe Jatiluwih. Znajdują się one jakieś 2–2,5 h od Ubud. Pola ryżowe są ogromne, więc dobrze jest zarezerwować sobie na nie więcej czasu. Jest kilka różnych tras do wyboru — najkrótsza to ok. 1,5 h pętelka — ale równie dobrze można tam spędzić cały dzień. To są największe tarasy ryżowe na Bali, przepięknie położone. Można je zwiedzać pieszo, ale równie dobrze można wynająć rower i zrobić sobie rowerową przejażdżkę.
Za wstęp na tarasy płaci się jednorazowo IDR 40 000/os. (za kierowcę się nie płaci). W trakcie zwiedzania można zobaczyć wielu Balijczyków pracujących w polach. Widoki zapierają dech w piersiach!
Pura Ulun Danu Bratan
To drugi punkt warty zatrzymania się w drodze do Munduk. My zrobiliśmy oba te punkty w jedno popołudnie, ale warto wyjechać z Ubud zaraz po śniadaniu — wtedy będziecie mieli więcej czasu na tarasach ryżowych. Do Pura Ulun Danu Bratan dotarliśmy już przed samym zamknięciem. Liczyłam na magiczny zachód słońca, ale wygląda na to, że najpiękniejsze zdjęcie, które jest reklamówką Bali, jest niestety dziełem Photoshopa — w tym miejscu słońce zachodzi za górami.
Ponieważ byliśmy późno, byliśmy tam praktycznie sami. Świątynia pięknie położona, niestety nic poza tym, ale ponieważ to wizytówka Bali i jest “po drodze”, warto zobaczyć. Wstęp do świątyni: 50 000 IDR.
Jezioro Tamblingan
W drugim dniu naszego pobytu w Munduk wybraliśmy się nad jezioro Tamblingan. Można dojechać samochodem bez najmniejszego problemu. Z naszej Villi Dua Bintang to ok. 25 minut drogi. Byliśmy tutaj dwa razy: po południu i wczesnym rankiem na wschód słońca. Zdecydowanie polecam tę drugą porę. Zamieszczę wam zdjęcia z jednej i drugiej wizyty — sami zdecydujecie 🙂
Nad jeziorem można nie tylko pospacerować, ale można też popływać łódką. Sami nie próbowaliśmy, ale myślę, że warto. Przy brzegu jest też budka z jedzeniem, w razie potrzeby można się posilić.
Pura Hulun Danu Tamblingan
Świątynia, która znajduje się nad jeziorem Tamblingan. Niby taka zwykła, a miała w sobie coś magicznego. Nie wiem, może fakt, że pierwszego dnia kiedy tam przyjechaliśmy trafiliśmy akurat na modlitwy. Podjechała grupka Balijczyków busikiem i spędzili tam dobrą godzinę modląc się i śpiewając.
Kiedy przyjechaliśmy drugiego dnia, słońce dopiero wstawało. Kiedy wzeszło nad górami i zarzuciło swoje promyki na świątynię, wydała się jeszcze piękniejsza i bardziej magiczna niż dzień wcześniej. Zdecydowanie polecam wstać o 5:00 rano i zjechać tutaj na dół, żeby pobyć w tym miejscu o wschodzie słońca.
Wodospady w Munduk
Ponieważ Munduk leży w górach, wodospadów jest tam całkiem sporo. Tereny idealne na spacery — dłuższe lub krótsze, bardzo łatwe lub bardzo trudne. Każdy znajdzie coś dla siebie. W sumie w Munduk znajduje się 5 najczęściej odwiedzanych wodospadów. Największy z nich to Bunyuatis Waterfall — jest najdalej położony i prowadzi do niego najbardziej niebezpieczna droga, w związku z czym trafia tu najmniej osób. Ale też podobno jest najpiękniejszy.
My wybraliśmy spacer do Golden Valley Waterfall. Droga do niego jest krótka — niecałe 10 minut z głównej drogi przez bananowy busz. Co ciekawe, mimo iż wodospad znajduje się tak blisko drogi, praktycznie nikt go nie odwiedza. Przy wodospadzie jest Eco Caffe — możecie odpocząć i napić się kawki 🙂
Hortensjowe pola – Munduk
To chyba jedno z moich największych zaskoczeń na Bali. To, że uprawia się tam ryż czy kawę — wiedziałam — ale że niemal całe Munduk porośnięte jest niebieskimi hortensjami, o tym nie miałam pojęcia. I pewnie bym się nie dowiedziała, gdybyśmy pewnego dnia nie pobłądzili i nie wjechali w jedną z bocznych uliczek, z której rozprzestrzeniały się takie oto widoki.
Jedyne, czego nie jestem pewna, to czy te hortensje kwitną tam przez cały rok, czy tylko w wybranych porach. My byliśmy w październiku, więc proszę na mnie nie krzyczeć, jak będziecie w maju i hortensji nie będzie 🙂
Nocleg w Villa Dua Bintang
Villa jak villa, ale ten basen! Jeśli będziecie się tutaj wybierać, koniecznie na minimum dwie noce. Bo jedna to wam tak szybko minie, że nawet nóg w basenie nie zanurzycie. Tym bardziej, że pewnie przyjedziecie tutaj już wieczorkiem, po ciemku — tak jak my. Szkoda byłoby znowu rano wyjechać i nawet nie zrelaksować się w tym miejscu.
Villa poza tym, że ma niesamowity basen oraz przepiękny widok z pokoi, ma też pyszną kuchnię. Jadłam tam najlepsze banany w cieście na śniadanie. Jeśli będziecie mieć chwilę czasu, można sobie zrobić tam kurs gotowania. Nam już zabrakło czasu, ale jeśli kiedyś bym tam wróciła, to kurs zrobiłabym na pewno.
Cena za nocleg w Villa Dua Bintang to 45 euro za pokój ze śniadaniem dla 2 osób. Tutaj możecie zarezerwować willę: Villa Dua Bintang
Informacje praktyczne Munduk – Bali
Do Munduk najlepiej dostać się wraz z kierowcą — to najbardziej popularna forma zwiedzania Bali.
Z Ubud na Tarasy Jatiluwih trzeba liczyć ok. 2–2,5 h. Z tarasów do świątyni Pura Ulun Danu Bratan ok. 30 minut. Ze świątyni do Villa Dua Bintang ok. 1,5–2 h (wiem, że mapa Google mówi coś innego, dlatego podaję wam rzeczywisty czas przemieszczania się po Bali). Z Villa Dua Bintang do jeziora Tamblingan ok. 25 minut.
Wstęp na Tarasy ryżowe Jatiluwih: 40 000 IDR od osoby (za kierowcę nie płacicie) — przeznaczcie min. 3 h na to miejsce.
Wstęp do świątyni Pura Ulun Danu Bratan: 50 000 IDR. Jeśli będziecie późnym popołudniem tak jak my, macie szansę na spacer niemal w samotności.
Nocleg w Villa Dua Bintang: ok. 45 euro za noc. Polecam zostać min. na 2 noce, żeby poczuć klimat miejsca. Jedzenie w warungu przy willi ok. 50 000 IDR za obiad i 20 000 IDR za świeży sok.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Bali.
Uluwatu – co robić i zobaczyć, polecane atrakcje! Wybierasz się na Bali. Planujsz się zatrzymać w Uluwatu i zastanawiasz się jakie są tam najciekawsze atrakcje, co warto zrobić oraz zobaczyć? Trafiłeś idealnie! Uluwatu znajduje się daleko od zatłoczonych miast, takich jak Kuta i Seminyak. Drogi są tutaj przejrzyste, stosunkowo spokojne i łatwe do zwiedzania skuterem.
Punkt widokowy na plaży Balangan – Uluwatu co robić i zobaczyć, polecane atrakcje
Północny koniec plaży Balangan oferuje panoramiczne widoki na szeroką, 200-metrową plażę Uluwatu. Plaża Balangan cieszy się popularnością zarówno wśród surferów, jak i osób lubiących opalać się. Należy pamiętać, że w okolicach punktu widokowego może być tłoczno podczas zachodu słońca, ponieważ codziennie przychodzą tutaj fotografowie z parami na sesje zdjęciowe.
Plaża Dreamland
Dreamland Beach jest popularna wśród początkujących surferów i plażowiczów. W okolicy plaży znajduje się wiele sklepów i małych klubów plażowych, gdzie można coś zjeść lub wypić.
Plaża Nyang-Nyang, Uluwatu
Nyang-Nyang Beach to jedna z najpiękniejszych plaż na Bali. To dziewicza plaża o długości 1,5 km, położona wzdłuż linii brzegowej klifów z wapienia. Nyang-Nyang przyciąga niewielu turystów, ponieważ jest dość trudno dostępna.
Świątynia Uluwatu
Jedna z najpiękniejszych świątyń na Bali, zbudowana na szczycie klifu o wysokości 70 metrów, nosi nazwę Świątynia Uluwatu. Choć nie jest tak sławna jak Tanah Lot w Canggu, to podczas zachodu słońca przyciąga wiele osób dzięki tradycyjnym tańcom Kecak. Bilet wstępu do Świątyni Uluwatu kosztuje 50 000 IDR. Ważne jest, aby wiedzieć, że nie wolno tu używać dronów.
Relaks na plaży Bingin
Bingin Beach to spokojna, ukryta plaża dostępna tylko przez małą uliczkę, a następnie pięciominutowy spacer po schodach w dół. Plaża ta jest doskonała do opalania się i delektowania się drinkiem w restauracjach przy plaży. W tej topowej lokalizacji znajduje się kilka hoteli i pensjonatów oferujących doskonałe widoki.
Klif Karang Boma (klif Uluwatu)
Ten imponujący kalksteinowy klif o wysokości 70 metrów, znany jako Klif Karang Boma lub Klif Uluwatu, leży w pobliżu Świątyni Uluwatu. To fantastyczne miejsce do odwiedzenia podczas zachodu słońca. Niestety, od 2023 roku, przy Uluwatu Cliff postawiono płot.
Plaża Padang-Padang
Mała zatoczka, która stała się popularna dzięki filmowi „Jedz, módl się, kochaj”. Plaża ta oferuje wiele miejsc pod parasolami do opalania się i relaksu. Do plaży Padang-Padang w Uluwatu wstęp kosztuje 10 000 IDR (0,65 euro).
Kecak Fire Dance w Uluwatu
Kecak Fire Dance to ikoniczne przedstawienie taneczne na Bali. Grupa około 65 osób opowiada historię w formie tańca. Wszystko to dzieje się podczas zachodu słońca w amfiteatrze na klifie przy Świątyni Uluwatu. Pokaz jest niesamowicie imponujący i stanowi nieodłączną część podróży po Bali! Tańce odbywają się od 18:00 do 19:00 i kosztują 150 000 IDR (9 euro) od osoby. Warto kupić bilety około 17:00, ponieważ zazwyczaj są szybko rezerwowane.
Plaża Suluban, Uluwatu
Jest to plaża na której leży wrak statku i jest dostępna tylko przez małe otwarcie między skałami. Popularne miejsce surfowe, zwane Blue Point, przyciąga wielu surferów.
Surfowanie w Uluwatu
Uluwatu to miejsce znane z surfingu. Surferzy z całego świata przyjeżdżają tu łapać wysokie fale, które mogą być też niebezpieczne dlatego polecane są one dla osób z doświadczeniem. Mniejsze fale można znaleźć w Dreamland lub Padang Padang.
Zachód słońca lub wieczór w Single Fin’s
Single Fin to najpopularniejszy bar na klifie Uluwatu, znajdujący się w drodze do plaży Suluban. Jestto idealne miejsce na drinka, przekąskę, relaksującą atmosferę i wspaniały zachód słońca. Niedziele są zazwyczaj najbardziej zatłoczone, gdyż organizowane są wtedy imprezy z występami na żywo przez DJ-ów.
Ulu Cliffhouse
Ulu Cliffhouse to klub plażowy na klifie z widokiem na ocean. Pięknie udekorowany klub plażowy oferuje wygodne leżanki do relaksu i duży basen, aby spędzić popołudnie. Druga część Ulu Cliffhouse, zwaną Ocean Deck, można osiągnąć schodami drewnianymi wzdłuż klifów.
Najlepsze restauracje w Uluwatu:
– Suka Espresso (na pyszną kawę i lunch!)– Bukit Cafe (na smaczne i zdrowe jedzonko)– Land’s End Cafe (kiedy jesteś weganem)– La Baracca (kiedy masz ochotę na coś włoskiego)– Drifter Cafe (na śniadanie i kawę)– Mango Tree (kiedy masz ochotę na coś meksykańskiego)– Cuca ( kiedy masz ochotę na coś wyjątkowego, fine dinning, mega miejsce – bardzo polecamy!)
Najlepszym sposobem na zwiedzanie Uluwatu jest skuter. Możesz wynająć skuter za 60 000 IDR dziennie i łatwo zwiedzić całe okoliczne tereny. Uluwatu jest spokojne w porównaniu z innymi miejscowościami na Bali, więc łatwo się tutaj poruszać. Inne opcje to Grab, Gojek lub taxi. Możesz również wynająć kierowcę na cały dzień, który zabierze cię do wielu atrakcji. Naszy przyjaciel Nono, jest najlepszy! 🙂
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Meksyk.
Chichén Itzá – Meksyk – Co warto wiedzieć przed wyjazdem? Wchodzę na ogromny plac porośnięty trawą, na środku już z daleka widzę świątynię w kształcie piramidy. Jest trochę mniejsza, niż sobie wyobrażałam. Przechodząc dalej widzę niewielkie grupki turystów wraz ze swoimi przewodnikami. Z nieba leje się żar, pierwsza myśl – gdzie tu jest jakiś cień? Druga myśl, dobrze, że w ostatniej chwili wrzuciłam do plecaka krem z filtrem i extra butelkę wody. Przechodząc obok świątyni przyglądam się z zaciekawieniem turystom, którzy próbują zrobić sobie zdjęcie pt: “zobacz jaka ta piramida malutka”. Myślałam, że takie zdjęcia są już passe, ale jak widać myliłam się. Dochodząc pod drzewa, widzę niekończący się konwój meksykanów pchających wózki wypakowane pamiątkami we wszystkich możliwych kolorach.
Zamyśliłam się na dłuższą chwilę, wyobrażając sobie ich życie. Codziennie pchają ten wózek tam i z powrotem, rozkładają i składają swoje rękodzieła na straganie, zawijając każde w kawałek papieru. To musi być bardzo ciężki kawałek chleba. Nagle z mojego zamyślenia wybił mnie przeraźliwy krzyk, aż podskoczyłam do góry z przerażenia, ale to na szczęście tylko sprzedawca, który naśladując głosy jaguara, próbuje sprzedać kolejną pamiątkę z podróży. Czuje się trochę jak na odpuście i zaczynam się zastanawiać po jakiego grzyba my tu w ogóle przyjechaliśmy, toż to jakaś szopka normalnie. Wtedy przychodzi nasz przewodnik i zaczyna opowiadać historię tego miejsca. Zaczynam powoli przenosić się myślami do V wieku i coraz szerzej otwieram oczy ze zdziwienia.
Historia Majów
Historia dawnego Imperium Majów jest pełna niewyjaśnionych zagadek, fascynuje i pobudza wyobraźnię. Majowie są uważani za jedną z najbardziej rozwiniętych cywilizacji w historii świata, a na pewno jedną z najdłużej istniejących w Ameryce Łacińskiej. Byli oni świetnymi astronomami, twórcami precyzyjnych kalendarzy, dobrymi architektami, a także genialnymi matematykami. Mimo że świadomość istnienia cyfry zero odziedziczyli po Olmekach, to faktycznie używali jej na porządku dziennym w arytmetyce. Wyprzedzili więc pod tym względem Europejczyków, o kilka wieków!
Czym się zajmowali Majowie?
Uprawiali głównie kukurydzę. Ziemię użyźniali przy pomocy metody wypaleniskowej. Nie znali oni koła ani zwierząt jucznych czy pociągowych. Nie używali również metali. W świątyniach Majów, wyrastających wysoko ze swych podstaw w kształcie piramid, oddawano cześć bóstwom i odprawiano nabożeństwa. Niektóre świątynie były obserwatoriami astronomicznymi i jakby olbrzymimi zegarami słonecznymi. Wiele z nich tak usytuowano, że gdy pewne planety wschodziły za nimi, kapłani wiedzieli, że nadszedł czas siewów.
Majowie byli przekonani o tym, że żyją w piątej epoce słonecznej oraz o tym, że przed pojawieniem się człowieka im współczesnego istniały wcześniej cztery rasy ludzkie, które zginęły w straszliwych kataklizmach. Szczególną czcią otaczali Majowie Słońce, uważane przez nich za źródło życia i ojca bogów.
Do specjalności Majów należała rzeźba w drzewie. Wyrób posążków traktowano niezwykle poważnie. Wycinano je z cedrowego drzewa, a następnie skrapiano krwią i nasycano zapachem żywicy z drzew tropikalnych. Praca ta mogła się odbywać tylko w określonym miesiącu, po odpowiednich modłach i postach, w domu specjalnie na ten cel przeznaczonym i pilnie strzeżonym. Mimo stosowania takich środków ostrożności, rzeźbiarze wierzyli, że jeden z nich musi umrzeć, jako ofiara należna bóstwom.
Co to jest Chichén Itzá?
Chichén Itzá to jedno z nielicznych miejsc, które wciąż jest w stanie powiedzieć coś o cywilizacji Majów. Położone na półwyspie Jukatan w Meksyku dawne miasto do dnia dzisiejszego zachowało wciąż w dość dobrym stanie świątynię (która została starannie odrestaurowana), na szczycie której kiedyś ta cywilizacja prekolumbijska składała ofiary z darów natury i ludzi, by wybłagać u bogów potrzebne łaski i prosić o wybaczenie. Czy jest coś, czym to miejsce może zaskakiwać? Mimo wielu lat badań wciąż bywa tajemnicze i pełne ciekawostek.
Historia Chichén Itzá
Miasto powstało około V wieku. Założone zostało przez Majów. Tej starożytnej cywilizacji nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Okres świetności Chichén Itzá przypada na X wiek. Kultura Majów połączyła się wówczas z cywilizacją Teolteków. Efektem są wyjątkowe budowle, które powstały w kompleksie historycznym. Istnieje jednak teoria mówiąca, że to właśnie za sprawą Teolteków Chichén Itzá przybrało oblicze krwawego miasta, a którym składano bogom ofiary z ludzi.
Architektura Chichén Itzá
Kompleks obejmuje aż 30 rozmaitych budowli. Każda z nich jest warta zobaczenia. Najbardziej oblegana przez turystów jest świątynia Kukulkana, czyli zamek (El Castillo). Budowla osiąga wysokość 24 metrów. We wnętrzu tej wyjątkowej piramidy znajduje się jeszcze jedna. Taka konstrukcja budowli wymagała oczywiście sporej wiedzy matematycznej, z której słynęli Majowie. Schody Kukulkany nachylone są pod kątem 45 stopni. Na sam szczyt prowadzi dokładnie 365 stopni. Fascynującym budynkiem jest również tzw. Świątynia Jaguarów (Templo de los Jaguares). Turyści mogą wewnątrz niej podziwiać cudowny ołtarza w kształcie jaguara. Ściany świątyni ozdabiają przykuwające uwagę malowidła, które najprawdopodobniej ukazują walkę między Teoltekami, a Majami. Godna zainteresowania jest także Świątynia Wojowników (Templo de los Guerreros).
Filary o kształcie wojowników tworzą niesamowity charakter tego miejsca. O ciarki na skórze może przyprawić Święta Studnia (Cenote Segrado). To dosyć przerażające miejsce o rytualnym charakterze. Cenoty były postaciami z pogranicza świata bogów i ludzi. Wierzono, że składając im ofiary, można zyskać łaskawość bogów, a przy okazji wyprosić coś u nich. W całym kompleksie warto jeszcze wyróżnić wieżę, która ze względu na swoją spiralną klatkę schodową określana jest mianem Ślimaka (el Caracol). Co ciekawe, jej okna zostały umieszczone promieniście. Istnieje, więc uzasadnione przypuszczenie, że wieża była stosowana do obserwacji astronomicznych. Zainteresowaniem turystów cieszy się zawsze niezwykła platforma czaszek – Tzompantli. Jej ściany ozdabiają rzędy czaszek.
Jak się dostać do Chichén Itzá?
Jeśli masz wypożyczony samochód, to zdecydowanie najłatwiej będzie się dostać z Valladolid. To tylko 40 minut jazdy. Samochód trzeba zostawić na parkingu, który jest płatny 80 MXN. Możesz się też dostać autobusem ADO Bus z takich miejscowości jak Cancun, Valladolid, Merida, Playa Del Carmen. Lub wykupić wycieczkę zorganizowaną z przewodnikiem z miejsca w którym wypoczywasz.
Ile kosztuje bilet do Chichén Itzá i gdzie go kupić?
Bilet kosztuje 495 MXN i można go zakupić w kasie. Do której są ogromne kolejki. Aby je ominąć możecie zrobić trzy rzeczy. Być na miejscu o 7:30. Kasy otwierają o 8:00, wtedy jest szansa, że będziecie jednymi z pierwszych w kolejce. My byliśmy punkt 8:00 i ze sto osób było przed nami minimum. Możecie wziąć przewodnika wtedy on ma już bilety i wchodzicie poza kolejką. Możecie kupić bilety online, ale są one wtedy droższe.
Kiedy najlepiej zwiedzać Chichén Itzá?
Warto wiedzieć, że na zwiedzanie tego kompleksu potrzebujesz około 2-3 godzin. I ja tutaj mam na myśli takie zwiedzanie z przewodnikiem, który opowie Ci całą historię tego miejsca. Bez przewodnika pewno będzie szybciej. Polecam być na miejscu jak najwcześniej rano, wtedy unikniecie nie tylko tłumów, ale przede wszystkim upałów. Warto wiedzieć, że na ten moment nie ma możliwości zwiedzania świątyni i wschodzie słońca. Przed pandemią była taka możliwość, ale tymczasowo jest zawieszona.
Jak najlepiej zwiedzać Chichén Itzá?
Z przewodnikiem. Po prostu. Inaczej nawet nie ma sensu tam jechać. Wg mnie oczywiście. Jeśli tutaj przyjedziesz, to obejdziesz to miejsce w 20 minut i bez tej całej historii, która kryje się w tych kamieniach pomyślisz sobie: ale o co tyle szumu? Kupa kamieni i tyle. No właśnie, to przewodnik pokaże ci rzeczy, których sam nie masz szans dostrzec. Aby sobie rozłożyć koszty, przewodnika możesz go wynająć z inną parą. Nasz przewodnik kosztował 1000 MXN, ten koszt podzieliliśmy z inną parą więc wyszło nas 500 MXN na parę.
Co musisz wiedzieć przed wyjazdem Chichén Itzá?
na teren kompleksu nie można wnosić dronów, profesjonalnych kamer filmujących oraz dużych obiektywów np Nikkor 70-200. Plecak ze sprzętem można zostawić w lockerze, lub w samochodzie jeśli takowy posiadacie. Zabronione jest też wnoszenie statywów, lamp błyskowych, piłek, zabawek, krzeseł, noży. każdy plecak jest kontrolowany przed wejściem.
zabierz ze sobą nakrycie głowy, wodę oraz krem UV.
staraj się tak planować przyjazd do Chichén Itzá, żeby nie być tutaj w niedzielę, bo wtedy meksykanie mają wstęp wolny i może być jeszcze bardziej tłoczno niż zwykle.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Bali.
Ryż jest głównym posiłkiem Balijczyków, a Indonezja jest jego trzecim co do wielkości producentem. Zbiory odbywają się co trzy miesiące w związku z czym, ryż sieje się tutaj aż 4 razy w roku. Cały proces to bardzo ciężka praca Balijczyków, nic tutaj nie jest zmechanizowane. Na mulistej ziemi zasiewany jest ryż, który po wykiełkowaniu jest rozsadzany na odpowiednio spulchnionych i nawodnionych poletkach, zwanych właśnie tarasami. Sadzenie ryżu, to bardzo czasochłonne zajęcie, wymaga też nie lada precyzji – bo im bardziej starannie ułożone sadzonki tym bardziej obfite zbiory, no i tym piękniejsze tarasy, do których wzdychają fotografowie z całego świata. Niemal całe Bali jest utkane z tarasów, ale które z nich są najpiękniejsze? Oto moja lista, kolejność, nieprzypadkowa.
Tarasy ryżowe Jatiluwih
Te tarasy znajdują się one jakieś 2-2,5h od Ubud. Możecie je zobaczyć w drodze do Munduk – które koniecznie polecam wam zobaczyć! Pola ryżowe są ogromne, więc dobrze jest zarezerwować sobie na nie więcej czasu. Jest kilka różnych tras do wyboru, najkrótsza pętelka to ok 1,5h. Ale równie dobrze można tam spędzić cały dzień. To są największe tarasy ryżowe na Bali. Przepięknie położone. Można je zwiedzać pieszo, lub wynająć rower i zrobić sobie rowerową przejażdżkę. Za wstęp na Tarasy płaci się jednorazowo IDR 40 000/os (za kierowce się nie płaci). W trakcie zwiedzania można zobaczyć wielu Balijczyków pracujących na swoich polach. Widoki zapieraj dech w piersiach!
Tarasy ryżowe Sambangan
Te tarasy będziecie mogli podziwiać podczas trekkingu do The Secret Gardens of Sambangan. Ponieważ ryż na Bali jest zbierany trzy razy w roku, jest duża szansa, że odwiedzając różne pola ryżowe zobaczycie różne stadia dojrzałości. Od tarasów zalanych jedynie wodą, co ma swój urok, przez nieziemsko zielone tarasy w trakcie wzrostu, aż po dojrzałe – lekko żółtawe gotowe już do ścięcia. Nam wszystkie te trzy stadia udało się zobaczyć, dlatego fajnie odwiedzić różne tarasy ryżowe. Bo zwykle jest tak, że całe tarasy są zasiewane w tym samym czasie.
Tarasy ryżowe Tegallalang
Te tarasy znajdują się najbliżej Ubud i są zdecydowanie najbardziej oblegane przez turystów. A co za tym idzie są oni tutaj dojeni jak krowy co kilka metrów. Nie dość, że zapłacicie wstęp na wejściu (niestety nie wiem ile, bo my nie wchodziliśmy), to potem co kawałek spotkacie gospodarza i żeby wejść na jego teren będziecie musieli znowu płacić. Takich rzeczy absolutnie nie ma w Jatiluwih o Sambangan nie wspominając. No ale wiadomo, gdzie więcej turystów tam znajdują ciągle nowe metody zarabiania na nich. Ale jeśli chcielibyście uniknąć zarówno wszystkich opłat jak również naciągania to proponuje zajrzeć do Caffe Dewi, zjeść tam pyszny lunch z mega widokiem i zupełnie za darmo pospacerować sobie po tych samych tarasach, tylko kawałek wyżej.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Meksyk.
Izamal – żółte miasto w Meksyku. Izamal to małe kolonialne miasteczko w meksykańskim stanie Jukatan. Miasteczko jest tak urokliwe, że zostało ono wpisane na listę Pueblos Magicos, czyli listę magicznych meksykańskich miasteczek! Obecne budynki powstały na ruinach dawnych świątyń Majów, część z nich zachowała się do tej pory i jest dobrze ukryta pomiędzy żółtymi kamienicami.
Dlaczego Izamal jest pomalowane na żółto?
Czy zawsze miał takie kolory? Otóż nie. Jeszcze całkiem niedawno, żółty kolor wcale nie był znakiem rozpoznawczym tego miasteczka. Miasto pomalowano na żółto dopiero po pielgrzymce Jana Pawła II do Meksyku, która miała miejsce w 1993 roku. Podczas mszy Jan Paweł II odniósł się do sytuacji Indian w Meksyku wyrażając tym samym ich poparcie. Jedna z teorii głosi, że to właśnie po tych słowach większość budynków w Izamal pomalowano na kolory Watykanu czyli żółty i biały, a na dziedzińcu konwentu wzniesiono pomnik Jana Pawła II, który ma upamiętniać słowa papieża, które wypowiedział podczas pielgrzymki. Jak widać był to strzał w 10, bo od tego czasu Izamal przyciąga do siebie rzesze turystów, które chcą zobaczyć to niezwykle urocze, żółte miasteczko.
Jak dostać się do Izamal?
Izamal znajduje się na półwyspie meksykańskim Jukatan, godzinę jazdy od miasta Merida i około 1,5 godziny od Valladolid. My zrobiliśmy sobie jednodniowy wypad samochodem z Valladolid, który był naszą bazą wypadową w tej części Jukatanu. Ale równie dobrze możesz się tutaj dostać autobusem ADO. Dojedziesz tutaj autobusem zarówno z Meridy jak i Valladolid.
Na jak długo wybrać się do Izamal?
Ponieważ nasza baza noclegowa była w Valladolid, wybraliśmy się po prostu na jednodniową wycieczkę. I ten jeden dzień spokojnie nam wystarczył. Miasto można zobaczyć w kilka godzin. Ale nie ukrywam, że klimat tego miejsca spodobał mi się na tyle, że chętnie zatrzymałabym się tutaj na noc. Więc jeśli tylko masz taką możliwość i czas ci pozwala to zarezerwuj tutaj przynajmniej jeden nocleg.
Kiedy najlepiej zwiedzać Izamal?
My byliśmy tutaj w godzinach południowych i popołudniowych i wydaje mi się, że to jest idealna pora. Rano w wielu miejscach jest cień i kolory nie są takie intensywne. W południe żółty pięknie prezentuje się na tle błękitnego nieba, a po południu kolory zaczynają się robić coraz bardziej ciepłe i wpadają bardziej w pomarańczowy.
Zwiedzanie Izamal – co warto zobaczyć i zrobić?
1.Kościół San Antonio de Padua
Najważniejszy punkt w Izamal to Convento de San Antonio de Padua. Ten kolonialny budynek pochodzi z 1561 roku. Pośrodku w samym sercu tej ogromnej budowli znajduje się kościółek. Wstęp do niego jest bezpłatny. Warto pospacerować po dziedzińcu. Ochłodzić się w cieniu pomiędzy łukami. Ale polecam też obejść cały budynek w koło, bo każda jego strona jest bardzo ciekawa i fotogeniczna.
2.Odpocznij na jednym z placów
Wokół Convento de San Antonio de Padua znajdują się dwa piękne place: Parque Zamna i Parque Crescencio Carillo y Anacona. Oba place graniczą z licznymi restauracjami i sklepami, znajdziesz tam też kilka straganów. Po południu, kiedy słońce już zachodzi, miejscowi zbierają się tutaj, aby sobie poplotkować czy coś przekąsić. Miasteczko wciąż ma bardzo autentyczną atmosferę i sprawia wrażenie jakbyśmy cofnęli się w czasie.
3.Pospaceruj po żółtych ulicach
Z centrum warto przespacerować się wąskimi, żółtymi uliczkami lub wybrać się na przejażdżkę bryczką. Pięknie ubrane konie w kolorach miasta, już czekają na Ciebie na placu. My jednak obeszliśmy wszystko na nogach. Centrum jest na tyle zwarte, że można je zwiedzać pieszo poza tym mi jakoś było trochę żal tych koni, które tam stały wystrojone w słońcu, czekając na kolejną przejażdżkę.
4.Kinich Kak-Mo
Jeśli wystarczy Ci czasu wybierz się do ruin Kinich Kak-Mo. Ponoć jest to obowiązkowy punkt programu w Izamal. Ze szczytu piramidy roztacza się panoramiczny widok na miasto i otaczającą dżunglę. My niestety tam nie dotarliśmy.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Meksyk.
Co robić – zobaczyć w Valladolid – Meksyk – najpiękniejsze miejsca. Valladolid – wymawia się jako “bajadolit” – to miasto jest idealną bazą wypadową do zwiedzania Jukatanu i poczucia namiastki prawdziwego Meksyku. To kolonialne miasto nadal wydaje się cudownie autentyczne z przytulnym centralnym parkiem i kolorowymi uliczkami. W okolicy jest wiele fajnych miejsc do zobaczenia, takich jak: świątynie Majów, cenoty, laguny, czy różowe jeziora! Dla nas Valladolid jest więc obowiązkowym przystankiem podczas podróży po Meksyku.
Co robić – zobaczyć w Valladolid – Meksyk – najpiękniejsze miejsca
1.Przespaceruj się po kolonialnym centrum Valladolid
Valladolid zostało założone w 1545 na miejscu dawnego miasta Majów zwanego Zaci-Val. Do XIX wieku Valladolid było trzecim najważniejszym miastem Jukatanu, a w 1840 liczyło około 15 000 mieszkańców. W następnych latach rozpoczęła się wojna i wiele zaciętych bitew miało miejsce między siłami Majów, a meksykańską armią Republiki Jukatanu. Mimo, że Majowie ogłosili niepodległość, to wojna zniszczyła niestety wiele ważnych budynków Valladolidu. Jednak nadal wyraźnie widać, że jest to miasto kolonialne ze względu na architektoniczny styl centrum. Jedną z najpiękniejszych i najbardziej kolorowych ulic Valladolid jest
Calzada de los Frailes.
2.Odwiedź najsłynniejszą świątynię Chichén Itzá
Cud świata Chichén Itzá to najbardziej znana i imponująca świątynia Majów w Meksyku. Dobrze odrestaurowaną świątynię odwiedza co roku ponad 1,2 mln osób. Upewnij się więc, że przyjedziesz tak wcześnie, jak to możliwe. Świątynię otwierają o 8:00 rano. I już wtedy jest duża kolejka do kasy. Warto zatem być tutaj już o 7:30, lub jeśli nie chcesz stać w kolejce możesz wziąć przewodnika, wtedy oni mają już wykupione bilety z których możesz skorzystać.
W Valladolid i okolicach znajdziesz dziesiątki cenot. Te wypełnione wodą jaskinie są idealnym miejscem do ochłodzenia. Niektóre z tych cudów natury są tak doskonałe, że trudno sobie wyobrazić, jak to się w ogóle stało, że one powstały. Jedne mają korzenie drzew i roślin wyrastających przez dużą dziurę w błękitnej wodzie, podczas gdy inne mają mniejsze otwory, przez które wpadają do środka promienie słońca, tworząc niesamowity klimat. Dobrze jest odwiedzić je jak najwcześniej, ponieważ wtedy w ciszy i spokoju możesz delektować się tymi miejscami. My odwiedziliśmy w sumie 5 cenot. Jedne nas zachwyciły bardziej inne mniej, ale zdecydowanie kilka z nich musisz zobaczyć.
Wioska Uayma ma około 2300 mieszkańców i znajduje się 20 minut jazdy od Valladolid. Ta maleńka wioska ma najpiękniejszy kościół w całym regionie. Został zbudowany przez Hiszpanów, aby szerzyć swoją wiarę i kulturę. Do budowy kościoła użyto kamieni z różnych świątyń w regionie, w tym znanego kompleksu świątynnego Chichen Itza. Podczas wojny kastowej w latach 1847-1901 kościół został prawie całkowicie zniszczony przez Majów. W międzyczasie specjalny budynek został odrestaurowany i zdecydowanie warto go odwiedzić ze względu na piękny czerwony kolor i ciekawą historię.
5.Wybierz się na jednodniową wycieczkę do różowego jeziora Las Coloradas
Różowe jeziora Las Coloradas to szczególne miejsce do odwiedzenia. Obszar ten jest wykorzystywany do produkcji soli, co tworzy różne kolorowe jeziora, od niebieskich, przez blado różowe, pomarańczowe, aż po intensywnie różowe. Różowy kolor jest wynikiem barwnika wytwarzanego przez czerwony plankton i maleńkie skorupiaki z rodzaju artemia, zamieszkujące wody laguny. Ich intensywność zależy od tego jak długo leżakuje w nich sól. Im dłużej tym kolor jest bardziej różowy. Gdy woda paruje, organizmy te stają się bardziej skoncentrowane, co dodatkowo wyostrza barwę jeziora. Warto wiedzieć, że zbiorniki są własnością prywatną i znajdują się na terenie parku. Więcej o różowych jeziorach Las Coloradas przeczytasz w tym wpisie:
Jedno z naszych fajniejszych doświadczeń w Meksyku. Pojechaliśmy do wioski majów, aby zobaczyć jak przyrządza się słynną cochinitę pibil. Mogliśmy się tam przyjrzeć z bliska jak wygląda cały proces przygotowania tego słynnego dania. Czyli w jaki sposób przyrządzali go dawno temu Majowie. Cochinita to świnka, a pibil – znaczy pod ziemią, czyli świnka pod zimą tak można przetłumaczyć to danie na język polski. Proces przygotowania tego dania jest bardzo czasochłonny stąd jego niesamowitość, a zarazem unikalny smak Jukatanu. Kiedy wszystko było gotowe nie mogliśmy się doczekać, aby skosztować tego słynnego dania. Jakie było? Wyborne! Jedliśmy cochinitę w kilku miejscach, ale tutaj smak był absolutnie cudowny! A doświadczenie zapisujemy jako najpiękniejsze z całego naszego pobytu na Jukatanie!
Izamal to małe kolonialne miasteczko, które znajduje się około 1,5h drogi od Valladolid i około 1h od Meridy. Miasteczko jest tak urokliwe, że zostało ono wpisane na listę Pueblos Magicos, czyli listę magicznych meksykańskich miasteczek! Obecne budynki powstały na ruinach dawnych świątyń Majów, część z nich zachowała się do tej pory, i jest dobrze ukryta pomiędzy żółtymi kamienicami. Koniecznie wybierz się chociażby na jednodniową wycieczkę i pospaceruj po żółtych uliczkach. Więcej o Izamal przeczytasz w tym wpisie:
Zawsze kiedy jesteśmy w innym kraju szukamy miejsc gdzie można poczuć lokalną atmosferę. Jednym z takich miejsc jest dla nas zawsze targowisko. Jeśli czas Ci pozwoli wybierz się do Mercado Municipal de Valladolid. Zobaczysz tutaj Maje ubrane w swoje nieskazitelnie białe stroje, z wyhaftowanymi kwiecistymi wzorami, które handlują wszystkim co potrzeba im na co dzień do życia. Ludzie przychodzą tu po świeże mięso, mleko, warzywa, owoce, przyprawy, fasolę czy świeżą tortillę. My zakupiliśmy trochę meksykańskich przypraw.
9.Wybierz się do dżungli i poszukaj małp oraz mrówek przenoszących liście.
Przemierzając Jukatan wzdłuż i w szerz, na pewno rzuci Ci się w oczy, że wzdłuż drogi ciągnie się jedna wielka nieskończona się dżungla. Jeśli zastanawiałeś się jak ona wygląda od środka, to warto się w nią zagłębić. Oczywiście, nie polecam tego robić ot tak, byle gdzie, bo nie wiesz, co może spotkać Cię w jej wnętrzu. Przypomnę tylko, że na Jukatanie żyją takie zwierzęta jak pumy, jaguary, ostronosy, aguti, pancerniki, tapiry, mrówkojady oraz margaje. My zrobiliśmy sobie wycieczkę z przewodnikiem, który pomógł nam szukać małp pajęczaków (spider monkey), sami w życiu byśmy ich nie znaleźli. Poza małpkami uczestniczyliśmy w majańskiej ceremonii, która miała na celu odstraszyć złe duchy i ewentualne przeszkody które mielibyśmy napotkać w dżungli. Majowie stosowali ten rytuał przed wejściem do dżungli, tak aby wrócić z niej bezpiecznie.
10.Zjedz lody w Parku Francisco Cantón
Najbardziej przytulnym miejscem w Valladolid jest park centralny Parque Francisco Cantón. Naprzeciw parku znajduje się piękny kościół Iglesia de San Servacio. W parku znajduje się kilka straganów, które sprzedają wszelkiego rodzaju gadżety. Na rogu znajdziesz Wabi Gelato, podobno najlepszą lodziarnię w Valladolid.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Bali.
Canggu – co robić i zobaczyć, polecane atrakcje! Wybierasz się na Bali. Planujsz się zatrzymać w Canggu i zastanawiasz się jakie są tam najciekawsze atrakcje, co warto zrobić oraz zobaczyć? Trafiłeś idealnie! Poniżej znajdziesz wszystkie potrzebne informacje do miłego spędzenia czasu w tym miejscu. Ale przede wszystkim napisze Ci dla kogo jest Canggu, a dla kogo zdecydowanie nie. Być może to pomoże Ci podjąć decyzje przy planowaniu podróży. Canggu polecamy przede wszystkim osobom które: lubią imprezy, przesiadywanie w beach clubach, dobą zabawę do późnych godzin nocnych, kochają pyszne jedzenie, chcą przenocować w luksusowych willach, lubią zakupy i nie straszne są im korki. Jeśli szukasz na Bali ciszy, spokoju oraz chcesz być bliżej balijskiej kultury, to polecamy bardziej Ubud, Munduk czy Sideman.
Canggu (wymawiane jako ‘chang-goo’) to miejscowość, która w ostatnich latach dynamicznie się rozwija i obecnie jest jednym z najbardziej zatłoczonych miejsc na Bali. Z tego też względu polecam się tutaj wybrać na 2-3 dni. Oto co my robiliśmy w Canggu i co polecamy tam zrobić.
Chilluj w jednym z klubów plażowych
Canggu zachwyca różnorodnymi klubami plażowymi, zarówno małymi, jak i dużymi. Dla bardziej zrelaksowanej atmosfery wybierz się do drewnianych barów plażowych między Pererenan a Mejan. Są one doskonałą opcją dla tych z mniejszym budżetem, idealnym miejscem do spędzenia dnia na leżaku pod słońcem. Warto wcześniej zarezerwować leżaki, zwłaszcza w sezonie. My uwielbialiśmy spędzać popołudnia w La Brisa. Polecam zostać do zachodu słońca. Inne ciekawe opcje to: The Lawn, Sol Roftop, Finns, Atlas, Old Man’s.
Delektuj się pyszną kuchnią
Canggu to prawdziwy raj dla smakoszy!. Można łatwo poświęcić cały czas na skakanie po kawiarniach i restauracjach, a i tak nie zdążyć ich wszystkich przetestować. Pyszne desery, plażowe brunch’e i sycące dania indonezyjskie czekają na Ciebie na każdym rogu. Canggu słynie również z kawiarni zdrowych, oferujących wiele opcji wegańskich i wegetariańskich.
Wybierz się na Targ do La Brisa
La Brisa, modna oaza nad brzegiem morza, ożywa każdego niedzielnego ranka podczas ruchliwego targu lokalnego. Stoiska oferują organiczne produkty, ręcznie wykonane ubrania, świeże owoce i warzywa, a to wszystko na pięknie urządzonej przestrzeni z widokiem na ocean. Rozpocznij dzień od świeżo pieczonego chleba, kawy balijskiej i spaceru po tej niesamowitej przestrzeni, wspierając lokalnych rolników i przedsiębiorców. Po zwiedzaniu targu skorzystaj z basenu i leżaków La Brisa!
Sprawdź swoje możliwości w serfowaniu
Canggu oferuje kilka z najlepszych miejsc do surfowania na Bali. Panuje tu przyjemna pogoda i stałe fale, doskonałe zarówno dla początkujących, jak i zaawansowanych surferów. Choć czarne plaże nie dorównują pięknu tych na innych częściach wyspy, to atmosfera surferska to rekompensuje! Polecamy wstanie wcześnie, aby uniknąć tłumów i cieszyć się wschodem słońca na wodzie. Alternatywnie, spróbuj jednej z najbardziej fascynujących rzeczy do zrobienia w Canggu: lekcji surfowania, aby przyspieszyć rozwój swoich umiejętności. Najlepsze spoty surferskie:– Echo Beach (dla średnio zaawansowanych)– Berawa Beach (nieco spokojniejsza)– Batu Balong Beach (obok Old Man’s, najlepsza dla początkujących)– Pereranan Beach
Podziwiaj piękne zachody słońca z plaży
Zaopatrz się w świeżego kokosa lub Bintang i rozkoszuj się zachodem słońca na jednej z wielu pięknych plaż w Canggu. W pobliżu klubów plażowych, takich jak FINNS, znajdziesz kilka mniejszych, lokalnych barów plażowych z wygodnymi workami do siedzenia przed nimi. To wspaniałe miejsce, aby obserwować miejscowych wyprowadzających psy i surferów korzystających z fal. Nasze ulubione miejsce to plaża Mejan.
Wybierz się na zakupy
Canggu ma ekscytującą mieszankę sklepów, oferując wszystko od luksusowych marek po lokalne, ręcznie robione produkty i vintage’owe perełki. To zdecydowanie moje ulubione miejsce na zakupy. Czasami wchodząc do sklepu chciałam zabrać ze sobą dosłownie wszystko. Cudowne lniane sukienki, piękne stroje kąpielowe, kimona, wszystko z naturalnych materiałów (choć nie zawsze) dużo jest też tandety. Trzeba uważać, bo czasami wchodzi się do sklepu i wszystko na wieszkach wygląda cudownie a potem bierzesz do ręki patrzysz na skład oraz wykonanie i jedna wielka masakra. Tak więc szopinguj z głową!
Zrelaksuj się w luksusowych resortach lub pięknych villach
Wakacje to czas relaksu, odpoczynku i oderwania się od rzeczywistości. Zafunduj sobie kilka dni w pięknym luksusowym resorcie w Canggu. Skorzystaj z zabiegów spa, odpoczywaj przy prywatnym basenie i ciesz się nowymi doznaniami kulinarnymi. Canggu oferuje różnorodność od intymnych prywatnych willi po pięknie zaprojektowane nadmorskie kurorty, wszystko z doskonałą obsługą i udogodnieniami.
Zaimprezuj do białego rana
Scena imprezowa w Canggu ożywa głównie w środy, piątki i soboty, oferując świetną atmosferę i zatłoczone miejsca. Wybrane miejsca na imprezy w Canggu to m.in. Luigi’s (poniedziałek), The Shady Pig (wtorek), Old Man’s (środa i sobota), The Lawn (piątek), La Brisa (prawie każda sobota), DEUS (niedziela) oraz Sand Bar (codziennie).
Poćwicz Yoge lub Pilates
Mimo, że moim ulubionym miejsce do Yogi jest Ubud to Canggu oferuje również wiele studiów jogi i pilatesu, gdzie można praktykować jogę, medytację i inne formy terapii holistycznej. Sprawdź m.in. Samadi Bali, The Canggu Studio, The Practice oraz Revive + Pilates. W okolicy znajduje się wiele dobrych siłowni i studiów fitness, choć ceny są zazwyczaj dość wysokie. Kilka z nich to Avenue Fitness, ZYCLE Canggu, Nirvana Strength, Bull Gym Bali Fitness oraz Body Factory.
Najlepsze kawiarnie i restauracje w Canggu
Canggu to raj dla smakoszy, oferujący kuchnię międzynarodową i doskonałe jedzenie indonezyjskie, przygotowywane ze świeżych lokalnych składników. Spożywanie posiłków poza domem jest niezwykle łatwe, ze względu na dużą liczbę opcji wegańskich i wegetariańskich, uroczych miejsc na brunch oraz kawiarni na plaży, gdzie podawana jest pyszna kawa i ciastka. Kilka naszych ulubionych to: Shady Shack, L’osteria, The Avocado factory, Muda by Suka, Penny Lane, Santanera, La Brisa, Give Cafe Copenhagen, Warung Bu Mi, Bokashi, Ruko oraz Times Beach Warung.
Gdzie się zatrzymać w Canggu
Obszary do zakwaterowania w Canggu, takie jak Batu Bolong, Berawa, Paddang Lingjong i Pererenan, oferują różnorodne możliwości, zarówno dla tych o mniejszym, jak i większym budżecie. Pamiętaj, że Canggu jest jednym z droższych miejsc na Bali, więc spodziewaj się wyższych cen niż w innych regionach wyspy. My zatrzymaliśmy się w Batu Bolong, bo chcieliśmy mieć blisko do La Brisa i najlepszych restauracji. O najfajniejszych miejscówkach do nocowania napisałam Wam oddzielny wpis! Gdzie nocować w Canggu.
Transport w Canggu
Najlepszym sposobem na zwiedzanie Canggu jest skuter. Możesz wynająć skuter za 60 000 IDR dziennie i łatwo zwiedzić całe okoliczne tereny. Canggu jest bardziej tłoczne w porównaniu z innymi obszarami na Bali, więc często stoi się w korkach. Inne opcje to Grab, Gojek lub taxi. Możesz również wynająć kierowcę na cały dzień, który zabierze cię do wielu atrakcji. Naszym przyjacielem jest Nono, jest najlepszy! 🙂
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Bali.
Udało mi się wreszcie przebrnąć przez wszystkie zdjęcia, które zrobiliśmy na Bali 🙂 Chciałam wam pokazać najpiękniejsze miejsca. Po pierwszej selekcji wyszło ich grubo ponad sto, więc musiałam trochę liczbę zredukować 🙂 Po kilku kolejnych selekcjach zostało 40 🙂 Moje ulubione, pokazujące, że prawdziwe Bali nadal istnieje, wystarczy go poszukać. Wystarczy poświęcić mu trochę więcej czasu, zatrzymać się, poczuć jego klimat, poznać wspaniałych ludzi…ich kulturę, tradycje, obyczaje, smaki, zapachy. Czasami to jak odbieramy dane miejsce, to nie tylko widoki. To przede wszystkim ludzie, których spotykamy, to chwile, które przeżywamy. Nie będę wam po raz kolejny pisać jak bardzo zauroczyła nas ta wyspa, zostawiam was ze zdjęciami 🙂
40 zdjęć z Bali – które sprawią, że będziesz chciał tam pojechać
Pura Gunung Kawi Sebatu
Piękna twarz Balijczyka w Ubud
Tarasy ryżowe Tegallalang
Pura Ulun Danu Buyan
Huśtawka – Ubud
Dzieci w wiosce Bangkled
Monkey Forest – Ubud
Wschód słońca nad jeziorem Tamblingan
Gdzieś na Balijskiej wsi
Tarasy Ryżowe Jatiluwih
Jezioro Temblingan
Pola hortencji w Munduk
Wschód słońca z naszego tarasu w Villa Dua Bintang – Munduk
Basen w Villa Dua Bintag
Świątynia Danau Tamblingan
Tarasy Ryżowe Jatiluwih
Dzieciaki w szkole – Munduk
Punkt widokowy na jezioro Buyan
Tarasy ryżowe Sambangan
Blue Lagoon – The Secret Gardens of Sambangan
Świątynia Pura Beji
Widok na wulkan Batur
Wschód słońca z wulkanu Batur
Tarasy ryżowe Jatiluwih
Wodospad Aling Aling
Jezioro Batur
Widok z wulkanu Batur
Huśtawka na dachu świata – Munduk
Wioska Bangkled
Ceremonia w wiosce Bangkled
Wioska Bangkled
W drodze do wodospadu Tukad Cepung
The Green Cliffs and Little Grotto of Undisan Bangli
Piękna twarz Balijczyka spotkanego w drodze do Little Grotto
Ceremonia pogrzebowa
Świątynia Tirta Ganga
Balijki przygotowujące jedzenie na ceremonię
Pura Lempuyang
Targ w Sidemen
Villa Sidemen
Balijki przygotowujące ozdoby na ceremonię
Targ w Sideman
Ceremonia w świątyni nietoperzy Goa Lawah
Okolice Crystal Bay – Nusa Penida
Kaczki jako ofiara składana bogom podczas ceremonii
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Bali.
Bali to jedno z tych miejsc, które nie tylko trzeba zobaczyć ale przede wszystkim przeżyć. Zatrzymać się na chwilę, zrelaksować, pomedytować, zastanowić nad jutrem. Nad tym gdzie pędzimy i po co. Wspaniałe krajobrazy, nastrojowa muzyka, spokój Balijczyków oraz wszechobecny zapach kadzidełek idealnie w tym pomagają. Można idealnie się wyciszyć, nacieszyć oczy wspaniałymi widokami, czy przeżyć niezapomniane chwile. Nie ukrywam natomiast, że trzeba do tego znaleść odpowiednie miejsca. Dlatego poniżej zostawiam wam nasza prywatną listę najpiękniejszych przeżyć oraz miejsc z nimi związanych. Może komuś się przyda podczas planowania podróży i zapobiegnie rozczarowaniom na miejscu 🙂
Wejdź na wulkan Batur i podziwiaj przepiękny wschód słońca.
Wejście może do najłatwiejszych nie należy, ale za to widoki z góry wynagradzają wszystko. Dla mnie to było to jedno z piękniejszych przeżyć na Bali. Wszystko to co musisz wiedzieć o wejściu na wulkan znajdziesz we wpisie pod tytułem: Wejście na wulkan Batur na Bali.
Poczuj motyle w brzuchu szybując nad lasem palmowym. Leć w powietrzu jak ptak! Poczuj wolność!
Przespaceruj sobie lub zrób sobie wycieczkę rowerową po tarasach ryżowych Jatiluwih.
To bezapelacyjnie najpiękniejsze i zarazam największe tarasy ryżowe na Bali. Widoki robią niesamowite wrażenie! Choćby dlatego miejsca warto przylecieć na Bali!
Kup banany i nakarm małpki w Monkey Forest 🙂
Zabawa przednia, małp jest całe mnóstwo. Można poobserwować jak sobie żyją, jak się bawią. Czasami na ciebie naskoczą, zabiorą okulary czy telefon 🙂 więc trzeba uważać 🙂
Zobacz tysiące nietoperzy w świątyni Pura Goa Lawah.
Jeszcze nigdy nie widziałam tylu nietoperzy w jednym miejscu. Robią mega wrażenie. Zdecydowanie warto odwiedzić tę świątynię tylko z tego powodu!
Odpocznij w Batur Natural Hot Spring.
Po wyczerpującym wyjściu na wulkan Batur możecie się zrelaksować w naturalnych, gorących źródłach w pobliżu, podziwiając przy okazji piękne widoki. Warto jednak widzieć, że większość osób przyjeżdża tam właśnie zaraz po zejściu z wulkanu w związku z czym o takich pustkach możecie zapomnieć. My byliśmy dopiero coś koło 17;00 i mieliśmy basen na wyłączność 🙂
Wstań wcześnie rano, żeby zobaczyć piękny wschód słońca nad Tamblingan Lake.
Uwielbiam to miejsce! Zdecydowanie warto poświęcić się i wstać o 5:00 rano, żeby zdążyć na wschód słońca! Takie chwile są bezcenne!
Zobacz jak wyglada balijska wieś.
Wracając z wulkanu Batur, przewodnik zabrał nas trochę okrężną drogą, tak żebyśmy zobaczyli wieś, która leży u podnóża wulkanu. Warto zwolnić i przyjrzeć się temu jak wygląda życie w tym miejscu.
Poczuj adrenalinę spływając wodospadem w The Secret Gardens of Sambangan.
Jeśli tylko odwaga wam pozwoli, to zdecydowanie ciekawe przeżycie. Dla mnie to był pierwszy i ostatni raz, ale może wam spodoba się bardziej 🙂 Wpis na temat tego miejsca znajdziesz tutaj:
Ach! Jak tylko pomyślę o przepysznych balijskich sate, to ślinka ucieka mi do gardła. Jedzenie na Bali jest wyśmienite, a do tego niedrogie. Kosztujcie wszystkiego czego tylko się da.
Zobacz taniec Kecak.
Połączenie tradycji i kultury balijskiej. Do tego śpiew, taniec i ogień. Niezapomniane przeżycie gwarantowane.
Stań w bramie świątyni Lempuyang.
Świątyń na Bali nie brakuje. Na każdym rogu jakąś znajdziemy. Ale ta jest wyjątkowa, bo ma wyjątkowy widok. Co prawda my mieliśmy trochę pecha, bo Agunga zakryły nam chmury, ale nawet bez tego, brama do nieba robi wrażenie.
Zobacz Mt Agung z bliska
Popływaj w samotności w Blue Lagoon (The Secret Gardens of Sambangan).
Wspaniała przyroda, cisza, spokój. Uwielbiam takie miejsca.
Zobacz walki kogutów.
To część balijskiej kultury. Nie są to żadne przedstawienia dla turystów, to ich tradycja. Na pewno nie raz zobaczycie przed baliskimi domami koguty trzymane pod specjalnym koszem. Tam właśnie przetrzymywane są koguty do walk.
Pomieszkaj jeden dzień w domu Balijczyka.
Nie ma nic piękniejszego i bogatszego w przeżycia jak kilka dnie spędzone pod jednym dachem z Balijczykami. Pomoc w codziennych zajęciach i obserwacja ich życia.
Zobacz ceremonię pogrzebową, wyrzucania prochów zmarłego do rzeki.
To raczej kwestia szczęścia. Tego nie da się ani zaplanować. Trzeba się dobrze rozglądać na prawo i lewo jadąc samochodem.
Zjedz pyszny balijski obiad z widokiem na pola ryżowe Tegalalang.
Jedna z piękniejszych miejscówek w jakiej przyszło nam spożywać posiłek. Widoki zostają na zawsze w pamięci.
Zobacz jak się zbiera ryż.
To, że ryż na Bali rośnie niemal wszędzie pewno już wiecie. Ale proces jaki musi zajść, żeby trafił on na nasz talerz jest długi i kosztuje wiele pracy. Warto się przyjrzeć z bliska jak on wygląda.
Wsłuchaj się w poranne balijskie odgłosy.
Tego się nie da opisać, to trzeba uslyszeć 🙂
Poczuj moc fal w jaskini Tembeling.
Znajdź chwilę na medytację w jakimś ustronnym miejscu.
Bali jest idealnym miejscem na wyciszenie i zapomnienie o całym świecie!
Weź udział w Balijskiej ceremonii odbywającej się w jednej ze świątyń.
Skosztuj owoców jack fruit.
To właśnie tutaj jadłam je po raz pierwszy w życiu! Są przepyszne, słodko-kwaśno-orzeźwiające!
Znajdź Blue Grotto – nam nawet miejscowi nie umieli pomóc, ale jakoś się udało!
I wam życzę powodzenia, bo zdecydowanie warto!
Wsłuchaj się w rytmy tradycyjnej Balijskiej muzyki.
Uwielbiam! Mogłabym słuchać godzinami!
Zobacz ceremonie składania darów bogom.
Niesamowite przeżycie! Składają w ofierze nawet żywe zwierzęta takie jak kozy czy kaczki.
Znajdź delfina na Nusa Penida 🙂
Popływaj w Angel’s Bilabong.
Sprawdź dlaczego Broken Bay jest zepstuta 🙂
Zrób zakupy na targu.
Skosztuj bananów w cieście.
Zobacz niekończace się pola hortensji w Munduk
Obudź się w Villa Sideman z widokiem na Mount Agung.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Bali.
Podobno są takie miejsca na Bali, gdzie na parking już z samego rana zjeżdżają się dziesiątki autokarów z setkami turystów, którzy później się z nich wytaczają, żeby zaliczyć kolejną atrakcję. Podobno, bo my osobiście takiego miejsca nie widzieliśmy, ale to nie dlatego, że mieliśmy szczęście, to dlatego, że po prostu celowo takie miejsca omijaliśmy szerokim łukiem. Weźmy chociaż taki przykład jak wodospad Git Git. Przeglądając zdjęcia nie można mu nic zarzucić jest piękny, dlatego też wiele osób wybiera się na całodzienną wyprawę z samego południa na północ wyspy, żeby go zobaczyć. Ale mało kto wie, że całkiem nie daleko, jest inny wodospad, który robi nie mniejsze wrażenie i można obejrzeć go w samotności. Nie trudno się domyślić, że my wybraliśmy ten drugi, mało tego poza wodospadem zobaczyliśmy jeszcze całe mnóstwo innych fajnych miejsc i przeżyliśmy kilka ciekawych przygód.
The Secret Gardens of Sambangan
Wodospad o którym mowa nazywa się Aling Aling i znajduje się w tajemniczych ogrodach Sambangan. To zaledwie 10 km dalej niż słynny wodospad Git Git. Zobacz na mapie: KLIK. Jedyna różnica jest taka, że do tego wodospadu nie podwiezie nas autobus, musimy się tam przespacerować. Jak się dostać do The Secret Gardens? Najlepiej samochodem, chyba, że mieszkacie gdzieś w pobliżu wtedy można podjechać na skuterze. Nie trzeba wcześniej nic rezerwować, po prostu dojeżdżacie na miejsce, tam będzie mała budka z biletami i kilku lokalnych chłopaków (przewodników), którzy zabiorą was na kilkugodzinny spacer. Jak długi, to zależy od was, są trzy trasy, krótka 1-1,5h, średnia 3-3,5h i długa 5-5,5h. My wybraliśmy średnią, bo zawierała dokładnie wszystkie punkty, które chcieliśmy zobaczyć. Na miejscu można kupić wodę, z jedzeniem trochę gorzej o wczesnej porze, ale udało nam się kupić pieczone banany i choć trochę się posilić przed wyjściem.
Rice Terrace of Sambangan
Pierwszy gratisowy punk, to przepiękne tarasy ryżowe. Akurat trafiliśmy kiedy były bardzo dojrzałe, więc miały całkiem inny kolor niż tarasy Jatiluwih, które aż raziły po oczach swoją zielenią. Te dla odmiany były żółte i cudnie mieniły się we wschodzącym słońcu. Nie mogliśmy przejść koło tego obojętnie i kilka ujęć z dronika zrobiliśmy. Później, szliśmy sobie jakieś kilkanaście minut i dotarliśmy do niewielkiego domku, gdzie przywitała nas sympatyczna dziewczyna, poczęstowała świeżym kokosem, nakarmiła bananami i do tego nie pozwoliła za to zapłacić. Ponoć nasz przewodnik wszystko uregulował, więc przypuszczam, że ta miła niespodzianka była w cenie. Warto wiedzieć, że bez przewodnika, raczej ciężko trafić do tego wodospadu, bo znaku po drodze żadnego nie minęliśmy.
Blue Lagoon
Kolejnym punktem była błękitna laguna. Dla mnie to chyba był nawet ważniejszy punkt niż sam wodospad. Laguna ma piękny błękitny kolor, przy czym warto wiedzieć, że jego głębia koloru zależy od pory dnia, im bliżej południa, tym ma bardziej intensywny kolor, my byliśmy wcześnie rano, szacuje, że bliżej 10:00 niż 11:00 i słonko dopiero powoli do niego docierało, dlatego kolory nie te same, ale i tak było mega. Cała laguna dla nas, oczywiście z naszej dwójki ja jestem tą, która wszędzie musi wejść, spróbować, popluskać się…Marcel zwykle robi za fotografa 🙂 Woda może ciepła nie była, ale skoro ja się zanurzyłam, to każdy się zanurzy, drugiego takiego zmarzlucha jak ja to na pewno nie ma 🙂
Aling Aling Waterfall
Po orzeźwiającej kąpieli w Blue Lagoon, poszliśmy sobie spacerkiem dalej. Niecałe kilka, może kilkanaście minut później słyszeliśmy już odgłosy spadającej z hukiem wody. To na pewno Aling Aling. Piękny, dostojny, wysoki…:) Warto wiedzieć, że tutaj nie można się kąpać, to dla Balijczyków święta woda. Swoją drogą ciekawa jestem, kiedy zaczną i tutaj przymykać na to oko. Skoro w świątyni w Ubud mimo świetego źródła pozwalają turystom się kąpać, to pewno nie długo i tutaj się to zmieni. Choć mam cichą nadzieję, że nie. W każdym razie wodospad piękny. Idealne miejsce na krótką medytację 🙂
Waterfall Sliding
Ostatnią atrakcję na naszym szlaku w sumie mieliśmy nawet ominąć, ale skoro i tak była po drodze, to zajrzeliśmy. Była to niewielka laguna, do której wpływał wodospad. Nie wiem ile miał wysokości, ale tak na moje oko może z 10 metrów. Woda wyrzeźbiła na nim naturalna zjeżdżalnię, po której oczywiście można było zjechać. Powiem szczerze, że lubię wyzwania ale jak widziałam ten strumień wody walący na dół i próbowałam sobie wyobrazic, że ja tam gdzieś w tym płynę to już na samą myśl nogi uginały się pode mną. Marcel stwierdził, że lubi swoje życie i on na pewno się na taką atrakcję nie pisze. Jak na złość, poza nami nikogo nie było, żeby choć zobaczyć jak taki zjazd wygląda, a nasz przewodnik cały czas mnie namawiał. Kurcze, zjechać, nie zjechać, zjechać, nie zjechać…już na samą myśl o tym miałam wystarczający poziom adrenaliny. Głęboki wdech i…kurcze jak skoczyłam ze spadochronem z ponad 3 000 metrów, to taki 10 metrowy wodospadzik ma mnie wystraszyć? Idę…Marcel popatrzył na mnie rozpaczliwym wzrokiem…serce waliło mi jak zwariowane, nogi tak sie uginały, że ledwo tam na górę weszłam. To niby tylko mały wodospad, ale adrenalinę miałam większą niż przy skoku ze spadochronem. No ale jak mówi tabliczka na dole, jak sprawdzisz, to się nie przekonasz jak to jest. No i poleciałam….jak było? Drugi raz nikt by mnie na to nie namówił 🙂 Woda to zdecydowanie, nie mój żywioł 🙂 Chciałam wam zamieścić filmik, ale coś mój telefon nie chce współpracować z komputerem, zobaczycie na filmie z Bali, który właśnie montuję.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Bali.
Ubud – co robić i zobaczyć, polecane atrakcje! Lądujemy na Bali przed północą. Wita nas gorące powietrze, zapach kadzidełek i uśmiechnięty od ucha do ucha kierowca. Nie znam go, nie mam pojęcia co to za człowiek, ale tak ujmuje mnie swoim uśmiechem, że rzucam się mu na szyje jakbym znała go całe życie. Czasami jest w ludziach coś, co nas do nich przyciąga i mimo, że wtedy jeszcze o tym nie widziałam, nasz kierowca, okazał się wyjątkowym człowiekiem. Od pierwszej sekundy, czuliśmy się jakbyśmy byli starymi, dobrymi znajomymi.
Nono mimo późnej pory, czekał na nasz spóźniony samolot, zawiózł nas do Villi Padi Menari i skoro świt był już u nas, żeby dogadać szczegóły na kolejne dni. Wspólnie uzgodniliśmy, że najlepiej będzie jeśli na pierwsze dwa dni wynajmiemy sobie skuter i razem z wiatrem we włosach poczujemy smak tej wyspy. A na kolejne sześć dni on zabierze nas, żeby pokazać bardziej odległe zakamarki wyspy.Samo Ubud jest dość rozległe. Poruszanie się po nim też trochę skomplikowane, bo uliczki biegną jakby pionowo i czasami coś jest blisko na mapie, ale nie da się tam zbyt szybko dojechać, bo brakuje przecznic.
Wynajmujemy zatem skuter w naszej willli, zakładamy kaski i ruszamy w drogę. W pierwszym dniu wybraliśmy się do świątyń i trochę przypadkowo na tarasy ryżowe. Były bliziutko nas, więc żeby się powoli wczuć w balijskie klimaty nie musieliśmy daleko jechać. W drugim dniu natomiast wybraliśmy na huśtawkę, a później do Monkey Forest. Wtedy też musieliśmy przejechać przez centrum Ubud i cieszyłam się jak dziecko, że nasza willa jest z dala od tego zgiełku w centrum. Ilość skuterów na metr kwadratowy jest zdecydowanie za duża 🙂 Tak więc co warto zobaczyć w Ubud, kolejność nieprzypadkowa 🙂
Ubud – Huśtawka na Bali
Zdecydowanie numer jeden pod względem dostarczonych wrażeń i adrenaliny 🙂 Tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć 🙂 Bujanie nad lasem palmiastym było moim marzeniem już od kilku dobrych lat. Pamiętam, jak kiedyś zobaczyłam po raz pierwszy zdjęcie, o mało nie umarłam z wrażenia. I wtedy sobie właśnie postanowiłam, że jeśli kiedyś moja noga na tej wyspie postanie, to tej atrakcji nie mogę odpuścić. Kilka lat minęło i się udało 🙂 Trochę mi zajęło, żeby tą huśtawkę namierzyć.
Nie była ona jeszcze wtedy tak bardzo popularna i jedynie dostępna w prywatnej willi Zen Hideaway. Żeby skorzystać z huśtawki, trzeba napisać do właścicielki, najlepiej przez AirBnb i umówić się na bujanie. Nie trzeba wynajmować willi, żeby skorzystać z tej przyjemności, aczkolwiek, trzeba mieć szczęście, żeby trafić na dzień, kiedy nie będzie gości, albo będzie ich zmiana. Spotkanie można umówić jedynie o godz 12:00, wstęp kosztuje 250 000IDR od osoby. Można się bujać max pół godziny. W razie gdyby nie udało się wam trafić z terminem w Zen Hideaway, wtedy macie jeszcze jedną możliwość – Bali Swing. Dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej. Różnica jest taka, że w Zen jesteście sami, a w Bali Swing jest całe mnóstwo ludzi, kolejki do huśtawek, jest ich tam chyba nawet ze cztery, różne wielkości, nie ma ograniczeń czasowych, cena 35$.
Świątynia Pura Gunung Kawi Sebatu
Bardzo sympatyczna świątynia. Cisza, spokój, zero turystów, co mnie bardzo zdziwiło, bo myślałam, że to będzie jedna z częściej odwiedzanych świątyń, a tutaj się okazało, że najmniej, choć była zdecydowanie ładniejsza niż Pura Tirta, gdzie ludzi było jak mrówek. No ale, co ja tam się znam 🙂 dla nas lepiej, bo przynajmniej w ciszy i skupieniu mogliśmy podziwiać przepięknie zdobione baseny wodne wypełnione krystalicznie czystą wodą. Przyznam szczerze, tak przejrzystej wody dawno nie widziałam. Do tego te cudowne, ozdobne karpie i unoszące się na wodzie kwiaty lotosów. Świątynia jest bardzo urocza, wręcz trochę tajemnicza, co wynika z połączenia starożytnich budowli porośniętych mchem oraz bujną zielenią ogrodów. Dla mnie mistrzowskie połączenie 🙂
Tarasy ryżowe Tegallalang
Do tych tarasów trafiliśmy tak trochę przez przypadek. Nie to, że nie wiedzieliśmy o ich istnieniu, ale mieliśmy w planach inne tarasy więc z racji ograniczonego czasu z tych pierwotnie zrezygnowaliśmy. Ale, wracając ze świątyni Pura Gunung Kawi Sebatu nagle coś nam dziwnie skuter zaczął jechać, zwolniliśmy, jakaś pani przy drodze zaczęła do nas machać, pokazuje na koła, okazało się że mamy mało powietrza. Pobiegła po syna, żeby nam dopompował, a że byliśmy głodni, zapytaliśmy gdzie możemy tutaj coś zjeść. Powiedziała, żebyśmy szli za nią. Przeszliśmy przez jakieś dziwne wejście, strome schody, czyjś ogródek i doszliśmy do schowanej za budynkami Cafe Dewi.
Wchodzimy na taras, a tam takie widoki, że szczęka nam opadła. Nie dość, że zjadłam tam najlepsze Nasi Campur z najlepszym widokiem ever, to jeszcze można było wejść na tarasy i porobić sobie zdjęcia bez ani jednego turysty w tle (wejście główne na tarasy było kawałek niżej), do tego miła pani pożyczyła mi nawet swój kapelusz :)). I to wszystko za free! Normalnie szczęście razy milion! I pomyśleć, że mogliśmy to miejsce ominąć 🙂
Świątynia Pura Tirta Empul
Najpopularniejsza świątynia w okolicach Ubud. Wszystko za sprawą świętego źródła, które wybija się tutaj z pod powierzchni ziemi oraz jego oczyszczających właściwości. Balijczycy przybywają tutaj tłumnie gdyż wierzą głęboko, że ta woda ma magiczną moc. Mnie jednak najbardziej zdziwiło to, że zdecydowanie więcej oczyszczających się było turystów aniżeli samych Balijczyków. Jestem w stanie zrozumieć wiele rzeczy, ale sorry, są dla mnie pewne granice. To jest ich religia, oni w to mocno wierzą, czy naprawdę turyści myślą, że ta woda ich oczyści? Założę się, że połowa z nich nawet nie ma pojęcia co tam robi i dlaczego. No ale dla sweet foci, można zrobić przedstawienie.
Monkey Forest – Ubud
Bezzaprzeczalnie największa atrakcja w całym Ubud. Największa w sensie, że tam znajdziecie najwięcej turystów 🙂 No i przez to traci na swojej wartości. Bo nawet, żeby zrobić zdjęcie małpie, to trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby w tle nie było ludzi. Niech was nie zmylą zdjęcia. Na niektóre kadry czekaliśmy po 15 minut, do niektórych podchodziliśmy nawet dwa razy. W efekcie końcowym zmęczeni tłumami, nawet nie zobaczyliśmy całego lasu, choć jest przepiękny. Cały porośnięty mchem. No klimat nieziemski. Ale zdecydowanie powinni wprowadzić jakieś dzienne limity. Jak będziecie się wybierać, to polecam wcześnie rano, zaraz po otwarciu. Wtedy może i małpki będą głodne, bo południu nawet bananów nie chciały 🙂 Warto kupić mini banany gdzieś wcześniej na stoisku i rozdawać po jednym. W parku oczywiście słono przepłacicie. Okulary i inne drobiazgi chowamy do torebki, mogą zabrać i nie oddać!
Moje wrażenia z Ubud? Przyjechać, zobaczyć i po 2-3 dniach uciekać stąd jak najdalej 🙂
Ubud informacje praktyczne
przeznaczcie na Ubud max 2-3 dni, są ciekawsze miejsca na Bali
najlepiej zwiedzać go skuterem ok 50 000IDR za dzień, plus benzyna 10 000IDR za litr
wstęp do Świątynia Pura Gunung Kawi Sebatu 15 000IDR w cenie jest sarong
bilet do świątyni Pura Tirta Empul 15 000IDR w cenie jest sarong,
wstęp do Monkey Forest 50 000IDR
Cafe Dewi – 2 x Nasi Campur + 2 soki mango = 220 000IDR
Najfajniejsze noclegi w Ubud
Jeśli planujesz zatrzymać się w Ubud na kilka nocy (co bardzo polecamy). To tutaj znajdziecie wpis z naszymi ulubionymi hotelami, willami w Ubud. Gdzie nocować w Ubud?
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Bali.
Przyłapałam się ostatnio na tym, że największą frajdę w planowaniu podróży sprawia mi wyszukiwanie miejsc o których mało się pisze, albo nie pisze w ogóle. O największych atrakcjach przeczytacie wszędzie, wystarczy wrzucić kluczowe słowa w google i już mamy wszystko podane na tacy. Ale czasami fajnie zobaczyć coś innego, coś gdzie dociera tylko garstka najbardziej dociekliwych, albo nawet najbardziej wytrwałych podróżników. A ponieważ coraz więcej osób wraca z Bali z wielkim rozczarowaniem, tym większą miałam misję, żeby jednak pokazać wam, że Bali nie jest ani trochę przereklamowane. Że można się w nim zakochać 🙂 Trzeba tylko trafić w odpowiednie miejsca. I pomimo tego iż co roku odwiedza je miliony turystów można znaleść miejsca, gdzie będziemy sama na sam z otaczającą nas przyrodą. Dziś zatem przedstawiam wam wszystkie perełki jakie udało nam się podczas wyjazdu zobaczyć. Powiem tylko, że na liście było ich znacznie więcej, niestety w związku z ograniczonym czasem z niektórych z nich musieliśmy zrezygnować.
Blue Lagoon
Kiedy przedstawiałam plan podróży naszemu kierowcy, złapał się biedny za głowę i stwierdził, że w połowie miejsc nigdy nie był, a o niektórych nawet nie słyszał. Tak było z The Secret Gardens of Sambangan. Jechaliśmy tam z mapą, którą przed wyjazdem skrzętnie przygotowałam. Na trekking trzeba przeznaczyć ok 3h. Najlepiej dojechać na miejsce z kierowcą i tam wynająć lokalnego przewodnika. Będą chłopaki siedzieć w budce i czekać na was, więc nawet nie trzeba nic rezerwować. Dobrze być tam przed 9:00 rano. Lokalizacja startu: KLIK
Tarasy ryżowe Sambangan
Te tarasy będziecie mogli podziwiać podczas trekkingu do Blue Lagoon. Ponieważ ryż na Bali jest zbierany trzy razy w roku, jest duża szansa, że odwiedzając różne pola ryżowe zobaczycie różne stadia dojrzałości. Od tarasów zalanych jedynie wodą, co ma swój urok, przez nieziemsko zielone tarasy w trakcie wzrostu, aż po dojrzałe – lekko żółtawe gotowe już do ścięcia. Lokalizacja startu: KLIK
Wodospad Aling Aling
To kolejne z urokliwych w miejsc w The Secret Gardens of Sambangan. To był zdecydowanie najfajniejszy trekking jaki udało nam się na Bali zrobić. Są do wyboru 3 różne trasy, w zależności od tego jakim czasem dysponujecie. My wzięliśmy średni, który trwał jakieś 3h. Już z robieniem całej masy zdjęć, puszczaniem drona, kąpaniu się i spływaniu wodospadem 🙂 Warto wiedzieć, że w wodospadzie Aling Aling, nie można się kąpać, gdyż uważane ono jest za miejsce święte. Lokalizacja startu: KLIK
Pura Hulun Danu Tamblingan
Pamietam, gdy niemal trzy lata temu, znalazłam w sieci listę najpiękniejszych Wedding Destination Pictures. Jedno ze zdjęć było zrobione właśnie nad tym jeziorem. Trzy lata później nie dość, że przyjechaliśmy na Bali, to jeszcze mieliśmy możliwość fotografowania ślubu. Szczęście razy milion! Jak widać, marzenia się spełniają, trzeba tylko mocno tego chcieć i robić wszystko, żeby się udało. A w tej świątyni trafiliśmy akurat na modlitwę. Lokalizacja: KLIK
Wodospad Golden Valley
Wodospadów na Bali nie brakuje. Ponieważ ukształtowanie terenu jest górzyste takich perełek jest całe mnóstwo. Oczywiście są mniejsze i większe, takie gdzie zjeżdżają się całe autokary turystów i takie, gdzie możecie sobie w samotności pokontemplować. My szukaliśmy tylko tych ostatnich. Ten znajduje się w Munduk, z głównej drogi spacerek zaledwie 10-15 min. Tylko ze znalezieniem jest mały problem, bo żadnych znaków nie ma, trzeba szukać napisu Caffe Eco – i kierować się w tą stronę. Lokalizacja:KLIK
Wioska Bangkled
Ze znalezienia tej perełki jestem chyba najbardziej dumna. Bo znalazłam ją sama i to zupełnie przez przypadek. Ponieważ historia tego miejsca jest dość długa i emocjonująca, poświęcę na nią oddzielnego posta. Zdradzę tylko tyle, że spędziliśmy tutaj jeden z piękniejszych dni na Bali. I nie, to nie był żaden skansen dla turystów z przebranymi ludkami tak jak np. wioska Bangli. Lokalizacja:KLIK
Hortensjowe pola – Munduk
To chyba jedno z moich największych zaskoczeń na Bali. To, że uprawia się tam ryż, czy kawę – wiedziałam, ale że niemal całe Munduk porośnięte jest niebieskimi chortensjami o tym nie miałam pojęcia. I pewno bym się nie dowiedziała, gdybyśmy pewnego dnia nie pobłądzili i nie wjechali w jedną z bocznych uliczek, z której rozprzestrzeniały się takie oto widoki 🙂 Lokalizacja: Jl. Asah Gobleg, Munduk
Cafe Dewi z mega widokiem!
To też jedno z miejsc, które znaleźliśmy tylko i wyłącznie przez przypadek. Jadąc na skuterze, zwolniliśmy, bo jakoś dziwnie nam się jechało. A kiedy jakaś pani zaczęła do nas machać i pokazywać na koła, okazało się, że mamy mało powietrza. Sympatyczna pani zawołała syna, ten napompował nam koła, a że była pora lunchu zapytaliśmy czy możemy coś zjeść w pobliżu. Pani bez słowa, kazała iść za sobą, zeszliśmy po stromych schodach, przez tajemniczą bramę i czyjeś podwórko, aż naszym oczom ukazała się mała restauracja z takim oto widokiem! Lokalizacja:KLIK
The Green Cliffs and Little Grotto of Undisan Bangli
To było jedno z tych miejsc, o których nawet nasz kierowca nie słyszał. Mało tego, będąc jakieś 2 kilometry od celu, pytaliśmy miejscowych jak tam dotrzeć a oni wzruszali tylko ramionami. Ale udało się, dotarliśmy. Najpiękniejsza do celu była droga, prowadząca przez balijską wieś, pola na których można było spotkać zapracowanych Balijczyków. Od głównej drogi tak na oko jakieś 2-2,5km. Zdecydowanie warto! Lokalizacja startu:KLIK
Tembeling Beach & Forest
Żeby dotrzeć do niektórych miejsc trzeba sporo odwagi, a przede wszystkim dobrych umiejętności prowadzenia skutera. Pamietam, kiedy zjeżdżaliśmy wąziutką dróżką do tej jaskini odmówiłam chyba cały różaniec. Nierzadko zamykałam oczy jak zjeżdżaliśmy praktycznie pionowo w dół. Zastanawiałam się, czy my w ogóle stąd wrócimy. Ale widoki wszystko wynagradzały 🙂 a my jak widać jesteśmy cali i zdrowi 🙂 Dostać się tutaj można jedynie na skuterze i to też nie do końca. Jakiś 1-1,5km przed trzeba “porzuć” skuter i zejść na nogach, jest po prostu zbyt stromo. Lokalizacja: KLIK
Widok na Kelingking Beach
Zdecydowanie najpiękniejszy punkt widokowy jaki znaleźliśmy w trakcie naszej podróży. Znajduje się on na pobliskiej wysepce Nusa Penida. Najlepiej dostać się tutaj na skuterze. Trzeba jednak uważać, bo droga nie jest w najlepszym stanie. Aczkolwiek, to i tak jest chyba najlepsza droga na Nusa Penida, bo do innych puntów widokowych jest znacznie gorzej. Z naszego bungalow w pobliżu Crystal Bay około 40 minut jazdy. Lokalizacja:KLIK
Plaża Kelingking
Mimo, że z góry ogląda ją całkiem sporo osób, niewielu śmiałków decyduje się na zejście w dół. To dobrze. Bo po pierwsze jak już ktoś tam zejdzie to plaże ma praktycznie dla siebie, po drugie zejście jest bardzo niebezpieczne i wymagające, po czwarte na pewno nie jest przystosowane do tego aby wiele osób się tam przemieszczało. Jeśli ktoś ma lęk wysokości, to absolutnie nie dla niego. Zejście na dół zajmuje jakieś 40-45 minut. Wejście zależy od kondycji – mi było łatwiej do góry. Obstawiam, że niedługo będzie całkowity zakaz schodzenia. Lokalizacja:KLIK
Banah Cliff Point
Fajny punkt widokowy, można robić przy okazji Tembeling Beach & Forest. Łatwo dotrzeć tutaj na skuterze. Droga też jest nawet nie najgorsza, w porównaniu z tą która prowadzi do Angell’s Billabong. Jadąc z okolic Crystal Bay czy portu, zauważycie, że można dojechać tutaj dwiema drogami. Jedna będzie sporo dłuższa, ale to nią właśnie warto jechać, bo tam jest nowiusieńki asfalt, zajmie wam tyle samo czasu, a zdecydowanie przyjemniej się jedzie 🙂 Lokalizacja:KLIK
Broken Bay
Ciekawe miejsce, szczególnie jeśli jest możliwość zobaczenia go z lotu ptaka. Taka duża okrągła dziura 🙂 Również znajduje się na Nusa Penida. Żeby się tutaj dostać, trzeba dobrze, ale to naprawdę dobrze jeździć na skuterze. Codziennie na tej trasie jest po kilka wypadów. Droga, to dziura na dziurze, ciężko nawet je omijać, do tego podjazdy są często bardzo strome. Absolutnie nie polecam komuś, kto ma małe doświadczenie prowadzeniu skutera, warto w takim przypadku wziąć kierowcę. Lokalizacja:KLIK
Angell’s Billabong
Basen stworzony stworzony przez naturę z widokiem na morze! Czy może być coś piękniejszego? A gdyby był jeszcze do tego tylko do waszej dyspozycji? Przy odrobinie szczęście, jest to możliwe. Jakichś wielkich tłumów tutaj nie spotkacie, więcej osób tylko się przygląda niż wchodzi do wody. My byliśmy już późnym popołudniem, dlatego nie było już prawie nikogo. Podczas pływania lepiej nie zbliżać się do brzegu, bo może na was spaść z nienacka fala…duża fala…! Lokalizacja:KLIK
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Bali.
Najpiękniejsze Świątynie na Bali, które trzeba zobaczyć. Podobno na Bali jest więcej świątyń niż domów, bo niemal każda rodzina ma swoją własną świątynię, jedni mniejszą inni większą, ale świątynia w domu to coś całkiem normalnego. Pamiętam jak któregoś dnia spacerując liczkami Ubud, zobaczyłam przepiękne drzwi do świątyni, wchodzę do środka, zachwycam się pięknymi rzeźbami aż nagle jakaś starsza pani siedząca na progu przy wejściu zapytała czy może mi w czymś pomóc…i nagle zdaje sobie sprawę, że weszłam na prywatną posesję. Ups 🙂 Starsza pani pożegnała mnie z ogromnym uśmiechem, prawdopodobnie byłam nie pierwszy i nie ostatnim nieproszonym gościem 🙂 No więc skoro, aż tak dużo tych świątyń na Bali to i z nich trzeba w końcu zobaczyć, kiedy powiedzieć sobie dość? Jest conajmniej 5 które totalnie mnie zauroczyły i 3 które można zobaczyć jeśli się jest w pobliżu. Oto moja lista:
Pura Lempuyang – Najpiękniejsze Świątynie na Bali
Prawdopodobnie najwyżej położona świątynia na Bali, a co za tym idzie, rozpościera się z niej najpiękniejszy widok. Widok na Wulkan Agung. Oczywiście musimy mieć jeszcze na tyle szczęścia, żeby Agunga nie zasłaniały chmury, tak jak w dniu w którym my się wybraliśmy. Ale nawet bez Agunga było magicznie. Droga do świątyni jest bardzo stroma, wąska i kręta. Najlepiej dostać się tutaj samochodem lub skuterem, jeśli mieszkacie gdzieś na wschodzie wyspy. Opłata jest w formie datku, obowiązuje też sarong. Można jeszcze wejść do kolejnej świątyni, dużo wyżej, trzeba tylko przejść tysiąc schodów, ale podobno widoki z góry są gorsze i nic tam ciekawego nie ma więc sobie darowaliśmy i zostaliśmy w pierwszej świątyni. W drodze powrotnej przechodziliśmy obok wioski/zabudowań gdzie grupa kobiet przygotowywała dekoracje na uroczystości. Około dwudziestu kobiet w różnym wieku, siedziało i lepiło przeróżne kolorowe ozdoby, większości z cukru. I tak sobie siedzą te kobietki od rana do wieczora i się bawią 🙂 żyć nie umierać 🙂
Pura Tira Gangga – Najpiękniejsze Świątynie na Bali
Ta przepiękna świątynia znajduje się na wschodzie wyspy. Można ją zrobić w jednym dniu razem z Pura Lempuyang. Zdecydowanie najpiękniejsze są tutaj ogrody. Nie ma drugiej takiej świątyni na Bali, ani nawet podobnej. Podczas naszego pobytu byliśmy tam praktycznie sami, ale to zapewne przez niespokojnego Agunga przez którego wiele osób w ogóle nie zapuszczało się na wschód wyspy. Raczej nie jechałabym z nastawieniem, że zobaczycie takie pustki. Bilet wstępu 20 000IDR i o dziwo sarong nie był wymagany.
Pura Beji – Najpiękniejsze Świątynie na Bali
Przepiękna świątynia na północy Bali. Odwiedziliśmy ją w drodze z Munduk do Batur. Pura Beji to świątynia bogini ryżu. Zdecydowanie najpiękniej zdobiona świątynia jaką na Bali widzieliśmy.Wygląda jak jedno wielkie dzieło mistrza. Ilość zdobień i to z jaką precyzją zostały one zrobione robi naprawdę wrażenie. Wstęp był jakiś śmiesznie tani, nawet nie pamiętam, chyba coś koło 5 000IDR. Zdecydowanie warto tutaj zajrzeć jeśli będziecie gdzieś w pobliżu.
Pura Goa Lawah – Najpiękniejsze Świątynie na Bali
Pura Goa Lawach to świątynia nietoperza, która znajduje się w jaskini, którą zamieszkują tysiące nietoperzy. Balijczycy wierzą, że oprócz nich czeluście jaskini zamieszkuje także olbrzymi smok – Naga Basuki – mityczny wąż wszechświata. Mieliśmy wyjątkowo szczęście, bo akurat trafiliśmy na ceremonię. Całe rodziny odświętnie ubranych Balijczyków schodziły się powoli do świątyni. Kobiety wnosiły na głowach kosze pełne darów dla swoich bogów. Kwiaty, pieniądze, ciastka, słodycze a nawet żywe kaczki. W powietrzu unosił się wspaniały zapach kadzidełek a w uszach rozbrzmiewały dźwięki tradycyjnych gamelanów. Panowała tak wspaniała atmosfera, że aż chciałoby się przejść na hinduizm 🙂 Wstęp coś ok 10 000IDR.
Pura Gungung Kawi Sebatu – Najpiękniejsze Świątynie na Bali
Bardzo sympatyczna świątynia. Cisza, spokój, zero turystów, co mnie bardzo zdziwiło, bo myślałam, że to będzie jedna z częściej odwiedzanych świątyń, a tutaj się okazało, że najmniej, choć była zdecydowanie ładniejsza niż Pura Tirta, gdzie ludzi było jak mrówek. No ale, co ja tam się znam 🙂 dla nas lepiej, bo przynajmniej w ciszy i skupieniu mogliśmy podziwiać przepięknie zdobione baseny wodne wypełnione krystalicznie czystą wodą. Przyznam szczerze, tak przejrzystej wody dawno nie widziałam. Do tego te cudowne, ozdobne karpie i unoszące się na wodzie kwiaty lotosów. Świątynia jest bardzo urocza, wręcz trochę tajemnicza, co wynika z połączenia starożytnich budowli porośniętych mchem oraz bujną zielenią ogrodów. Dla mnie mistrzowskie połączenie 🙂 Wstęp: 15 000 IDR
Pura Ulun Danu Tamblingan – Najpiękniejsze Świątynie na Bali
Świątynia, która znajduje się nad jeziorem Tamblingan. Niby taka zwykła, a miała w sobie coś magicznego. Nie wiem, może fakt, że pierwszego dnia kiedy tam przyjechaliśmy trafiliśmy akurat na modlitwy. Podjechała grupka Balijczyków busikiem i spędzili tam dobrą godzinę modląc się i śpiewając. Kiedy przyjechaliśmy drugiego dnia, słonko dopiero wstawo. Kiedy wzeszło nad górami i zarzuciło swoje promyki na świątynię wydała jeszcze piękniejsza i bardziej magiczna niż dzień wcześniej. Zdecydowanie polecam wstać o 5:00 rano i zjechać tutaj na dół, żeby pobyć w tym miejscu o wschodzie słońca.
Pura Ulun Danu Bratan – Najpiękniejsze Świątynie na Bali
Do Pura Ulun Danu Bratan dotarliśmy już przed samym zamknięciem. Liczyłam na magiczny zachód słońca, ale wyglada na to, że najpiękniejsze zdjęcie, które jest reklamówką Bali, jest niestety dziełem photoshopa, bo na taki zachód słońca w tym miejscu nie ma szans, słońce zachodzi za górami. Ponieważ byliśmy już późno, byliśmy tam praktycznie sami. Świątynia pięknie położona, niestety nic poza tym, ale ponieważ to wizytówka Bali, do tego po drodze, warto zobaczyć. Wstęp do świątyni płatny 50 000IDR.
Pura Tirta
Najpopularniejsza świątynia w okolicach Ubud. Wszystko za sprawą świętego źródła, które wybija się tutaj z pod powierzchni ziemi oraz jego oczyszczających właściwości. Balijczycy przybywają tutaj tłumnie gdyż wierzą głęboko, że ta woda ma magiczną moc. Mnie jednak najbardziej zdziwiło to, że zdecydowanie więcej oczyszczających się było turystów aniżeli samych Balijczyków. Jestem w stanie zrozumieć wiele rzeczy, ale sorry, są dla mnie pewne granice. To jest ich religia, oni w to mocno wierzą, czy naprawdę turyści myślą, że ta woda ich oczyści? Założę się, że połowa z nich nawet nie ma pojęcia co tam robi i dlaczego, no ale dla sweet foci, można zrobić przedstawienie. Dla mnie to było bardzo żenujące, a już się boje pomyśleć, co na ten temat myślą sami Balijczycy. To mniej więcej to samo, jakby Balijczyk przyjechał do Polski i nagle będąc w kościele, poszedł sobie ot tak do komunii, no bo skoro my idziemy, to czemu nie, a nuż spotka go jakiś cud. Tak więc jak tam będziecie, błagam uszanujcie ich religię.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Meksyk.
Bacalar – Laguna Siedmiu Kolorów – co zobaczyć i zrobić? Bacalar w Meksyku to ukryty kawałek raju, który nie został jeszcze zadeptany przez turystów. Choć z roku na rok coraz więcej osób tutaj dociera, nie czuć jeszcze dużego natłoku podróżników. Bacalar to ogromna laguna, która ma aż 42 kilometry długości z obłędnie niebieskim kolorem wody. A w zasadzie z kilkoma odcieniami niebieskiego. Stąd właśnie jej nazwa: Laguna Siedmiu Kolorów, oczywiście chodzi tutaj o odcienie niebieskiego. Spowodowane jest to tym, że woda w lagunie ma różne głębokości, tam gdzie jest bardzo płytko, woda ma cudowny jasno turkusowy kolor, dokładnie taki jak na Malediwach. Im głębiej tym odcień niebieskiego jest coraz ciemniejszy. W niektórych miejscach woda osiąga nawet 90 metrów głębokości i wtedy przybiera ono mocno granatowy kolor. No dobra, co w takim razie można ciekawego tutaj robić i co trzeba koniecznie zobaczyć?
Przepłyń łódką po Lagunie Bacalar
Najpopularniejszą aktywnością w Bacalar jest żeglarstwo. Nic dziwnego, ponieważ jest to bardzo relaksujący sposób na podziwianie cudownych miejsc nad jeziorem. To właśnie z łódki najlepiej obserwować te wszystkie cudowne odcienie wody. Możesz tutaj wybrać się na rejs żaglówką z kapitanem (niestety nie można pływać samemu, ze względu na mielizny) lub w tańszej wersji, niewielkim katamaranem ok 8-10 osób. My właśnie takim katamaranem popłynęliśmy i było naprawdę super. Cała wycieczka trwała ok 3h i kosztowała 350 MXN od osoby.
Kajakiem przez Los Piratas
Kajaki to fajna alternatywa dla łódki. Jeśli podróżujesz budżetowo lub po prostu chcesz być bardziej aktywny, możesz również zwiedzić jezioro Bacalar kajakiem. Koniecznie odwiedź Ptasią Wyspę, Cenote Negro i El Canal de Los Piratas. Na kajaku można tutaj spędzić dosłownie cały dzień zaglądając w różne zakamarki. Z rejsem żeglarskim, czy katamaranem prawdopodobnie zobaczysz więcej, ale to nadal fajna alternatywa.
Los Rapidos – tam nie jedź.
To jedno z tych miejsc w Meksyku gdzie mieliśmy mocno mieszane odczucia. Z jednej strony urocza miejscówka, aż się chce wskoczyć do obłędnie lazurowej wody i popłynąć z jej nurtem. Z drugiej strony Bacalar jest obszarem chronionym, ponieważ jest to jedno z niewielu miejsc na ziemi, w których występują stromatolity. Są to warstwy bakterii, które mają miliony lat. Całe Los Rapidos jest nimi usłane, wyglądają trochę jak białe, okrągłe skały. Stromatolity zapewniają, że laguna ma tak wiele pięknych kolorów, a bakterie znajdujące się w warstwach skalnych wytwarzają tlen, co sprawia, że są ważnym elementem naszej egzystencji. Dlatego musimy je chronić. To znaczy nie dotykać ich, a przede wszystkich nie deptać po nich.
No i tutaj pojawia się problem, bo żeby wejść do wody po prostu najzwyczajniej w świecie nie da się ich nie dotknąć, więc każdy kto wchodzi do wody po nich idzie, niszcząc je. Nie ma takiej opcji, żeby je przeskoczyć czy ominąć więc trochę nie rozumiem osób, które piszą, żeby uważać na stromatolity, po czym wrzucają zdjęcia jak płyną z prądem. (Czyli sami po nich deptali wchodząc do wody). Są dwa wejścia do wody i oba po stromatolitach.
Do tego miejsce samo w sobie (restauracja) to jedna wielka maszynka do robienia pieniędzy. Za wejście płaci się 150 MXN, aby dostać stolik z widokiem na lagunę obowiązuje minimum consumo, niestety nie mam pojęcia ile, bo my wyszliśmy stamtąd po 15 minutach. Niby są tabliczki ze znakiem, aby nie dotykać stromatolitów, ale jakoś nie pomyśleli, żeby zrobić tak wejście do wody, żeby po nich nie trzeba było deptać. Bardzo możliwe, że jest to po prostu niewykonalne. Dlatego my wyszliśmy stamtąd po zrobieniu jednej fotki i namawiamy Was, abyście podróżowali świadomie i nie dokładali swojej cegiełki do niszczenia tego miejsca.
Odwiedź targ w Bacalar
Zawsze kiedy jesteśmy w innym kraju szukamy miejsc gdzie można poczuć lokalną atmosferę. Jednym z takich miejsc jest dla nas zawsze targowisko. Jeśli czas Ci pozwoli wybierz się na targ w Bacalar. Ludzie przychodzą tu po świeże mięso, mleko, warzywa, owoce, przyprawy, fasolę czy świeżą tortillę. Jeśli twój pobyt przypadnie na niedzielę, to właśnie wtedy raz w tygodniu na targu możesz kupić na wagę Conchinitę Pibil. Ponoć jest bardzo smaczna, my niestety jej nie skosztowaliśmy, bo kiedy przyszliśmy około 10:00 to już się skończyła 🙁
Orzeźwienie w Las Cocalitos
Jeśli będziesz szukać jakiegoś miejsca, gdzie można się ochłodzić po całym dniu, to możesz wybrać się do cenoty Las Cocalitos. Generalnie miejscówka bardzo fajna, w wodzie są hamaki oraz huśtawki. Na trawie można rozłożyć kocyk i chwilkę odpocząć. My akurat spotkaliśmy się tam ze znajomymi więc miło spędziliśmy czas, ale przyznam szczerze, że było bardzo tłoczno. Być może dlatego, że byliśmy w weekend i dużo meksykanów tam odpoczywało. Nie polecam tam też zamawiać jedzenia, bo było bardzo kiepskie. Wstęp kosztuje 50 MXN od osoby.
Gdzie znajduje się Bacalar i jak się tam dostać?
Bacalar znajduje się w południowej części stanu Quintana Roo na półwyspie Jukatan. Około 30-40 minut od granicy z Belize. My przyjechaliśmy do Bacalar z Valladolid samochodem. Podróż trwała ok 3 h i 40 minut. Ale do Bacalar równie dobrze można się udać z Tulum. Wtedy podróż zajmie trochę ponad 2 godziny. Oczywiście można też dostać się tutaj autobusem z Tulum, Playa del Carmen czy nawet Cancun.
Ile czasu należy przeznaczyć na Bacalar?
Polecam zostać tutaj na trzy noce. Może wydawać Ci się dużo, ale my zostaliśmy dwie i trochę żałowałam, że nie zostaliśmy dłużej. Zapewne pierwszy dzień spędzisz w podróży i po południu jedyne o czym będziesz myśleć to hamak i relaks. Drugi dzień zarezerwuj sobie na spokojny rejs po lagunie. A trzeci dzień na odpoczynek przy Los Rapidos. Wtedy też masz trochę czasu w zapasie w razie gdyby pogoda nie dopisała. Bo niestety kiedy słonka brak to i kolorki nie te same.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Meksyk.
Wyspa Contoy i Wyspa Mujeres – wycieczka. Gdzieś przeczytałam, że Isla Contoy to najpiękniejsza wyspa na półwyspie Jukatan w Meksyku. Jest to rezerwat, na którego teren codziennie wpuszcza się tylko 80 turystów. Ponoć mają tam przepiękne plaże. Postanowiliśmy zatem to sprawdzić!
Jak dostać się na Wyspę Contoy?
Na wyspę można dostać się tylko i wyłącznie ze zorganizowaną wycieczką. Po długich poszukiwaniach w internecie znalazłam kilku operatorów, którzy organizowali rejsy. Niby ten sam plan, ale ceny dość mocno rozbieżne. Od 105 USD do nawet 170 USD. Nie do końca potrafiłam zrozumieć z czego to wynika, jedno co udało mi się ustalić to to, że na łodziach z niższą ceną było ok 40 osób, a na tych droższych ok 30 os. Nie była to jakaś mega różnica, więc zabukowaliśmy po prostu najtańszą opcję.
Wyższa cena może wynikać też z tego, że muszą Was odebrać z innych miejscowości niż Cancun.
Skąd najlepiej robić rejs na Isla Contoy?
Jeśli robicie objazdówkę tak jak my i macie do wyboru czy robić tę wycieczkę z Cancun, Playa del Carmen, czy Tulum, to zdecydowanie róbcie ją z Cancun. Ponieważ to właśnie stąd wypływają łodzie. Z każdej innej miejscowości najpierw zostaniecie przetransportowani busem, co w zależności od odległości może trwać nawet ponad 2h. Busy zbierają ludki z wyznaczonych hoteli. My akurat mieliśmy samochód więc pojechaliśmy do portu na własną rękę, zaparkowaliśmy i ruszyliśmy na rajską wyspę.
Wyspa Contoy i Wyspa Mujeres – gdzie kupić wycieczkę najtaniej?
Zbiórka w porcie była o 9:00 rano. Dostaliśmy niewielki poczęstunek na powitanie. Coś w rodzaju szybkiego śniadania. Owoce, ciasto, jogurt, kawa, herbata, zimne napoje. Później wsiedliśmy na dość spory katamaran i zaczęliśmy naszą przygodę. Na katamaranie znajdowało się około 40 osób. Były drinki, zimne napoje i dużo muzyki. Podróż do miejsca docelowego trwała prawie 2h, więc dość sporo. Czasami też mocno bujało, więc warto o tym pamiętać.
Nasz pierwszy przystanek to Wyspa Mujeres.
Najmniej ciekawy punkt wycieczki. Isla Mujeres jest mega turystyczna. Jedno wielkie targowisko, co krok coś chcą ci sprzedać. Plaża niby jedna z najpiękniejszych na świecie, ale nie wiem kto to oceniał i kiedy. Może 30 lat temu jak nie była jeszcze zastawiona setkami leżaków, które rozstawiają z samego rana i które psują cały urok plaży.
Drugi przystanek to Wyspa Contoy.
Na wsypie najpierw mieliśmy dosłownie 10 minutowy spacer na punkt widokowy. Krótką opowieść o żyjątkach, które ją zamieszkują. Później był lunch i na koniec plażowanie. W sumie na wyspie mogliśmy przebywać 2,5h. Wyspa jest parkiem i na użytek turystów jest przeznaczone jedynie 3% wyspy. To znaczy, że tak naprawdę można przebywać na dwóch plażach, zlokalizowanych po dwóch stronach portu. Na resztę wyspy jest zakazany wstęp więc nie można ot tak sobie po niej pospacerować i odejść od reszty grupy.
Co warto wiedzieć przed rejsem na Isla Contoy
Bez względu na to jaką opcję rejsu wymierzenie, czy na dużym katamaranie czy na mniejszej łodzi, wycieczka wygląda dokładnie tak samo. Tzn zobaczycie to samo. Wszyscy dostają też to samo jedzenie.
Na wyspie nie można używać kremów z filtrem UV, więc warto zabrać jakąś cieniutką bluzkę dla ochrony przed słońcem. Ja miałam krem bio i wg jednego pana z obsługi mogłam go używać wg drugiego nie, więc tutaj nie jestem pewna czy można biologicznego używać.
Na katamaranie wejście górny pokład może być zablokowane, ale kiedy zapytaliśmy czy możemy siedzieć tam zamiast na dole przy stolikach, to nie było problemu. Ale jak nie zapytacie, to usadzą Was wszystkich na dole. Tak jest im wygodniej, nie muszą na górę biegać z drinkami.
Warto wziąć pod uwagę fakt, że ponieważ łodzie się wymieniają (tzn docierają na wyspę na zmianę), jedni docierają wcześnie ok 11:00, inni docierają o 13:30 jeszcze inni o 15:00. Jeśli chcecie zobaczyć wyspę w najlepszym świetle to sugeruje wybrać taką firmę z którą będziecie tam w okolicach południa, wtedy kolory wody jest najbardziej turkusowy.
Nie kupujcie wycieczki przez hotel, pośredników, czy polskich rezydentów. Każdy oczywiście musi na tym zarobić stąd też takie rozbieżności w cenach. Na naszej łodzi były osoby, które za ten sam rejs zapłaciły 150 USD. My płaciliśmy 105 USD. Do ceny dochodzi jeszcze opłata za wstęp do parku w wysokości 15 USD od osoby. Tę opłatę uiszcza się w porcie.
Zabierzcie ze sobą coś na komary, na wyspie może się Wam przydać.
Czy warto wybrać się na tę wycieczkę?
Mieliśmy super dzień. Na łodzi poznaliśmy sympatycznych Amerykanów z którymi uśmialiśmy się do łez. Obsługa na dole robiła niezły show, chłopaki się mocno starali, żeby każdy miło wspominał ten dzień. Ciągle dolewali nam rumu 🙂 Natomiast sama wyspa…hmmm…rajska może i była, na pewno była też najfajniejsza z wszystkich, które w Meksyku widzieliśmy, ale do Seszeli, Malediwów czy chociażby Saony na Dominikanie było jej daleko. Generalnie uważam, że cena za ten rejs jest mocno zawyżona
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Meksyk.
Najpiękniejsze cenoty w Meksyku na Jukatanie – które warto zobaczyć? Jeśli wybierasz się na Jukatan zapewne wiesz już, że znajduje się tam kilka tysięcy cenot! Niektóre z nich są ukryte dziesiątki metrów pod ziemią, a inne można znaleźć na powierzchni ziemi. W krystalicznie czystej wodzie można dać nurka i oglądać mieszkające tam żyjątka. No i teraz pytanie, które z tych cenot warto odwiedzić? Ale zanim odpowiem Wam na to pytanie, być może wiele z Was zastanawia się, co to jest tak naprawdę ta cenota?
Co to jest cenota?
Cenota to jaskinia lub basen wypełniony słodką wodą, która jest zwykle filtrowana przez wapienne podłoże skalne. Cenoty były świętymi miejscami dla Majów, ponieważ wierzyli, że jest to wejście do podziemi. Podziemia to królestwo zmarłych i jeden z trzech światów, w których żyją ich bogowie. Cenoty były następnie wykorzystywane do składania ofiar, czasami nawet ofiar z ludzi. Na szczęście to już odległa przeszłość! W cenotach pływają ryby, a czasem nawet żółwie, ponoć mogą się też zdarzyć krokodyle! Coś, co również często widuje się w cenotach, to to, że korzenie roślin tworzą metrowe liny, aby dotrzeć do wody.
Jak powstały cenoty?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, cofamy się w czasie bardzo daleko. Dokładnie około 66 milionów lat temu. Wyobraź sobie, że nagle na niebie pojawiła się wielka kula ognia, a chwilę później w ziemię uderza meteoryt. To uderzenie meteorytu, szacowane na około 15 kilometrów średnicy, oznacza początek epoki lodowcowej i koniec dinozaurów i spowodowało ono zmianę skorupy ziemskiej. Skała na Jukatanie jest bardzo twarda, ale spowodowało to pęknięcia i szczeliny w warstwach gleby. Zaczęła tu przepływać woda, a erozja stworzyła całe systemy tuneli pod tą twardą warstwą skały. Dlatego cenoty są prawie zawsze dużo większe niż widać to z góry.
Ile cenot trzeba zobaczyć na Jukatanie?
No właśnie, oto jest pytanie. Cenot jest tak ogromnie dużo, że w którymś momencie dostajemy kręćka i się zastanawiamy, ile w efekcie końcowym trzeba ich zobaczyć? Generalnie wszystko zależy od tego po co jedziesz do cenoty. Chcesz po prostu zobaczyć kilka z nich, zrobić zdjęcia na pamiątkę z podróży, czy chcesz po prostu orzeźwić się po długim i gorącym dniu. Jeśli to pierwsze, to w zupełności wystarczą ci 3-4 różne cenoty. Jeśli to drugie, to możesz zwiedzać ile chcesz, tylko wtedy wybieraj te mniej znane i zatłoczone. Wtedy też będzie Cię to mniej kosztować.
Najpiękniejsze cenoty na Jukatanie w Meksyku
Specjalnie na potrzeby bloga zobaczyliśmy kilka różnych cenot tak, aby wybrać te najbardziej interesujące. Jak się domyślasz, nie wszystkie cenoty są warte odwiedzin, jedne są zbyt turystyczne inne mało ciekawe. Wybraliśmy te, które wg nas były najfajniejsze.
1. Cenota Taak Bi Ha
To chyba nasza ulubiona cenota na Jukatanie. Znajduje się ona w pobliżu bardzo słynnej cenoty Dos Ojos, którą odwiedza tłumy turystów. Cenota Taak Bi Ha jest mniejsza, ale bardzo urocza. No i przez to, że jest mało znana praktycznie w ogóle nie ma tam ludzi. My byliśmy jakoś przed południem i spotkaliśmy jedną parę z Ameryki i w sumie spędziliśmy tam chyba z dwie godziny na rozmowach, snurkowaniu, pływaniu i robieniu fotek. Przez to, że woda ma różne głębokości łatwo można sobie przycupnąć gdzieś na kamieniu i po prostu posiedzieć w wodzie. A i temperatura wody była bardziej przyjemna niż w cenotach w Valladolid. Przynajmniej takie miałam odczucie. W tej cenocie też można nurkować. Wstęp do niej kosztuje 350 MXN i znajduje się ona ok 22 km od Tulum. Trzeba mieć samochód, aby do niej dojechać. Przez ostatnie 3 km droga jest nieutwardzona i mocno wyboista, ale da się przeżyć.
2. Cenota Xcanahaltun
Również mało znana i do tego bardzo piękna cenota. Zupełnie inna niż Sac-Aua. Jej kopuła jest pełna stalagmitów, które tworzyły się przez lata, a na jej ścianach można zobaczyć stalaktyty, które z czasem utworzyły kapryśne formacje, które zrobią na Tobie wrażenie. Na górze znajduje się otwór, przez który wpada światło słoneczne, odbijając krystalicznie czystą wodę o zielonkawym odcieniu. Ma ona około 90 metrów szerokości, a jej wody są zróżnicowane pod względem głębokości. Ta cenota znajduje się około pół godziny drogi od Valladolid.
3. Cenota Suytun
To chyba najbardziej popularna i najczęściej fotografowana cenota na Jukatanie. Nie bez powodu zresztą. Ona jest naprawdę magiczna! Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy zobaczyłam zdjęcie z tego miejsca zamarzyłam tam pojechać i też takie zrobić. Nie ma się zatem czemu dziwić, że cenota z miejsca do kąpieli i pływania zamieniłą się w jeden wielki pan fotograficzny 🙂 Każdy chce tutaj zdjęcie i to najchętniej bez miliona ludzi dookoła. Cenota rozwiązała to w ten sposób, że aby zrobić sobie zdjęcie trzeba ustawić się w kolejce. Często nie małej. Ale dzięki temu każdy ma swoje dwie minuty i może zrobić kilka magicznych ujęć. Jeśli nie chcecie stać w kolejce i mieć tego wrażenia, że przyjechaliście tu tylko po jedną fotkę i uciekacie stąd jak najszybciej to polecam być tutaj 20-30 minut przed otwarciem. My byliśmy jakieś 10 minut przed otwarciem (mogliśmy od razu wejść do środka) i zarazem z nami były tylko dwie pary, więc mieliśmy całą cenotę praktycznie dla siebie. Patrząc z perspektywy fotografa, dla mnie to była najpiękniejsza cenota, ale zdaję sobie sprawę z tego, że jeśli ktoś tam stoi godzinę w kolejce do zdjęcia, to ten czar może prysnąć.
4. Cenota SAC-AUA
Znajduje się ona około pół godziny jazdy od centrum Valladolid. Aby się do niej dostać warto mieć samochód. To nieduża cenota z wysepką na środku. Dookoła jest piękna przejrzysta woda, po której można pływać kajakiem. Dodatkowo obok centy jest też piękna jaskinia. Warto kupić bilet który będzie obejmował wejście do cenoty, kajaki oraz przewodnika po jaskini. To bardzo mało znana cenota, więc szanse, że będziecie tam sami są bardzo duże.
Najpopularniejsze cenoty na Jukatanie
Oczywiście na Jukatanie jest całe mnóstwo innych cenot, równie pięknych, ale też bardzo popularnych. A co się z tym wiąże zatłoczonych. Żadnej z poniższych nie wiedzieliśmy, ale były na naszej liście. Więc polecam się im przyjrzeć. Być może Was czymś zainteresują, lub będą na Waszej trasie.
1. Cenota Dos Ojos
Cenota Dos Ojos oznacza po hiszpańsku „dwoje oczu”. Ma ona taką nazwę, ponieważ przypomina dwoje oczu. Są to tak naprawdę dwie cenoty z pierścieniem niebieskiej wody z wyspą pośrodku. Woda w cenocie Dos Ojos jest niezwykle przejrzysta i jest to jedna z fajniejszych cenot do robienia pięknych zdjęć. Pod tą cenotą znajduje się cała sieć tuneli i jaskiń, co dla doświadczonego nurka jest fantastycznym miejscem do nurkowania. Cenote Dos Ojos znajduje się 20 kilometrów na północ od Tulum po drodze do Playa del Carmen
2. Cenota Samula
Ta cenota znajduje się pod ziemią, a na samym szczycie jaskini znajduje się otwór, przez który świeci promień światła słonecznego. Ten promień słońca sprawia, że Samula jest niesamowicie piękna i wyjątkowa. Spróbuj więc zaplanować wizytę w słoneczny dzień. Warto wiedzieć, że z biletem wstępu do Samuli możesz również odwiedzić Cenote X’kekén. W tej cenocie znajdziesz bardzo duże stalaktyty. Cenote Samula znajduje się 7 km od Valladolid
3. Cenota Oxman
Mniej znany, ale z pewnością nie mniej piękny jest Cenote Oxman. Ta cenote wygląda trochę jak Cenote Ik Kil, tylko Cenota Oxman jest nieco mniejsza i też mniej zatłoczona. Wiele korzeni drzew przedostało się do wody przez otwór na szczycie. Wskocz do wody z liną i ciesz się całym pięknem Cenoty Oxman. Uwaga: jeśli podążasz za nawigacją przez Google Maps, możesz zjechać zbyt wcześnie. Zjedź dopiero gdy zobaczysz znak Cenote Oxman.
4. Cenota Calavera
To zupełnie inna cenota niż reszta cenot na tej liście. Cenota Calavera jest znacznie mniejsza, i tak naprawdę jest to dziura w ziemi, do której można wskoczyć. Po wejściu do wody możesz odkryć więcej cenoty. „Calavera” to hiszpańskie słowo oznaczające „czaszkę”, ale nie martw się, w tej cenocie nie znajdziesz żadnych ludzkich szczątków. Nazwa pochodzi od kształtu cenoty z jedną dużą dziurą przypominającą usta i dwiema mniejszymi dziurkami przypominającymi oczy. Wokół cenoty znajdują się leżaki, na których można odpocząć między pływaniem. Ta cenota znajduje się 3 km od Tulum Pueblo .
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Meksyk.
Isla Holbox – Meksyk – co robić i zobaczyć – przydatne informacje. Isla Holbox to urocza tropikalna wyspa z kilometrami śnieżnobiałych plaż, mnóstwem kolorowej sztuki ulicznej i bardzo fajną atmosferą. Tutaj zapominasz o reszcie świata i możesz w pełni cieszyć się każdym dniem. Możesz dobrze się bawić, pijąc najsmaczniejsze koktajle w klubie plażowym, relaksując się w hamaku lub nurkując z rekinami wielorybimi i żółwiami. Ponieważ ruch samochodowy nie są dozwolony na Isla Holbox, wszyscy przemieszczają się tutaj na rowerze lub na wózku golfowym. Isla Holbox to idealne miejsce na całkowity relaks i ładną opaleniznę.
Witamy na najpiękniejsze wyspie Jukatanu!
Jak dostać się na Isla Holbox?
Z Cancun jedziesz wynajętym samochodem lub autobusem do Chiquilá. To około 2 godziny jazdy. Z Chiquilá co pół godziny odpływa łódź do Isla Holbox. Tam parkujesz samochód w pobliżu portu. Jest kilka parkingów do wyboru. Na mapie zaznaczyliśmy sprawdzony parking w którym my zostawiliśmy nasz samochód. Koszt to 100 Pesos za dobę. Przed zostawieniem auto zapytaj o cenę, żeby później nie było niedomówień. Od parkingu do portu jest jakieś 5 min na piechotę. Bilet na Holbox kosztuje 220$ w jedną stronę od osoby. Płynie się ok 20 minut. Po dotarciu do portu możesz wziąć taksówkę (wózek golfowy) do hotelu. Przejazd kosztuje 100$.
Co robić na Isla Holbox? 9 przydatnych wskazówek! Co robić i zobaczyć – przydatne informacje
Na Isla Holbox nie będziesz się szybko nudzić, ponieważ pomimo tego, że wyspa jest mała to, jest wiele do zrobienia i przeżycia. Przede wszystkim oczywiście cieszenie się rajskimi plażami, ale możesz też spędzić czas bardziej aktywnie.
1.Odkryj wyspę Holbox na rowerze
Z pewnością nie potrzebujesz roweru, aby zwiedzić centrum Isla Holbox, ponieważ jest ono bardzo małe. Mimo to fajnie jest wypożyczyć rower i pojechać na popołudnie, dzięki temu odkryjesz więcej wyspy niż na piechotę. Przejedź dwa kilometry poza wioskę i masz plażę tylko dla siebie.
2. Zrób sobie spacer na Punta Mosquito
Mielizna w Punta Mosquito jest najbardziej rajskim miejscem na Isla Holbox. Podczas odpływu woda jest tak płytka, że piaszczysta ławica tworzy wyspę. Na tę wyspę można dotrzeć, idąc przez morze do mielizny przez cienką warstwę czystej, niebieskiej wody. Ponoć bywają tam czasem flamingi, my niestety, żadnego nie spotkaliśmy. Pamiętaj aby zabrać ze sobą dużo wody do picia i kapelusz lub czapkę, będziesz w pełnym słońcu bez żadnego cienia. Aby dojść do Punta Mosquito potrzebujesz około 1h w jedną stronę. Po drodze też będą piękne widoki i ławice ale te na końcu są najpiękniejsze tak więc idź wytrwale!
3. Obejrzyj zachód słońca w Playa Punta Cocos
Masz ochotę na romantyczną chwilę? Koniecznie udaj się na zachód słońca na zachód wyspy do Playa Punta Cocos. Z tego miejsca możesz obserwować, jak słońce zanurza się w morzu, podczas gdy niebo przybiera ciepłe odcienie. Weź ze sobą spray na komary, ponieważ o zachodzie słońca jest ich tam bardzo dużo. Jeśli wybierasz się na rowerze, to zabierz ze sobą czołówkę. Rowery nie mają tam świateł, drogi są nieoświetlone i pełne dziur.
4. Zrelaksuj się w klubach plażowych
Na plaży znajdziesz wiele fajnych klubów plażowych, w których na pewno zostaniesz dłużej niż pierwotnie planowałeś. Niektóre są ładne i proste z hamakami i tanimi napojami, a inne są super modne z luksusowymi miejscami do siedzenia i kulinarnymi przysmakami. Na Isla Holbox każdy znajdzie coś dla siebie. Spróbuj lokalnych napojów, takich jak margarita mezcal lub jamajka, jeśli nie pijesz alkoholu. To cudownie orzeźwiający napój z kwiatów hibiskusa.
5. Obejrzyj sztukę uliczną
Isla Holbox to najbardziej kolorowa wyspa w całej Ameryce Środkowej. Gdziekolwiek spojrzysz, wszędzie zobaczysz najpiękniejszą sztukę uliczną w wesołych kolorach. To jedna z rzeczy, które sprawiają, że Isla Holbox jest tak wyjątkowa. Warto pokręcić się po centrum na rowerze w ich poszukiwaniu. Centrum jest większe niż to się wydaje na mapie 🙂
6. Wycieczka na 3 wyspy
Inną rzeczą, która sprawia, że Isla Holbox jest wyjątkowa, jest różnorodność dzikiej przyrody. Jeśli już obejrzysz wszystko i będziesz mieć ochotę na więcej możesz wybrać się na wycieczkę łódką. Podczas wycieczki po 3 wyspach odwiedzisz Cenote Yalahau i dwie inne wyspy, na których masz szansę spotkać różne ptactwo. Ta wycieczka trwa około 3 godzin i jest super możliwością, jeśli chcesz zobaczyć więcej okolicy. Jeśli nie interesujesz się ptakami, wycieczka jest mniej interesująca, ponieważ same wyspy nie są szczególnie piękne. Możesz zarezerwować tę wycieczkę w centrum na jednym z wielu straganów za około 25 € za osobę.
7. Pływanie z rekinami wielorybimi, żółwiami i mantami
Nie tylko ptaki lubią odwiedzać Isla Holbox. Isla Holbox to jedno z niewielu miejsc na ziemi, gdzie od maja do września masz prawie 100% szans na zobaczenie rekinów wielorybich. Te gigantyczne zwierzęta dorastają do 12 metrów długości i pływanie z nimi jest wyjątkowym przeżyciem. Nie bój się, bo chociaż słowo „rekin” może brzmieć nieco niebezpiecznie, te olbrzymy jedzą tylko plankton. Podczas tej wycieczki masz również okazję spotkać żółwie i manty. Rekiny wielorybie potrafią czasem podejść dość blisko, ale szanujmy naturę i nie dotykajmy niczego pod wodą.
8. Idź z psami na spacer
Jeśli jesteś miłośnikiem zwierząt, zdecydowanie powinieneś poświęcić trochę czasu na wizytę w rezerwacie zwierząt Refugio Holbox. Tutaj opiekują się psami i kotami, które zostały zaniedbane lub mają niepełnosprawność, taką jak brak oka lub łapy. Pracownicy mają tu ograniczony czas na poświęcenie uwagi zwierzakom, więc możesz pomóc, wyprowadzając psa. Gdy tylko wejdziesz, psy już wiedzą, że to pora na spacer i są bardzo podekscytowane. Możesz wskazać, czy chcesz zabrać psa spokojnego, czy bardziej rozbrykanego. Nie zabieraj więcej niż 1 psa na osobę, ponieważ czasami potrafią ciągnąć całkiem mocno na smyczy i na pewno nie wszystkie dobrze się słuchają. Możesz spacerować po wiosce, ale oczywiście też wybrać się na przyjemny spacer po plaży.
10. Zobacz bioluminescencję na playa Punta Cocos.
Na tej plaży można zaobserwować bardzo ciekawe zjawisko, bioluminescencyjny plankton. Nie wiem czy jest on tam zawsze, jedni mówią że tak inni, że tylko w niektórych okresach, ale jeśli tutaj będziecie to warto sprawdzić. Zjawisko to można zobaczyć tylko w nocy.
Bioluminescencja to światło powstałe w wyniku reakcji biochemicznej, w której biorą udział lucyferyna (białko), tlen cząsteczkowy, ATP (adenozynotrifosforan) i enzymem lucyferaza. Lucyferyna zostaje utleniona z udziałem lucyferazy, który przyśpiesza reakcję, a ATP zapewnia energię niezbędną do przeprowadzenia reakcji. I powstaje takie coś:
Isla Holbox – Meksyk – co robić i zobaczyć – przydatne informacje
Wskazówka: weź na Isla Holbox wystarczającą ilość gotówki, ponieważ bankomat częściej nie działa niż działa. Jeśli będziesz musieć użyć bankomatu najlepiej używać oficjalnego bankomatu obok posterunku policji na rynku. My płaciliśmy wszędzie kartą Revolut. Nie było nigdzie problemu. Ale gotówkę zawsze warto mieć na wszelki wypadek.Warto wiedzieć, że na Holbox nie ma zasięgu 3G, wifi dostępne tylko w hotelu (często niezbyt dobrze działa).
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Meksyk.
Tulum – Hit czy Kit? Co warto wiedzieć przed wyjazdem? Tulum się kocha, albo nienawidzi! Wiele osób przed podróżą odradzało nam to miejsce. Najlepsze, że często były to osoby, które tam były tylko przejazdem, lub po prostu słyszały od kogoś, że nie warto tracić czasu. A my jak to my, kiedy słyszymy tak skrajne opinie, to zawsze chcemy sprawdzić to na własne oczy i wyrobić sobie własne zdanie. No i jak myślicie, do której z grup należymy? Pokochaliśmy Tulum czy jednak nie?
Zanim odpowiem Wam na to pytanie, najpierw garść przydatnych informacji. Co w ogóle warto wiedzieć przed wyjazdem, jak się do niego przygotować? I jaki mieć sposób na Tulum, aby się nim już pierwszego dnia nie rozczarować?
Tulum – Hit czy Kit? Co warto wiedzieć przed wyjazdem?
Nie ma co ukrywać, że Tulum jest obecnie jednym z najbardziej obleganych miejsc w Meksyku. A oblegają go głównie – influencerzy. Po co oni tam jadą? Głównie po ładne zdjęcia, które później publikują w socialmediach. Czasami miałam wrażenie, że Tulum to jedna wielka ustawka pod instagramowe kadry. Gdzie by nie spojrzeć to jakiś kącik na piękne ujęcie. A to urocza huśtawka, a to jakiś posąg z drzewa, a to idylliczny znak drogowy. Piękne różowe rowerki z kwiatami w koszyku, huśtawki przy restauracjach, instagramowe śniadania, szałasy na plażach czy ekskluzywne butiki. Restauracje i hotele prześcigają się w ilości instagramowych kącików pod piękne ujęcia.
I w sumie może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że do tych wszystkich miejsc ustawiają się kolejki instagramerów, a za zdjęcia w niektórych miejscach trzeba nawet zapłacić! Wiem, że instagram opanował cały świat i dość mocno go zmienił. Ale mam wrażenie, że w Tulum to wszystko jest jakoś bardziej widoczne i stężone. I pewno dlatego, wiele osób tego miejsca nie lubi. Jeśli jednak Tobie to nie przeszkadza i nadal masz ochotę się tam wybrać i chłonąć to miejsce, to zabierz ze sobą dwie najważniejsze rzeczy.
Co zabrać ze sobą do Tulum.
Pierwsza rzecz jaką polecamy zabrać ze sobą do Tulum to cierpliwość. Dużo cierpliwości 🙂 Przyda się Wam każdego dnia. Szczególnie na drogach. Tulum jest dużo większe niż wydawałoby się na mapie. Ja byłam pewna, że to jakaś małe miasteczko, ale Tulum to spore miasto z drogą dwupasmową, która jest cały czas zakorkowana. Przemieszczanie się po Tulum samochodem, wymaga ogromnej cierpliwości i wyrozumiałości (jeśli chodzi o jazdę meksykanów, a także ilość dziur i progów zwalniających). Ta cierpliwość też się Wam przyda, w kolejkach do instagramowych zdjęć (jeśli takowe planujecie), a także do kasy biletowej przy ruinach Majów. Pieniądze. Zabierzcie pieniądze. A najlepiej dużo pieniędzy. Tulum to było zdecydowanie najdroższe miejsce w trakcie całej naszej podróży po Jukatanie. Szczególnie jeśli chcecie poczuć tą piękniejszą stronę Tulum. Przenocować w jakimś idyllicznym hotelu na plaży. Jadać w fancy restauracjach czy robić zakupy w hoho butikach. Fajniejsze hotele z dostępem do plaży zaczynają się od 500 EUR za noc, za dobrą kolację z widokiem trzeba wydać min 100 EUR, a za zwykłą sukienkę z lnu około 200 EUR. Acha, no i za parking też się płaci, wzdłuż całej zony hotelowej 200 MXN bez względu na to czy stoisz 5 minut czy cały dzień.
Jeśli zabierzecie ze sobą te dwie rzeczy, to jest spora szansa, że wrócicie zachwyceni Tulum 🙂
Dla kogo jest Tulum?
Teraz już wiecie dlaczego influencerzy, którzy mieszkają tam jedzą i piją za darmoszkę są zachwyceni tym miejscem. Podobnie jak ludzie, którzy mają kasę na te wszystkie wspaniałości.
A teraz wyobraźcie sobie kogoś, kto jest w budżetowej podróży. Nie stać go na hotel na plaży, bukuje więc skromny pokoik w centrum Tulum. Zanim dojedzie rowerem do plaży to już mu się nic nie chce, bo 30 minutowa podróż w upale po dziurach i wybojach potrafi nieźle wymęczyć. Do tego dochodzi hałas, spaliny, korki, smutny widok pana z poszarpaną drogą, który na światłach błaga o pieniądze. Dzieci sprzedające gumy do żucia i inne dziwne rzeczy, które można zobaczyć, kiedy stoi się w korku. Kiedy w końcu uda się mu dotrzeć do wybrzeża, próbuje wejść na plaże, ale okazuje się, że wzdłuż całej drogi jest ogromny mur i ciężko się gdziekolwiek na nią wbić.
Hotele zabrały dla siebie widoki na plaże, a jeśli nawet udostępniają wejście na nią to trzeba zapłacić minimum consumo, które potrafi nawet wynosić 100 EUR od osoby! Możesz sobie wyobrazić, że taka osoba nie wróci z podróży zachwycona Tulum. Ale oczywiście, żeby Tulum zachwyciło wcale nie trzeba być ani milionerem, ani znanym influencerem. Zawsze istnieje pewien złoty środek 🙂 Co prawda nie obejdzie się bez pewnych wyrzeczeń i nie jest zupełnie za darmo, ale jest 🙂 I my właśnie taki nasz własny sposób na Tulum znaleźliśmy! Dzięki czemu spędziliśmy tutaj naprawdę cudowny czas!
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Meksyk.
Co robić w Tulum – najpiękniejsze miejsca do zobaczenia! Aby odwiedzić i przeżyć Tulum, polecamy pobyt na co najmniej kilka nocy. W ten sposób możesz odwiedzić najfajniejsze miejsca w wolnym tempie, bez pośpiechu. Możesz popływać w cenotach, zobaczyć piękne laguny, odwiedzić ruiny Majów i nadal masz wystarczająco dużo czasu na popołudniowy relaks na plaży. Poniżej możesz przeczytać, co robić w Tulum i jakie są tutaj najpiękniejsze i najciekawsze miejsca.
Co robić w Tulum, najpiękniejsze miejsca do zobaczenia!
1. Odwiedź cenoty w okolicach Tulum
W Meksyku znajdziesz tysiące cenot, które są idealne do ochłodzenia i te w Tulum też są niczego sobie . Jedne z najbardziej popularniejszych cenot to: Gran Cenote, Cenote Dos Ojos, Cenote Calavera, Cenote Sac Actun, Cenote Labnaha. Wszystkie z nich bez wyjątku są zapewne piękne, ale też warto wiedzieć, że są bardzo zatłoczone. My takich miejsc nie lubimy więc zawsze szukamy mniej znanych cenot, które są równie piękne.
2. Zobacz Ruiny Majów w Tulum
Ruiny świątyń Majów w Tulum są wyjątkowe. Tulum było jednym z najważniejszych i ostatnich miast handlowych, jakie kiedykolwiek zbudowali Majowie. Zbudowany w XIII wieku jest jedynym miastem Majów nad morzem. W efekcie zbiegły się tutaj wszystkie szlaki lądowe i morskie, dzięki czemu w mieście prowadzono intensywny handel. Świątynia jest zbudowana na 12-metrowym klifie i wraz z turkusowym morzem w tle, tworzą piękny krajobraz. Możesz wybrać się na zwiedzanie sam wtedy bilet kosztuje 80 MXN lub z przewodnikiem, który opowie Ci nieco więcej o świątyniach. Wtedy cena za bilet i przewodnika kosztuje 200 MXN. Warto wiedzieć, że ruiny są mega oblegane przez turystów, a kolejki potrafią być gigantyczne. Biorąc przewodnika nie musisz stać w kolejce, bo przewodnicy mają już wykupione bilety.
3. Wybierz się do Laguny de Kaan Luum
Jeśli będziesz mieć ochotę odpocząć nad wodą, ale niekoniecznie na plaży do tego masz samochód to koniecznie udaj się do Laguny Kaan Luum. To przepiękne jeziorko z cudownie turkusową wodą. Można odpoczywać na pomoście, w hamaku, lub na huśtawkach. A jeśli macie ochotę na bardziej aktywny odpoczynek to można też wynająć kajaki. Fajna miejscówka na kilkugodzinny relaks. My byliśmy z samego rana i nie było jeszcze praktycznie nikogo. Wstęp kosztuje 300 MXN, plus opłata za drona 150 MXN.
4. Odpocznij w klubach na plaży w Tulum
W Tulum można znaleźć przeróżne kluby plażowe. Szykowne, ekskluzywne, w stylu boho, lub po prostu zwyczajne, bardzo lokalne. Być może zdarzało Ci się wzdychać do tych przepięknych i wyjątkowo gustownie zaprojektowanych miejsc. Jeśli myślisz, że można w nich być tylko wtedy kiedy zarezerwujesz w danym hotelu nocleg to jesteś w błędzie. Ponieważ wszystkie plaże w Tulum są publiczne nikt nie może ci zabronić wejścia do nich. Problem jest jednak w tym, że trudno jest to wejście znaleźć. Hotele są tak blisko siebie, że tworzą jeden długi mur wzdłuż plaży. Jest na to jednak pewnie sposób. Z wielu barów plażowych można korzystać tylko obowiązuje tzw minimum consumo. W niektórych miejscach tak jak np Be Tulum trzeba wydać aż 110$ od osoby, aby móc tam wejść. Oczywiście jak już wejdziemy nie mamy limitu czasowego i możemy też używać plaży oraz infrastruktury hotelu. O tym jak udało nam się spędzić super czas w najpiękniejszych hotelach takich jak Nomade, Be Tulum, Azulik i nie zbankrutować napisaliśmy tutaj.
5. Zajrzyj do muzeum sztuki współczesnej SFER-IK
Już samo wejście do muzeum robi ogromne wrażenie. Do środka zaprosi Cię obsługa, która otworzy Ci ogromne, okrągłe, przeszklone drzwi. Teraz wystarczy, że kupisz bilet który kosztuje 200 MNX od os, zdejmiesz buty i możesz rozpocząć swoją magiczną podróż w nieznane. Już sam kontakt bosymi stopami po przyjemnym betonie jest fantastycznym doznaniem. Tutaj architektura łączy się z naturą, przyjmując niewyobrażalne formy. Otaczająca Ci przestrzeń sprawia, że masz wrażenie jakbyś był w jakiejś innej rzeczywistości. Pomysłodawcą tego miejsca jest architekt, przedsiębiorca, filantrop – Eduardo Neira znany jako Roth. Jest on również twórcą m.in. Hotelu Azulik. AZULIK to innowacyjna marka, która buduje społeczność poszukującą ponownego połączenia z naturą.
6. Odwiedź najpiękniejsze plaże Tulum
Plaże wokół Tulum to jedne z najbardziej rajskich plaż, jakie widzieliśmy w Meksyku. Kiedy świeci słońce, śnieżnobiała piaszczysta plaża wraz z jasnoniebieską wodą po prostu biją po oczach, a okulary przeciwsłoneczne wydają się być mało skuteczne. Większość plaż jest pełna wysokich palm, a woda morska jest cudownie ciepła. Oprócz pięknej plaży przy ruinach w Tulum, której oczywiście nie można przegapić, jest jeszcze kilka plaż, które warto odwiedzić. Playa Paraíso, do której wejście znajduje się koło restauracji Maia oraz Playa Tankah gdzie woda w otoczeniu skał jest dużo spokojniejsza (wstęp jest płatny).
7. Poszukaj żółwi w Akumal
Jednym z najbardziej wyjątkowych zwierząt, jakie można spotkać pod wodą to żółw morski. Wody u wybrzeży Akumal są siedliskiem zielonego żółwia morskiego i można go tutaj zobaczyć na własne oczy. Zielone żółwie morskie jedzą głównie trawę morską, a dno u wybrzeży Akumal jest nią całkowicie pokryte. W rezultacie żółwie morskie żyją blisko wybrzeża i są łatwe do zauważenia. Od wielu lat żółw zielony jest gatunkiem chronionym, dlatego zatoka Akumal jest również chronionym rezerwatem przyrody. Nurkowanie z żółwiami w Akumal stało się w ostatnich latach bardzo popularne i dlatego można pływać i nurkować tylko w niewielkiej części morza. Jeśli chcesz mieć większą szansę na ich zobaczenie możesz wziąć przewodnika. Ma to na celu ochronę zwierząt, oraz to aby ludzie przestrzegali zasad i nie dotykali ich. Akumal znajduje się około 30 km od Tulum.
Tulum – rower czy samochód.
Wszędzie gdzie czytałam informacje na temat zwiedzania Tulum, pisało, że najlepiej zwiedzać go na rowerze (stąd pewno to moje wyobrażenie o Tulum jako niewielkiej wioski :)). Z tym też nastawieniem pojechałam. Nawet zarezerwowałam dwa rowery w naszym hotelu na pierwsze popołudnie z myślą, że na plażę właśnie nimi się udamy. Kiedy włączyłam nawigację i zobaczyłam, że czeka nas ponad 30 minutowa podróż to już mi entuzjazm nieco opadł, tym bardziej, że potem jeszcze trzeba też 30 minut wracać (być może po zmroku). Gorsze było jednak to, że jazda na rowerze jest tam najzwyczajniej w świecie niebezpieczna. Same rowery pozostawiają sobie wiele do życzenia, samochody jeżdża jak szalone, jest mnóstwo dziur, do tego skutery. Na drugich światłach zawróciliśmy i pojechaliśmy samochodem. Gdyby jeszcze po drodze były jakieś fajne widoczki, albo inna wartość dodana to możnaby jeszcze jakoś przeżyć, ale tam na drogach nic nie ma. Po ciemku to już w ogóle masakra, bo rowery nie mają nawet świateł.
Co musisz wiedzieć przed wyjazdem do Tulum?
To miasto jest większe niż wydaje się być na mapie, dlatego warto dobrze przemyśleć miejsce na nocleg, szczególnie jeśli planujesz się przemieszczać rowerem.
Tulum jest bardzo zakorkowane. Na przejechanie 10 km samochodem trzeba liczyć około 30 minut. Niektóre drogi nie są utwardzone do tego mają duże i głębokie dziury.
Ceny jedzenia na ulicy w Tulum nie różnią się niczym od cen w hotelach na plaży, natomiast mogą się znacząco różnić smakiem, na korzyść tych plażowych.
Parkingi wzdłuż Zona Hoterela są wszystkie płatne. 200 MXP bez względu na to czy stoisz 10 minut czy cały dzień.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Meksyk.
Las Coloradas – różowe jeziora w Meksyku to szczególne miejsce do odwiedzenia. Obszar ten jest wykorzystywany do produkcji soli, co tworzy różne, kolorowe jeziora, od niebieskich, przez blado różowe, pomarańczowe, aż po intensywnie różowe. Różowy kolor jest wynikiem barwnika wytwarzanego przez czerwony plankton i maleńkie skorupiaki zamieszkujące wody laguny. Ich intensywność zależy od tego jak długo leżakuje w nich sól. Im dłużej tym kolor jest bardziej różowy. Gdy woda paruje, organizmy te stają się bardziej skoncentrowane, co dodatkowo wyostrza różową barwę jeziora.
Las Coloradas – różowe jeziora w Meksyku – czy warto się tam wybrać?
Przed wyjazdem czytałam wiele opinii na temat tego miejsca. Od wielkich ochów i achów po opinie typu beznadzieja, strata czasu, jeziora wcale nie są różowe itd. Jak zawsze, żeby sobie wyrobić własne zdanie postanowiliśmy pojechać i sprawdzić czy różowe jeziora są faktycznie różowe czy nie. Do Las Coloradas wybraliśmy się w najbardziej słoneczny dzień jaki mieliśmy w Valladolid, bo w tym tkwi cały sukces zobaczenia różowego koloru. Ponieważ chmury pędziły po niebie jak szalone raz mieliśmy pełnię słońca raz zachmurzone niebo. I już teraz wiem, skąd ten podział w opiniach. Kiedy świeciło słońce kolor był faktycznie intensywnie różowy, kiedy tylko słońce zachodziło za chmury czar pryskał. Stąd rozczarowanie osób, które przybywają tutaj w pochmurny dzień. Natomiast w słońcu kolor jest różowy i to na maxa!
Ile kosztuje zwiedzanie Las Coloradas
Warto wiedzieć, że zbiorniki są własnością prywatną fabryki soli, a obszar na którym się one znajdują jest rezerwatem przyrody. Wstęp jest oczywiście płatny i są dwie możliwości. Pierwsza z nich to zobaczenie dwóch pierwszych różowych zbiorników i wtedy wstęp kosztuje 300 MXN od osoby. Druga opcja to safari specjalnym samochodem po dużo większym obszarze zbiorników. Jednak ta opcja już jest dużo droższa i kosztuje ok 900 MXN. Decyzja należy do Was, którą opcję wybierzecie. My wzięliśmy pierwszą i nie ukrywam, że miałam lekki niedosyt. Natomiast pytanie czy robiąc safari samochodem zobaczymy dużo więcej? W cenie podstawowego biletu mieliśmy przewodnika. Niestety nie mówił on w ogóle po angielsku i tak trochę się zastanawialiśmy po co on z nami idzie. Jak się później okazało przewodnicy są głównie od pilnowania, żeby nie wchodzić przypadkiem do wody, bo to niszczy plankton, oraz aby nie iść dalej niż wyznaczony do tego obszar, no i przede wszystkim, aby nie latać dronem, bo mimo iż jest to zabronione i tak wiele osób tego zakazu nie przestrzega.
Kiedy najlepiej oglądać różowe zbiorniki?
Jeśli będziecie się tutaj wybierać i chcecie zobaczyć jeziora w najintensywniejszych kolorach to pamiętajcie, aby być tutaj po pierwsze w słoneczny dzień a po drugie w samo południe. Wtedy promienie światła wydobywają z wody najpiękniejsze kolory.
Gdzie zobaczyć flamingi w Las Coloradas?
Zacznijmy od tego, że raczej nie zobaczysz ich w różowych zbiornikach (albo przynajmniej my ich tam nie widzieliśmy). Myślę, że tam po prostu stężenie soli jest dla nich za duże. Zatem gdzie ich szukać. Flamingi brodzą sobie w wodzie, kilka kilometrów dalej w
Parku Ría Lagartos
. Aby się tam dostać trzeba wykupić wycieczkę z przewodnikiem, która kosztuje 400 MXN od osoby. W cenie jest obserwacja flamingów, maseczka w naturalnym spa, naturalne fish-spa i kąpiel w morzu. Teoretycznie wystarczy pojechać samochodem wzdłuż drogi i można te rzeczy zrobić samemu, ale dowiedzieliśmy się, że wstęp do parku jest tylko z przewodnikiem. Czy to prawda, nie wiem. Ale nam ta wycieczka bardzo się podobała. Mieliśmy super przewodnika, który dobrze mówił po angielsku i spędziliśmy z nim miłe 2 godziny.
Co zobaczyć w okolicy poza Las Coloradas?
Jeśli już przyjedziecie tutaj taki kawał drogi, to bez sensu byłoby zobaczyć tylko same różowe jeziora. Albo zróbcie tę samą wycieczkę co my, albo jeśli budżet Wam pozwoli wynajmijcie sobie łódkę w miejscowości rybackiej Rio Lagartos i popłyńcie w poszukiwaniu aligatorów i flamingów. Najlepiej taką wycieczkę robić po południu, tak aby zahaczyć o zachód słońca. Wtedy też koniecznie zarezerwujcie sobie tam nocleg.
w pewnym momencie się nie skończyły, to za nic w świecie, nie dotarlibyśmy do naszego kolejnego celu. Delektując się wspomnieniami jednego z piękniejszych wschodów słońca jaki widzieliśmy docieramy do niewielkiej bawarskiej miejscowości, tuż przy granicy z Austrią – Berchtesgaden. Przed wyjazdem zapytałam w jednej z grup podróżniczych co koniecznie trzeba zobaczyć w okolicach Salzburga i padała właśnie nazwa tej miejscowości. I cieszę się bardzo, bo sama nigdy o niej nie słyszałam. A miejscówka, mega. Lekko oprószone drzewa, malownicze widoki, powoli docieramy do niewielkiego i przecudnie położonego miasteczka. Od razu kierujemy, się w stronę pierwszego miejsca, które sobie zanotowałam. Kościół Maria Gern – chyba jeden z najpiękniej położonych kościołów w Bawarii. To było coś niesamowitego.
Kościół Maria Gern in Berchtesgaden
Widok na Berchtesgaden
Zjeżdżając z góry od kościoła Maria Gern mamy co najmniej kilka punktów w których można się bez problemu zatrzymać i zrobić kilka pięknych zdjęć. Czy to z widokiem na miasto, czy na góry, czy na dolinę. Zatrzymujemy się zatem co chwilę żeby nacieszyć oczy tonącym w słońcu miasteczkiem. Uwielbiam taki klimat. Lekko przydymiony, jakby zanużony w zimowym śnie. Przypuszczam, że latem tutaj też są wspaniałe widoki.
Kościół św. Sebastiana – Ramsau
Kolejny pięknie położony kościółek znajduje się w Ramsau. To zaledwie 15 km od Maria Gern. Zdecydowanie warto tutaj podjechać jeśli już jesteście w pobliżu. To chyba jeden z najczęściej fotografowanych kościołów w południowej Bawarii. Jest uroczo położony. Rzeka, góry, śnieg – czego chcieć więcej. Sami zobaczcie.
No to jedziemy dalej, tym razem do najpiękniejszego miasteczka w Austrii. Jakie szczęście, że jest ono zaledwie 80km dalej. Tak więc musimy się spieszyć, żeby być tam nie później jak o 15:00. Bo zimą dzień jest krótki i o 16:00 już zaczyna się ściemniać. Pakujemy się zatem do cieplutkiego samochodu. Otwieramy termos z gorącą herbatką i jedziemy dalej. Po drodze oczywiście mijamy same piękne widoki. Tym razem już się nie zatrzymujemy, robię kila filmików które widzieliście na Insta i parę fotek z zza szyby. A gdzie jedziemy? O tym dowiecie się w kolejnym wpisie 🙂
Bawaria jest na twojej liście do odwiedzenia? Tutaj znajdziesz inne posty z tego niesamowitego miejsca na ziemi. A jeśli podobał Ci się tekst, to dołącz do uzależnionych od podróży na Facebooku. Zapraszam!Uściski, M.
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Bawaria.
Po wycieczce na Zamek Neuschwanstein, przenocowaliśmy w niewielkim hoteliku w miejscowości Fussen i następnego dnia, jeszcze po ciemku wyruszyliśmy do Berchtesgaden. To był nasz kolejny punkt docelowy. Do pokonania mieliśmy jakieś 215 km, więc byłam pewna, że zajmie nam to nie więcej jak 2,5h. No i pewno by zajęło, gdyby nie fakt, że nawigacja poprowadziła nas przez wszystkie możliwe Bawarskie wioski. I na całe szczęście, bo takich widoków jak tam, jeszcze nigdy w życiu na oczy nie widziałam. To było coś mega niesamowitego. Zatrzymywaliśmy się dosłownie co kilka kilometrów. Na początku byłam trochę zła, ze tak wcześnie wyjechaliśmy, bo było jeszcze za ciemno na fotki, a widoki wyrywały normalnie z butów. Przyjeżdżając obok tego uroczego jeziorka, nie sposób było się nie zatrzymać. Mimo, że jeszcze półmrok, to widoki były jak z bajki:
Kilkanaście minut później, trochę po godzinie 7:00 rano zaczynało wschodzić słonko i pomalowało całe niebo na pomarańczowo. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam tak szczęśliwa widząc wschód słońca. Może gdzieś ostatnio w Nowej Zelandii. Ale jak widzicie, wcale nie trzeba jechać aż na drugi koniec świata, żeby zobaczyć coś tak niesamowitego. Skakałam z jednej strony na drugą i nie mogłam przestać robić zdjęć. Nawet siarczysty mróz mi w tym nie przeszkodził 🙂
Jedziemy dalej. Droga praktycznie całkiem pusta. Raz na jakiś czas mijamy jakiś samochód. I całe szczęście, bo głowy nam latały na prawo i lewo. Dobrze, że nie musiałam prowadzić, bo na bank skończyłoby się to jakimś problemem 🙂 Słonko coraz wyżej, a widoki coraz bardziej magiczne. Tym razem zjechaliśmy troszkę z drogi, prowadzenie cudownym światłem i mocno oszronionymi drzewami. Ciekawa sytuacja, bo w jednym miejscu było bialusieńko a kawałek dalej po zimie nie było ani śladu.
To była dla mnie naprawdę mega niespodzianka. Bo cały tydzień przed wyjazdem sprawdzałam pogodę i nigdzie nawet przez 5 sekund nie zapowiadali, ani śniegu, ani nawet mrozu. Dlatego byłam pewna, że zimy tym razem nie zobaczymy. A tu taka niespodzianka 🙂 Fakt, że to nie śnieg, tylko bardziej szron, ale co tam, jest mega 🙂 Robimy ostatnie fotki i jedziemy dalej, bo w takim tempie nie dojedziemy do kolejnego punktu nawet na wieczór 🙂 ale tak w duchu sobie myślałam, że szkoda, ze nie mamy tutaj jakiegoś noclegu i że nie możemy zostać na dłużej…
Jechaliśmy dalej przez różne małe wioski. Na szczęście w pewnym momencie wyjechaliśmy na jakąś autostradę i dobrze, bo bysmy w tym tempie w życiu nie dojechali 🙂 I tak z 2,5h zrobiło się prawie 5h. Ale zdecydowanie warto było pojechać tą drogą. Nie jestem w stanie podać wam dokładnie ani nazw miejscowość, ani konkretnych punktów w których się zatrzymywaliśmy. Natomiast jeśli będziecie gdzieś w pobliżu, to koniecznie jedźcie drogą 472. Nie wiem jak tam jest latem, ale przypuszczam, że równie pięknie 🙂
Napisane przez Maryla w dniu . Opublikowano w Bawaria.
Na święta pojechaliśmy szukać zimy i choć z obserwacji pogody nie wiele wskazywało na to, że ją znajdziemy, to jednak się udało. Pierwszy przystanek zrobilismy w Bawarii, żeby zobaczyć jeden z najpiekniejszych i najbardziej znanych zamków w Niemczech. I choć nie jestem jakąś ogromną fanką zamków, ten był na mojej liście do zobczenia już bardzo dawno i to właśnie zimą. Zapomniałam tylko, że prawdziwa biała zima, przychodzi nieco później niż pod koniec grudnia. Ale i tak mieliśmy szczęscie, bo znajomi byli tam tydzień wcześniej i o jakimkolwiek śniegu mogli tylko pomarzyć. Po prawie dziewięciu godzinach jazdy dotarlismy do celu. Widoki z góry były takie 🙂 ale zanim je ujrzelismy trochę minęło, poniżej kilka wskazówek dla tych którzy wybierają się do Neuschwanstein.
Jak się dostać do zamku Neuschwanstein?
Zarówno z PL jak i od nas z Holandii to całkiem spora wyprawa. My mielismy do pokonania prawie 800 kilometrów, czyli przy dobrych wiatrach, bez korków około 8,5 godziny drogi. Ale ta minęła nam na szczęście szybko. Pogoda sprzyjała ruch na drodze też. Po dotraciu do Schwangau udajemy się na parking. Normalnie kosztuje około 5 euro, ale my coś pokręciliśmy, wjechaliśmy przypadkowo jakąś uliczką pod zakaz i potem nie mogliśmy znaleść parkomatu. Poza tym spieszyliśmy się, bo słonko zachodziło, a droga na górę nie wyglądała na krótką. Akurat przechodząc obok przystanku, podjechał autobus, ale Marcel stwierdził, że zrobimy sobie spacer. Chyba nie zdawał sobie sprawy z jego długości, bo po 30 minutach, dyszał i sapał jak lokomotywa a do celu jeszcze był spory kawałek. Takie mamy widoki z tarasu widokowego pod zamkiem.
Skąd jest najlepszy widok na zamek?
Żeby jednak zobaczyć zamek w całej okazałości czeka nas jeszcze dodatkowo 15 minutowy spacer na most Marienbrücke. To tutaj powstaje większość “pocztówkowych ujęć”. Przybyliśmy dosłownie w ostaniej chwili. Zziajani, spoceni, bo cały czas popedzałam Marcela, żeby szedł szybciej :). No ale jest! Udało się, jesteśmy i mamy jeszcze jakieś resztki słonka w dolinie. Przepchałam się przez tłum Japończyków okupujacy most i robiacych sobie selfie (kurcze znowu zapomniałam sobie zrobić, no jakoś nie ma tego w moim systemie :)) i zaczynam się rozgladać za jakimś przejściem na górę po prawej stronie. Pamiętam ujęcia zamku od frontu, więc pytam napotkanego przewodnika, jak mogę się tam dostać. Niestety, podobno tylko kolejką linową Tegelberg ze Schwangau, która kosztuje 15 euro. Ojjj…no to źle się przygotowałam. Na kolejkę było już zdecydowanie za późno. Ale za to mamy piekny zachód słońca 🙂
Ciekawostki
Zamek został zbudowany przez szalonego króla bawarskiego Ludwika II. Nie jest jakiś bardzo stary, ma nie całe 150 lat. Budowany był przez kilkanaście lat – ma 35 km korytarzy i kilkaset stopni schodów. Jedwabne obicia na krzesła i fotele w zamku 200 mniszek haftowało przez siedem lat. Jest najczęściej odwiedzanym obiektem w Europie, zaraz po wieży Eiffla – rocznie odwiedza go ponad 1,3 miliona turystów. Wiele osób kojarzy zamek Neuschwanstein z kreskówek Disneya, bo pojawia się on przy wszystkich produkcjach tej wytwórni filmowej w czołówce. Stał się o także inspiracją dla bajkowych budowli Eurodisneylandu. Ale oryginał możemy zobaczyć właśnie w Niemczech na styku granic niemieckiej i austriackiej.
Przydatne informacje:
-zamek jest czynny zimą do 16:00, latem do 18:00, przy czym kasę biletową zamykają godzinę wcześniej
-bilet kosztuje 13 euro, dzieci i młodzież do lat 18 za darmo
-ważna informacja – w tym momencie trwa remont bramy głównej, która jest cała w rusztowaniu, nie wiem ile ten remont ma trwać, ale jeśli ktoś nastawia się na bajkowe fotki z punktu widokowego po wyjechaniu kolejką linową, to niech lepiej poczeka aż remont się skończy.
-wyjazd na punkt widokowy na zamek od frontu – tylko po wyjechaniu kolejką linową Tegelberg w Schwangau – koszt w dwie strony 15 euro
-wejście na zamek z parkingu w Schwangau ok 40 minut + 15 minut wejście na most widokowy
-podczas zwiedzania zamku jest całkowity zakaz robienia zdjęć
Używamy plików cookies oraz podobnych technologii, aby poprawić komfort korzystania z naszej strony internetowej. Przeczytaj naszą Politykę prywatności.
Przeczytaj naszą Politykę prywatności.